Rozmowa
Ojciec Fotografa w należącym do resortu samochodzie warszawa M-20, przełom lat 50. i 60. (archiwum rodzinne Fotografa)
Ojciec Fotografa w należącym do resortu samochodzie warszawa M-20, przełom lat 50. i 60. (archiwum rodzinne Fotografa)

Kim byli Niewidzialni?

Łowcami tajemnic. Była to wyspecjalizowana grupa oficerów kontrwywiadu PRL. Pracowali w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, a dokładnie w Wydziale IX Departamentu II. Formalnie zajmowali się „operacyjno-technicznym rozpracowywaniem metod łączności obcych placówek”. I w ogóle wroga. A w praktyce wchodzili do ambasad i konsulatów państw, które znajdowały się w zainteresowaniu polskich służb specjalnych: Hiszpanii, USA, Szwecji, Indii, Portugalii, Francji i innych spoza Układu Warszawskiego.

Co to znaczy, że wchodzili? Włamywali się, ale tak, żeby nie zostawiać śladów?

Wchodzili ciemną nocą bez pozostawiania żadnych śladów. W latach 70. i 80. do niektórych placówek polscy oficerowie dostawali się dwa razy w tygodniu, ale zdarzały się i częstsze odwiedziny. Przejmowali archiwa wywiadów, tajne materiały dotyczące bieżącej działalności i dalekosiężnych planów placówek, a nawet wytyczne do negocjacji kredytowych i handlowych.

Zaczęli działać zaraz po wojnie?

Jak ustaliłem, tytułowi Niewidzialni zaczęli funkcjonować zaraz po zakończeniu II wojny światowej.

W ogóle próby przenikania do obcych ambasad czy konsulatów to żadna niespodzianka. Dotarcie do gabinetu sekretarki albo któregoś z dyplomatów często nie jest aż tak dużym problemem, natomiast oficerów Wydziału IX wyróżniało to, jak daleko potrafili dotrzeć. Wchodzili nawet do najpilniej strzeżonych skarbców. To stawiało ich w światowej czołówce.

Inne kontrwywiady tak nie potrafiły?

Sądzę, że dla znacznej części świata barierę stanowiły najbardziej skomplikowane zamki szyfrowe. Owszem, służby specjalne Francji pewnie też wchodziły do zagranicznych placówek, ale robiły to parę razy w roku, albo np. tylko do gabinetu ambasadora, w którym montowały podsłuch. Czy były w stanie dostać się do bunkrów i skarbców tak jak Niewidzialni? Wątpliwe, ponieważ zgodnie z fizyką jedynym skutecznym sposobem wydaje się otwieranie tych miejsc za pomocą izotopów, których używali Niewidzialni. 

Skąd to wiesz?

Bo gdyby inne kontrwywiady, poza naszym i radzieckim, używały izotopów, to potrafiłyby się też przed nimi zabezpieczyć. Wystarczyłoby założyć czujniki promieniowania, a tych nie było.

Z wizytą w placówce szwedzkiej. Na zdjęciu sejf (archiwum IPN) , W bunkrze poza tajnymi dokumentami znaleźć można było m.in. klucze do wszystkich pomieszczeń szwedzkiej placówki oraz rezydencji dyplomatów (archiwum IPN)

Nasze służby poznały tę technikę dzięki Rosjanom. Jak wiadomo, współpracowaliśmy wówczas z nimi. Gdyby nie Rosjanie, którzy uważali polskich funkcjonariuszy za solidnych, a służbę za szczelną, pewnie też nie mielibyśmy pojęcia o tej metodzie. Ja nawet domyślam się, kto z wysokiego szczebla naszych ówczesnych służb namówił Rosjan, by nas tego nauczyli.

Pewnie mi nie zdradzisz, kto to mógł być, więc opowiedz o samych metodach.

Jedna z nich polegała na tym, że wyjęty z pojemnika izotop, czyli coś na kształt kilkumilimetrowego odłamka grafitu w ołówku, zamkniętego w maleńkiej kapsułce, nakręcało się na pręt i przekładało przez otwór pod drzwiami. Z drugiej strony drzwi Niewidzialni umieszczali kliszę, na której pojawiał się obraz mechanizmu zamka, i w ten sposób mogli ustalić szyfr. Mogli też puścić promieniowanie przez kolimator, czyli narzędzie służące do skupienia jego wiązki.

