Rozmowa
Aneta Zatwarnicka, wielokrotna mistrzyni Polski w karate (po lewej) (fot. Archiwum prywatne)
Aneta Zatwarnicka, wielokrotna mistrzyni Polski w karate (po lewej) (fot. Archiwum prywatne)

Gdybyś miała dziś odpowiedzieć na pytanie, jaki jest twój poziom zadowolenia z życia – w skali od 1 do 10 – to co byś powiedziała?

Trudne pytanie… Tyle elementów trzeba przeanalizować. Musiałabym dłużej pomyśleć.

Może nam to wyjdzie na koniec rozmowy. Jak pamiętasz wydarzenia sprzed ponad siedmiu lat, kiedy ujawnił się toczeń?

Zaatakował znienacka. Wcześniej miałam bóle reumatyczne stawów. W nocy czułam się fatalnie. Mama zawiozła mnie na pogotowie, a stamtąd do szpitala. Co było potem? Nie pamiętam prawie nic. Po kilku godzinach mamę poinformowali, że leżę pod respiratorem i że mój stan jest krytyczny. Pierwsze rozpoznanie wskazywało na sepsę i toczeń wielonarządowy rumieniowaty.

Przez kilka tygodni byłaś w śpiączce.

Świadomość wróciła mi dopiero na oddziale nefrologii, gdzie zostałam przeniesiona po długich tygodniach walki o życie na oddziale intensywnej terapii.

Wysiadały ci kolejne narządy wewnętrzne, przeżyłaś dwukrotne zatrzymanie akcji serca, a martwica naczyń krwionośnych wymusiła amputację dłoni oraz nóg poniżej stawów kolanowych. Kiedy się ocknęłaś, było już po operacjach, prawda?

Tak. Doszło też do niedokrwienia nosa, który również straciłam.

Pamiętasz moment, kiedy zobaczyłaś swoje zmienione ciało?

Wiesz, że nie przypominam sobie? Gdy odzyskałam świadomość, to wciąż tyle się działo… Ja się wtedy po prostu cieszyłam, że żyję.

No jasne! Zaczekaj, a może to wcale nie jest takie oczywiste? Niektórzy twierdzą, że woleliby umrzeć, niż żyć z ciężkim kalectwem. 

Nie znam takich osób. Cały czas się cieszę, że mogę być wśród ludzi, których lubię, kocham i w ogóle żyć.

Aneta Zatwarnicka w 2014 rok zachorowała na toczeń (fot. Archiwum prywatne)

Na nefrologii ocknęłaś się już jednak w innym życiu. Płakałaś?

Nie przypominam sobie. Byłam spokojna. Nie myślałam o tym, co było i co będzie, ale skupiałam się na tym, co tu i teraz. Wiesz, ja też byłam otoczona opieką, ludźmi, którzy zachowywali się w sposób przemyślany i mądry. Starali się mnie wspierać i podnosić na duchu pomimo trudnej i nowej dla wszystkich sytuacji. Zachowywali się… właściwie.

To znaczy jak?

Nie płakali przy mnie. To było ważne, że mama, siostry i przyjaciele nie użalali się nade mną, nie biadolili. Przychodzili i brali się za to, co mogli zrobić: działali, zdobywali informacje. Zajmowaliśmy się bieżącymi sprawami, a ja się cieszyłam, że tutaj są. Dużą motywacją były dla mnie krótkie filmiki nagrywane na komórkę, które dostawałam od karateków – dorosłych i dzieci. Przesyłali życzenia i pozdrowienia. Pokazywała mi je pani Basia, żona Mirosława Kuciarskiego, mojego trenera z klubu karate. Nie mogłam wtedy wyrazić słowami swojej wdzięczności, dwa i pół miesiąca nie byłam w stanie mówić, bo miałam rurkę tracheostomijną, ale naprawdę mnie to cieszyło.

Czy ty się wtedy poruszałaś na wózku inwalidzkim?

Oj, długo nie! Leżałam na łóżku tygodniami. Pamiętam doskonale pierwsze wejście na materac. Musiałam podeprzeć się na łokciach i kolanach. To był ogromny wysiłek!

