Na co dzień wykonują prace, których nie da się "zostawić za drzwiami biura". Doświadczają takich emocji, widzą i słyszą takie rzeczy, że nie da się przejść nad nimi do porządku. Jak praca wpływa na prywatne życie strażaka, policjanta, lekarza? Co w nich zmienia, co daje, a czego pozbawia? O to pyta ich Anna Kalita.
Jak się miewają pani dzieci?
Przez całe życie miałam problem, kiedy ktoś mi zadawał takie pytanie. Nie wiedziałam, czy mam mówić o swoich biologicznych synach - Arturze i Piotrku - czy o wszystkich dzieciakach.
Celowo zadałam takie pytanie. Zastanawiałam się, czy będąc 25 lat wychowawczynią i dyrektorką domu dziecka, można te dwa światy - prywatny i zawodowy - rozdzielić.
Życie prywatne z tak zwanym zawodowym się mieszało. Zawsze myślałam o dzieciakach z domu dziecka, że to też moje dzieci. Do teraz z wieloma mam bliską relację. Choćby wczoraj - zadzwoniła jedna dziewczyna, która u nas była. Martwi się, bo szefowa reaguje agresją, kiedy ona bierze L4, a jest samotną matką.
Szczególnie w tej chwili dzieciaki borykają się z ogromnymi trudnościami. Często są na umowach-zlecenie czy o dzieło. Boją się utraty pracy. A nie mają ani matki, ani ciotki, ani babki. Nie jest łatwo żyć, kiedy nie ma się nikogo.
Ale idziemy do przodu! Wspieramy się! Dom dziecka to nie jest zakład pracy, szkoła czy internat, tylko dom. Tylko w takim miejscu wyobrażałam sobie pracę. Miałam bardzo fajny stały zespół ludzi. To ważne, bo nasze dzieci były tak pozbawione zaufania do dorosłych, że kiedy już nawiązały kontakt, zmiany były dla nich bolesne. Nawet takie wewnątrz domu, w rodzinkach.
W rodzinkach?
Nasz dom mieści się w budynku przedwojennej szkoły. Został przerobiony na trzy mieszkania. Każde miało swoją kuchnię, bawialnię i sypialnie. Jedno mieszkanie to jedna rodzinka: maksymalnie 12 dzieci i dwóch wychowawców.
Kobieta i mężczyzna?
Tak. Chodziło o to, żeby dziecko miało wzorce: damski i męski. Pamiętam, jak dzieci zaczęły do wychowawców mówić: "ciocia", "wujek". Inicjatywa wyszła od nich samych.
Było tak: myśmy często wyjeżdżali w czasie wakacji. W latach 90., bardzo trudnych finansowo, zawsze wymienialiśmy się z innymi domami dziecka i jeździliśmy - do Brodnicy, do Mikuszowic. O, tam był cudowny dom! Gdzie myśmy nie byli (śmiech). Wsiadaliśmy do autokaru i jechaliśmy na przykład do Bielska-Białej, a tamtejsze dzieciaki tym samym autokarem przyjeżdżały do nas. No więc były wakacje, poszliśmy na basen, a wie pani, jak to dzieci - chcą, żeby ktoś na nie zwracał uwagę. "Pani dyrektor, pani dyrektor, ja tu jestem!" - krzyczały. Wszyscy na tym basenie na nas patrzyli. Źle się z tym czuliśmy. I dzieciaki, i my. Wtedy te starsze spontanicznie zaproponowały, że będą mówić: "ciocia", "wujek". I tak zostało.
"Mamo" nigdy?
Miałam dzieci, które tak do mnie mówiły. Na przykład jeden chłopiec - trafił do nas jako małe dziecko, mama go zostawiła, opiekowała się nim babcia. Był naprawdę ciężko doświadczony przez życie, przeszedł najgorsze, co możemy sobie wyobrazić. Na początku, kiedy ktokolwiek się do niego zbliżał, reagował agresją słowną i fizyczną. Kopał. Tamtego dnia on bawił się klockami i układając je, mimochodem, nie patrząc w moją stronę, powiedział: "Ale mamo, no zobacz, dobrze ten klocek, tak?". Nie spojrzał na mnie! Może żebym nie zaprzeczyła?
Co pani zrobiła?
Zareagowałam, podeszłam do niego. Miał ogromną potrzebę mówienia słowa "mamo". On je słyszał, ale nie używał, bo matki nigdy nie było w jego życiu. Mówienie "mamo" było dla niego bardzo ważne. Dla mnie też.
