Rozmowa
Strażacy podczas akcji (fot. Laura Trawińska / Agencja Wyborcza.pl)
Strażacy podczas akcji (fot. Laura Trawińska / Agencja Wyborcza.pl)
Na co dzień wykonują prace, których nie da się "zostawić za drzwiami biura". Doświadczają takich emocji, widzą i słyszą takie rzeczy, że nie da się przejść nad nimi do porządku. Jak praca wpływa na prywatne życie strażaka, policjanta, lekarza? Co w nich zmienia, co daje, a czego pozbawia? O to pyta ich Anna Kalita. Dziś pierwsza rozmowa

Kiedy słyszy pan wycie syreny, wciąż ma pan odruch, żeby biec do akcji?

Nie, ponieważ syreny wyją w ochotniczej straży (śmiech) ! W jednostkach zawodowej, państwowej straży pożarnej, a w takiej całe życie pracowałem, włącza się alarm i wyświetla cyferka - który wóz wyjeżdża na akcję. Ludzie są gotowi w 30 sekund, w nocy - w maksymalnie 60. Jeśli ma jechać wóz bez ciężkiego sprzętu, to znaczy, że jest w miarę spokojnie, ale jak się zapala lampka wozu naszpikowanego sprzętem, pojawia się adrenalina: do czego jedziemy?

I do czego pan jeździł?

Na przykład do katastrofy na Kabatach.

Był pan tam w 1987 roku?!

Byłem. Potem ludzie opowiadali legendy o akcji ratowniczej na miejscu katastrofy - że ratownicy i strażacy, którzy tam dotarli jako pierwsi, nachapali się złota, obrączek, zegarków.

Okradli ofiary - mówiąc krótko. Na pokładzie tego samolotu były 183 osoby. Wszyscy zginęli.

Wie pani, jak to wyglądało? Co myśmy tam zastali? Na drzewach wisiały części ludzkich ciał, jelita. I my mielibyśmy podchodzić do tych szczątków i kraść obrączki? Chciałbym, żeby ci wszyscy, którzy potem opowiadali bzdury, znaleźli się na naszym miejscu tamtego dnia. Żeby to zobaczyli. Przekonali się, czy byliby w stanie w ogóle na to patrzeć. Bo myślę, że nie.

Ale, niestety, pomówienia się zdarzały. Usłyszałem coś takiego nawet od osoby z mojej własnej rodziny! To była starsza kobieta. Dalsza krewna. Ale powiedziała mi: "Ty to się tam nachapałeś". (dłuższa cisza)

No, ale nieważne. Przeszło. Minęło.

Strażacy do akcji są gotowi w 30 sekund, w nocy - w maksymalnie 60 (fot. Archiwum prywatne)

Wtedy, w Lesie Kabackim, sparaliżowało pana przerażenie?

Tak. Ale tylko na moment. Tylko na początku.

Odruch wymiotny?

Nie. U mnie nie. Choć nie każdy strażak czy milicjant był w stanie na to patrzeć. Niektórzy mieli mdłości.

Ja w takich sytuacjach bardzo szybko przestawiałem się na działanie. Nie skupiałem się na tym, co zastałem, co widzę, tylko na akcji. A tam trzeba było ugasić pożar, wszystko zabezpieczyć.

Minęły 33 lata. Czy dziś, kiedy rozmawiamy, pan ciągle widzi tamte obrazy?

Tak.

Co można zrobić, żeby je zatrzeć? Jak pan doszedł do siebie po tym, co zobaczył w Lesie Kabackim?

Myśmy stamtąd pojechali do jednostki i dalej pełniliśmy służbę. Do domu wróciłem dopiero następnego dnia rano. Jeśli pyta pani, jaka myśl człowiekowi przychodzi do głowy po takiej akcji i takich widokach, to pierwsza jest oczywiście taka, żeby się napić. To jest najprostsze. Tyle że nie pomaga. Tak naprawdę picie tylko przedłuża traumę. Zamiast się odciąć, człowiek się zapada w te myśli i obrazy. To nie działa.

A co działa?

Po przyjściu do domu nie myślę o pracy, tylko zabieram się do czegoś, co sprawia przyjemność i zajmuje myśli. Uwielbiam motocykle. Majsterkowanie przy nich i sama jazda zawsze mnie odprężały.