Wyobrażam sobie.

A ja byłam tym zdziwiona! Taka prosta rzecz, nie? 

Szczególnie jak chwilę temu odnosiło się sukcesy w sporcie. Czułaś bezsilność i złość na to swoje ciało?

Nie. Pamiętam, że jak pierwszy raz posadzono mnie na wózek inwalidzki, bardzo trudno było mi utrzymać prawidłową postawę ciała. Ale utrzymałam! Pamiętam też pierwszy spacer na wózku, na który wzięła mnie rehabilitantka. To było niesamowite uczucie po dwóch miesiącach walki o życie. Potem było już łatwiej. Wyszłam ze szpitala 14 marca. Dwa tygodnie później byłam już na rehabilitacji w szpitalu w Świebodzinie, a przed majówką zobaczyłam swoje nowe nogi.

Zobaczyłam nogi, czyli zobaczyłam protezy? 

No tak, protezy. (śmiech) I musiałam czekać przez cały weekend. Potem bezpiecznie, bo z rehabilitantem, mogłam te nogi założyć i chodzić.

To było ważne, że mama, siostry i przyjaciele nie użalali się nade mną, nie biadolili (fot. Archiwum prywatne) , Zajmowaliśmy się bieżącymi sprawami, a ja się cieszyłam, że tutaj są (fot. Archiwum prywatne)

Poznałyśmy się kilka miesięcy później i zrobiłaś na mnie piorunujące wrażenie. Celowo dopytuję o płacz, bunt, poczucie bezsilności – bo to wszystko wydaje się naturalną, powszechną reakcją – ale pamiętam doskonale, że w tobie tego wcale nie było. Była siła! I teraz już wiem, że tak było od samego początku. 

Trzeba na bieżąco szukać rozwiązań i starać się iść do przodu. Takie mam nastawienie do życia.

Przez te wszystkie lata nie miałaś momentu kryzysu, rozpaczy, wściekłości na los?

A co by mi to dało?! A co by mi to dało?! Wydaje mi się, że ja takie podejście do życia wyniosłam jednak z karate.

Pamiętasz swój pierwszy trening?

Jak tylko weszłam na salę, od razu wiedziałam, że to jest to. Wszystko mnie zafascynowało: atmosfera, ludzie, trening, dyscyplina. Wszystko!

W latach 90. karate było bardzo modne. Podczas pokazów zawodnicy rozbijali cegły gołymi dłońmi.

Są style sportów walki, które faktycznie się w tym specjalizują, ale ja nie rozbijałam cegieł. Chociaż deski kilka razy mi się zdarzyło. (śmiech) 

A pompki? Tych się nie robiło na całych dłoniach, tylko na kosteczkach, prawda?

I to też nie na wszystkich kosteczkach, tylko głównie na dwóch pierwszych. (śmiech) Tak było. 

Kiedy choroba zaatakowała, byłaś dojrzałą karateczką i dojrzałą kobietą. Opowiedz, proszę, jak wyglądało życie w nowej rzeczywistości. Potrzebujesz czterech protez, tak?

Na co dzień używam dwóch protez – do chodzenia.

A dłonie? 

Mam protezy dłoni, ale ciało się zmienia, a ponowne ich dopasowanie to duży koszt. Dlatego zdecydowaną większość niezbędnych czynności wykonuję za pomocą kikutów – na ich końcówkach mam założone frotki tenisowe, w które wkładam na przykład łyżkę czy długopis. Do ćwiczeń natomiast mam nakładki na kikuty. Protetyk zrobił je specjalnie dla mnie. 

Zaczekaj z tymi ćwiczeniami! Na razie chciałabym zatrzymać się przy tym, jak na co dzień funkcjonujesz. Masz protezy nóg, które zakładasz, posługując się… 

…kikutami. Nie mam rąk od nadgarstków. Nie mam dłoni.

Umycie się, ubranie – to wszystko potrafisz zrobić sama?

Tak, ale tu nie ma gotowych rozwiązań. Szukam, dopasowuję się. Najdłużej miałam problem z wkładaniem butów. Bardzo trudno mi korzystać z kieszeni, zwłaszcza z wyciąganiem z nich różnych rzeczy jest kłopot. Żeby nie wypadały mi klucze, wspomagam się różnymi zawieszkami, tasiemkami. 

