Rozmowa
Grzegorz Gatkowski i jego dogi (archiwum prywatne)
Grzegorz Gatkowski i jego dogi (archiwum prywatne)

Jest pan weteranem wojennym po przejściach. Opowie mi pan o nich?

Na misji ONZ w Libanie w 2006 roku pojechaliśmy na akcję. Ja i dwóch innych Polaków. W ostrzale izraelskim zginęło wielu miejscowych, w tym malutkie dzieci. Najmłodsze miało około trzech, a najstarsze sześć lat.

Nie mam pojęcia, ile było ofiar. Widziałem zwłoki leżące w rowach. Widziałem tira po brzegi załadowanego ciałami. Ten widok odcisnął na mnie głębokie piętno. Wtedy jednak nie wiedziałem, że to stres pourazowy, bardzo częsty u żołnierzy. Podejrzewam, że moi koledzy również go mieli. Po wielu latach, składając te fakty z życia, doszedłem do wniosku, że  powodem tego stanu był prawdopodobnie PTSD. Jednak nigdy się nie leczyłem, chociaż miałem do czynienia z wieloma lekarzami.

Jak to się u pana objawiało? Prześladowały pana te obrazy? Nie mógł pan spać?

Właśnie, że nie – ze snem nie miałem problemów. Problemem był dziwny lęk, który ciągle mi towarzyszył, chodził za mną krok w krok. Bałem się, gdy słyszałem na przykład huk petard czy jakieś wystrzały. Na misji zostałem ostrzelany, musiałem uciekać. To jest tak: widzisz lecący w twoją stronę pocisk, słyszysz, jak wybucha, i zaczynasz się bać. 

Nigdy nie byłem ranny, ale kolega, z którym podczas jednej z akcji w Libanie jechałem samochodem, poważnie ucierpiał. Został ranny w głowę, jak się później okazało, odłamki szyby samochodowej uszkodziły mu oko. Z okrążenia wydostali nas francuscy żołnierze biorący razem z nami udział w konwoju. Było to w lipcu 2006 roku, podczas wojny między Izraelem a Libanem.

Kiedy odszedł pan z wojska?

W styczniu 2009 stwierdziłem, że już dość. Niestety, wcześniej małżeństwo mi się posypało. Żołnierzom często się to zdarza. Jak ktoś się decyduje na wojsko, to zwykle jest ciągle poza domem. Tak jak ja. Żona mieszkała w Kępnie, a ja jechałem z jednej misji w drugą. Jak potem wyliczyłem, z 15 lat małżeństwa byliśmy razem góra sześć lat. Oddaliliśmy się od siebie tak bardzo, że nasz związek był już nie do odratowania.

Rozwiodłem się i znalazłem pracę jako inspektor do spraw zarządzania kryzysowego w Urzędzie Gminy w Kraszewicach w powiecie ostrzeszowskim.

Dzień Weterana we Wrocławiu (Tomasz Szambelan / Agencja Gazeta)

Tam poznał pan swoją obecną żonę?

Zobaczyłem ją po raz pierwszy latem 2010 roku. W zastępstwie za kolegę przyjmowałem interesantów w urzędzie gminy, ona przyszła do mnie załatwić jakąś tam sprawę urzędową. Jak wyszła, zapytałem kolegę, kto to jest. Powiedział mi, że ma na imię Katarzyna. Kombinowałem, jak mogłem, żeby ją niby przypadkiem spotkać gdzieś na mieście, ale los mi nie sprzyjał. Aż spotkaliśmy się na wieczorku andrzejkowym dla nauczycieli. Umówiła nas koleżanka Kasi. Poszliśmy razem.

I zaczęliście się spotykać.

Już na samym początku zorientowałem się, że dla Kasi bez psa nie ma życia. A dla mnie niekoniecznie. Kasia miała doga niemieckiego o imieniu Morgan. To był pierwszy pies tej rasy, którego zobaczyłem. Duży, majestatyczny. Oniemiałem.

Wie pani, Morgan nie znosił obcych. A do mnie lgnął, już od mojej pierwszej wizyty w Kasi domu. Była w szoku. Pomyślała sobie wtedy, że skoro pies mnie zaakceptował, to dobry ze mnie gość. To było dla niej ważne, bo przede mną Morgan nikogo obcego nie tolerował.