Traumatyczne obrazy wracały w snach?

Bywało, że wracały. Ale tylko w pierwszych latach służby.

Strażak potrafi się popłakać?

Oczywiście! A bo to raz? Ale nie w trakcie akcji. Potem. I nie tylko w ekstremalnej sytuacji. Też w takich, wydawałoby się, lżejszych. Szczególnie człowieka przygnębia, boli widok dziecka. Ja najbardziej reagowałem na dzieci.

Podczas akcji szczególnie boli widok dziecka (fot. Archiwum prywatne)

Jak długo pracował pan jako strażak?

Dwadzieścia osiem lat. I wie pani, że do dziś, kiedy nie budzę się sam z siebie, tylko słyszę dźwięk budzika czy inny sygnał, nie wstaję normalnie, jak zwykły człowiek, tylko wyskakuję z łóżka na baczność i natychmiast jestem już za drzwiami? Naprawdę. Od 12 lat na emeryturze nie potrafię się tego oduczyć.

Słyszałam, że postanowił pan zostać strażakiem, kiedy w rodzinnym domu na wsi wybuchł pożar. To prawda?

(śmiech) Prawda. To był 26 października 1976 roku. Na zewnątrz budynku leżała smoła i mój młodszy brat, bawiąc się, ją podpalił. Pamiętam jak dziś: stałem z tatą w polu pełnym buraków cukrowych i usłyszałem syrenę, a potem zobaczyłem palący się dom. Pobiegłem na miejsce natychmiast! Przyjechały dwa wozy ochotniczej straży. Akcja gaszenia szła im jak krew z nosa. Na szczęście nikomu nic się nie stało i dom też nie spłonął. A ja, patrząc na to wszystko, pomyślałem sobie: "Zbychu. Ty zostaniesz strażakiem!".

Rodziców ucieszył ten wybór drogi życiowej?

Zupełnie nie. Mieli takie wyobrażenie, że jak strażak, to pijak. Na wsiach w tamtych czasach organizowano pijackie imprezy w remizach i stąd skojarzenie.

A pana co wtedy w tej wizji zafascynowało? Szesnastolatek myślał wzniośle: "Będę ratował ludziom życie!"? Czy bardziej się podniecał wizją walki człowieka z żywiołem?

Chyba i jedno, i drugie. A swoją drogą do dziś nie wiem, co jest gorsze: pożar czy powódź? Przeżyłem jedno i drugie, i nie wiem.

Wóz strażacki podczas powodzi w 1997 r. (fot. Robert Krzanowski / Agencja Gazeta)

Ratował pan powodzian w 1997?

Tak. Ale to nie wyglądało tak, jak się pani wydaje.

Wyobrażam sobie, że oto wyciągacie z domów tonących ludzi.

Tak też było. Ale na wsi, na której myśmy działali, najczęściej sytuacja była inna. Otóż nie wolno zmusić obywatela - i według mnie: bardzo słusznie, że nie można - żeby opuścił swoje mienie. I ci ludzie, na tej podwałbrzyskiej wsi, z obawy, że sąsiedzi ich okradną, postanawiali zostać i pilnować swojego dobytku. Uciekali na strychy, chronili się na dachach. Ale trwali na miejscu. A myśmy im na tratwach dostarczali pożywienie. Byłem wtedy najbliżej śmierci w całej mojej pracy w straży pożarnej.

Co się wydarzyło wtedy, pod Wałbrzychem?

Zjadła mnie rutyna. Miałem pod sobą dwie kompanie studentów, przyszłych oficerów. Wszyscy przystąpili do akcji, jak trzeba: w kapokach, powiązani linami. A ja na luzie, z plecaczkiem na plecach. Niepodpięty. I nagle się zapadłem. Wpadłem do studni, z której woda zmyła drewnianą pokrywę. Wciągnął mnie wir.

Pańscy ludzie pana uratowali?

A skąd! To się działo tak szybko, że nikt nawet nie zauważył, że mnie wciągnęło pod wodę. Udało mi się wypłynąć. Nie wiem, jakim cudem. Ale mi się udało.

