Rozmowa
Piotr Stelmach od prawie dwudziestu lat pracuje w radiowej Trójce, gdzie prowadzi m.in. audycję Offensywa (mat. promocyjne)
Piotr Stelmach od prawie dwudziestu lat pracuje w radiowej Trójce, gdzie prowadzi m.in. audycję Offensywa (mat. promocyjne)

Czytając "Lżejszego od fotografii", odniosłem wrażenie, że to książka nie tylko specjalisty, dziennikarza muzycznego, ale i oddanego fana. Kiedy pan pierwszy raz usłyszał Republikę, miał pan 12 lat.

Wkładkę z tekstami dołączoną do "Nowych sytuacji", debiutanckiego albumu zespołu, przynosiłem na lekcje i wertowałem chętniej niż lektury szkolne, za co zresztą obrywałem od nauczycieli.

Ta dziwna i niewygodna muzyka była w stanie zauroczyć 12-latka?

Nie wiedziałem, co znaczą słowa "ich skronie pofarbowane, łączone z elektrowniami" z piosenki "System nerwowy", ale bardzo chciałem się dowiedzieć! Ja i moi znajomi odbieraliśmy Republikę jako gości z zupełnie innej rzeczywistości, kosmitów, którzy w dodatku unikali występów w telewizji. To stwarzało aurę tajemniczości. Żeby zobaczyć, jak wygląda Ciechowski i pozostali członkowie zespołu, trzeba było iść na ich koncert. A my byliśmy zbyt młodzi, rodzice by nas nie puścili!

To, że akurat Ciechowski zostanie frontmanem Republiki, nie było wcale takie oczywiste. Żartowano między innymi z jego wady wymowy.

Koledzy z zespołu mówią, że "akurat wypadło na Grzegorza". Był najbardziej rzutki, nadawał się do liderowania zespołowi rockowemu. Paweł Kuczyński, jeden z założycieli Republiki, wspomina zresztą w mojej książce, że w pewnym sensie Ciechowski został wokalistą Republiki z przymusu.

Pierwszy występ pod szyldem Republika zespół dał w 1981 roku (fot. arch. pryw. Anny Sztuczki)

Początki Republiki nie były najłatwiejsze.

Ich pierwszy samodzielny występ, który odbył się 25 kwietnia 1981 roku w Toruniu, nie był udany. Muzycy czuli, że wciąż taszczą na plecach wór z napisem "Res Publica" [chodzi o zespół, w którym grali wcześniej niektórzy członkowie Republiki, w tym Grzegorz Ciechowski - przyp. aut.]. Właśnie po tym koncercie Grzegorz zaproponował radykalną zmianę stylistyki i scenicznego wizerunku. Powiedział przy tym: "Panowie, albo się piszecie na moją propozycję, albo zabieram organy i idę grać do punkowców". Jak się okazało, nie musiał tych organów nigdzie zabierać.

Pamiętny jest też pierwszy większy występ Brygady Kryzys, który odbył się na początku października 1981 roku, a do którego Republika została zaproszona w roli supportu. Ten wieczór w klubie Riviera Remont można uznać za najbardziej alternatywny moment w historii... polskiego cukiernictwa. Znajomi Brygady Kryzys przynieśli na zaplecze ciasto nafaszerowane marihuaną. Efekt był taki, że muzycy Republiki odlecieli na inną planetę w poszukiwaniu śladów życia. Nie wiemy, czy je znaleźli, ale wiemy, że musieli przerwać koncert.

Mimo to publiczność niemal od razu oszalała na punkcie Ciechowskiego i Republiki.

Oni szybko stali się bardzo świadomym zespołem. Wiedzieli, w jaki sposób chcą brzmieć, wyglądać. Dziś to zupełnie naturalne, że dany skład posługuje się określonym image'em, logotypem, oprawą wizualną. Wówczas wydawało się to wręcz rewolucyjne. Poza tym ich muzyki nie dało się porównać do żadnego innego polskiego zespołu.

