Rozmowa
Marek Włodarczyk (fot. Łukasz Wądołowski / Agencja Gazeta)
Marek Włodarczyk (fot. Łukasz Wądołowski / Agencja Gazeta)

Kiedy zobaczył pan mur berliński?

Kiedy miałem 15 lat, wybrałem się autostopem do Berlina Wschodniego, żeby kupić futerał do aparatu Exakta produkcji DDR. Później byłem tam na wycieczce szkolnej. Usłyszałem komunistyczną wersję historii berlińskiego muru, który miał chronić Niemcy Wschodnie i całą wschodnią Europę przed imperialistyczną, zepsutą polityką krajów zachodnich.

Opowiadano mi oczywiście, co naprawdę dzieje się za murem po stronie zachodniej, ale mogłem tego doświadczyć dopiero w 1974 roku, kiedy odwiedziłem w Berlinie Zachodnim mojego przyjaciela Hansa, operatora filmowego, którego poznałem w Polsce, na Mazurach.   

Na myśl mi wtedy nie przyszło, że od sierpnia 1981 roku to miasto stanie mi się tak bliskie jak moja rodzinna Łódź. Zamieszkałem w Berlinie Zachodnim. Do muru miałem 20 minut piechotą.

Jak to się stało, że znalazł się pan w Niemczech?

W sierpniu 1981 roku pojechałem tam z moją partnerką Grażyną Dyląg, aktorką Teatru Narodowego. Ja po roku pracy w Teatrze Jaracza w Łodzi też zaangażowałem się od stycznia 1982  roku w Teatrze Narodowym. Niestety, nigdy nie stanąłem na jego deskach.

Pensja w teatrze wynosiła wtedy około pięciu tysięcy złotych, a wynajęcie kawalerki w Warszawie - 15. Poprosiliśmy więc z Grażyną dyrektora teatru Adama Hanuszkiewicza o parę miesięcy wolnego. Chcieliśmy sobie dorobić za granicą i przed Bożym Narodzeniem wrócić do Polski. A od stycznia zacząć pracę w Teatrze Narodowym. Nie przypuszczałem, że z paru miesięcy zrobią się 24 lata.

Jeden z najdłuższych ocalałych fragmentów muru berlińskiego (fot. Marta Błażejowska / Agencja Gazeta)

Na początku nie myślał pan o pracy w zawodzie w Niemczech?

Skąd! Grażyna, jako piękna kobieta, szybko dostała posadę modelki, a ja wylądowałem w warsztacie samochodowym. Myślałem, że ze względu na brak doświadczenia w zawodzie mechanika nie zagrzeję tam miejsca dłużej, tymczasem zostałem na dwa lata.

Na początku nie ruszałem się z Berlina Zachodniego. Groziło to utratą paszportu i odesłaniem z powrotem do Polski, więc trzymałem dyscyplinę. W Berlinie co prawda byłem zamknięty przez całe trzy lata, ale czułem się wolny. Lubiłem to miasto i myślę, że z wzajemnością. Czułem się w Berlinie nawet lepiej niż w rodzinnej Łodzi, w której dorastałem i skończyłem szkołę filmową.

Bywał pan wtedy w Berlinie Wschodnim?

Po 1987 roku, kiedy dostałem paszport konsularny, byłem tam dwa razy, jeszcze za czasów DDR. Pierwszy i ostatni.

Różnica między Niemcami ze wschodniej części i zachodniej była przerażająca. Nie potrafiłem zrozumieć, jak w cywilizowanej Europie jest to możliwe. Często zadawałem sobie pytanie, jak by to było, gdyby podobnie przedzielić Wisłą Warszawę. Na Zachodnią i Wschodnią. Byłem przekonany, że z naszym wrodzonym poczuciem anarchii i fantazją ten podział długo by się nie utrzymał. Chociaż dzisiejszy podział Polaków na tych "lepszych" i "gorszych" pokazuje, że mogę się mylić.

Na czym polegała ta przerażająca różnica między wschodnim a zachodnim Berlinem?

Proszę sobie wyobrazić, że ktoś przecina miasto na pół. Zachodnia część jest kolorowa, zamożna, rozwija się kulturalnie i gospodarczo. A ludzie są radośni, dobrze ubrani. Kupują piękne rzeczy w eleganckich domach towarowych. Po ulicach jeżdżą dobre samochody, bmw, mercedesy itp.