To nie było dla pani dodatkowe obciążenie? Przekroczenie granic? Bycie "mamą" jest dużo większą odpowiedzialnością niż bycie "ciocią".
Skąd! Ja się wspaniale czułam, wiedząc, że dziecko ma do mnie zaufanie i mogę dać mu coś więcej z siebie.
Była u nas dziewczynka, która bardzo długo tylko tak się do mnie zwracała: "mamo". Nagle, po 10 latach, jej biologiczna matka się pojawiła. Widziałam dylemat tego dziecka. Dziewczynka nie chciała jej zranić, mówiąc do mnie "mama". Wyszłyśmy przed dom. Powiedziała do mnie: "Głupio się czuję przy mamie". A ja: "Nie ma problemu! Co nas łączy, to nas łączy! Nie przejmuj się!". "To będę mówiła 'ciociu'". I tak zostało do dzisiaj.
Wielka sprawa.
Czasem się słyszało, jak ludzie mówili: "Ja bym u was nie mogła pracować, boby mi było tych dzieci żal". Zawsze mnie to bulwersowało. Jak to: "nie mogłabyś?". Wszystkie nasze dzieci były cudowne, ale potrzebowały zaufania, bezpieczeństwa i akceptacji. Należało im dać szansę bycia dzieckiem.
Dzieci w domach dziecka to w zdecydowanej większości nie są biologiczne sieroty.
Biologiczne sieroty były w latach 50. Dziś pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych lub - w mniejszym procencie - takich, w których matka nie żyje, a ojciec albo nie podołał, albo od początku nie chciał dzieci wychowywać.
I kiedy pani mówi, że one potrzebują dostać szansę bycia dzieckiem, to rozumiem, że chodzi o to, że one w rodzinie biologicznej nie miały normalnego dzieciństwa? Beztroski na przykład?
Tak. Miałam dziewczynkę, której matka była tzw. podróżniczką. Wsiadała do pociągu i jeździła po miastach, a potem zapominała, że córka z nią jechała. Dziewczynka była tak operatywna, że zawsze potrafiła znaleźć kogoś, kto ją zaprowadził na komisariat. W końcu z tego komisariatu została zabrana do nas. Ta dziewczynka o nic nie miała pretensji do swojej matki! Jak dziś z moimi dziewczynami czy chłopakami rozmawiam - a to już dorośli ludzie - okazuje się, że dopiero teraz widzą, jak bardzo byli krzywdzeni.
Wybudowaliśmy na przykład dwa piękne, drewniane domki z myślą o tym, że rodzice będą mogli tam pobyć z dziećmi tydzień czy dwa. Że nauczą się je kochać, a my ich będziemy wspierać. Pomyłka! Dwie osoby skorzystały. Potem się okazało, że jeden ojciec nie miał po prostu gdzie mieszkać. A matka, której daliśmy też pracę na terenie domu dziecka, po dwóch tygodniach stwierdziła, że ma dość i już jej nie było. To jest życie z niespodziankami.
Dziś niejednokrotnie myślę o tym, jak te dzieciaki, które już mają swoje dzieci, są ważne i dzielne! Szczególnie dziewczyny. One szukają przede wszystkim miłości i nie zawsze trafiają na odpowiedniego partnera, wiele z nich wychowuje samodzielnie dzieci. I pięknie zdają egzamin z samotnego macierzyństwa.
Dlaczego tak się dzieje? Mężczyźni wyczuwają, że te młode kobiety mają deficyty i one stają się łatwą zdobyczą?
Chyba tak to działa. Czasem partner jest z problemem alkoholowym. Albo bardzo lekko podchodzi do życia i dla niego kobieta nie oznacza partnerki. To jest chwilowa relacja. Fajna na dziś, może też na jutro.
Oczywiście nie zawsze tak się kończy. Wiele jest szczęśliwych małżeństw. Ale bywały też takie dziewczyny, które zbyt wcześnie wchodziły w związki i zostawały z dziećmi same. Ja je w tym wszystkim podziwiam, bo nie jest im łatwo. Kiedyś była książeczka mieszkaniowa, a dziś gdzie mają pójść te usamodzielnione dzieci? Do domu rodzinnego, którego po latach już nie akceptują, ale nie mają wyjścia?
Czy prawo nie gwarantuje młodym ludziom opuszczającym domy dziecka mieszkania?
W ustawie jest zapisane, że powinni dostać mieszkanie socjalne czy komunalne, ale gminy albo w ogóle takich mieszkań nie mają, albo nie mają wolnych akurat w momencie, kiedy młody człowiek się usamodzielnia.