Takie metody radiologiczne były ogromnie ryzykowne i niebezpieczne, bo żeby prześwietlić potężne drzwi skarbców i sejfów, potrzeba było naprawdę dużego promieniowania. Czasem kilkaset razy przekraczało ono dopuszczalną normę.

Niewidzialni jeździli specjalnymi autami. Z zewnątrz wyglądały zupełnie zwyczajnie, ale każda nyska czy żuk, którymi się poruszali, miały drewniane stelaże. Znajdowały się w nich ołowiane płyty. Chroniły kierowcę przed promieniowaniem.

Poza różnej wielkości pojemnikami z izotopem Niewidzialni często musieli też dźwigać ciężki sprzęt do pomiaru promieniowania. Cały czas mieli przy sobie mierniki zliczające przyjęte przez nich dawki. No i oczywiście kombajn do robienia zdjęć, czyli coś w rodzaju współczesnego skanera, który szybko kopiuje dokumenty.

Kamera była schowana pod półką w regale stojącym obok drzwi do bunkra w konsulacie USA w Poznaniu (archiwum IPN) , Radziecki kombajn używany przez funkcjonariuszy Wydziału IX do szybkiego kopiowania dokumentów. Po lewej i po prawej widoczne są lampy, a na górze aparat fotograficzny (archiwum IPN)

Po wejściu do skarbca czy bunkra obcej placówki Niewidzialni otwierali sejf i kopiowali jego zawartość.

Specjalistom z Wydziału IX zawsze towarzyszył funkcjonariusz operacyjny, który wybierał dokumenty do skopiowania. Dodatkowo przeglądał równie cenne materiały leżące np. na biurkach pracowników czy półkach. Jeden z oficerów opowiadał mi, że w ambasadzie Szwecji przejęli w ten sposób listy od Polaków, którzy proponowali, że będą dla Szwedów szpiegować. 

Niewidzialni musieli też, jak to mówili, dbać o placówkę, czyli na bieżąco sprawdzać, czy nie pojawiły się nowe zabezpieczenia, np. alarmy, czy nie leżą wokół zapasowe klucze do skopiowania. Nie mogła im umknąć żadna zmiana, by następnym razem też mogli dostać się do środka.

Komu Niewidzialni przekazywali kopie dokumentów, które zdobywali?

Niewidzialni pełnili funkcję usługową dla wydziałów operacyjnych MSW. To jego pracownicy proponowali im wspólne wejścia do konkretnych placówek. O Niewidzialnych i ich metodach wiedziała w MSW raptem garstka osób. Większość oficerów kontrwywiadu sądziła, że Wydział IX zajmuje się prostymi przeszukaniami w hotelach albo naprawą urządzeń elektronicznych. 

Czy o wejściach wiedział np. Edward Gierek czy Wojciech Jaruzelski? Na to pytanie żaden z moich rozmówców nie znał odpowiedzi. Jeżeli któryś z pierwszych sekretarzy spytał, skąd pochodzą dokumenty, które trafiły do niego z MSW, to pewnie dostał odpowiedź.

A pytali?

Tego nie wiadomo. Natomiast jestem pewien, że Stanisław Kania, który nadzorował służby i wojsko, doskonale się w działaniach Niewidzialnych orientował.

Stojący przed mercedesem służb ojciec Fotografa prezentuje doklejone wąsy i baczki. Lata 70. (archiwum rodzinne Fotografa) , Fotografia wykonana w trakcie prowadzenia tzw. obserwacji japońskiej. Funkcjonariusze podążają bezpośrednio za znajdującymi się w pierwszymaucie dyplomatami. Lata 60. (archiwum rodzinne Fotografa)

Ale nawet część pracowników pionu analitycznego, którzy „mielili”  dokumenty zdobywane przez Niewidzialnych, o szczegółach ich działań nie miała pojęcia. Pewnie sądzili, że wchodzą tylko do gabinetów konsulów czy ambasadorów.

Jak więc ty się o nich dowiedziałeś?

Kilka lat temu w programie TVP wspomniał o nich zdawkowo Zbigniew Siemiątkowski. Nikt mu nie uwierzył, ja też nie do końca, ale po jakimś czasie zacząłem drążyć. W trakcie rozmów z funkcjonariuszami kontrwywiadu pojawiło się nazwisko oficera Wydziału IX. Od lat już nie żył, ale naprowadziło mnie to na pewne tropy i dotarłem do innej osoby, która miała bardzo podobną ścieżkę kariery. Skontaktowałem się z tym mężczyzną i to wówczas po raz pierwszy miałem okazję usłyszeć o szczegółach akcji Wydziału IX. Po pewnym czasie poznałem kolejnych Niewidzialnych.