Zaczęliśmy z Kasią jeździć na wystawy psów. Odżyłem, zaraziłem się tą pasją. Wróciła mi radość życia, wręcz iskra życia. „Jakie one są piękne”, myślałem, nie mogąc oderwać oczu od naszych dogów.

To było ich więcej?

Pani, od której Kasia kupiła Morgana, zadzwoniła z wiadomością, że starsza właścicielka dwóch dogów nie może się nimi dłużej zajmować. Wzięliśmy pięcioletnią suczkę Bawarię. Znaleźliśmy dla niej odpowiedniego partnera i zajęliśmy się hodowlą dogów. Z pierwszego miotu mieliśmy cztery pieski. Jednego, Widara, sobie zostawiliśmy. To był cudowny dog arlekin. Zrobiłem mu nawet szkolenie policyjne z owczarkami niemieckimi, bo chciałem, żeby był ułożony i ładnie aportował. Ale nigdy nie był w tym tak dobry jak owczarek. Gdy miał pięć lat, odszedł na zawał serca. Długo nie mogłem się z tym pogodzić.

I zapragnął pan mieć kolejnego psa.

Wzięliśmy pręgowaną suczkę z hodowli Kuźnia Napoleońska w Warszawie. Z tego miotu urodziły się cztery szczeniaki. Dwa oddaliśmy, a dwa zostawiliśmy sobie. To Farcik, który jest mój, i Lucynka, która należy do mojej żony. Razem z nami mieszka też ich mama Jeżynka. Jeżynka ma sześć lat, Farcik i Lucynka po niecałe cztery.

Jakie są?

Dogi są wspaniałe, ale i wymagające w hodowli, podatne na choroby, na przykład serca i stawów. Potrzebują odpowiedniego żywienia: nasze jedzą głównie świeże mięso. Po suchej karmie miały problemy ze skórą. Ale najwięcej wie o nich moja Kasia, która zna tę rasę doskonale. Jestem tylko mężem mojej żony. I jej uczniem. 

Kiedy pan poczuł, że wrócił pan do zdrowia? Że PTSD już pana nie nęka?

To się zaczęło dziać zaraz po tym, jak poznałem Kasię i jej dogi. Zauważyłem, że wspólne spacery z nią oraz z jej podopiecznymi Bawarią i Morganem poprawiają mi nastrój. Wszystko we mnie zaczęło się zmieniać. Wie pani, psy organizują życie. Trzeba je kilka razy dziennie nakarmić, wyprowadzić na spacer. Nie ma czasu za zamartwianie się. Nie jest się samemu.

Psy mnie uratowały. Powoli przestawałem myśleć o traumatycznych doświadczeniach, zapominałem o nich. Bez psów moje życie było smutne i puste. Stały się moimi najlepszymi przyjaciółmi i zacząłem się skupiać głównie na nich. Przestałem się zamartwiać. Uwolniłem się od lęków i stresów. Ułożyłem swoje życie na nowo.

Grzegorz Gatkowski i jego Farcik (archiwum prywatne) , Żona pana Grzegorza, Kasia, z Lucynką (archiwum prywatne)

Pewnie pani jest ciekawa, kiedy ostatecznie rozprawiłem się z upiorami przeszłości. Ale to trudno precyzyjnie określić, to się działo stopniowo. Oczywiście katalizatorem było poznanie Kasi i jej dogów. Ona zmieniła całe moje życie… A wie pani, że przez pierwsze lata w ogóle o moich wojennych przeżyciach nie rozmawialiśmy?

Ale to się pewnie zmieniło?

Musiały minąć ze dwa, trzy lata. Najpierw powiedziałem Kasi, że służyłem w wojsku, ale bez żadnych szczegółów. Że brałem udział w misjach – nie mówiłem. Któregoś wieczoru zacząłem jej pokazywać zdjęcia i filmiki z tamtego czasu. I opowiedziałem o moich wojennych przeżyciach.

Namawia pan kolegów weteranów, żeby też skorzystali z dobroczynnego wpływu zwierząt?

Wspomniałem o nim paru moim kolegom z misji. Ale nie każdy z nich ma taką możliwość, żeby wziąć psa. Wielu mieszka w blokach, mają mało miejsca. I to jest problem.

Jednego takiego kolegę mam w Kołobrzegu, inny, który służył w kawalerii powietrznej, mieszka niedaleko mnie. Ten drugi akurat na misjach był wiele razy, w Iraku i w Afganistanie, nawet był ranny.