Natomiast wschodnia część jest szara, brudna, smutna. Ludzie zaszczuci, zamknięci w sobie. Trochę tak, jak wyglądała ówczesna Polska, ale u nas było weselej. Przynajmniej ja odnosiłem takie wrażenie. Sklepy w Berlinie Wschodnim przypominały te polskie. Brzydkie buty, tandetne ubrania. A samochody? Mieszkańcy wschodniej części jeździli w najlepszym wypadku wartburgami i trabantami.

Berlin, 2004 rok (fot. Roman Jocher / AG)

Pamiętam te marki!

Dziś Berlin to miasto multikulturowe i bardzo mi się to podoba. Czasem je odwiedzam i przyznam, że czuję się dobrze zarówno w dawnej części wschodniej, jak i zachodniej. Zresztą obecnie dawny Berlin Wschodni stał się prawdziwym centrum kultury i sztuki. Część zachodnia jest dzisiaj trochę zapomniana i konserwatywna.

Pamiętam, że wtedy gdy ja przekraczałem granicę wschodnią, jako Polak, nie spotykałem się z sympatią służb granicznych DDR. Oni nas po prostu nienawidzili za to, że mamy Solidarność i możemy w miarę swobodnie przekraczać granice.

Bycie Polakiem w Niemczech stanowiło obciążenie?

Wiele osób często mnie o to pyta. Ale ja przez 23 lata miałem tylko jedną nieprzyjemną sytuację. Było to w niemieckim barze, zaraz na początku mojego pobytu w Berlinie, kiedy pracowałem w warsztacie samochodowym. Siedziałem po pracy z kolegami na piwie. Jeden z gości zorientował się, że jestem Polakiem, i rzucił po niemiecku coś w rodzaju "polskie świnie".

Popełnił błąd, bo jeden z moich niemieckich kolegów wstał, uderzył go w twarz i wyprosił z baru. Powiedział, że na takie zachowania nie ma zgody. Następnego dnia, gdy siedziałem w tym samym barze, ten Niemiec podszedł i mnie przeprosił za swoje zachowanie.

Zdarzało się też, że w jakimś domu towarowym słyszałem, jak mama zabraniała dziecku mówić po polsku. "Nie mów po polsku, mów po niemiecku, bo jesteś Niemcem" - pouczała je, oczywiście po niemiecku. Zwróciłem jej uwagę po polsku, żeby pozwoliła dziecku mówić w języku, jakim posługuje się w domu. Zaczerwieniona odwróciła się i poszła.

I docierały do mnie powszechne wówczas w Niemczech stereotypy, że Polacy to pijacy i złodzieje. Zna pani ten niemiecki żart: "Jedź do Polski, twój samochód już tam jest".

Marek Włodarczyk w Międzyzdrojach, 2012 rok (fot. Łukasz Węgrzyn / Agencja Gazeta)

Znam.

No właśnie. Jednak przyznam, że w moim środowisku przeważało przyjazne podejście do Polaków. Większość, tak jak ja, przyjechała do Berlina Zachodniego za chlebem i ciężko pracowała. Pamiętam, że dniówka w markach była wówczas równa tygodniowej pensji w Polsce, więc czemu się dziwić?

Był pan w Berlinie, gdy mur runął?

Zburzenie muru zastało mnie w Stuttgarcie, gdzie byłem z teatrem na gościnnych występach. Wszyscy śledziliśmy wiadomości. Berlin opanowała niesamowita euforia, zresztą tak jak całe Niemcy. Żałowałem, że nie ma mnie na miejscu, że nie mogę być bezpośrednim świadkiem tego wydarzenia.

Mówi pan o graniu w teatrze, ale przecież najpierw musiał się pan nauczyć niemieckiego.

Kiedy przyjechałem do Niemiec, znałem może dwa zwroty po niemiecku "guten morgen" i "Hilter kaput". Nie miałem pojęcia o tym języku. Na początku  porozumiewałem się po angielsku, ale gdy po raz kolejny usłyszałem, że żeby osiągnąć coś w tym kraju, muszę opanować język, poszedłem do jakiejś szkoły językowej, ale szybko się znudziłem. Niemieckiego nauczyła mnie ulica, tzn. rozmowy z moimi niemieckimi przyjaciółmi i znajomymi. I tak, z dnia na dzień, poznawałem nowe słowa. Jakoś poszło.