I co wtedy? Po tych wszystkich latach, kiedy ten człowiek uczył się lepszego życia, ma wracać do bagna, z którego go wyciągnięto?
Niestety. Na prowincji może jeszcze się da utrzymać stancję za minimalną płacę, a tak najczęściej zarabiają dzieciaki z domów dziecka. Ale w Szczecinie czy Kołobrzegu? Nierealne. To niejednokrotnie powoduje szukanie łatwych pieniędzy, tzw. okazji. I czasem wystarczy moment, jeden krok, żeby się znaleźć poza nawiasem społeczeństwa. Nasz chłopak skończył na dworcu w jednej z europejskich stolic. Ale taka historia zdarzyła się raz na 460 naszych wychowanków. Część jedzie za granicę i tam się odnajduje. Nasze dzieciaczki mają dużo szczęścia! Czują potrzebę wspierania się. I potem mówią nam o tym, że ktoś z ich kolegów, koleżanek - trudno mówić siostra, brat, bo to jednak są obce osoby - pomógł im np. znaleźć pracę. To jest cudowne.
Zachwyca mnie, z jaką czułością pani wypowiada to słowo "dzieciaczki".
Wie pani, kiedy przychodziła do domu taka wystraszona Agnieszka czy Moniczka, to był zawsze wystraszony dzieciaczek.
Dzieci przywoziła do was policja?
Z pogotowia opiekuńczego - tak. Ale był też etap, kiedy trafiały do nas bezpośrednio z domów. I wtedy sami je odbieraliśmy. Któregoś razu zabieraliśmy troje małych dzieci. W kąciku siedziały, kiedy przyszliśmy. To matka zgłosiła do opieki społecznej, by je zabrać.
Matka poprosiła, żeby zabrać jej własne dzieci?
To był młoda, zaszczuta, dziewczyna. Niepotrafiąca sobie z tymi dziećmi dać rady. Mieszkali z jej babcią, staruszką, na głębokiej wsi. Myśmy wtedy zdecydowali, że ona musi pojechać z nami, i to zrobiła. Pobyła kilka dni tutaj z tymi dzieciaczkami. Dzięki temu im było trochę łatwiej.
Wyobrażam sobie, że kiedy dziecko trafia do domu dziecka, to strasznie płacze.
Małe dzieci płaczą, tak. U starszych jest agresja. "Ja chcę do mamy", "To ty mnie zabrałaś!". Dzieci, które już mieszkały w tym domu ileś lat, zawsze wykazywały w takich sytuacjach dużo uczucia i zrozumienia. "Jak przyjechałem, też tak się zachowywałem". W małym domu, jak nasz, od razu się tworzył klimacik wokół nowego dziecka. Ono jest najpierw zbuntowane. "Jutro na pewno stąd ucieknę!" Ale jak siadamy razem do stołu, rozmawiamy, zaczyna się lekko uśmiechać. To nie znaczy, że już nas akceptuje, ale nie ucieka następnego dnia.
Akceptacja to jest proces bardzo długi. Przez pierwszy rok, dwa dziecko mówi: "Mam cudownych mamę i tatę, cudowne mieszkanie". Potem jest oczekiwanie, że mama czy tata przyjadą i je zabiorą. Nie zabierają. I powoli ten jego świat, w którym się wychowało i który był dla niego jedyny, zaczyna nabierać innego wymiaru. Inaczej go widzi. Wtedy dochodzimy do kolejnego etapu. A w nim jesteśmy tu razem. I wszystko sobie możemy powiedzieć. Takie etapy trzeba było przejść.
Dopiero pod koniec użyła pani czasu przeszłego. Jakby to się działo tu i teraz. Rozumiem, że to "wszystko", o czym potem dzieci opowiadały, to są rzeczy, których nie da się zapomnieć.
Najgorszy był moment, kiedy zaczynały to z siebie wyrzucać. Wspominały odwiedziny mężczyzn czy zabieranie ich do wujków.
Do domu dziecka przychodzą dzieci nie zawsze cztero-, pięcioletnie, ale też 15- i 16-letnie. Na pewno sobie pani zdaje sprawę, jak trudno jest takiemu młodzieńcowi zaszczepić jakiekolwiek wartości, które są wbrew temu, w czym on dotąd żył. W domu był macho i teraz jest macho. I taki macho, właśnie on, zawsze robił wrażenie na dziewczynach. Dla dziecka z normalnej rodziny życie seksualne pojawia się na pewnym etapie w sposób naturalny. Nasze dzieci trzeba było nauczyć kochać.
Rozmawialiście z dziećmi o seksie?