Republice udało się w brawurowy sposób połączyć pierwiastek "pop" z bardzo przemyślaną propozycją artystyczną. Wyobraźmy sobie, że przenosimy się w czasie do 1983 roku i włączamy sobie debiutancką płytę Republiki "Nowe sytuacje". Mamy tam utwory w rodzaju "Prądu" czy "Mojego imperializmu". Ktoś, kto zna polskie gusta, powinien z miejsca stwierdzić, że takie piosenki nie mają w ogóle szans na to, aby trafić do masowego odbiorcy. Sam "Krzywy" [Zbigniew Krzywański, wieloletni gitarzysta grupy, który za chwilę do nas dołączy - przyp. aut.] mówił, że "Kombinat" to właściwie antyhit. A jednak trafił na pierwsze miejsca list przebojów.

Nie wszyscy jednak uważali Republikę za zespół genialny. Podczas występu grupy w Jarocinie w 1985 roku doszło niemalże do zamieszek.

Publiczność rzucała w zespół zepsutym jedzeniem, kamieniami, czym się tylko dało. W tłumie powiewały flagi, na których namalowano Ciechowskiego powieszonego na szubienicy. Panowało przekonanie, że Republika to "zdrajcy", zespół establishmentowy. Niemal każdy na ich miejscu by wymiękł. A oni zagrali genialny koncert. Byli jak mała armia, odważni i gotowi na wszystko.

Po kilku utworach pojawiły się nieśmiałe brawa, po paru kolejnych nieco głośniejsze, natomiast pod koniec towarzyszyła im już euforia. Jako że jeden z pomidorów rzuconych na początku koncertu trafił w nowy keyboard Grzegorza, ten stwierdził: "Za te pomidory nie będzie żadnego bisu". Republika zeszła ze sceny jako niekwestionowani zwycięzcy.

Do historii przeszedł występ Republiki w Jarocinie w 1985r., gdzie prawie doszło do zamieszek (fot. arch. pryw. J. Muchińskiej)

Skąd ta początkowa wrogość publiczności?

Być może zaważył fakt, że Walter Chełstowski, odpowiedzialny za program imprezy, zdecydował, że Republika zagra tego samego dnia, co najbardziej radykalne ekipy punkowe. Wielu punków patrzyło na zespół z podejrzliwością. Mimo że teksty Ciechowskiego wydawały się antysystemowe, postrzegano Republikę jak zespół ze świecznika. Z dzisiejszej perspektywy możemy domyślać się powodów takiego traktowania. Będąc w istocie zespołem skrajnie alternatywnym, stali się jednocześnie kapelą masową. To nie musiało się podobać jarocińskiemu "elektoratowi". Niewykluczone, że pamiętano też Republice, iż w lutym 1982 roku zagrała koncert w hali warszawskiej Gwardii. A wtedy, po wprowadzeniu stanu wojennego, wielu uważało, że należy unikać komercyjnych imprez.

A może po prostu wyszła z nas jakaś polska zawiść, zazdrość o to, że w tak krótkim czasie zdobyli tylu fanów? Mnóstwo osób utożsamiało się z Ciechowskim i z tym czarno-białym wizerunkiem. Były znaczki, były fryzury "na popersa" oraz koszulki w poprzeczne pasy, no i był pisk na widok zespołu i jego lidera. Sukces totalny. Marek Niedźwiedzki nazwał tę falę popularności Republiki blitzkriegiem. Nie wiem, czy kiedykolwiek w historii polskiej muzyki miało miejsce coś podobnego.

Republika była zespołem, który niezaprzeczalnie miał własny styl.

