Rozmowa
Jeden z krakowskich hejnalistów (Łukasz Krajewski / Agencja Gazeta)
Jeden z krakowskich hejnalistów (Łukasz Krajewski / Agencja Gazeta)

Obecnie jest ich sześciu. Codziennie co godzinę, na zmianę, grają hejnał, który rozlega się z wieży kościoła Mariackiego w Krakowie. A ponieważ niedawno po 24 latach pracy na emeryturę przeszedł jeden z trębaczy, Jan Sergiel, ogłoszono nabór na nowego hejnalistę. Jednak żaden z kandydatów ani żadna z kandydatek – w ostatnim konkursie po raz pierwszy startowały także kobiety – nie przeszli testów.

Wszystkie osoby, które brały udział w rekrutacji, potrafiły grać na trąbce, lecz jedynie sześć zostało dopuszczonych przez komisję do testów sprawności fizycznej. Jednak ta zawiodła. Żaden z kandydatów nie przeszedł wymaganych testów sprawnościowych – mówi starszy kapitan Bartłomiej Rosiek, oficer prasowy komendanta miejskiego Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie, która hejnalistów zatrudnia.

Na testach rekruci dostali takie zadania, jak rzut piłką lekarską czy podciąganie się na drążku. Jak zapowiada Rosiek, niebawem Komenda Miejska PSP w Krakowie ogłosi nowy nabór, bo w zespole potrzebna jest siódma osoba. Strażak hejnalista, oprócz tego, że musi umieć grać na trąbce, nie może mieć lęku wysokości. Musi też być Polakiem [określa to ustawa z dnia 24 sierpnia 1991 r. o Państwowej Straży Pożarnej, Dz. U. z 2009 r. Nr 12, poz. 68, ze zm. – przyp. red.], mieć co najmniej średnie wykształcenie i nie może być karany.

Jak właściwie wygląda ta praca? Porozmawiałam z jednym z hejnalistów.

ANGELIKA SWOBODA: Kiedy po raz pierwszy wszedł pan na wieżę mariacką?

MICHAŁ KOŁTON: Miałem roczek, gdy tata wziął mnie na ręce i zaniósł na górę. Oczywiście wiem to z jego opowieści, bo ja tego momentu nie pamiętam. Pamiętam natomiast, jak sam wszedłem na górę, gdy miałem chyba z sześć lat. Przyjechała wtedy telewizja i razem z tatą wystąpiliśmy w reportażu o naszej rodzinie.

A ile pan miał lat, gdy zadebiutował, grając hejnał?

Jeszcze jak byłem dzieckiem. Zdarzało się, że grałem zamiast taty, pozwalał mi. Po raz pierwszy chyba, gdy miałem jakieś 10 lat. Dzisiaj pewnie nie byłoby to już możliwe, bo wszędzie są kamery i wszyscy mają telefony z aparatami, ale wtedy się udawało. I tak się powoli w to granie wciągałem.

Michał Kołton jest hejnalistą od 17 lat (archiwum prywatne)

Dosięgał pan do okna?

Tak! Wieża jest tak zbudowana, że najwygodniej może się po niej poruszać ktoś, kto ma około 160 centymetrów wzrostu. Ja mam 190 centymetrów, więc w miejscach wzmocnień i belek muszę się schylać, a i do okna mam za nisko. Cóż, wieża mariacka uczy pokory.

Ja bym nie miała problemu, bo mam niewiele ponad 160 centymetrów wzrostu.

To spokojnie mogłaby pani przechodzić między belkami. W moim przypadku natura, jak widać, nie przewidziała, że będę hejnalistą.

Tutaj, na górze, pracuję już w sumie 17 lat. Miałem 21 lat, gdy skończyłem technikum mechaniczne i wpadłem na pomysł, że odrobię wojsko w straży pożarnej. Po dwóch latach, dokładnie w 2006 roku, zostałem etatowym hejnalistą. Ale już wcześniej, jak koledzy mieli urlopy, przychodziłem czasem grać na wieżę.

Podtrzymał pan tradycję po ojcu.

Musi pani wiedzieć, że nasze nazwisko jest na wieży od 1945 roku. Wtedy hejnalistą został mój dziadek Jan Kołton. Zgłosił się, gdy usłyszał, że jest wolny etat na wieży mariackiej, i go przyjęto. Grał przez 34 lata, bez przerwy. Po nim posadę objął mój ojciec.

