Rozmowa
Jocelyn Bell Burnell (fot. Roger W Haworth / Flickr / CC BY-SA 2.0)
Jocelyn Bell Burnell (fot. Roger W Haworth / Flickr / CC BY-SA 2.0)

Na prasowych zdjęciach z 1968 roku, gdy na łamach „Nature” pani i Antony Hewish ogłosiliście swoje obserwacje dotyczące nowego rodzaju gwiazd, sprawia pani wrażenie przypadkowego dodatku do promotora.

I tak się czułam. Artykuł w „Nature” szybko przyniósł nam sławę, pojawiało się wielu dziennikarzy proszących o rozmowę na temat odkrycia. Zawsze chodziliśmy na nie razem. Tony był moim promotorem, uznanym już naukowcem, ja dopiero robiłam doktorat. I gdy siadaliśmy przed dziennikarzami, Tony słyszał te wszystkie poważne pytania: czym są pulsary, co zmienia ich odkrycie, jak do niego doszło. Mnie zwykle pytano o to, czy mam naturalny kolor włosów, jakie są moje wymiary, oraz proszono, bym rozpięła do zdjęcia górny guzik bluzki.

W tamtych czasach na trzeciej stronie w większości gazet zamieszczano zdjęcie skąpo ubranej panienki. Tak postrzegano kobiety: jako ciało, i to niekoniecznie wyposażone w mózg. Należało być ładną, miłą i uśmiechniętą. Było to tak powszechne, że nikomu nie przyszło do głowy, że może być inaczej. Słysząc pytania o kolor włosów, nawet przez moment nie pomyślałam, by skarcić dziennikarza. Musiałam być grzeczna, zachowywać się, jak przystało dobrze wychowanej panience.

Była pani grzeczna nawet wówczas, gdy w 1974 roku Antony’emu Hewishowi przyznano Nagrodę Nobla za odkrycie. Nie skomentowała pani tego nawet jednym negatywnym słowem, choć w pani obronie stanął sam Fred Hoyle, ceniony astronom i kosmolog, który twierdził, że skoro pani była przynajmniej współautorką odkrycia, to powinna pani zostać również współlaureatką nagrody.

Nagroda Nobla z 1974 roku była przełomowa. Po raz pierwszy otrzymał ją astronom. Nie ma oddzielnej kategorii dla badań astronomicznych, jest jedna nagroda z fizyki przyznawana do tamtej pory jedynie fizykom. W 1974 nastąpił przełom i jestem z tego bardzo zadowolona. Do dzisiaj Nobla otrzymało ponad 20 astronomów i ta liczba stale rośnie. A że nie ja zostałam pierwszą astronomką, której przyznano to wyróżnienie? Nie traktuję tego jako potwarzy. Tony był szefem zespołu, moim promotorem, to na nim ciążyła naukowa odpowiedzialność za odkrycie. A skoro wziął na siebie tę odpowiedzialność, to również jemu należało się wyróżnienie. Z mojego punktu widzenia sam fakt, że zdecydowałam się kontynuować karierę naukową, skończyć doktorat, już był dużym zwycięstwem.

 

Czyżby ktoś panią do tego zniechęcał?

Konwenanse. W latach 60. i 70. ubiegłego wieku w Anglii kobieta pracowała do momentu zamążpójścia. Tak było przyjęte. Gdy mężatka nie rezygnowała z pracy, traktowano to jako przymus, coś wynikającego z nieudolności jej męża, a nie kobiecą chęć i potrzebę samorealizacji. A ja zaręczyłam się i wyszłam za mąż, wciąż robiąc doktorat, pierwsze kroki kariery akademickiej stawiałam, mając pod opieką małe dziecko. I chociaż pracowałam na pół etatu, było to traktowane jako fanaberia. Na mojej ulicy byłam jedyną kobietą pracującą poza domem. Na uczelni było nas tak mało, że pewnie dałoby radę policzyć nas wszystkie na palcach. A gdy mój syn powiedział w przedszkolu, że mama obserwuje satelity, uznano, że fantazjuje.

Macierzyństwo jest często tą chwilą, kiedy my, kobiety, przestajemy dawać sobie radę, odpuszczamy karierę i własne aspiracje na rzecz rodziny. Jak to się stało, że pani nie odpuściła?