Z całą oprawą wizualną Republiki wiąże się kilka anegdot. Panowie pewnego dnia przeglądali okładki singli z albumu Joe Jacksona "Look Sharp!" i postanowili przerobić znajdujące się na jednej z nich czarno-białe pasy na swoją modłę. Andrzej Ludew, pierwszy menedżer grupy, znalazł na targowisku w Rembertowie krawat z takim deseniem. Pani ekspedientka musiała się ponoć wdrapać na stos używanych ubrań, aby wyciągnąć stamtąd coś, co stało się później jednym z symboli zespołu.

W sposobie układania grzywki Grzegorz wzorował się natomiast na Robercie Brylewskim.  Nie ma w tym jednak nic złego - każdy się czymś inspiruje. Ciechowski i spółka byli mimo to na wskroś oryginalni. Weźmy choćby ich manifestacyjnie statyczne zachowanie na scenie lub styl gry Grzegorza na klawiszach. Nie był klasycznym pianistą, traktował ten instrument niemal jak perkusję.

(W tym momencie dołącza do nas Zbigniew Krzywański, gitarzysta Republiki, który tego samego wieczoru weźmie wraz z Piotrem Stelmachem udział w krakowskim spotkaniu promującym książkę)

Grzegorz Ciechowski miał swój niepowtarzalny styl (fot. arch. pryw. Aleksandry Krzemińskiej)

Oryginalny sceniczny wizerunek wskazywałby, że mamy do czynienia z oderwanym od rzeczywistości artystą.

P.S.:

Ale Ciechowski nie był żadnym pieprzniętym prorokiem. Poza wielkim talentem miał też zdrowy rozsądek. Potrafił wykorzystać swoje umiejętności również do zarabiania pieniędzy, był w końcu ojcem czwórki dzieci. Mało kto wie, że pisał muzykę do reklam [jest autorem między innymi piosenki "Fortuna się kołem nie toczy", którą słyszymy do dziś w reklamie popularnego soku - przyp. aut.].

Z.K.:

W latach 80. zdarzało mu się przyjmować pozę absolutnie oddanego sztuce faceta, tak naprawdę jednak ciągnęło go do ciepła domowego, pewnego rodzaju mieszczańskiej stabilizacji. Miał swoje małe rytuały - na śniadanie zawsze musiała być kanapka z żółtym serem i tyle. Jeżeli tego sera zabrakło, na przykład gdy mieszkaliśmy w trakcie trasy w hotelu, był wściekły (śmiech). Grzegorz nigdy nie gardził statecznym, zwyczajnym życiem, w centrum którego znajduje się rodzina.

Jego burzliwe życie prywatne mogłoby jednak na to nie wskazywać. Dziennikarz Grzegorz Brzozowicz i producent muzyczny Rafał Paczkowski w książce "Lżejszy od fotografii" określili zresztą Małgorzatę Potocką, wieloletnią partnerkę muzyka, mianem Yoko Ono. Ich zdaniem Potocka po części odpowiada za rozpad Republiki w 1986 roku i rozpoczęcie przez Ciechowskiego kariery jako Obywatel G.C.

Z.K.:

To kompletnie niesprawiedliwe i nieuprawnione. Małgosia w żadnym wypadku nie chciała "zabrać" nam Ciechowskiego, nie dążyła do zniszczenia zespołu. Jeżeli patrzyła na Republikę poprzez pryzmat Grzegorza, to nie dlatego, że lekceważyła pozostałych członków, a dlatego, że Grzesiek był jej partnerem. Powody naszego rozstania były zupełnie inne.

Grzegorz Ciechowski ze swoją wieloletnią partnerką Małgorzatą Potocką (fot. Piotr Wójcik / AG)

Niektórzy rozmówcy Piotra Stelmacha sugerują, że dużą rolę odegrały kwestie finansowe.