Wspomniany mężczyzna to jeden z bohaterów twojej książki?

Inżynier.

Domyślam się, że nie jest to jego pseudonim operacyjny.

Nie, to moja inwencja. Podobnie jak pseudonimy innych członków grupy: Łowcy, Turysty, Brodacza i Fotografa. Nie chcieli ujawnić nazwisk, więc ja to oczywiście uszanowałem.

Wyjątek w książce stanowi generał Andrzej Kapkowski, były oficer kontrwywiadu, szef UOP i doradca prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. To funkcjonariusz, którego nazwisko od lat jest znane. Wypowiada się w mediach, jest też wykładowcą akademickim. Co innego reszta. Na przykład jeden z Niewidzialnych powiedział mi, że jego dzieci do dziś nie mają pojęcia, czym się zajmował.

Opowiesz mi o jednej z bardziej spektakularnych akcji Niewidzialnych?

Niełatwe to pytanie. Na pewno spektakularne było otwarcie zamka czasowego, który chronił sejf w ambasadzie Hiszpanii. Uniemożliwiał on dostanie się do środka kasy pancernej poza godzinami pracy placówki. Oznaczało to, że nawet osoba odpowiedzialna za sejf nie dałaby rady otworzyć go między godziną 18 a 6 rano.

Niektóre elementy systemu zainstalowanego w latach 80. przez KGB w pomieszczeniach sąsiadujących z obiektem 'Dion', czyli ambasadą Włoch w Warszawie. Sprzęt umożliwiał zdalne przechwytywanie wiadomości wysyłanych z placówki (archiwum IPN) , Sejf w bunkrze konsulatu USA w Poznaniu, w którym Amerykanie przechowywali najważniejsze dokumenty placówki (archiwum IPN)

Niesamowite było też to, że Niewidzialni noc w noc przez dwa tygodnie wchodzili do ambasady Szwecji. Najpierw musieli pokonać skomplikowane zabezpieczenia, a potem dokonywali zmian, które pozwoliły im na zdalną kontrolę systemów łączności placówki. W tym samym czasie kopiowali wszystko, co znaleźli w placówce, a potem musieli ułożyć dokumenty dokładnie tak samo, jak je zastali, żeby nie zostawić po sobie żadnych śladów. Nie było wystarczającej liczby ludzi, że robić zmiany, dlatego Niewidzialni przez dwa tygodnie pracowali bez przerwy.

W twojej książce pojawia się jedna kobieta, Brunetka. Co prawda nie należała do Niewidzialnych, ale opowiada sporo ciekawych rzeczy o działaniach oficerów kontrwywiadu PRL.

Kobiet w służbach PRL było całkiem sporo. Pracowały głównie w obserwacji, bo często charakteryzowała je większa spostrzegawczość niż kolegów. Potrafiły np. błyskawicznie zapamiętywać numery rejestracyjne obserwowanych samochodów i doskonale wtapiały się w tłum.

Albo z ruchu palców śledzonej osoby odczytywały numer telefonu, który wybierała, dzwoniąc z budki telefonicznej.

No właśnie. Kobiety stanowiły znaczną część ówczesnych służb obserwacji. Było to ogromne zaskoczenie dla zachodnich szpiegów, którzy nie spodziewali się ich w służbach demoludów.

Fotograf opowiadał mi o pani Jadwidze, niezwykle eleganckiej funkcjonariuszce z ogromnym doświadczeniem. Odpowiadała w Wydziale IX za laboratorium fotograficzne. Koledzy bardzo ją lubili i gdy była już na emeryturze, nadal utrzymywali z nią kontakt. Pani Jadwiga zaczęła pracę w służbach na początku lat 60. Niestety, już nie żyje, a szkoda, bo mogłaby mi powiedzieć wiele interesujących rzeczy o kobietach w kontrwywiadzie.

Do futryny drzwi bunkra w konsulacie USA w Krakowie Amerykanie przykręcili licznik otwarć - widoczny w lewym górnym rogu (archiwum IPN) , Najważniejsze dokumenty w konsulacie USA w Krakowie znajdowały się w kartotekowym sejfie, którego szuflady zabezpieczone były kolejnym zamkiem szyfrowym (archiwum IPN)

Czym musieli wyróżniać się funkcjonariusze MSW, żeby móc aplikować do Niewidzialnych?