A kto im miał powiedzieć o pięknie tego wszystkiego? Robiłyśmy babskie wieczory i rozmawiałyśmy! Wujkowie czuli większą barierę, ale też rozmawiali. Myśmy mówili i o życiu seksualnym, i o miłości, która była tematem nieznanym.
Zastanawiam się, jak bardzo niekochane musi czuć się dziecko, którego nikt nie zabiera na Boże Narodzenie.
Zawsze jakieś dzieci zostawały, a te starsze często same do domów nie chciały jechać. Święta spędzały z moją rodziną. To było naturalne. Nie że ja sobie tego i tego wybieram, jako ozdobę stołu. Ale po prostu: "Asia, zostałaś, to jesteś u nas".
Kiedy pani wspomniała o dziecku jako ozdobie wigilijnego stołu, przypominam sobie z lat 90. opowieści ludzi, którzy zabierali dzieci z domu dziecka na święta. Może i intencje mieli szlachetne, ale mnie się to wydawało okrucieństwem.
Mnie też. I to strasznym. Ale były okresy, że nasze społeczeństwo miało takie odruchy. "Wie pani, rodzina miała przyjechać, a nie przyjechała, to może ja wezmę chłopca czy dziewczynkę?". O nie! Chcesz być rodziną zaprzyjaźnioną? Proszę bardzo. Poznajecie się miesiąc wcześniej, akceptujecie się i ta relacja nie może się skończyć razem ze świętami. Nie na zasadzie: "Pokażę, jak pięknie mieszkam i kupię lalkę Barbie czy sukienkę luksusową, a potem się pochwalę w pracy, jaka jestem szlachetna".
Jak ludzie reagowali na pani słowa?
Bardzo często jak się stawiało warunki, to chętni się wycofywali. Ale były też rodziny zaprzyjaźnione: osoby starsze, samotne czy inne, które z jakichś względów rodziną zastępczą nie mogły się stać. Dziecko wiedziało: mam ciocię i wujka w Świnoujściu i co weekend mnie zabierają. Albo: jeżdżę do nich na święta, na wakacje. A jak nas odwiedzają, to pieczemy torty. Wiemy, że nie będziemy u nich mieszkać na stałe, ale pozostajemy w przyjaźni.
Wspomniała pani o kupowaniu luksusowych prezentów. Pamiętam też odwrotne sytuacje: apele, by do domów dziecka nie zwozić starych zabawek.
Oj, proszę pani! Wiadomo, że każdy gest jest miły, ale jak słyszałam: "Mam cały karton misiów, którymi moje dzieci się już nie chcą bawić", to miałam ochotę powiedzieć: "Moje dzieci też się nie będą tym bawiły". Wiedziałam, że te zabawki będą zepsute, brudne. Ale były też wzruszające sytuacje: mama przyjeżdża z dzieckiem i ono tarmosi misia i chce się podzielić z drugim dzieckiem. Taki naturalny odruch dobroci.
Teraz żyjemy w innych czasach, ale kiedyś. W latach 80., 90.? Nigdy nie żebraliśmy, ale zwracać się o pomoc trzeba było niejednokrotnie. Nasz dom jest niedaleko Świnoujścia, blisko Szwecji i Niemiec - zawsze mieliśmy tam przyjaciół, którzy nas wspomagali finansowo czy rzeczowo. Nasze dzieci zawsze miały porządną odzież, ale na markowe rzeczy nie było nas stać. A też by chciały buty Nike. W tej kwestii liczyliśmy głównie na przyjaciół z zagranicy. Kiedy przychodziły dary, było święto.
Nie mówię, że nam nie starczało pieniędzy. Starczało.
I dzieci nigdy nie były głodne.
Głodne na pewno nie były!
Proszę się nie gniewać o moje słowa! Wciąż zdarzają się tacy, którzy wyciągają od ludzi pieniądze i twierdzą, że to na głodne dzieci w domach dziecka. Koszt utrzymania dziecka wynosi dziś około pięciu tysięcy złotych. Oczywiście lwia część pieniędzy idzie na budynek, pensje, opłaty. Ale nie jest tak, że nie ma pieniędzy na jedzenie.
Kiedyś to nie było pięć, ale dwa tysiące złotych miesięcznie. Pewno, że luksusów nie mieliśmy. Ale dzieci w Polsce w domu dziecka nigdy głodne nie chodziły! Nigdy! I ma pani rację: oszuści się zdarzają. U nas też chodził pan, przebrany za rycerza, i twierdził, że zbiera pieniądze dla naszego domu dziecka. Zainteresowała się nim policja.