Po dwóch latach pracy w warsztacie samochodowym zaczął pan pracę w niemieckim teatrze. Wybaczy pan, ale brzmi to wręcz nieprawdopodobnie.

Przez pierwsze dwa lata razem z Grażyną poznawaliśmy ludzi związanych z naszą teatralno-filmową branżą. Tak się zdarzyło, że do sztuki pt. "Cesarz z Alexander Platz", której akcja rozgrywa się w czasie drugiej wojny światowej, szukano aktora, który miałby zagrać uciekiniera z Polski. Dzięki nowym kontaktom zaproponowano mi tę rolę i udało się. Spodobałem się. Po niej przyszły kolejne.

Dzięki roli komisarza Zawady, Marek Włodarczyk stał się w Polsce rozpoznawalny (fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

Między innymi w roku 1988 zagrałem Kowalskiego w sztuce "Tramwaj zwany pożądaniem" w teatrze w Hamburgu. Początkowo planowano, że będzie grana 50 razy, a wystawiliśmy ją 120 razy! Grałem na deskach teatrów w Berlinie i Monachium. Byłem też wykładowcą sztuki aktorskiej w szkołach w Berlinie i Salzburgu.

Udało się panu nauczyć niemieckiego tak, by mówić bez polskiego akcentu?

Nie w stu procentach. W teatrze czasem to mi się udawało, ponieważ miałem więcej czasu na przygotowanie tekstu. W filmie było to niemożliwe, bo praca na planie odbywa się w dużo szybszym tempie. Gdy byłem na tournée i jeździłem po Niemczech z przedstawieniem "Przygody dobrego wojaka Szwejka", w którym grałem jedną z głównych postaci, na północy Niemiec pytano mnie, z jakiej części południa pochodzę. A na południu odwrotnie.

Ciekawa historia jest z rosyjskim. Bo uczyłem się go przez 12 lat, zastanawiając się, po cholerę mi ten język. Tymczasem okazało się, że okazał się przydatny.

W jaki sposób?

W ponad 60 procentach niemieckich filmów i seriali grałem rosyjskich agentów, gangsterów czy wojskowych. Znajomość rosyjskiego bardzo mi się więc przydała.

Pod koniec lat 90. zacząłem przyjeżdżać do Gdyni na festiwale filmowe. Jeden z moich przyjaciół, reżyser Ryszard Brylski, zapytał, dlaczego nie próbuję grać w Polsce. Dał mi kontakty do reżyserek castingów. W Niemczech miałem już wtedy na koncie udział w ponad 100 produkcjach serialowych i filmowych, więc pomyślałem: czemu nie? Zadzwoniłem do jednej z reżyserek i umówiłem się na spotkanie. Powiedziała, że jest zainteresowana, ale pomyślałem sobie, że chciała być miła, i pewnie nic z tego nie wyniknie. Jakiś rok później odezwała się i zaprosiła mnie na casting do filmu "Glina" Władysława Pasikowskiego.

Marek Włodarczyk i Maciej Zakościelny (fot. Łukasz Wądołowski / Agencja Gazeta)

Przyjechał pan?

Tak, bo castingi w Polsce to ciekawe doświadczenie samo w sobie. Ponoć wypadłem świetnie i mówiono, że dostanę tę rolę, ale tak się nie stało. Cóż, byłem wtedy w mojej ojczyźnie "nobody".   

Przyznaję, że przeżyłem wtedy swego rodzaju rozczarowanie. Jakiś czas później znów pani Violetta Buhl odezwała się z informacją, że zainteresował się mną Tadeusz Lampka, producent takich seriali jak "M jak miłość" czy "Na dobre i na złe". Dostałem zaproszenie na casting do "Kryminalnych". Moje doświadczenia z polskim castingiem nie były najlepsze, więc odparłem, że nie mogę przyjechać, jadę na narty z synami do Austrii, i będę do dyspozycji za dwa tygodnie.

Proszę powiedzieć, o co chodzi. Nie chciał pan już grać w Polsce?

Chciałem, ale na podstawie mojego castingowego doświadczenia uważałem, że producenci i reżyserzy castingu czują się bogami. W Niemczech panowały nieco inne zasady. Tam reżyser, producent i aktor byli partnerami, nikt aktorów nie traktował z góry, darzono ich szacunkiem i poważaniem. Panowało powszechne przekonanie, że jeden jest potrzebny drugiemu, że trzeba się wspierać, a nie rywalizować.

