Wspólnie z ekipą programu Polsatu "Nasz nowy dom" pomogła ponad stu rodzinom. Ale dopiero gdy krótko po ich wizycie został on zniszczony, o tym co robi, naprawdę stało się głośno. Katarzyna Dowbor opowiada nam o tym, jak się wybiera bohaterów programu oraz wspomina tych, którzy wzruszyli ją najbardziej.
Sąsiedzi zniszczyli dom w Szczytnie wyremontowany wcześniej przez ekipę programu "Nasz nowy dom". Pewnie było pani przykro?
- Wie pani, są ludzie i ludziska, trudno. Choć oczywiście było mi przykro, a przede wszystkim żal tej kobiety, która nic złego nie zrobiła. Nikogo nie skrzywdziła. Ale co mogłam poradzić na tę sytuację? Po prostu niektórzy twierdzili, że to oni powinni mieć wyremontowany dom, a nie ta pani. Że to im się bardziej należało i w ten sposób odreagowali swoją frustrację. Sprawa się rozdmuchała, ktoś poinformował MOPS, że tej rodzinie się remont nie należał. MOPS się od całej historii odcina, mówi, że nie zgłaszał tej pani do programu.
A mógłby?
- Jeśli pracownicy opieki społecznej mają jakąś potrzebującą rodzinę, to mogą ją zgłosić tak jak wszyscy, wysyłając ankietę. Nie jesteśmy konkurentami, tylko sojusznikami.
Kto ostatecznie wybiera uczestników?
- Wszystkiego zdradzić nie mogę, bo to jest "kuchnia" programu. Na początek trzeba wypełnić zgłoszenie dostępne na stronie Telewizji Polsat w zakładce "Nasz nowy dom". No i rzecz jasna trzeba spełniać pewne warunki. Nie możemy wybrać kogoś, kto nie ma swojego mieszkania, mieszka w lokum gminnym czy służbowym. Zgłoszenie jest później weryfikowane przez produkcję. Jeśli wszystko jest w porządku, ekipa jedzie na wizję lokalną. W ekipie jest nasz szef budowy i architekt, którzy muszą dany dom zakwalifikować do programu. Dopiero z tych, które się kwalifikują, wybieramy dalej.
Gdy przyjeżdżamy i na miejscu się okazuje, że dom ma 300 metrów kwadratowych, wyremontować go nie możemy. Mamy określoną kwotę do wydania i gdybyśmy ją przeznaczyli tylko na jeden duży dom, zabrakłoby dla innych. Podsumowując - w programie pracuje sztab ludzi. To nie jest tak, że ja sama kogoś wybieram.
Gdy ten sztab wybierze ostatecznie dom do remontu, pani przyjeżdża na miejsce i ruszają zdjęcia?
- Właśnie tak. Zwykle wybrana rodzina jest zaskoczona, bo do końca nie wie, czy na pewno przyjadę. Jest moment takiego "wow", które objawia się albo łzami i przytulaniem, albo konsternacją. Potem w napięciu cała rodzina czeka - co dalej.
Jak już pani przyjedzie, to remont jest pewny na sto procent?
- Tego nigdy nie wiadomo, bo ja też muszę się jeszcze zorientować, jaka jest sytuacja rodziny. I dopiero wtedy podejmuję ostateczną decyzję. Prace w jednym domu trwają pięć dni. Ja jestem na miejscu przez cały ten czas, raz na budowie, a raz spełniając inne marzenia gospodarzy. Jest dużo radości.
Gospodarze się wzruszają, a i pani zdarza się czasem płakać.
- Tak, choć gdy zaczynałam robić ten program, płakałam częściej. Teraz nieco stwardniałam, bo staram się pilnować zasady, że nie ma co płakać, tylko trzeba się wziąć do roboty. Nie ma się co rozczulać, tylko spiąć i zastanowić, jak można pomóc. Oczywiście, że nadal się wzruszam i łzy stają mi w oczach, ale staram się pamiętać, że tymi łzami nic nie zdziałam.
Ja w ogóle jestem człowiekiem czynu. Jak widzę jakiś problem, od razu zastanawiam się, jak go rozwiązać. Budzi się we mnie chęć działania.
Słynie pani ze swojej miłości do zwierząt, więc przy okazji, za pani sprawą, ekipa programu często robi też budę dla psa gospodarzy.
- Staram się też zadbać o to, by zwierzę za bardzo nie odczuło remontu. Kiedyś załatwiliśmy na przykład, że psa gospodarzy wzięła do siebie ich sąsiadka. Jeśli nie ma wyjścia, załatwiamy zwierzakowi hotel. Poza tym zawsze zdejmujemy psy z łańcuchów i tłumaczymy naszym bohaterom, że takie traktowanie zwierzęcia to nie jest dobry pomysł. A ponieważ jestem uparta oraz upierdliwa, zawsze udaje mi się ich przekonać.
Słyszałam, że jak się pani uprze, to nie ma zmiłuj.