Przez upór. Ale to nie tak, że łamałam wszystkie bariery i parłam naprzód, nie oglądając się na nic. Gdy urodził się mój syn, przekonanie, że dziecko musi mieć dostępną nieustannie matkę, było tak silne, iż uznawano za pewnik, że pracująca zawodowo kobieta nie jest w stanie wychować dziecka, że nie rozwinie się ono odpowiednio, nie wykorzysta swojego potencjału. Słyszałam to z każdej strony i wiele razy zastanawiałam się, czy dobrze robię. Naprawdę miałam mnóstwo wątpliwości.

Aby spędzać z synem możliwie dużo czasu, związałam się z Open University. To była instytucja zapewniająca kształcenie osobom dojrzałym i już pracującym zawodowo. Wykłady o szóstej rano transmitowała telewizja. Wstawałam o świcie, a razem ze mną mój syn i oglądaliśmy wykłady wspólnie. Dzięki nim po raz pierwszy zetknął się z takimi pojęciami, jak grawitacja czy teoria względności. Pamiętam, że rozpierała mnie duma, gdy takim pewnym głosem rozprawiał o statkach kosmicznych poruszających się z prędkością światła. Mylił się, ale najważniejsza była ciekawość świata, którą wówczas w sobie rozbudził. Dzisiaj sam jest fizykiem i wykładowcą, więc wiele wskazuje na to, że mimo panujących w jego dzieciństwie opinii o pracy zawodowej matek udało mi się go nie skrzywdzić.

Dlaczego zajęła się pani radioastronomią?

Radioastronomia nie jest zależna od pory dnia. Obserwacje optyczne możemy prowadzić jedynie w nocy, gdy nocne niebo jest widoczne, za to te radiowe przez całą dobę, w tym również w tak zwanych godzinach pracy. Nie mogłam sobie pozwolić na spędzanie nocy w obserwatoriach, za to mogłam pracować w dzień.

Jocelyn Bell Burnell w czerwcu 1967 r. (fot. Roger W Haworth / Flickr / CC BY-SA 2.0) , Badania Jocelyn Burnell z sierpnia 1967 roku z danymi z radioteleskopu 4 Acre Array, pokazujące ślad pierwszego zidentyfikowanego pulsara, później oznaczonego jako PSR B1919 + 21 (fot. CC BY-SA 4.0)

Poza tym konstruowałam mieszczący się pod Cambridge radioteleskop będący częścią Mullard Radio Astronomy Observatory. Gdy zaczynałam doktorat, dostałam do ręki kombinerki, młotek i kilka innych podstawowych narzędzi. Z rozciągniętego na polu miedzianego drutu zrobiliśmy działający radioteleskop. Do dziś mam te narzędzia, a nasz teleskop wciąż jest sprawny.

To dzięki temu radioteleskopowi odkryła pani pulsary?

Przeglądając wydruki – bo to były czasy, kiedy odbierany sygnał zapisywany był maszynowo na długich zwojach papieru – natknęłam się na specyficzny, bardzo silny, choć krótkotrwały, sygnał. Pokazałam go Tony’emu. Nie mieliśmy pojęcia, skąd może pochodzić i co oznaczać. Poza tym był jeden, brakowało nam cykliczności. Głowiliśmy się nad nim długo, aż nie wiedząc, jak go określić, nazwaliśmy sygnał LGM – akronim od Little Green Men, czyli ufoludków.

Każdego kolejnego dnia sprawdzałam, czy sygnał nie wrócił, ale nie działo się nic. Dopiero po kilku tygodniach znów zauważyłam go na wydruku. Zastanowiło mnie to. Zaczęłam przekopywać się przez poskładane w pudełkach po butach wydruki i znalazłam sygnał również w innych miejscach. Teraz wiemy, że wysyłana przez pulsary wiązka promieniowania elektromagnetycznego może zostać przez nas zaobserwowana tylko wtedy, gdy skierowana jest w kierunku Ziemi. Wyobraź sobie latarnię morską, która wysyła sygnał świetlny. Dostrzegasz go tylko wtedy, gdy skierowany jest w twoją stronę. Podobnie jest z pulsarami.

Robiła pani doktorat na Uniwersytecie w Cambridge, później pracowała między innymi na uniwersytetach w Oksfordzie i w Londynie, została wybrana przewodniczącą wyjątkowo nobliwego Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego. Niezwykła kariera, szczególnie jeśli spojrzy się na nią z perspektywy doktorantki, która uśmiechała się, słysząc nieuprzejme pytania.