Gdy już byłem na tych nartach, zadzwonił do mnie osobiście Tadeusz Lampka i oznajmił, że widziałby mnie w roli komisarza Zawady. Odpowiedziałem, że za dwa tygodnie wybieram się do Polski, i że jeśli ta propozycja będzie nadal aktualna, to mogę przyjechać i porozmawiać o konkretach. Bo do końca w te obiecanki nie wierzyłem. Ale okazało się, że dostałem tę rolę. Poznałem też moich serialowych partnerów, czyli Magdę Schejbal i Maćka Zakościelnego. Przez pięć lat tworzyliśmy świetny team.

Marek Włodarczyk na planie serialu ''BrzydUla'' (fot. Tomasz Urbanek/TVN)

I stał się pan rozpoznawalny w Polsce.

To prawda. Mój przyjaciel,  Krzysztof Kiersznowski, powiedział mi wtedy: "Marek, teraz, po "Kryminalnych", to ty już nie zagrasz nic innego". "Kryminalni" się skończyli, nie minęły dwa miesiące i zaproponowano mi rolę w "BrzydUli".

Przeczytałem scenariusz i pomyślałem, że zagranie Józefa Cieplaka, życiowego nieudacznika, to trochę rola nie po mojej myśli. W Niemczech 80 procent moich postaci to byli przestępcy i gangsterzy, ale przypomniałem sobie słowa Krzyśka i mówię: "To ja ci pokażę".  

Wyjdę z szuflady?

I zagram kogoś kompletnie innego. Teraz, po 10 latach, serial ma swoją kontynuację. Mój przyjaciel spoza branży powiedział mi: "Marek, widziałem cię w tej "BrzydUli". Wyglądasz jak ci**a, ale to znaczy, że jesteś dobrym aktorem. Gratuluję, dobrze wszedłeś w tę rolę".

Teraz centrum pańskiego życia jest Polska?

Właściwie tak. Dziś mieszkam w Warszawie, ale odwiedzam moich synów w Berlinie, Hamburgu i Wiedniu. Od czterech lat jeżdżę regularnie do Wrocławia, gdzie gram naczelnika Edwarda Kubisa w serialu "Sprawiedliwi. Wydział kryminalny". Wkrótce zaczynam pracę w dużej austriackiej produkcji. Wreszcie coś dla mnie. Gram serbskiego gangstera.

Jak to się stało, że został pan aktorem?

W piątej klasie szkoły podstawowej wzięto mnie do kółka muzyczno-teatralnego i zacząłem występować na akademiach. Do dziś pamiętam, jak 8 marca śpiewałem piosenkę o wdziękach kobiety. To było w jakiejś fabryce, na sali same panie. Jaki byłem zachwycony, gdy dostałem od nich gromkie brawa!

I chyba wtedy złapałem bakcyla. Potem, za namową starszej siostry, która marzyła o aktorstwie, ale nie odważyła się próbować i poszła na medycynę, zgłosiłem się do amatorskiego teatru Problemy przy Domu Kultury Energetyk w Łodzi. Dużo się tam nauczyłem i zdobyłem szlify. Do łódzkiej Filmówki dostałem się za pierwszym podejściem.

Był pan pierwszym aktorem w rodzinie?

Tak, moja siostra została stomatologiem i widząc moją późniejszą walkę o granie, nigdy tej decyzji nie żałowała. Talent miałem pewnie po ojcu, który był bardzo muzykalny i pięknie śpiewał, zwykle gdy cała rodzina siadała przy stole z okazji jakiejś uroczystości.

Był milicjantem, więc grając komisarza Adama Zawadę, serialowo poszedłem w jego ślady. Szkoda, że tego nie dożył.  

Marek Włodarczyk na ławce serialu ''Kryminalni'' w Międzyzdrojach (fot. Artur Kubasik / AG)

Marek Włodarczyk. W 1977 roku ukończył Wydział Aktorski na PWSTiTv w Łodzi. Cztery lata później wyjechał do Niemiec, gdzie grał w filmach, serialach i w teatrze. W Polsce popularność przyniosła mu rola komisarza Adama Zawady w serialu "Kryminalni". Obecnie gra w serialach "Sprawiedliwi. Wydział Kryminalny" w TV5 oraz "BrzydUla" w Siódemce .

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.