Z.K.:

Cóż, gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze (śmiech). Sprawa jest jednak dużo bardziej złożona. Państwowe wytwórnie muzyczne z okresu PRL-u nie wypłacały artystom tantiem wykonawczych, przysługujących wykonawcom, którzy nagrali dany utwór w studiu/zagrali na koncercie. Muzycy mogli liczyć jedynie na honorarium za nagranie płyty oraz wpływy z koncertów. Pierwsze dwa albumy wydaliśmy w polonijnej wytwórni Polton, która funkcjonowała jednak na nieco innych zasadach, tzn. każdy z nas otrzymywał tantiemy sprzedażowe, należące się autorom tekstów i muzyki. Gdy zaczęliśmy pracę nad trzecim albumem, pojawiły się problemy. Firma Polton nie dotrzymała umowy związanej z naszą drugą płytą "Nieustanne tango". Nakład tej płyty, około 46 tys. egzemplarzy, zniknął niemal natychmiast, a firma wstrzymała produkcję.

Dlaczego?

Winyl niezbędny do wytłoczenia nowego nakładu można było dostać jedynie za dewizy, a Polton - zamiast wyprodukować umówioną wcześniej liczbę płyt - postanowił, że podzieli zdobyty surowiec na płyty kilku wykonawców, łamiąc tym samym nasze wcześniejsze ustalenia.

Postanowiliśmy zerwać współpracę. Mieliśmy gotowy materiał na trzecią płytę, brakowało nam jednak wydawcy, który wypłaci nam tantiemy wykonawcze. Grzegorz zaproponował, że skoro i tak pracowaliśmy nad piosenkami wspólnie, podzielimy się tantiemami autorskimi za muzykę. Przyjęliśmy to z zadowoleniem, chodziło przecież o nasze finansowe być albo nie być. Skoro nie ma tantiem wykonawczych, to bez wpływów wynikających ze współautorstwa Sławek Ciesielski, Paweł Kuczyński oraz ja nie moglibyśmy funkcjonować. Decyzja zapadła. Uznaliśmy, że w takim wypadku możemy wydać płytę gdziekolwiek. Wynajęliśmy więc studio i zaczęliśmy przygotowania do sesji nagraniowych. I wtedy zmieniła się sytuacja osobista Grzegorza.

Chodzi o rozstanie z pierwszą żoną, Jolantą Muchlińską, i związek z Małgorzatą Potocką?

Z.K.:

Dokładnie tak. Gdy dotarłem do Warszawy, gdzie mieliśmy nagrywać trzecią płytę, Grzegorz powiedział mi, że wcześniejsza umowa dotycząca podziału tantiem jest już nieaktualna. Tłumaczył, że ma na utrzymaniu dwie rodziny. Powiedziałem mu, że nie możemy nagrywać płyty charytatywnie - potrzebowaliśmy przecież środków do życia, a honorarium za nagranie płyty pokrywało jedynie koszty związane z pracą w studiu, pobytem w hotelu itd.

Nie udało się nam dojść do porozumienia. Grzesiek zasugerował, żebyśmy jeszcze raz porozmawiali o całej sytuacji. Paweł stwierdził, że nie ma o czym rozmawiać - czas zwijać manatki i wracać do domu. Moje stanowisko było podobne. Powiedzieliśmy Grześkowi, że ma godzinę na to, aby przemyśleć sprawę jeszcze raz. On zasugerował nam to samo. I w tym momencie Republika tymczasowo przestała istnieć.

Przygotowany wspólnie materiał trafił ostatecznie na płytę solową Ciechowskiego wydaną pod szyldem Obywatela G.C.

Legitymacja studencka Ciechowskiego. Muzyk studiował na UMK w Toruniu (fot. arch. pryw. Aleksandry Krzemińskiej)

Z.K.:

Być może dobrze, że właśnie tak się stało. Gdy przyjechaliśmy do Warszawy, okazało się, że koncepcja artystyczna płyty jest nieco inna, niż ustalaliśmy. Do współpracy zaproszono m.in. Jacka Sylwina i Rafała Paczkowskiego. Obaj to świetni faceci oraz zdolni producenci, jednak w tamtym czasie współpracowali głównie z zespołami popowymi. Mieli na nas określony pomysł: chcieli, aby materiał brzmiał raczej jak Frankie Goes to Hollywood niż jak Republika. Nijak nie pasowało to do zespołu de facto progresywnego, którym byliśmy. Trzeci album miał być pewnym krokiem w naszej karierze, ale krokiem naprzód, a nie w bok. Pewne decyzje zapadły jednak bez udziału Sławka, Pawła i mojego. Mam zresztą wrażenie, że - by posłużyć się określeniem z komedii "Kac Vegas" - po przeprowadzce do stolicy Grześka "wciągnął Bangkok".

Inaczej mówiąc: zachłysnął się sukcesem?

Z.K.:

To zbyt mocne słowa. Grzegorz był mądrym facetem, nie dałby się tak łatwo otumanić całym tym show-biznesem i pozwolić sobie na tak zwaną "sodówę". Ale zewsząd otaczali go pochlebcy, którzy prawdopodobnie chcieli ugrać coś dzięki tej znajomości. Powtarzali mu, że jest wybitny i wspaniały, a Republika to tak naprawdę przedsiębiorstwo, marka, a nie byt artystyczny. Podejrzewam, że nie do końca dawał temu wiarę, ale chcąc nie chcąc, jakoś to na niego oddziaływało.

Wróciliście w 1990 roku, kiedy zaproszono Republikę na festiwal w Opolu. Basista Paweł Kuczyński nie zdecydował się jednak zostać w zespole na dłużej.

Paweł nadal miał do Grzegorza ogromny żal o to, co się stało. To zrozumiałe. My natomiast szybko wyjaśniliśmy sobie nieporozumienia. Zresztą wszyscy tęskniliśmy za Republiką. Gdy po kilku latach przerwy we wspólnym graniu spotkaliśmy się na próbie przed festiwalem, zdaliśmy sobie sprawę, że to wszystko po prostu "żre", że jest między nami więź, której nie da się opisać w kilku słowach.

Być może spór o pieniądze tak naprawdę uratował nas przed nieudaną sesją nagraniową i artystyczną katastrofą, po której moglibyśmy się już nie pozbierać. Mam przeczucie, że gdybyśmy wówczas nie zdecydowali się na te kilka lat separacji, dziś nie rozmawialibyśmy o Republice, bo po prostu nie byłoby o czym.

Grzegorz Ciechowski w dzieciństwie (fot. arch. pryw. Aleksandry Krzemińskiej)

Ciechowski nazywał czasem płyty Republiki swoimi "tomikami wierszy". Nie dezawuował w ten sposób dokonań swoich kolegów?

P.S.:

Gdyby wyjąć słowa Grzegorza z utworów, to być może dałyby sobie radę jako samodzielna literatura. Podkreślę jednak: bez muzyki tworzonej wraz z kolegami nie wybrzmiałyby z taką mocą. To była skończona całość.

Moi rozmówcy pomogli mi stworzyć dość kompletny i wielostronny portret Ciechowskiego, żałuję bardzo, że nie udało mi się odkryć, w jaki sposób pisał teksty. Chodzi mi o jego zwyczaje, o to, jak się wówczas zachowywał. Podobno całkowicie odseparowywał się od rzeczywistości. Podobno, bo niemal nikt tego nie widział.

Z.K.:

Mogłeś zapytać, akurat ja widziałem (śmiech)! To nie do końca tak. Owszem, odcinał się od świata zewnętrznego, ale polegało to raczej na zamknięciu się w pokoju, a nie na jakiejś całkowitej ucieczce. Za ścianą często bawiły się jego dzieci.

Republika nigdy nie nagrała żadnego coveru. Po śmierci Grzegorza Ciechowskiego pojawiło się natomiast wiele nagrań oraz koncertów-hołdów, podczas których inni artyści wykonywali jego utwory.

P.S.:

Cóż, wychodziło to im z różnym skutkiem.