Macie kontakt?

Czasem go odwiedzam. I powiem pani, ciekawa sprawa, bo on też lubi zwierzęta. Ma dwa psy, ale mniejsze, bo gustuje w małych rasach, takich jak chihuahua i pekińczyk. Na rękach je nosi, bardzo o nie dba. Widzę też, że psy mają na niego bardzo dobry wpływ.

Rozmawiacie o wojsku?

O tym, co przeżyliśmy na misjach, nie. Nie opowiadamy sobie, co który z nas robił, gdzie był i czego doświadczył, kto do niego strzelał, jak strzelał i jakie obrażenia odniósł.

Kiedy pierwszy raz spotyka się dwóch byłych żołnierzy, którzy w misjach brali udział, zwykle wygląda to tak, że pada pytanie: „Byłeś?”. „Tak, byłem”. „Aha, no to szacunek. Jesteś weteranem”. I koniec rozmowy. 

Trudno jest więc pewnie ocenić, ilu polskich weteranów zmaga się ze stresem pourazowym?

Znam kilku, którzy poważnie chorują. Znam też paru, którzy bardzo mocno poszli w alkohol. Ja nie piłem, paliłem. Ale rzuciłem, także dzięki Kasi. Razem rzuciliśmy ten nałóg. Ilu weteranów poszło w inne używki, trudno mi powiedzieć. Ja osobiście takich nie znam. Jednak znam wielu, którym rozpadło się małżeństwo, rodzina się od nich odsunęła.

Według hodowców, dogi są dalekie od agresji (Shutterstock)

A stowarzyszenia weteranów?

Są, ale ja nie należę do żadnego, a to ze względu na to, że stowarzyszenia stały się bardzo polityczne, a ja od polityki staram się trzymać z daleka. Kiedyś miałem mały incydent polityczny – startowałem na wójta gminy, ale się nie udało. Przegrałem wybory, więc postanowiłem nigdy już do tego nie wracać. Utrzymuję kontakt z paroma najbliższymi mi kolegami. Dzwonimy do siebie, rozmawiamy. Zażyłości misyjne zostają na zawsze.

Mam takiego kolegę z Żagania, z którym rozmawiam bardzo często. Byliśmy razem na misji, nazywaliśmy się braćmi. To wyjątkowa relacja. Żartuję, że moim bratem bliźniakiem jest też mój Farcik.

W sumie to szczęśliwy z pana człowiek.

W 2016 roku wzięliśmy z Kasią ślub. Dzięki niej poznałem, co to znaczy udane małżeństwo. Mieszkamy w lesie, w dawnej gajówce. Wie pani, ja, chociaż urodziłem się na wsi, większość życia mieszkałem w bloku i cały czas myślałem, żeby wrócić i mieszkać wśród drzew. Pod ogrodzenie codziennie przychodzą sarny i daniele. Jeże niemal u nas mieszkają, mają swoje stałe legowiska, a wiewiórki skaczą po drzewach.

Jak kupiliśmy z żoną ten dom w lesie, przez pierwsze lata nie mogliśmy się opędzić od wycieczek. Ludzie przychodzili i oglądali nasze dogi. Nie mogli się nadziwić, że są takie ogromne.

Nasze pieski żyją z sarnami i jeżami w symbiozie. Nie atakują ich. Zresztą dogi są dalekie od agresji. Owszem, czasem któryś zaszczeka, popatrzy, ale nie ugryzie. Dogi niemieckie to moja ulubiona rasa. Zastanawialiśmy się co prawda z żoną, czy nie kupić sobie jeszcze na przykład yorka, ale stwierdziliśmy, że raczej tego nie zrobimy.

Prowadzili państwo hodowlę dogów, ale odpuściliście. Dlaczego?

W pandemii nie ma wystaw, które są niezwykle ważne dla hodowców. Ale główny powód był inny: najgorsze było dla nas oddanie komuś pieska. Dla Kasi ważniejsze od pieniędzy było to, żeby piesek trafił w dobre ręce. Mamy kontakt z każdym właścicielem, któremu sprzedaliśmy szczeniaka. Braciszek Farcika na przykład mieszka w Opolu. Często rozmawiamy z dziewczyną, która go od nas wzięła. Ale po trzech miotach powiedzieliśmy sobie dość. Będziemy mieli te cudowne psy tylko dla siebie. 