Podstawowych rzeczy nauczyłam się szybko, ale wciąż jest tak, że mama przyjeżdża i mi pomaga. Mogę na nią liczyć we wszystkim i o każdej porze, mimo że sama ma poważne problemy ze zdrowiem, z kręgosłupem. Wiem, że ją boli, ale nigdy nie narzeka. Jest niesamowicie dzielna i pomocna. Mieszkam z babcią, nad którą opieka staje się coraz bardziej wymagająca – w tym też mi pomaga. Wspiera mnie nie tylko mama, ale też rodzeństwo. 

Jak tylko weszłam na salę, od razu wiedziałam, że to jest to (fot. Archiwum prywatne) , Wszystko mnie zafascynowało: atmosfera, ludzie, trening, dyscyplina (fot. Archiwum prywatne)

Z czym na przykład na nich czekasz? 

Z gotowaniem. Obecnie w kuchni najlepiej wychodzi mi konsumpcja. Ale staram się zwiększyć swoją samodzielność i w związku z tym zaczęłam poszukiwania odpowiednich sprzętów mogących mi to ułatwić. Ja muszę na bardzo wiele rzeczy zwracać uwagę. O, na przykład kubeczki! Muszą być takie, żeby w ucho móc wsadzić kikut. Wtedy jest mi najwygodniej. Tak samo z czajnikiem. 

A jak ty się przemieszczasz? 

Prowadzę auto. Ale nie jestem raczej urodzonym mistrzem kierownicy. Jeżdżę uważnie i ostrożnie.

Powiedz mi, czy po ataku choroby miałaś myśl, że może trzeba będzie skończyć ze sportem? Że to już nie dla ciebie?

Nie! Dostałam informację, że toczeń nie lubi wysiłku fizycznego i stosuję się do zaleceń lekarzy, ale też wiadomo, że ruch jest potrzebny dla zdrowia. Obserwuję swój organizm i dostosowuję aktywność do swoich możliwości. Znalazłam naprawdę fachową pomoc w rehabilitacji, z czego się cieszę. Bardzo uważam, żeby nie przesadzić i sobie nie zaszkodzić.

Tobie COVID zagraża szczególnie, prawda?

Tak. Z powodu leków immunosupresyjnych, które przyjmuję, już przed epidemią było tak, że w okresie jesienno-zimowym musiałam się izolować, by nie złapać infekcji. Ale gdy rok temu wszystko zamknięto i miałam przerwę w sporcie, to bardzo mocno to odczułam! Konsekwencją był duży spadek mojej sprawności. Mój organizm potrzebuje ruchu tak jak leków. Ale jeszcze przed pandemią, w sierpniu 2019 roku, zdałam egzamin na drugi stopień mistrzowski, czyli drugi dan. Bardzo się z tego cieszę. 

O tym nie wiedziałam! Rewelacja! Gratuluję. 

Dzięki. Teraz nie biorę udziału w zajęciach grupowych, nie mam takiej możliwości, dlatego niektóre ćwiczenia wykonuję sama w domu. Mój klub działa i cały czas jesteśmy w kontakcie, a w miarę możliwości uczestniczę w aktywnościach online. Od dwóch lat ćwiczę też akrobatykę. Bezpiecznie, bo indywidualnie.

Akrobatyka, czyli stanie na rękach, na głowie?!

Tak, też, ale dla mnie ona jest przede wszystkim rehabilitacją! Grzegorz Hryniewicz, prezes Stowarzyszenia "Warto Jest Pomagać", które wspiera mnie od samego początku i zbiera dla mnie 1 procent podatku oraz darowizny, poznał mnie z trenerami, którzy pomagali mi wrócić do ogólnej sprawności. Przygarnęli mnie dwa lata temu i tak zostałam.