Jak ma na imię?

Także Jan. On z kolei grał hejnał przez 33 lata. Naszym marzeniem jest, żeby nasza rodzina utrzymała to stanowisko przez sto lat.

Mój dziadek nie skończył żadnej szkoły muzycznej. Był samoukiem. On nauczył gry na trąbce mojego tatę, a tata mnie. Trąbka u nas w domu była i jest, odkąd pamiętam. Dziadek i ojciec nawet czasem przygrywali na weselach. Ale najważniejszy zawsze był hejnał. Czasem słyszałem, że tata przyrównuje nas do dzwonników.

Zatem nie miał pan wyjścia?

A właśnie, że się pani myli! W domu nigdy nie czułem presji, tata nie zmuszał mnie, żebym został hejnalistą. Na wieży spędzam jedną trzecią życia, więc karkołomne byłoby siedzenie na niej z przymusu. Kto by to wytrzymał?

Ja raczej nie. No i jeszcze dochodzi wysokość, która u niektórych może budzić lęk.

Ja jestem już do tej wysokości przyzwyczajony. W ogóle się nie boję, trochę jak latarnik. My, strażacy, raz w roku mamy ćwiczenia wysokościowe. Każdy z nas musi wyjść przez to małe okienko wieży i zjechać po linie na dół.

Hejnalista pełni służbę w niewielkim pomieszczeniu na wysokości 54 metrów (Łukasz Krajewski / Agencja Gazeta)

Ale zdarzało się, że któremuś z kandydatów trzeba było pomóc zejść, tak się bał. Przeliczył się z możliwościami.

A jaka to wysokość?

Pełnię służbę w niewielkim pomieszczeniu na wysokości 54 metrów, czyli można to porównać do osiemnastego piętra. Cała wieża mariacka ma natomiast 81 metrów. Aby wejść do pracy, muszę pokonać 272 schody, co trwa prawie trzy minuty. Windy nie ma, ale cały urok polega na tym, żeby wejść na górę.

Jak wygląda pański dzień pracy?

Hejnalista pracuje przez 24 godziny, po czym ma 48 godzin przerwy. Wygrywa hejnał o każdej pełnej godzinie. Wygląda to tak: przejmuję zmianę o 7.30. Sprawdzam w raportach, co działo się w nocy. Potem przebieram się w mundur, biorę do ręki trąbkę i czekam do ósmej, żeby odegrać pierwszy hejnał na moim dyżurze.

Śniadanie, rozmowa z kolegą, jeśli akurat jest nas dwóch, jakieś ćwiczenia. I co godzinę hejnał, aż do wieczora. W nocy się zmieniamy – mamy wachty po sześć godzin. Niby można się trochę przespać, ale ja czuwam, żeby kolega nie zaspał. Następnego dnia o siódmej rano gram ostatni hejnał na swojej zmianie i przekazuję służbę koledze.

Dzisiaj pan jest na zmianie sam czy z kolegą?

A dzisiaj akurat mam dyżur z Krzysztofem Krawczykiem. Tak, nazywa się dokładnie tak jak ten znany piosenkarz. Czasem go ludzie pytają, czy to rodzina. Mój kolega krewnym tego Krawczyka nie jest, ale to osoba niezwykle muzykalna. Poza tym, że jest strażakiem hejnalistą, to jeszcze gra w orkiestrze.

Z wieży widać krakowski Rynek (Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)

A co się robi na wieży między jednym hejnałem a drugim?

Zejść stąd nie możemy, więc gotujemy sobie posiłki w pomieszczeniu socjalnym tu na górze i wspólnie jemy. Przerwy to także okazja, żeby poczytać książkę, doszkolić się zawodowo albo po prostu wyczyścić instrument. Przynajmniej raz w tygodniu siadam, rozkręcam trąbkę i robię dokładny przegląd. Nie chciałbym zawieść słuchaczy, którzy czekają na hejnał.

Wie pani, każdy z nas słyszy: "Ale fajną ma pan tę pracę. Co godzinę zagra pan przez parę minut i przerwa". To nie jest do końca tak. Proszę sobie wyobrazić, że trzeba być tu, w tym małym pomieszczeniu, przez całą dobę. Ta praca uczy cierpliwości.

Opowiem pani anegdotę, chce pani?

Poproszę.