Skutki powodzi we Wrocławiu w 1997 r. (fot. Krzysztof Rak / Agencja Gazeta)

Powiedział pan, że nie wie, co jest straszniejsze: woda czy ogień.

Byłem w samym centrum obu żywiołów. 30 grudnia 1980 roku albo w samego Sylwestra - dokładnie nie pamiętam - wysłano nas do Karlina. To była największa erupcja ropy naftowej w Europie [doszło do niej 9 grudnia 1980 roku, podczas odwiertów, gaszenie pożaru trwało kilkadziesiąt dni, a sprawa stała się głośna na całym świecie - przyp. red.]. Miałem wtedy dwadzieścia kilka lat. Młody gówniarz byłem. Powołano cały warszawski sztab i wysłali nas do Sarbinowa, około 40 kilometrów od Krzywopłotów. Po drodze psuły się samochody, ale myśmy jechali dalej. Zakwaterowali nas w letnim, PRL-owskim, ośrodku wypoczynkowym. Kiedy się obudziłem następnego dnia, w pomieszczeniu było pełno śniegu.

Jak długo gasiliście pożar?

Dwa tygodnie. W samym centrum była erupcja ropy, a my staliśmy dookoła i laliśmy wodę. A za nami stali kolejni i też lali wodę. Również na nas. Był styczeń, mróz jak cholera. I ja jednego dnia zamieniłem się po prostu w sopel lodu. Bo przecież ta woda lała się zewsząd. Chłopaki mnie zabrali całego zamarzniętego.

I weź się tu nie konserwuj w takich warunkach. No przecież człowiek by umarł! Kilku chłopaków wywalili stamtąd za gorzałę, no, ale przesadzali. Myśmy pili spokojnie. Samogon od chłopa. Teoretycznie był zakaz sprzedaży alkoholu strażakom, ale przecież jak w Sarbinowie poszliśmy do gospodarza po cywilnemu, to skąd on niby miał wiedzieć, że strażakom go daje?

W każdym razie było tak, że w pewnym momencie strumień wody podniósł ogień - o tym nie pisały gazety. Przestało się palić. Wie pani, jakiego mieliśmy pietra? Bo co wylatywało w powietrze? Gaz z ropą! Kto mógł, uciekł do lasu.

Znowu znalazł się pan w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia.

Za tamtą akcję dostałem medal z kartofla. Tak go nazywam z przekąsem, bo był nic niewart. Ale dostałem order "Zasłużony dla górnictwa i gazownictwa naftowego". Media podały później informację, że w Karlinie to nie Polacy ugasili pożar, ale dzielni, bohaterscy przyjaciele z kraju radzieckiego.

Pod koniec przyjechali na ZIŁ-ach, faktycznie. Musieli przyjechać, żeby media mogły przekazać radosną informację, że ugasili pożar. Pojawiło się też wojsko. Artyleria. Bo ten czop, z którego wypływały ropa z gazem, trzeba było odstrzelić, żeby założyć nową głowicę z zaworem redukującym.

Niestety, wojsko nie trafiło w czop, tylko w stodołę. To były cyrki!

Ale butelkę z ropą z Karlina do dzisiaj mam w domu.

 

Sytuacji, kiedy śmierć zaglądała w oczy, było wiele?

Wiele. Weźmy taki pożar na Warszawiance: akurat trwał tam remont, a myśmy dostali zgłoszenie, że się gaz zapalił. Na miejscu był stos butli z acetylenem i tlenem. Stos! To groziło katastrofą. Część ludzi mi uciekła ze strachu. Ale miałem też w ekipie takiego fajnego strażaka - górala, Karolka. Zanim się zorientowałem, co się dzieje, on wyszedł z samochodu, podszedł do butli i pozakręcał je ręcznie. Włosy mi stanęły dęba, jak to zobaczyłem! Mogło śladu po nim nie być. A ja bym trafił do więzienia. Takie sytuacje też się zdarzają. Po latach się wspomina ze śmiechem, ale tam mogło dojść do katastrofy.

A czy akcja ratownicza wygląda tak, jak ja to widzę na hollywoodzkich filmach: płonący dom, a z niego wychodzi strażak i niesie na rękach poparzonego człowieka?