Zacznijmy od tego, co mnie najbardziej ucieszyło: oni mają ścieżkę akrobatyczną. Podłoże na takiej ścieżce jest sprężyste i to mi pozwoliło od nowa nauczyć się biegać. Oczywiście biegać na protezach, bo to nie jest dokładnie tak samo jak na własnych nogach. Moje protezy nie są wielofunkcyjne, raczej nie służą do biegania. Ale i tak to było coś niesamowitego, że mogłam się znowu oderwać od ziemi! Teraz mam też zupełnie inną świadomość ciała na protezach!

Ależ tobie się zmienia głos, gdy o tym opowiadasz!

Wcześniej dzięki protetykowi mogłam testować różne rodzaje protez pozwalających biegać i ostatecznie nawet mam już wybrane takie, które mi najbardziej odpowiadają, ale kosztują około 80 tys. złotych.

Mój organizm potrzebuje ruchu tak jak leków (fot. Archiwum prywatne)

Nie stać cię na nie.

Nie stać. A one pozwoliłyby mi być aktywną nie tylko na hali. Widzę, jak bardzo ten ogólnorozwojowy trening akrobatyczny wpłynął na moje ciało: zwiększył się zakres ruchomości stawów, jestem bardziej gibka, moje mięśnie są mocniejsze, mam więcej siły, co przełożyło się na postawę i sposób poruszania się. Poprawiło się moje codzienne funkcjonowanie, a także wydolność.

Opowiedz jeszcze o tej akrobatyce: co robisz poza bieganiem na ścieżce?

Skaczę na trampolinie! To jest dla mnie taką radością! Nauczyłam się też robić mostek. Szpagat damski całkiem nieźle mi wychodzi, w męskim jeszcze troszkę brakuje, ale daję radę. Samodzielnie wykonuję przewroty w przód i w tył, staję na głowie, a z asekuracją także na rękach. A teraz pracujemy nad gwiazdą! Wychodzi mi już całkiem nieźle. To wszystko nie jest oczywiście idealne, ale z treningu na trening coraz lepsze.

Prócz sportu jest jeszcze nauka gry na perkusji. Czym trzymasz pałeczki?

Frotką tenisową! A wiesz, że jak się wybudziłam ze śpiączki, to pierwsze, o co zapytałam protetyka, to czy są protezy do grania na pianinie? (śmiech) O perkusję nie pytałam, bo wiedziałam, że z tym sobie poradzę. Gdybym musiała taśmą klejącą te pałki sobie przyklejać do kikutów, to bym to zrobiła. Do pianina protez nie ma, więc teraz pianino zostało zamienione na ksylofon. Na razie! Widziałam w Internecie, że są sposoby, by grać kikutami… 

Wyszłam ze szpitala 14 marca. Dwa tygodnie później byłam już na rehabilitacji w szpitalu w Świebodzinie, a przed majówką zobaczyłam swoje nowe nogi (fot. Archiwum prywatne) , Aneta grająca na perkusji (fot. Archiwum prywatne)

Uczysz się też chińskiego. Potrafisz już pisać?

Dopiero zaczynam. Bardziej czytam i mówię. Pamiętaj, że ja na siebie bardzo uważam. Muszę ciągle obserwować swój organizm. Toczeń to jest taka choroba, w której cały czas nie masz sił i jesteś zmęczona…

Wybacz, że się roześmiałam, ale ty, osoba z toczniem, ćwiczysz akrobatykę, zdajesz egzamin na drugi dan w karate, ćwiczysz na perkusji, uczysz się chińskiego i mówisz, że jesteś ciągle zmęczona? Większość zdrowych osób, które znam, nie robi nawet jednej dziesiątej tego, co ty. Jesteś petardą!

(śmiech) Ale baterie w ciągu dnia szybko mi się rozładowują! Nie mogę sobie pozwolić na wszystko, co chcę zrobić. Często jak wstaję, to się spieszę, żeby zdążyć zrobić jak najwięcej, bo nie wiem, na ile mi starczy sił, a tyle bym chciała. (śmiech) No i pamiętaj, że powiedziałam tylko o zajęciach dodatkowych, a są jeszcze zwykłe, codzienne czynności i obowiązki, które są na pierwszym miejscu. Wbrew pozorom nie zajmuję się tylko przyjemnościami.