Zdarza się, że na krakowskim Rynku jest tłoczno i głośno. Trębaczowi jest wtedy ciężko przebić się przez ten zgiełk. A mamy grupę pań krakowianek, które wysyłają nam kartki świąteczne i nie wyobrażają sobie południa bez hejnału. Kiedy więc hejnalista z powodu hałasu nie przebije się z hejnałem, panie dzwonią na numer alarmowy 998 i pytają, czy wszystko z trębaczem w porządku. "Nie słyszałam hejnału" – mówią.

To miłe.

Bardzo. Sympatia słuchaczy to przyjemna i ważna część tej pracy. Do tego stopnia, że mój kolega Krzysztof Krawczyk powiedział niedawno, iż przeżywa kryzys twórczy. Miał na myśli te momenty, kiedy przez pandemię Rynek często był pusty. Dziwne uczucie.

Najbardziej lubię te chwile, gdy po dobrze odegranym hejnale ludzie klaszczą i machają. Podchodzę wtedy bliżej do okienka i też do nich macham.

Od kiedy w Krakowie zaczęto grać hejnał, dokładnie nie wiadomo. Ale pierwsze udokumentowane wzmianki o tej melodii pochodzą z 1392 roku.

Niezmiennie gramy go przez około pięć minut, na cztery strony świata: dla króla, dla burmistrza, dla przybywających do Krakowa gości oraz dla komendanta straży pożarnej. Według legendy w 1241 roku strażnik na wieży dostrzegł hordę Tatarów. Kiedy zaczął grać na alarm, strzała z tatarskiego łuku przeszyła mu gardło. Zginął, a melodia gwałtownie się urwała, dlatego i nasz krakowski hejnał nagle się urywa.

Co ciekawe, repertuar wciąż nam się poszerza. Nie wiem, czy pani wie, ale w pierwszą sobotę miesiąca, dla upamiętnienia godziny śmierci Jana Pawła II, gramy "Barkę", a w październiku trzy razy dziennie melodie maryjne. W Święto Niepodległości gramy hymn, a w święto straży hymn strażaka. Od niedawna można też oglądać nas, jak gramy, w Internecie. Wieża robi się otwarta na nowe. 

Czy granie hejnału to stresujące zajęcie?

Zawsze bezustannie czuwam, żeby nie "zaspać". No i mam poczucie obowiązku, odpowiedzialności zarówno za siebie, jak i za kolegę. Dużo ćwiczę, żeby nie czuć stresu, że wyjdę na wieżę, na dole zgromadzą się ludzie, a ja się pomylę. Dzisiaj każdy ma telefon i może to nagrać.

Każdy może nagrać krakowski hejnał (fot. Michał Lepecki / Agencja Gazeta)

Trąbka jest wymagającym instrumentem. Istotną rolę grają usta, ułożenie języka i siła, z jaką dmie się w instrument. Nawet powiew wiatru potrafi zmienić brzmienie melodii. Nie można sobie odpuścić nawet na parę tygodni. Wciąż trzeba ćwiczyć, wciąż trzeba być w formie. Nawet zmiana w uzębieniu, czyli na przykład sztuczna szczęka albo usunięcie zęba, może sprawić, że trębacz będzie miał problemy z graniem. Trzech moich kolegów z tego powodu odeszło z pracy.

Pomylił się pan kiedyś?

Często mnie o to pytają. I wie pani, co odpowiadam? Że czasem trębacz nawet powinien się pomylić, żeby słuchacze wiedzieli, że zawsze gra człowiek, nie maszyna. 

Zdradzę pani ciekawostkę: każdy z nas gra ten sam hejnał, a jednak brzmi on nieco inaczej. Melodia została napisana tak, żeby pozostawić trębaczowi pole do interpretacji. Każdy trębacz interpretuje to po swojemu. Mieszkańcy Krakowa potrafią nas odróżnić – wiedzą, który z nas akurat pełni służbę.

Na czym polegają te różnice?

Melodia jest jedna, ale można ją grać bardziej marszowo albo na przykład bardziej nostalgicznie.

Pan jak gra?

Tak jak mój ojciec.

A pana ojciec jak kto?

Jak mój dziadek. W zgodzie z tradycją. Na jednym z powojennych nagrań uwieczniono mojego dziadka, który gra hejnał. Na nim wzorował się mój ojciec, a na ojcu ja.

Zdarzyło się kiedyś, że pan hejnału nie zagrał?

Statystyk nie prowadzę, więc nie wiem, ile razy zagrałem hejnał. Ale pewnie przez te kilkanaście lat to liczby idą w tysiące. I nigdy się nie zdarzyło, żebym nie podszedł do okna i nie zagrał. Wiem, co pani ma na myśli, człowiek jest zawodny. Jednak w przypadku hejnalisty ta zasada nie działa. Toaleta czy hejnał? Zawsze najważniejszy jest hejnał. Oczywiście ten w południe w ogóle jest najważniejszy. Tutaj o żadnej wpadce nie może być mowy.

Nigdy się nie zdarzyło, żebym nie zagrał. Choć pamiętam taką sytuację, że jeden z trębaczy podczas nocnej służby dostał zawału i zmarł. Wtedy do rana hejnału nie było.

Z historii pewnie pani pamięta, że podczas wojny przez dwa tygodnie nie było hejnału, bo Niemcy zabronili nam go grać. Ale gdy miejscowa ludność się zbuntowała, pod jej naporem okupanci możliwość grania hejnału przywrócili.

Czy w razie nieprzewidzianych okoliczności można puścić hejnał z taśmy?

Jakby ktoś zaspał?

Na przykład.

Budzik nastawiamy co godzinę, żeby się nie spóźnić. Poza tym to budzenie się co godzinę po latach wchodzi w krew. Nawet jak jestem na urlopie, to się budzę. Nawyk zostaje, co widzę po moim tacie. Od 17 lat jest na emeryturze, a wciąż się budzi o pierwszej w nocy, czyli w porze zmiany wachty. To zostaje w hejnaliście do końca życia.

Nowe trąbki dla hejnalistów (Michał Lepecki / Agencja Gazeta)

Do tego – właśnie na wszelki wypadek – jest nas kilku. A pomysł puszczenia nagrania zamiast hejnalisty w ogóle mi się nie podoba. Nie próbujmy zastępować trębacza jakimś urządzeniem.

Krakowski hejnał jest rozpoznawalny nie tylko w całej Polsce, ale i na świecie. W żadnym innym kraju nie ma miasta, w którym strażak co godzinę wygrywałby melodię. Jesteśmy jedyni. A przecież naszym zadaniem jest nie tylko granie.

Jeszcze dbanie o instrument, jak pan mówił.

Ponieważ wieża mariacka jest wysoka, a my jesteśmy doświadczonymi w służbie strażakami, wypatrujemy zagrożeń. Jeśli zadzwoni dyżurny komendy, możemy zweryfikować, czy na dole rzeczywiście dzieje się coś złego.

Miał pan taki przypadek?

Oczywiście. Całkiem niedawno zadzwonił do mnie dyżurny i zapytał, czy widzę dym unoszący się z jednej z kamienic. Potwierdziłem i wóz strażacki od razu ruszył do akcji.

Michał Kołton podczas służby (archiwum prywatne) , Michał Kołton uczył się gry na trąbce od ojca, też hejnalisty (archiwum prywatne)

Dzisiaj nad Krakowem wisi mgła, więc widać niewiele. Jednak latem, w słoneczny dzień z wieży mariackiej możemy podziwiać nie tylko całe miasto, ale i Tatry.  

I myśli pan sobie wtedy: jednak rację mają ci, którzy mówią, że to fajna praca?

Wie pani, co sobie myślę? Że mam najwyższe stanowisko pracy w Krakowie. Wszyscy są niżej.

Nie wspominałem jeszcze o różnicach temperatur, które doskwierają nam tu na górze. Zimą zdarzało się, że na wieży termometr pokazywał 13 stopni, a latem 48. Parę lat temu zamontowano nam klimatyzację, więc te różnice się zmniejszyły.

À propos zmian – jak się pan zapatruje na to, żeby hejnał odgrywały kobiety? Co prawda w ostatnim naborze żadna z kandydatek nie przeszła testów, podobnie zresztą jak kandydaci, ale nic straconego, bo będzie powtórka.

Dla mnie nie ma znaczenia, czy hejnalistą jest mężczyzna, czy kobieta. Kryterium jest jedno: czy ten ktoś dobrze wykonuje swoje obowiązki.

Pozostaje tylko pytanie, jak na takie wspólne nocne dyżury zapatrywałyby się nasze żony.

Michał Kołton. Podoficer Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie. Jest jednym z szóstki krakowskich strażaków hejnalistów.