Z.K.:

Ja nie byłbym zbyt surowy. Bardzo lubię "Śmierć na pięć" w wykonaniu Grzegorza Turnaua, podobnie jest na przykład z Lipali i ich wersją "Białej flagi". Nasze piosenki zaczęły żyć swoim własnym życiem. To wartość nie do przecenienia.

P.S.:

Nie do końca to kupuję. Piosenki Republiki w cudzym wykonaniu po prostu nie brzmią. Ciechowski to unikat - nie dysponował przecież jakimś niewiarygodnym głosem, w dodatku seplenił, a mimo to mało kto mógł się z nim równać. Do tego dochodzą niepodrabialna gitara Krzywego, świetne linie basowe Pawła Kuczyńskiego, a potem Leszka Biolika, no i perkusja Ciesielskiego.

Książka Piotra Stelmacha 'Lżejszy od fotografii' to efekt 125 godzin rozmów z krewnymi oraz współpracownikami lidera Republiki (mat. promocyjne)

Postać Ciechowskiego wraca również przy okazji medialnych konfliktów. Jakiś czas temu głośno było o książce Małgorzaty Potockiej "Obywatel i Małgorzata", która nie spodobała się Annie Skrobiszewskiej, wdowie po artyście.

P.S.:

Nie wchodźmy w to, zostawmy te sprawy tabloidom. Zwłaszcza że - jak powiedział niedawno Leszek Biolik - "trudno tak naprawdę nazwać Ciechowskiego historią, artystą należącym do przeszłości". Jest wciąż obecny jako muzyk, inspiracja.

Nawet dla dzieciaków, takich jak dla pana kiedyś?

P.S.:

Sześć lat temu dostałem maila od chłopaka, który zbierał rozmaite nagrania Republiki, w tym niewydane oficjalnie bootlegi, czyli koncertówki. Wysłał mi listę swoich zbiorów - znalazł się tam zapis audio z przedstawienia "Republika - rzecz publiczna" z 1985 roku, podczas którego zespół wykonywał swoją muzykę na scenie. Był to pierwszy ich występ, który widziałem na żywo. Zamurowało mnie. A teraz najlepsze: na końcu listu przeczytałem: "jestem z Krakowa, mam na imię Wojtek, mam 13 lat".

Książkę "Lżejszy od fotografii" Piotra Stelmacha możecie kupić w Publio.pl >>>

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Piotr Stelmach. Ur. 1971. Dziennikarz muzyczny związany od 1997 z Programem 3 Polskiego Radia, gdzie prowadzi audycje: Offensywa, Myśliwiecka 3/5/7 oraz W Tonacji Trójki. Jest również jednym z prowadzących notowania kultowego Topu Wszech Czasów oraz - od pierwszej edycji, czyli od 2010 roku - moderatorem i prowadzącym koncerty z serii Męskie Granie. Przeprowadził ponad 300 rozmów z gwiazdami muzyki rozrywkowej, między innymi ze Stingiem, Bryanem Adamsem, Nickiem Cave'em oraz zespołami Aerosmith, The Cure, Depeche Mode, New Order, Pixies, Placebo, The Rolling Stones i The Sex Pistols.

Zbigniew Krzywański. Ur. 1961. Kompozytor, muzyk, producent muzyczny, autor muzyki do spektakli teatralnych (w 2013 został Laureatem Złotej Maski za muzykę do musicalu "Zorro"). Współzałożyciel i gitarzysta zespołu Republika, w którym grał w latach 1981-1986 i 1990-2002; współkompozytor wielu utworów grupy (np. "Mamona", "My lunatycy"). Lider zespołu Depresjoniści.

Mateusz Witkowski. Ur. 1989. Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl, stały współpracownik Gazeta.pl, Wirtualnej Polski i miesięcznika "Teraz Rock". Doktorant w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką z lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współprowadzi fanpage Niedziele Polskie.