To oczywiste. Przed rozmową wysłałaś mi SMS, że potrzebujesz jeszcze chwili, by podać babci zupę. Powiedz, czy toczeń to jest taka uśpiona cholera, która w każdym momencie może znów zaatakować?

Tak! Ona była u mnie uśpiona, ustabilizowana i już nie brałam przez jakiś czas leków, ale jak się zaczęła pandemia i miałam przerwę w aktywności fizycznej, i ogólnie mniej ruchu, więcej stresu, to natychmiast się pojawiły problemy. Głównie z krążeniem, ale nie tylko. Szybko musiałam wrócić do leków.

Boisz się tego tocznia?

Powiem tak: on jest i muszę z nim żyć. Nie rozmyślam nad tym. Nie powiedziałabym też, że się go nie boję, bo nie wiem, co może się wydarzyć. Staram się rozsądnie korzystać z tego, co mam, i funkcjonować na tyle, żeby sobie nie zaszkodzić, ale też działać!

Regularne ćwiczenia są bardzo ważne dla zdrowia Anety (fot. Archiwum prywatne) , Dzięki nim utrzymuje ciało w sprawności (fot. Archiwum prywatne) , Zresztą popatrzcie na te zdjęcia (fot. Archiwum prywatne)

Naprawdę jesteś osobą, która potrafi żyć tu i teraz. To jest piękne.

Ale też żyję trochę marzeniami. (śmiech)

Dawaj!

Na pewno będę dążyła do tego, żeby zdobyć te aktywne protezy, żeby nie stać w miejscu, tylko się rozwijać w tym wszystkim, w czym mogę, co lubię, i żeby być jak najbardziej przydatna, wiesz, dla innych. Nie tylko nie być obciążeniem. Chodzi o to, żeby też móc się dzielić swoimi doświadczeniami z tymi, którzy jeszcze pewnych rzeczy nie wiedzą albo nie potrafią.

Gdybyś była coachem motywacyjnym, sale pękałyby w szwach! Kiedy się poznałyśmy, opowiadałaś mi o sytuacji z salki treningowej. Ćwiczyłaś ty i osoby pełnosprawne. Zauważyłaś, że się zawstydziły, widząc, jak tobie się chce, a im nie. 

(śmiech) Boję się, że ty zaraz ze mnie zrobisz jakiegoś herosa! (śmiech)  Oczywiście, że miło jest na przykład czytać o sobie pochlebne rzeczy: że ktoś czerpie ze mnie inspirację albo że gdzieś w czymś sobie radzę. To daje satysfakcję. Ludzie mi mówią, że podziwiają tę moją siłę. Ja ją faktycznie mam, ale nie znam odpowiedzi na pytanie, skąd się to bierze. Wydaje się, że wiele rzeczy w życiu ma na nas wpływ, ale ci, których spotykamy, chyba największy. 

Czy po tych dwóch godzinach rozmowy zechcesz spróbować odpowiedzieć na pytanie, jak na dziś wygląda kwestia twojego zadowolenia z życia? Czy jesteś dziś osobą szczęśliwą?

Czy jestem zadowolona z życia? No pewnie, że jestem. 

Czyli w skali od 1 do 10 spokojnie powyżej piątki?

Powiem, że między 7 a 9. Zależy od dnia.

Aneta Zatwarnicka. Od 1995 roku jest zawodniczką klubu karate "NIDAN" w Zielonej Górze, dyplomowaną instruktorką Polskiego Związku Karate Tradycyjnego oraz krajowym sędzią klasy "C". W 2002 roku została indywidualną mistrzynią Polski podczas Akademickich Mistrzostw Polski. W tym samym roku, wraz z klubową drużyną, zajęła trzecie miejsce w Mistrzostwach Polski. W kolejnych latach sukcesy te udało się powtarzać. Aneta Zatwarnicka ma 2 Dan karate tradycyjnego.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał Tu nie ma sprawiedliwości o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Warto jest pomagać

Aneta Zatwarnicka jest podopieczną Stowarzyszenia Warto jest pomagać. Wszelkie informacje o tym, jak można ją wesprzeć, znajdziecie Państwo po kliknięciu w przycisk poniżej.

Pomoc dla Anety