Aplikować nie mogli. Do tej grupy szefowie starannie wybierali osoby, które miały ogromną wiedzę techniczną, najlepiej spore doświadczenie w służbach i nerwy ze stali. Najchętniej rekrutowano tych, którzy mieli za sobą już tajne przeszukania, tzw. dosiady, np. w mieszkaniach. Turysta wspominał mi, że do tej grupy wybierano mężczyzn, którzy już mieli dzieci. Obawiano się, że promieniowanie izotopów może upośledzać płodność.

Piszesz, że wielu z Niewidzialnych zmarło na nowotwory, których powodem mogło być właśnie promieniowanie.

Turysta powiedział mi, że nie słyszał o żadnym Niewidzialnym, który zmarłby z innego powodu niż nowotwór. Dwóch oficerów narażonych na największe promieniowanie zmarło dosłownie po paru latach od pierwszych akcji z izotopami. Jeden z nich miał niewiele ponad 40 lat. Drugi żył dłużej, ale też zmarł na raka.

Czy Niewidzialni zarabiali więcej od innych funkcjonariuszy kontrwywiadu?

Wiesz, gdy zaczynałem zbierać materiały do książki, spodziewałem się, że tak. Tymczasem ich pensje niewiele różniły się od pozostałych. Owszem, częściej niż inni dostawali premie, bo odnosili spektakularne sukcesy, ale nic więcej. W pewnym momencie pojawił się pomysł, żeby naliczano im do emerytury półtora raza więcej wysługi lat. I to zadziwiająco nie przeszło. Piotr Jaroszewicz nie podpisał zgody.

Dlaczego?

Nawet premier Jaroszewicz nie mógł sam podjąć takiej decyzji. Musiał ją z kimś skonsultować. A skoro działalność Niewidzialnych utrzymywano w największej tajemnicy, to ich mocodawcy nie byli w stanie formalnie udowodnić, że należą im się specjalne względy. Niewidzialni padli więc ofiarą własnej konspiracji.

Zaryzykowałbyś stwierdzenie, że w pewnym sensie zostali wykorzystani przez system?

Nie. Oczywiście wiedzieli, z czym to się wiąże. Nikt ich nie zmuszał do pracy w tej grupie – dowodzą tego dokumenty i zapewniali mnie o tym sami Niewidzialni. Mogli też w dowolnym momencie zrezygnować. Tyle że teraz mają obcięte emerytury, nie mogą też liczyć na żadne przywileje, chociażby w leczeniu nowotworów. A codziennie przez lata byli poddawani promieniowaniu.

Punkt szyfrowy ambasady Szwecji (archiwum IPN) , Tomasz Awłasewicz (Kinga Kenig)

Imponowało im, że należą do elitarnej grupy?

Zdawali sobie też sprawę z tego, jak ważna jest ich praca, i mieli świadomość, że wprowadzenie do służb nowych osób na ich miejsce będzie szalenie szkodliwe dla konspiracji. A to, co zdobywali, jest marzeniem każdego funkcjonariusza kontrwywiadu.

To było coś niebywałego w skali służb całego świata. Brytyjskie czy amerykańskie służby miały pewnie w wielu miejscach agenturę, która je wpuszczała do zagranicznych placówek. Ale żadna nie byłaby raczej w stanie zwerbować tylu szpiegów, pozyskać takich ilości dokumentów, jakie zdobywali Niewidzialni. Pewne jest, że nie mieli żadnej wpadki. Gdyby do niej doszło, prawdopodobnie zostałaby nagłośniona albo – gdyby pozostała w tajemnicy – obce służby uniemożliwiłyby im dalszą pracę.

I pozostaje jeszcze kwestia tego, czy Niewidzialni wpadkę by przeżyli.

KSIĄŻKA DO KUPIENIA TUTAJ >>>

Tomasz Awłasewicz. Był wykładowcą w Wyższej Szkole Umiejętności Społecznych w Poznaniu oraz na Uniwersytecie SWPS w Warszawie, gdzie prowadził zajęcia z kontrwywiadowczego zabezpieczenia państwa. Specjalizuje się w tematyce wywiadu i kontrwywiadu PRL. Autor książek „Łowcy szpiegów. Polski wywiad kontra CIA” oraz „Niewidzialni. Największa tajemnica służb specjalnych PRL”.