Bardzo rzadko wyciąga się z płonących budynków ludzi. Oni uciekają sami, gdy tylko wybucha pożar. Kiedy na miejscu zjawiają się strażacy, mają już do czynienia z nieboszczykami lub - zdecydowanie rzadziej - wynoszą z budynków ludzi w stanie bardzo silnego poparzenia. Ja przez wszystkie lata pracy nie miałem takiej sytuacji, żebym widział płonącego człowieka. Ale spalonego - tak. Widziałem. Wie pani, jak wygląda spalony człowiek?

Nie.

Jak pieczony kurczak. Ciało jest brązowe. Ale narządy wewnętrzne już nie. Tkanki ludzkie są bardzo nawodnione, dlatego nawet kiedy się spali skóra, jelita zostają w niezmienionym stanie.

Ciężko mi sobie to nawet wyobrazić.

Miałem kiedyś taką sytuację: wchodzę do budynku przez okno, w całym opancerzeniu. Kiedy jestem już w środku, próbuję się ustabilizować na nogach i orientuję się, że nie stoję na podłodze. Pode mną leży martwy człowiek. To było straszne przeżycie.

Człowiek, który ginie w pożarze, musi koszmarnie cierpieć.

Nie! Umiera nie dlatego, że się pali, tylko w wyniku zatrucia dymem, czadem. To jest takie uczucie, jakby się było na haju. Człowiek odlatuje. Lekka śmierć.

Miałam nadzieję, że to będzie rozmowa o bohaterskich strażakach wynoszących żywych ludzi z płomieni.

Jak ich znajdują, to wynoszą. Przeszukiwanie budynku to bardzo trudne zadanie. Człowiek jest w aparacie, masce, pole widzenia ma ograniczone. A wszystko się dzieje na jego odpowiedzialność. Jakby kogoś nie znalazł, nie zauważył - jego wina. Przeszukuje się szafy, sprawdza się pod łóżkami, czy kogoś nie ma. Bo dziecko ma to do siebie, że się chowa. Ja nie miałem takiej sytuacji, ale koledzy znajdowali tak pochowane dzieci.

To specjalistyczne ubranie, o którym pan wspomina - czy ono daje stuprocentową pewność, że strażak nie stanie w płomieniach?

Powiedzmy sobie szczerze: nie daje. Jest bardzo trudno zapalne, to prawda, do pewnej temperatury - niezapalne. Ale ja mam przykład z życia wzięty: moim ludziom stopiły się przyłbice w kaskach i zapaliły mundury. Rękawiczki schodziły potem razem ze skórą. Obaj są po przeszczepach.

Przeszukiwanie budynku przez strażaków to bardzo trudne zadanie (fot. Archiwum prywatne)

Ale pan uniknął poparzenia?

Ja tak.

Miał pan dużo szczęścia.

Na pewno. A jeszcze proszę wziąć pod uwagę, w jakich ja czasach pracowałem. Zaczynałem na starze 25. Benzyniaku. Patrząc na dzisiejsze many, scanie - w ogóle nie ma sensu nawet porównywać tego wyposażenia i sprzętu. W PRL-u na wozie była tylko woda. Piana to był luksus! Do wypadków nie jeździliśmy, bo nie mieliśmy z czym tam jeździć. Siekierę albo topór mieliśmy brać? Po przełomie, kiedy wyposażenie wozów było już o niebo lepsze, mogliśmy jeździć też do zdarzeń drogowych.

I to tam widziałem najstraszniejsze rzeczy. Kiedy człowiek jest uwięziony i nie można go wydostać z samochodu, używa się ciężkiego sprzętu rozcinającego. Nie daj Boże, jak człowiek jest przebity. Wtedy trzeba wyjąć go razem z tym elementem tkwiącym w ciele, bo inaczej mogłoby dojść do krwotoku. To były przerażające obrazy. Szczególnie kiedy chodziło o dzieci.

Kolejny raz wspomniał pan o dzieciach.

Płacz dziecka jest straszny. Taki przenikliwy. I ten wyraz twarzy, przerażenie w oczach. To jest najgorsze.

Nie wszyscy dawali radę jeździć do wypadków. Miałem chłopaków, na których krew źle działała. Nie każdy się do tego nadaje.

Co mówią strażakom ofiary wypadków samochodowych?

Najczęściej narzekają, że boli.

A ja myślałam, że pytają, czy mąż, dziecko żyją.

Pani pyta o ekstremalne przypadki? O katastrofy? To wtedy tak. O to pytają. Ale my nie możemy udzielić odpowiedzi. Odpowiada się wymijająco: "ktoś się już nim/nią zajmuje". Wprost nie możemy powiedzieć. Wyobraża sobie pani taką sytuację, że wycinamy kobietę uwięzioną w rozbitym samochodzie i jednocześnie ona się od nas dowiaduje, że jej mąż czy dziecko zginęli? To by była jakaś masakra. Tragedia po prostu.

Nie wszyscy dawali radę jeździć do wypadków (fot. Laura Trawińska / Agencja Gazeta)

Im dłużej pana słucham, tym bardziej nie mogę wyjść z podziwu: jak po tylu latach pracy w tak ekstremalnie ciężkich warunkach można uniknąć momentów załamania? Pan jest jakimś nadczłowiekiem.

Nie jestem. Miałem załamanie. Byłem totalnie załamany psychicznie i fizycznie. Był taki moment, kiedy postanowiłem odejść ze straży, i tak właśnie zrobiłem.

Kiedy?

Na początku lat 90.

A więc jednak nie od wszystkiego udawało się odciąć i majsterkowanie przy motorze nie załatwiało sprawy?

Nie załatwiało.

Co to znaczy "totalne załamanie"? Depresja? Inna choroba?

Nie chcę wchodzić za bardzo w szczegóły. Ale to fakt: miałem załamanie i odszedłem ze straży na rok. To było w 1991. Kupiłem kilka busów i postanowiłem założyć firmę transportową. W tamtym czasie myślałem, że ja już po prostu nie dam rady dłużej. Byłem totalnie wykończony.

Ale wrócił pan.

Nie mogłem bez tego żyć. Po roku zgłosiłem się do komendanta jednostki i prosiłem, żeby dał mi szansę. Żeby mi pozwolił wrócić do służby. I on wyciągnął do mnie rękę. To był najważniejszy moment w moim życiu. Potem też wyciągałem rękę do ludzi.

Co za ulga. Już myślałam, że do końca tej rozmowy będzie mi pan opowiadał, że można przeżyć życie w tak obciążających warunkach bez kryzysów.

W tamtym czasie wydawało mi się, że ja już niczego nie osiągnę w straży, że nic już z siebie nie mogę dać. No ale, na szczęście, okazało się, że mogę.

W jaki sposób? Jaki pan znalazł sposób na funkcjonowanie w tym zawodzie, żeby uniknąć kolejnego załamania?

Znieczulica. Nieładne słowo, ale to było to.

Znieczulica jest potrzebna, żeby móc funkcjonować w tym zawodzie (fot. Archiwum prywatne)

Lekarzy się często oskarża o znieczulicę. A ja sobie myślę, że gdyby oni mieli płakać nad każdym kolejnym pacjentem, po prostu nie byliby w stanie wykonywać swojej pracy. Z panem było pewnie tak samo?

Tak mi się wydaje. Z czasem stałem się obojętny. Wszystko wykonywałem mechanicznie. Mieliśmy takiego motocyklistę, nie zapomnę tego wypadku: dosłownie go wyrwało z tego motocykla, poleciał i wbił się w słup. Przeżył, ale miał wszystko porozrywane. Myśmy go z tego słupa zrywali.

Ale nie płakał pan nad jego losem?

Nie. Z czasem jest tak, że człowiek się mocno dystansuje. Proszę mnie źle nie zrozumieć: mnie było tego człowieka żal. Było mi go żal, ale jego tragedia nie stała się moją.

Patrzył pan na to wszystko jak zza szyby? Jakby to był film?

Czasem, jak oglądam film, to wczuwam się bardziej niż wtedy, kiedy sam byłem na akcji. I chyba tak musi być, żeby człowiek był w stanie wykonywać tę robotę i nie zwariować.

Fizycznie ta praca też jest bardzo obciążająca.

Bywało bardzo ciężko. Dziś nowe bloki już nie płoną. Zmienił się sposób budowania, okna są szczelne i nawet jeśli wybuchnie pożar, to sam się ugasza, bo nie ma dopływu tlenu. A kiedyś jeździło się głównie do takich pożarów, które wybuchały w blokach. Biegało się ze sprzętem nawet na 10. piętro, bo winda przecież nie może działać jak jest pożar. I to najczęściej do śmiesznych pożarów się tak biegało.

Śmiesznych?

No tak, bo to najczęściej były pożary w kuchni, a tam jest więcej smrodu niż realnych skutków. Ale strach zawsze jest. Ludzie się boją, bo nie wiedzą, jak się zachować podczas pożaru. Na Mokotowie, pamiętam, w domu paliła się piwnica, a w środku było małżeństwo, kobieta w zaawansowanej ciąży. Oni nie mieli pojęcia, co robić. A to trzeba mokre koce, szmaty położyć, żeby dym nie wszedł przez drzwi. A oni stali i czekali. Jej z nadmiaru adrenaliny odeszły wody. Bałem się, że urodzi nam w wozie!

Praca strażaka jest bardzo wymagająca fizycznie (fot. Laura Trawińska / Agencja Gazeta)

Urodziła?

Na szczęście udało się dojechać do szpitala. Zostałem ojcem chrzestnym jej dziecka (śmiech). Nie każdego uda się ocalić, ale kilku osobom pomogłem w życiu.

Kiedyś mieliśmy wezwanie na Służewiec. To było stare budownictwo, stary typ windy. Wezwali nas do dziecka, którego noga zaklinowała się w przestrzeni między windą a szybem. Zajeżdżamy tam i zastanawiamy się, co robić. Można wezwać pogotowie dźwigowe, ale zanim to rozbiorą, miną trzy-cztery godziny. A myśmy mieli ze sobą sprzęt techniczny, czyli poduszki i rozpieracze. Była alternatywa, tyle że ryzykowna. Powiedziałem kobiecie: "Musisz obserwować dziecko, nie spuszczać go z oka! Moment, ułamek sekundy, kiedy ta poduszka ciśnieniowa zadziała - ty wyciągasz nogę". I udało się, dziecko po wszystkim miało tylko siniaki.

Są fajne sytuacje. Rodziny przyjeżdżają z podziękowaniami. To jest miłe, bardzo przyjemne, że można komuś pomóc.

Największy profit tej pracy?

Zdecydowanie ogromna satysfakcja. Poczucie, że moje życie jest po coś.

Piękna sprawa.

I żeby nie było żadnych wątpliwości: tego się nie robi dla pieniędzy. Pamiętam, jak w 1984 roku zaproponowałem bratu, który jeździł na taryfie, żeby przyszedł do nas do straży, bo akurat szukaliśmy kierowców. A on mi na to: "Człowieku, taką pensję to ja mam w weekend".

Utrzymywała pana żona?

Praktycznie rzecz biorąc - tak. Była krawcową w Domu Mody Polskiej. Zdecydowanie więcej dokładam do domowego budżetu, odkąd przeszedłem na emeryturę i założyłem własną firmę (śmiech).

Kiedy poznał pan żonę, był już pan strażakiem?

Tak. A kiedy się pierwszy raz zobaczyliśmy, miałem na sobie mundur. Jak teraz z panią rozmawiam, myślę sobie, że to ona mnie poderwała, a nie ja ją.

Czyli coś jest w tym porzekadle - za mundurem panny sznurem?

Coś w tym jest! Nie wiem, co to takiego, ale jest. 

Zobacz wideo Pszczelarz, któremu ktoś wytruł 2,5 miliona pszczół. 'Za zło trzeba odpłacać dobrem w zdwojonej sile' #ZWYKLINIEZWYKLI

Zbigniew Zawiślak. Przez całe życie pracował w państwowej, zawodowej straży pożarnej oraz zajmował się szkoleniem przyszłych strażaków. Aktualnie prowadzi firmę specjalizującą się w pirotechnice i efektach specjalnych, która obsługuje m.in. plany filmowe i imprezy masowe.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.