Wie pani, dogi nie odstępują człowieka na krok, są do niego bardzo przywiązane. Na starych zdjęciach widać je leżące u stóp książąt czy biskupów. Pamięta pani tę scenę z „Janosika”, podczas której dog leżał przy margrabim?

Nie, muszę obejrzeć.

Piękny obrazek. Chociaż wtedy dogi wyglądały inaczej. Podcinano im uszy, by sterczały. Na szczęście od lat już się tego nie robi.

Dogi żyją w symbiozie ze swoimi opiekunami (Shutterstock)

Moich dogów w ogóle nie interesuje, że ktoś obcy przechodzi albo coś robi. Są skupione tylko na tym, czy ja jestem i gdzie jestem. Gdy rąbię drewno, Farcik stoi na podwórku i patrzy. Za chwilę dołączają Lucynka i Jeżynka. Odśnieżam podwórko, a cała trójka się przygląda. Nie odejdą na krok. Idę do domu, pieski idą ze mną do domu. Siadam, pieski siadają.

Przywódczynią stada jest Jeżynka. Ona pierwsza idzie do jedzenia i daje znak maluchom, kiedy mogą zacząć jeść. Dopiero jak kiwnie głową, Farcik i Lucynka zbliżają się do misek. Gdy Lucynka za dużo biega i skacze, Jeżynka tryka ją głową, żeby się uspokoiła. Karci ją. Farcik nie ma z dziewczynami lekko. Ciapa. Podgryzają go, skaczą po nim. A on nie reaguje. 

Mój Farcik śpi ze mną w pokoju, na materacu obok łóżka. Tak się nauczył i nie chce inaczej. Próbowałem go odzwyczaić, ale tak się tłukł do drzwi, tak się domagał wpuszczenia, że za każdym razem się poddawałem. Śpię osiem godzin, Farcik też śpi osiem godzin. Śpię 12, Farcik również śpi 12. Żyjemy we wspaniałej symbiozie.

Jak ona przebiega?

Gdy wracam do domu i siadam w fotelu, Farcik od razu mnie wita. Staje obok i przytula swój nos do mojego. Tak się miziamy. To nasz rytuał.

Grzegorz Gatkowski i jego pupil (arch. prywatne) , Grzegorz Gatkowski i jego pupil (arch. prywatne)

Cudownie!

Owszem. Ale gdy jest świeżo wybiegany, cały pysk ma w ślinie. Jak nią zarzuci, to ekran telewizora jest mokry… Cóż, dogi często mają całe fafle w ślinie, trzeba to też kochać. Zawsze mam przy sobie ściereczkę, żeby i siebie, i Farcika z tej śliny wytrzeć.

Jak siedzę na tapczanie, to Farcik bez pytania wskakuje na tapczan. Zapomniałem dodać, że waży 90 kilo.

Czyli jest bardziej rozpieszczony niż ułożony.

No jest. Ale muszę przyznać, że na spacerach jest bardzo grzeczny. Nie odbiegnie ode mnie dalej niż na 20 m. Ciągle kontroluje, czy jestem w pobliżu.

Przy psach zapominam o wszystkich swoich troskach. Po ciężkim dniu wracam do domu, Farcik kładzie mi głowę na kolanach i już jest mi dobrze. A potem idziemy do lasu.

Ma pan głowę wolną od lęków.

Wie pani, najgorsze jest, gdy taki pies odchodzi. Tak jak mój Widar. To jest coś strasznego, tego się najbardziej boję. Farcik ma w tej chwili trzy i pół roku. Morgan żył ponad 11 lat i wszyscy się dziwili, że tak długo. Dogi żyją zazwyczaj maksymalnie 10-11 lat. Dziś wiem, że odejście psa jest gorsze, niż ostrzał gdzieś na misji.

Grzegorz Gatkowski. Starszy chorąży, weteran wojenny. Służył od 1988 do 2010 roku. Przez trzy lata brał udział w misjach na Bliskim Wschodzie, m.in. w Izraelu, Libanie, Iraku i Syrii. W 2017 roku wrócił do armii, zajmuje się szkoleniami żołnierzy w Wojskach Obrony Terytorialnej. Mieszka w Grabowie w Wielkopolsce.