- Nie ma. Kiedy się pojawiają problemy, proszę o pomoc ekipę. Mówię: "Chłopcy, błagam, zróbcie mi daszek na budę dla tego psa". Oni są cudni i nigdy nie odmawiają. Zdarza się też, że ludzie zaczynają dbać o swoje psy, jeszcze zanim się pojawimy. Mówią do siebie: "Zróbcie już temu psu budę, bo przyjeżdża Dowbor i będzie afera".
Ile pani już tych domów w programie wyremontowała?
- Teraz robimy 110. Jestem już doświadczonym budowlańcem. To oczywiście żart, bo zawsze podkreślam, że ja tylko ten program prowadzę. Całą dobrą, ciężką robotę wykonuje ekipa.
Zdarzyło się, że któraś rodzina była niezadowolona z jej pracy?
- Nie ma takiej opcji, bo na koniec remontu zawsze jest lepiej niż było. Może ktoś wyobrażał sobie na przykład inny odcień na ścianach, ale nie zdarzyło się, żeby był niezadowolony. Te rodziny z bardzo ciężkich warunków trafiają w znakomite. Nagle mają ciepłą wodę, toaletę. Nasi bohaterowie są często tak zszokowani, że niewiele mówią, do tego dochodzi obecność kamer. Widzowie komentują wtedy: "Oni się wcale tak nie cieszyli". Otóż zapewniam, że się cieszyli, proszę mi wierzyć. Po wyłączeniu kamer mówili: "Jezu, jak cudownie".
Niektóre rodziny potrzebują czasu. Często dzwonią po programie i mówią, że dopiero po zakończeniu zdjęć zauważyli lampę czy nowy stół. W pierwszej chwili nie są w stanie dostrzec wszystkiego, bo są bardzo przejęci.
Czasem wręcz w nowym domu zaczynają nowe życie.
- I to lubię najbardziej. Niedawno byliśmy u pani, której po naszym wyjeździe całkowicie odmieniło się życie. Znalazła pracę, dostała unijne fundusze na swoją działalność, wszystko jej się poukładało. Może to zabrzmi niewiarygodnie, ale będąc dziennikarką przez wiele lat, wciąż mam poczucie misji. I cieszę się, gdy realnie uda nam się komuś pomóc.
Jak chociażby pani Edycie ze Starego Dziebałtowa, która sama wychowuje dwójkę dzieci. Cała trójka przeszła piekło z mężem i ojcem alkoholikiem, który znęcał się nad nimi fizycznie i psychicznie. Po rozwodzie pani Edyty nie było stać na remont starego, drewnianego domu, bez ogrzewania i ciepłej wody, z prowizoryczną toaletą w sieni. Po programie rodzina może wreszcie mieszkać wygodnie.
Pamiętam też pewną wielopokoleniową rodzinę, której wichura zerwała dach. Musieli się przenieść do mieszkania socjalnego, a potem, choć naprawili zadaszenie, trzeba było dom osuszyć, zanim przyjdzie zima. Udało się im pomóc.
Których jeszcze bohaterów pamięta pani do dziś?
- Chociażby panią Agnieszkę z Wierzbna, która po rozstaniu z mężem mieszkała z dziećmi i swoim tatą. Ich stary dom był pokryty nieszczelnym dachem, miał zresztą tylko dwa pomieszczenia ogrzewane starą kuchnią. Z powodu braku łazienki i fatalnych warunków w domu dzieci mogły być odebrane mamie. Pani Agnieszka wynajęła więc małe mieszkanko w Węgrowie. Dzieci zostały przy niej, ale bardzo tęskniły za dziadkiem. Udało nam się ich na powrót połączyć i teraz znów mieszkają razem w odnowionym domu.
Zawsze szczególnie poruszają mnie dzieci. Tak było w Śmiechowicach niedaleko Sandomierza. Pan Arek mieszkał tam z roczną córeczką Malwinką w domu bez łazienki, bez podłóg, z eternitem na dachu. Ekipa programu urządziła dziewczynce bajkowy pokój. Z kolei nasz inny bohater, pan Piotr spod Nidzicy, został sam z upośledzoną córką i synem. Mieli mały dom, z zagrzybioną łazienką nieprzystosowaną do potrzeb osoby niepełnosprawnej. Ekipa zmieniła go w przytulne miejsce.
Bywa, że po programie odzywa się pani do którejś z rodzin?
- Nigdy. Uważam, że nie powinnam tego robić. Oni mają swoje życie, a ja swoje. Nie chcę też, żeby bohaterowie programu mieli poczucie, że ich kontrolujemy. W umowie jest jedynie zapis, że nie mogą przez pewien czas tego domu sprzedać. Wie pani, niektórzy pytają, czy mogą po swojemu przestawić meble. Mówię wtedy: "Ludzie, to jest wasz dom. Możecie zmienić wszystko". Po zakończeniu programu nie kontrolujemy tych rodzin. Mój dom jest moją twierdzą.
Specjalny odcinek programu "Nasz nowy dom" 3 grudnia o godzinie 17.15 w Polsacie.
Katarzyna Dowbor. Dziennikarka i prezenterka. Przez 30 lat pracowała w Telewizji Polskiej. Obecnie jest związana z Telewizją Polsat - prowadzi program "Nasz nowy dom". Jej syn, Maciej, też jest dziennikarzem.
Angelika Swoboda . Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU