Rozmowa
Protest, 2020 r. (fot. Shutterstock)
Protest,  2020 r. (fot. Shutterstock)

„Moje państwo zrobiło ze mnie przestępczynię” – mówi jedna z bohaterek twojej książki.

Bo tak wygląda w Polsce przerywanie ciąży. Mimo że kobiety nie są karane za własną aborcję, muszą ją robić pozasystemowo: w latach 90. i pierwszej dekadzie XXI wieku w podziemiu aborcyjnym, potem pojawiła się aborcja farmakologiczna i w końcu wyjazdy zagraniczne – najpierw organizowane, grupowe, a dzisiaj raczej na własną rękę. Wszystko to jest stresujące, bo nie wiesz, czy tabletki przyjdą na czas, nie wiesz, czy się właśnie nie wykrwawiasz, boisz się, że cię zatrzymają na granicy, wszystko musisz robić w wielkiej tajemnicy. To sprawia, że kobiety czują się jak przestępczynie.

„Macierzyństwo samo w sobie jest poświęceniem, ale macierzyństwo z niepełnosprawnym dzieckiem jest rezygnacją z własnego życia” – mówi druga.

Macierzyństwo – oprócz tego, że dla wielu kobiet jest doświadczeniem wspaniałym, cudownym, transformującym – jest też wyzwaniem i poświęceniem. Odbija się na zarobkach – statystycznie bezdzietne kobiety zarabiają więcej – na możliwości awansu, a potem na wysokości emerytury. Macierzyństwo to zgoda na zupełną zmianę dotychczasowego życia, na ograniczenie wolności, na poświęcenie swojego czasu i wysiłku. A dziecko z ciężką niepełnosprawnością to opieka dwadzieścia cztery godziny na dobę właściwie bez żadnej realnej pomocy państwa. Trudno pomocą nazwać tak zwane trumienkowe, czyli cztery tysiące za urodzenie dziecka z wadą letalną. A jak państwo traktuje rodziny z niepełnosprawnymi dziećmi, zobaczyliśmy przy okazji okupowania przez nie Sejmu kilka lat temu.

„O aborcji się nie mówi, a najwyżej szepcze” – mówi trzecia.

Tak było, gdy zaczynałam pracę nad książką. Kiedy wspominałam znajomym, że trochę nie mam pomysłu, jak znajdę kobiety z doświadczeniem aborcji, nagle zaczęłam słyszeć: „ja miałam” i „znam kogoś, kto też miał”. Ale żadna z moich rozmówczyń nie zdecydowała się wystąpić pod nazwiskiem. Jak pokazała historia Natalii Przybysz, jeśli kobieta powie wprost, że przerwała ciążę, i to dlatego, że po prostu nie chciała mieć dziecka, zalewa ją fala hejtu – i to z tej strony sporu, o której można było pomyśleć, że jest sojusznicza. Nic dziwnego, że kobiety nie chcą mówić głośno o aborcji.

„Ciążę nosi się publicznie, aborcja jest prywatna” – mówi czwarta.

Kobieta w zaawansowanej ciąży staje się własnością publiczną. Ludzie uważają – pewnie życzliwie – że mogą dotknąć jej brzucha, ale nie każda musi sobie tego życzyć. Ciążą chcianą się chwalisz, czekasz na gratulacje, a o niechcianej nie mówisz nikomu.

Protest w listopadzie 2020 r. z powodu zaostrzenia prawa aborcyjnego, Kraków (fot. Adrianna Bochenek / Agencja Gazeta)

„Aborcja w PRL-u nie była dylematem moralnym” – mówi piąta.

Dla kobiet, z którymi rozmawiałam, nie była. W PRL-u środki antykoncepcyjne były niedoskonałe i słabo dostępne, więc kiedy zdarzała się wpadka, ciążę się usuwało. Szło się do ginekologa, który wprost pytał: chce pani zatrzymać ciążę czy przerywamy? To było normalne. Katolickie sumienia wyrosły lekarzom po 1989 roku.

Twoja książka jest dzisiaj jak na zamówienie.

Dwa i pół roku temu nic na to nie wskazywało. Kiedy zastanawiałam się, o czym napisać następną książkę, i przyszło mi do głowy, że może o aborcji, uznałam, że nie, to głupi pomysł, na pewno ten temat jest wyeksploatowany. Okazało się, że wcale nie tak bardzo, no i sporo się zmieniło od czasu „Milczenia owieczek” Kazimiery Szczuki czy „Świata bez kobiet” Agnieszki Graff. A poza tym nie było czegoś, co sama chciałam przeczytać – kompleksowej historii aborcji: od kiedy się ją wykonuje, jakimi metodami, jaki był do niej stosunek na przestrzeni dziejów.

Drugim powodem powstania książki było wkurzenie. Od lat w Polsce o aborcji rozmawiają głównie mężczyźni: politycy i księża. Ci ostatni, jeśli traktują swoją pracę poważnie, nie mają nic wspólnego z reprodukcją, ale uznajemy, że mogą się o niej autorytatywnie wypowiadać, ba, wpływać na kształt prawa. Słyszymy więc od lat, że przerywające ciążę kobiety są nieodpowiedzialne, że są morderczyniami, ewentualnie ofiarami „syndromu postaborcyjnego”, który – nawiasem mówiąc – nie istnieje. Kiedy spojrzysz na badania, z których wynika, że jedna na trzy lub cztery kobiety w Polsce miała doświadczenie aborcji, okazuje się, że jesteśmy otoczeni niemoralnymi morderczyniami cierpiącymi na depresję. Coś tu się nie zgadza, ten obraz jest po prostu fałszywy. Dlatego chciałam porozmawiać z kobietami, które przerwały ciążę. Zapytać, jak zrobiły zabieg i jak się po nim czuły.

Wyszła ci z tego opasła książka z historią od Egiptu faraonów do Strajku Kobiet.

Ale nie strasz ludzi, że taka gruba książka, bo to jest tylko połowa tego, co napisał Adam Leszczyński w „Ludowej historii Polski”. Sprawdzałam.

Ja również. Nie przeszkodziło jej to w znakomitej sprzedaży.

Jest gruba, bo chciałam, żeby był w książce solidny historyczny background. Jestem nerdem i lubię grzebać w źródłach, bardzo szybko znalazłam też michałki w rodzaju egipskich środków antykoncepcyjnych z odchodów krokodyli czy nowożytnych prezerwatyw z jelit, więc chciałam dowiedzieć się więcej na temat tego, jak ludzkość przez wieki kontrolowała reprodukcję. Myślałam, że nawet jeśli nie ma takich książek w Polsce, to na pewno jest ich sporo w Stanach. Okazało się jednak, że też nie, że jest książka o antykoncepcji, że jest o ziołach, które służyły poronieniu, ale kompleksowej historii aborcji brak. I że będę ją musiała sama poskładać z różnych źródeł.

Niezwykle ciekawa jest ewolucja stosunku do aborcji.

To jest właściwie opowieść o własności, o tym, kto jest właścicielem macicy. Najpierw był nim mężczyzna – mąż albo pan niewolników i niewolnic. Kobieta, płód i dziecko były jego własnością i to on decydował o ich losie. Z nadejściem chrześcijaństwa prawo własności zaczął sobie rościć Bóg, a raczej jego ziemscy reprezentanci – kler. Potem macice wpisano w porządek kapitalistycznej produkcji, miały dostarczać siłę roboczą. W końcu, w XIX wieku, macice znacjonalizowano – miały służyć narodowi i rasie. Dopiero w drugiej połowie XX wieku odzyskały je kobiety.

Dzisiaj w Polsce aborcja jest „grzechem”, w najlepszym razie „mniejszym złem”. A po przekroczeniu granicy – już zwykłym zabiegiem medycznym. Chciałam zrozumieć, jak kobiety na Zachodzie odzyskały prawo do decydowania o sobie i jak Polki je utraciły. I czy zachodnie doświadczenia można u nas wykorzystać.

Dzisiaj w Polsce aborcja jest 'grzechem', w najlepszym razie 'mniejszym złem' (fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Coś cię w tym wędrowaniu przez wieki zaskoczyło?

Zaskoczyło mnie to, że aborcja i antykoncepcja pojawiają się w najstarszych papirusach medycznych sprzed niemal czterech tysięcy lat. To znaczy, że jak tylko gatunek ludzki w miarę poznał mechanizm reprodukcji, natychmiast zaczął myśleć, co tu zrobić, żeby nie każdy seks kończył się ciążą i nie każda ciąża porodem. Przez wieki metod antykoncepcji i aborcji było naprawdę sporo. Od – dziś powiedzielibyśmy – magicznych: amulety i zaklęcia, przez farmakologiczne: picie odpowiednich ziół, po zabiegi medyczne. I spora część z nich była nawet skuteczna, choć nie polecam próbować w domu.

Zaskoczyło mnie też, że według Kościoła grzech aborcji długo był grzechem pożądliwości. Seks w związku sakramentalnym usprawiedliwiała wyłącznie prokreacja, stąd nie było większej różnicy w potępianiu antykoncepcji, aborcji i każdej formy seksu, z której dzieci na pewno nie będzie.

Ale i sam Kościół zmieniał swoje zdanie w sprawie płodu. To tak zwana kwestia animacji, czyli pojawiania się duszy. Kościół długo nauczał, że płód staje się człowiekiem, kiedy dostaje duszę, a dusza pojawia się dopiero czterdzieści dni od poczęcia.

U płodów rodzaju męskiego. U mniej doskonałych płodów żeńskich zajmuje to osiemdziesiąt dni. To akurat święty Tomasz, ale ideę, że kobieta jest wybrakowanym mężczyzną, pożyczył od Arystotelesa. Dodam tu przy okazji, że w antyku nie tylko aborcja, ale i dzieciobójstwo bywały metodami kontroli liczby potomstwa. Jeśli ojciec nie uznał noworodka, zanosiło się go na rozstaje dróg. A wracając do koncepcji animacji, w Kościele była ona obecna do drugiej połowy XIX wieku, kiedy to papież Pius IX obłożył ekskomuniką aborcję na każdym etapie ciąży. Od tego czasu Kościół oficjalnie uważa, że o człowieku mówimy od poczęcia. Co ciekawe, koncepcja animacji była również obecna w zwyczajach ludowych. Tu wyznacznikiem nie była dusza, ale poruszenie płodu – gdy zaczął się ruszać, uznawano go za dziecko. Wcześniej przerywanie ciąży było traktowane jak przywrócenie naturalnego cyklu i nie rodziło większych moralnych problemów. To myślenie zresztą przetrwało w całkiem współczesnych ogłoszeniach typu „ginekolog – przywracanie miesiączki”.

Twoja książka to właściwie historia dręczenia, upokarzania i torturowania kobiet.

To prawda, jest to historia kontroli nad kobietami i tortur, ale też historia oporu i solidarności, wiedzy przekazywanej z matki na córkę i adresów podawanych pocztą pantoflową. Bo aborcja była, jest i będzie. Nie ma takiego prawa, nawet najbardziej drastycznego, które jest w stanie zmusić kobietę do urodzenia dziecka, jeśli ona nie chce lub nie może go urodzić. Nie powstrzymywało kobiet ani straszenie wiecznym potępieniem, ani palenie na stosie, ani kary więzienia, ani realna groźba powikłań, a nawet śmierci po zabiegu. Bo alternatywa zawsze była gorsza: kolejna gęba do wykarmienia, na którą nie było rodziny stać, czy perspektywa zostania panną z dzieckiem, co długo oznaczało wylądowanie na społecznym marginesie, prostytucję jako jedyne źródło utrzymania i najczęściej szybką śmierć. Aborcja dosłownie ratowała życie.

I mężczyznom to się nie podobało.

Aborcja była aktem nieposłuszeństwa i sposobem odzyskania kontroli, więc tak, przez wieki mężczyźni potępiali ją z ambony, zakazywali prawnie, a potem spróbowali zmonopolizować. W epoce nowożytnej wraz z rozwojem medycyny kwestie ciąży i połogu – przez wieki uważane za sprawy kobiece i oddane w ręce akuszerek i położnych – zaczęli przejmować lekarze mężczyźni. Medykalizacja ciąży pozwoliła im upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: z jednej strony kontrolować kobiety, z drugiej przejąć zyskowny segment rynku. Od XIX wieku to nie kobieta, czując ruchy płodu, decydowała o tym, czy jest w ciąży, tylko – po badaniu – pan doktor. To lekarz miał też wyłączne prawo rozstrzygnięcia, czy ciąża zagraża życiu lub zdrowiu pacjentki i czy można ją legalnie przerwać. W praktyce oczywiście niewiele się w kwestii aborcji zmieniło.

Płaskorzeźba przedstawiająca demona wywołującego aborcję przez uderzanie tłuczkiem w brzuch kobiety ciężarnej, Angkor Wat, Kambodża (fot. Malcolm Potts / CC BY-SA 3.0)

Pierwszym krajem, który zalegalizował aborcję ze względów społecznych, był ZSRR, a po wojnie inne kraje bloku komunistycznego. Polki przez wiele lat mogły dokonywać aborcji, kiedy kobiety na Zachodzie ciągle o to walczyły.

Zaczęłabym od mitu, że Stalin i Hitler popierali aborcję, więc jest ona z automatu zła. Otóż w III Rzeszy aborcje były legalne, ale dla Słowianek czy Żydówek. Niemki ciąży nie mogły przerywać, groziła im za to kara śmierci. Hitler nie był wcale pro-choice, chciał kontrolować macice: te właściwe miały rodzić, te niewłaściwe – nie. Co do Stalina, on akurat aborcji w ZSRR ponownie zakazał, a przywrócono ją dopiero po śmierci generalissimusa, w 1955 roku.

Polska zalegalizowała przerywanie ciąży ze względów społecznych rok później. Ale impulsem do zmiany prawa nie były wcale feministyczne postulaty emancypacji, tylko pragmatyzm: połączenie wciąż trudnych warunków bytowych z faktem, że szpitale łatały rocznie tysiące pacjentek po pokątnych skrobankach. Państwo chciało przede wszystkim ulżyć doli kobiet gnieżdżących się w jednej izbie z mężem alkoholikiem i piątką maluchów, pomóc im być lepszymi matkami dla posiadanych już dzieci. Początkowo pacjentka musiała udowodnić lekarzowi, że jest w trudnej sytuacji, przynieść stos zaświadczeń, ale w 1959 roku z tego wymogu zrezygnowano. Przez trzydzieści cztery lata w Polsce do aborcji wystarczała decyzja kobiety.

Kłopoty zaczęły się w 1989 roku, kiedy podjęto pierwszą próbę delegalizacji aborcji.

To jest absolutnie nieprawdopodobne: gospodarka się sypie, w sklepach nic nie ma, wojska rosyjskie jeszcze u nas stacjonują, a największym problemem polityków jest delegalizacja aborcji. Wtedy się nie udało, Sejm się rozwiązał, zanim zdążył zagłosować. Ale przez następne trzy lata temat podejmowano wielokrotnie.

I doszło do jednej z największych mistyfikacji III RP: w 1993 roku delegalizuje się de facto aborcję, wmawiając wszystkim, że zawarto kompromis – „kompromis aborcyjny”.

W porównaniu z innymi projektami, które pojawiały się w Sejmie, ten był wersją light, bo nie karał kobiet więzieniem i wprowadzał – przynajmniej teoretycznie – trzy wyjątki od zakazu. Ale debata nad tą ustawą była tak patriarchalna i protekcjonalna, że dziś, czytając ją, przeciera się oczy. Mężczyźni mówili ponad głowami kobiet, z automatu uznali, że wiedzą lepiej, co jest dla nich dobre. Poza tym kto by się przejmował, co jest dla kobiet dobre, najważniejszy był płód oraz nieantagonizowanie Kościoła. Politycy pielgrzymowali więc do prymasa i pytali, czy się łaskawie zgadza na kolejne wersje zakazu. Kościół dostał głos decydujący w sprawie, która go w ogóle nie dotyczy. W ogóle w latach 90. dostał wszystko, co chciał: kasę – majątki zwrócone przez Komisję Majątkową; indoktrynację – religia w szkołach; i kontrolę na kobietami – aborcja. Konsekwencje tego ponosimy do dzisiaj.

Największą przegraną wydaje się jednak język, który – jak wiadomo – kształtuje rzeczywistość. Zamiast „płodów” mamy „nienarodzone dzieci”, zamiast „aborcji” mamy „morderstwo”, zamiast „kobiet w ciąży” mamy „matki”.

Używanie tego języka powoduje, że przegrywasz debatę. „Dziecko poczęte” przywołuje obraz uroczego różowego bobasa, ostatnio w sercu, i tu już faktycznie nie ma żadnych kompromisów. Rozmowa wygląda zupełnie inaczej, gdy używasz neutralnego słownictwa: „płód”, „ciąża”, „terminacja ciąży”. I w centrum debaty umieszczasz kobietę. Strona pro-choice długo stała na słabszej pozycji, bo deklarowała, że jest za prawem do wyboru, a „wybór” brzmi jednak słabiej niż „życie”. Tyle że zwolennicy wyboru też są za życiem: za życiem kobiety, za jej autonomią, za niezmuszaniem jej nie tylko do patrzenia, jak jej dziecko z wadą letalną umiera po urodzeniu, i donoszenia ciąży, w której nie chce być.

Strajk Kobiet jest nadzieją na zmianę?

Myślę, że czeka nas długi marsz, co najmniej do następnych wyborów. I na jego mecie nie są obietnice PO, która właśnie ogłosiła, że łaskawie zgadza się na legalizację aborcji po zasięgnięciu przez kobietę opinii psychologa. Z zastrzeżeniem, że mają jednak nadzieję, że psycholog przekona ją do donoszenia ciąży, bo aborcja jest zawsze zła, a kobiety to takie płoche istotki, które decyzje podejmują pochopnie, więc musi je zatwierdzić jakiś autorytet. Najlepiej męski.

Aborcja jest…

Powszechnym zabiegiem medycznym, który od tysiącleci robią kobiety, kiedy nie mogą lub nie chcą być w ciąży.

Ebook do kupienia w promocyjnej cenie w Publio.pl

Strajk Kobiet we Wrocławiu (fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta)

Katarzyna Wężyk. Reporterka, publicystka. Skończyła politologię i podyplomową amerykanistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Stypendystka Fundacji Kościuszkowskiej (na Columbia University w Nowym Jorku) i Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu. Zaczynała w „Panoramie” TVP, następnie przez pięć lat pracowała w portalu tvn24.pl. Od 2012 roku w „Gazecie Wyborczej”, pisze do „Magazynu Świątecznego”, „Dużego Formatu” i „Wysokich Obcasów”. Właśnie – nakładem Wydawnictwa Agora – ukazała się jej nowa książka „Aborcja jest”.

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów" i weekendowego magazynu Gazeta.pl, felietonistą poznańskiej "Gazety Wyborczej" i autorem kulturalnego podcastu Zeitgeist:Radio.