Można sięgnąć nawet dalej. Urodziłam się i wychowałam w Irlandii, studiowałam w Glasgow i kiedy pojawiłam się w Cambridge, pierwsze, co chciałam zrobić, to wziąć nogi za pas. Każdego dnia pytałam siebie, co ja robię wśród tych wszystkich wyjątkowo mądrych, oczytanych i niezwykłych ludzi. Przecież nie należę do ich świata, pomylono się wobec mnie i ktoś bez wątpienia niedługo odkryje ten błąd, powie mi jasno, że tu nie pasuję, wykopie mnie z towarzystwa i zatrzaśnie za mną drzwi, bym więcej nie wracała.

Jocelyn podczas konferencji w 2009 roku (fot. Astronomical Institute, Academy of Sciences of the Czech Republic / CC BY-SA 3.0) , Złożony obraz Mgławicy Krab, pokazujący emisję synchrotronową w otaczającej mgławicy pulsarowej, zasilanej przez wstrzyknięcie pól magnetycznych i cząstek z centralnego pulsara (fot. NASA / Domena publiczna)

Wiele lat później dowiedziałam się, że w psychologii określa się to mianem syndromu oszusta, który dotyka ludzi niewierzących w swoje siły, w swoje kompetencje, przekonanych, że wszystko, co udało im się osiągnąć, to jedynie wynik zbiegu okoliczności, a nie ich osobista zasługa. Czułam się oszustką, osobą, która tylko udaje, że pasuje do towarzystwa, że jest jedną z grona doktorantów, wreszcie odkrywców, naukowców. Walczyłam z tym przez szereg lat.

Udało się wygrać?

I tak, i nie. Myślę, że gdzieś tam z tyłu głowy czai się myśl, że z pewnością są ludzie, którzy bardziej zasługują na to, co ja osiągnęłam, ale nauczyłam się z tą myślą żyć. Z perspektywy czasu widzę, jak ważne jest budowanie poczucia własnej wartości, wsparcie otoczenia. To też zadanie dla osób, które już przeszły swoją drogę, pokonały przeszkody. Starałam się dać to wsparcie swoim studentom. Nawet teraz, gdy już nie wykładam, wspieram doktorantki, wystawiam im listy polecające, podpowiadam kolejne kroki na drodze naukowej. To ważna część mojej działalności.

Tak ważna, że gdy otrzymała pani Breakthrough Prize in Fundamental Physics, nagrodę, której częścią są trzy miliony dolarów, przeznaczyła pani tę kwotę na utworzenie funduszu stypendialnego dla osób z grup, które nie są wystarczająco reprezentowane w astronomii. Nie pomyślała pani: zapracowałam na to, więc zatrzymam nagrodę dla siebie?

Całe życie pracuję i zarabiam, całkiem nieźle zarabiam, a nie mam potrzeby popisywania się pieniędzmi. Nie potrzebuję pałacu ani luksusowych samochodów. Naprawdę wystarcza mi to, co mam. Co miałabym zrobić z trzema milionami dolarów? Jedyne, co przyszło mi do głowy, to wykorzystać je do pomocy tym, którzy mają pod górkę.

Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, ale w Wielkiej Brytanii kobiety stanowią około 20 procent osób zatrudnionych na wydziałach nauk ścisłych. Reszta to mężczyźni, ale mimo że żyję w kraju wielokulturowym, są to głównie biali mężczyźni. W dodatku im wyżej w uniwersyteckiej hierarchii, tym mniej kobiet, tym mniej osób z innego kręgu kulturowego. A przecież nauka nie przynależy tylko wąskiemu gronu białych mężczyzn.

Około 15 lat temu wraz z innymi osobami związanymi z naukami ścisłymi utworzyłyśmy sieć pomocy kobietom nauki Athena Swan. Jej celem było zwrócenie uwagi na nierówności w dostępie do grantów i wszystkiego, co mogło wspierać karierę naukową, oraz wypracowanie pewnych dobrych praktyk akademickich. Wysyłałyśmy na różne uczelnie ankiety z prośbą o uzupełnienie informacji, ile kobiet pracuje na danym wydziale, czym się zajmują, jak wygląda ich ścieżka kariery. Gdy liczby stały się jawne, gdy organizacje przyznające granty dostrzegły, że jest nadreprezentacja mężczyzn wobec kobiet, zaczęto przykładać większą wagę do nagradzania instytucji, które oferowały równy dostęp do wiedzy i możliwości rozwoju wszystkim, bez względu na płeć i pochodzenie. W ten sposób wypracowałyśmy standardy, które teraz wdrażane są w Australii, Kanadzie i w USA. Chcę wierzyć, że kolejnym pokoleniom będzie łatwiej, a większa różnorodność wśród osób uprawiających naukę na najwyższym poziomie poskutkuje gwałtownym rozwojem tejże.

A może wystarczy sam upór, by poradzić sobie w tym świecie?