Proszę mi powiedzieć, dlaczego pani wybrała taką pracę?
To nie jest praca!
To co? Powołanie?
(śmiech) Może i tak. W Szczecinie była po wojnie słynna rodzina Dowlaszów. Utworzyli pierwszy rodzinny dom dziecka w Polsce. Podziwiałam ich. Zawsze też lubiłam dzieci, i ludzi w ogóle, i jestem życiową optymistką. Wiedziałam, że jeśli kogoś kochasz, to on ci to odwzajemni. Odnalazłam w domu dziecka siebie, realizowałam się, czułam spełnienie. Największą satysfakcją jest, jak po latach usłyszysz: "Ciociu, kocham cię".
Piękne.
Może zbyt piękne, jak tak mówię? (śmiech) Bo bywało też pod górkę!
Jak się nastolatek napił piwa.
Młodzi eksperymentują z alkoholem, narkotykami. Tak. I teraz co? Karać? Zawsze uważałam, że to jest tresura. On się będzie bał kary, ale czy uzna nasze zasady za słuszne? Bazowaliśmy na zaufaniu. U nas kolacja to był moment, że w rodzinkach wszyscy siadali razem. Dziewczyny lubiły świeczki zapalić, zrobić nastrój. I wtedy można było o wszystkim pogadać. Siedzi pani przy stole i widzi tego dzieciaka, który ucieka wzrokiem, bo wie, że musimy porozmawiać. (śmiech) Ten uciekający wzrok to jest sygnał, że mu na pani zależy, że mu głupio, że zawiódł zaufanie. Co wcale nie oznacza, że to, co zrobił, już się nie powtórzy! (śmiech)
To oznacza, że jest więź! Uczucia! Sukces.
Tak! To nie jest łatwe i nikt nie powiedział, że będzie łatwe. Zawód wychowawcy jest bardzo trudny, wymagający zaangażowania i poświęcenia. Dający satysfakcję, wspaniałe chwile, ale i oznacza odpowiedzialność, lęk.
A zarobki kiepskie.
Myśmy najpierw byli na etatach nauczycielskich i mieliśmy dodatki, więc w porównaniu do nauczycieli - wyższe pensje. Na wsi doszedł mi też tzw. dodatek wiejski. Ale na początku XXI wieku zakwalifikowano to, co robimy, jako pracę socjalną, i się zaczęły schody. Wszystko, co mogłam zaoferować nowym pracownikom, to płaca minimalna. A wychowawcy są po studiach! Skoro nie mogę im zapłacić, powinnam móc zaoferować może prestiż społeczny? Ale media, społeczeństwo czekały tylko na sensację, która wypłynie z domu dziecka.
Że jeden wychowanek zgwałcił drugiego.
Nigdy u nas nie było takiej sytuacji.
Że wychowawca okazał się pedofilem. Nie twierdzę, że w waszym domu tak się działo! Wspomniała pani o sensacjach medialnych, one dotyczyły m.in. takich spraw.
U mnie dziecko od razu by powiedziało, że wujek robi krzywdę! Ale na pojedynczych przypadkach budowano obraz wszystkich domów w Polsce. Byłam bardzo zbulwersowana wypowiedzią księdza Oko, że w domach dziecka odbywały się orgie. Bardzo złe było nastawienie do domów dziecka po książce "Bidul", o domach z lat 80.
O dramatycznych doświadczeniach opowiedziała też Kora, która wychowała się w ośrodku prowadzonym przez siostry zakonne.
Ja nie mówię, że się nie zdarzały złe rzeczy! Dlatego tak ważne, żeby dom dziecka to nie była instytucja, moloch, jak kiedyś. Tylko żeby to był dom! W domu zawsze się znajdzie osoba, której dziecko powie, że się nie zgadza, że ktoś tak czy inaczej się zachował. W domu pewne sprawy powinny wypłynąć w sposób naturalny.
I pani stworzyła dzieciom taki dom. A czy pani jest z "tych Oleksych"? Często panią o to pytają?
(śmiech) W latach 90., jak na granicę przywoziliśmy 20 rowerów i był problem: oclić, nie oclić?, to mówiłam: "No, stryj byłby bardzo niezadowolony, gdyby się dowiedział, że taka wspaniała pomoc od przyjaciół dla dzieci z domu dziecka nie została wpuszczona". (śmiech)
I wpuszczali?
Wpuszczali. Nigdy nie poznałam premiera Oleksego, ale mam nadzieję, że nie miałby mi tego za złe.
Anna Oleksy. Była dyrektorka domu dziecka w Lubinie koło Międzyzdrojów
Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.