Mnie mój upór i wewnętrzna dyscyplina pomogły. I każdej jednej osobie powiem, żeby pracowała nad swoim uporem, nad umiejętnością podążania za własnym głosem. Ale to nie znaczy, że upór wystarczy, że wszelka pomoc jest zbędna. Możemy podążać własną ścieżką, iść za głosem serca i jednocześnie czuć wsparcie otoczenia. Jedno drugiemu nie przeczy. Przeciwnie, to pozwala myśleć o kwestiach najważniejszych, o nauce, a nie skupiać się na walce o przetrwanie. Razem możemy patrzeć dalej i zrobić więcej.

***

Joanna Sakowska, Polka wychowana w Anglii, została jedną z czterech osób, którym przyznano stypendium naukowe ufundowane przez prof. Bell Burnell. – Stypendium przyznawane jest na trzy lub cztery lata i są to pieniądze, które mają pomóc w zrobieniu doktoratu. Moje stypendium jest w połowie fundowane przez Uniwersytet w Surrey, a w połowie z funduszu prof. Burnell – wyjaśnia Joanna Sakowska i dodaje, że ma ono wspierać osoby parające się naukami ścisłymi, ale także zaangażowane w promowanie różnorodności w środowisku akademickim. – Przez cały okres studiów chętnie brałam udział w projektach mających pokazać dzieciom radość płynącą z nauki. W Anglii ważne jest to nastawienie na proces, na budzenie fascynacji, a mniej na wynik. Wspierałam społeczności lokalne, osoby niemające dostępu do edukacji akademickiej. To plus roczny projekt astronomiczny i ogólne wyniki w nauce sprawiły, że otrzymałam stypendium – mówi doktorantka.

Dodaje, że bardzo silnie oddziałał na nią sam przykład prof. Burnell, jej ciężka praca i umiejętność przyznawania się do słabości. – W szkole podstawowej i średniej nie byłam prymuską z przedmiotów ścisłych, typem geniusza, a wśród niektórych nauczycieli panowało przekonanie, że skoro nie jest się w czymś wybitnym, to nie należy się tym zajmować. Ale ja naprawdę lubiłam fizykę i w pewnym momencie stwierdziłam, że nieważne, czy jestem geniuszem, czy nie – chcę się zajmować fizyką. Gdy to do mnie dotarło, gdy zaczęłam ciężko nad sobą pracować, pojawiły się też wyniki i znalazłam swoje miejsce – podsumowuje Joanna Sakowska.

Joanna Sakowska (fot. Archiwum prywatne)

*Jocelyn Bell Burnell. Urodzona w Irlandii profesor astronomii i astrofizyki. Przez niemal 50 lat kariery związana była z najlepszymi angielskimi uczelniami – uniwersytetami w Cambridge, Oksfordzie i Londynie. Wykładała na Princeton i Harvardzie. W latach 2002-2004 pełniła funkcję przewodniczącej Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego, instytucji powołanej w 1820 roku przez Johna Hershela. Jako doktorantka odkryła nowy typ gwiazd – rotujące gwiazdy neutronowe, czyli pulsary. Jej wkład w astrofizykę, głównie w lepsze poznanie pulsarów, określany jest jako przełomowy dla całej współczesnej astronomii, a sama Jocelyn Bell Burnell zaliczana jest do grona najważniejszych naukowców XX wieku. Za swoje zasługi została odznaczona wieloma nagrodami, również państwowymi. W 1999 roku przyznano jej Order Imperium Brytyjskiego, a w 2018 roku Breakthrough Prize in Fundamental Physics, nagrodę, z której pieniądze posłużyły do założenia funduszu stypendialnego dla młodych naukowców. W 2014 roku została pierwszą kobietą, która stanęła na czele Szkockiego Królewskiego Towarzystwa Naukowego z siedzibą w Edynburgu. Jej imię nadano specjalnej nagrodzie dla młodych, wyróżniających się studentek fizyki. W 2020 roku znalazła się na stworzonej przez BBC liście siedmiu najważniejszych i najmniej znanych Angielek zajmujących się nauką.

Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka. Dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką popularnonaukową. Pisząca dla Weekend.Gazeta.pl od powstania magazynu, związana ponadto m.in. z Focusem i z Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk. Współautorka książek Człowiek istota kosmiczna oraz Kosmiczne wyzwania.

Cykl o kobietach

W nowym cyklu Weekend Gazeta.pl będziemy przybliżać historie kobiet, które zmieniły świat, ale ich zasługi zostały przemilczane bądź przypisane innym osobom.