Parę połączył romans. Vallejo opisała swoje życie z bandytą w książce "Kochając Pabla, nienawidząc Escobara". Książka posłużyła jako inspiracja do filmu pod takim samym tytułem, który 15 czerwca wchodzi do polskich kin.
Pablo Escobar był najbogatszym gangsterem w historii. Jego majątek wynosił - według różnych szacunków - od 30 do 50 mld dol. Miał z czego płacić swoim cynglom za zabójstwa policjantów. Miał z czego płacić łapówki. Ale miał też z czego budować dla biedoty w rodzinnym Medellin szkoły i boiska, czym bez wysiłku kupował ich sympatię i lojalność. Właśnie takiego Escobara poznała telewizyjna gwiazda i znana piękność Virginia Vallejo. Przynajmniej tak twierdzi. Prawdą z pewnością jest to, że gangster dla niej oszalał. I ona dla niego też.
Trzydzieści lat później Virginia Vallejo mieszka w USA, na Florydzie, gdzie dostała azyl w zamian za ujawnienie tego, co wiedziała. A wiedziała bardzo dużo o machlojkach swojego byłego kochanka z grubymi rybami kolumbijskiej polityki, ich powiązaniach ze zbrodniami Escobara. Twierdzi, że do Kolumbii wrócić nie może, bo ją tam zaraz zabiją ci, którym się naraziła. I może mieć rację, bo rzuca wobec polityków z Bogoty oskarżenia, które brzmią czasem mocno niewiarygodnie. Problem w tym, że spora ich część już okazała się prawdziwa i doprowadziła do procesów i wyroków.
Z początku brzmi jak niedołężna staruszka. Swoją opowieść snuje chaotycznie, miota się od dygresji do dygresji. Ale gdy pytania poruszą emocjonalną strunę, jej głos nagle twardnieje. Słychać w nim złość, poczucie krzywdy, ale i wyrachowanie starej medialnej wyjadaczki. I kobiety, której życiem można byłoby obdzielić kilku ludzi. Kobiety, która miała romans z najniebezpieczniejszym gangsterem świata, a potem od niego uciekła i może o tym opowiedzieć.
W książce i w wywiadach utrzymuje pani, że gdy poznała Pablo Escobara, był jedynym bogaczem, który dzielił się pieniędzmi z biednymi.
- Na początku nie wiedziałam, jak bardzo był bogaty. Potem dowiedziałam się, ile ma.
A potem, gdy już pani wiedziała, skąd je ma?
- Szeroko piszę o tym w książce. Napisałam m.in., że nie obchodzi mnie, skąd Pablo bierze te pieniądze. Nie obchodziło mnie to tak długo, jak długo robił z nimi to, co robił - czyli rozdawał potrzebującym. Nieważne, skąd pochodzą pieniądze. Ważne jest to, co dobrego robią dla tysięcy ludzi, do których trafiają.
Nieważne jest też to, że ręce, które rozdają szczodrze tę forsę, są unurzane we krwi i cierpieniu?
- Wie pan, zanim spotkałam Pabla, chodziłam z czterema najbogatszymi dziś miliarderami w Kolumbii. Wtedy byli tylko milionerami. Widziałam, jak i na czym zbili swoje fortuny. Widziałam, że mieli władze w kieszeni. Wiem, że nie płacili podatków. I nigdy nikomu nic nie dali, nawet kanapki. Więc kiedy spotkałam Pabla, i poszłam z nim na śmietnisko, gdzie setki rodzin mieszkały i żyły w tym potwornym smrodzie, a Pablo, jak się okazało, budował dla nich domy, poczułam, jaki on był od nich inny. Od tych wszystkich bogaczy, z mojej klasy społecznej- tak, moja rodzina należała do tych bogatych. I wiedziałam, jacy są skąpi. To, co widziałam na początku wokół Pabla, to szacunek, jakim otaczali go ubodzy.
Czy po tych latach dalej uznaje go pani za bohatera w jakiejś części, przynajmniej dla tych, którym pomagał? Syn Pabla powiedział w wywiadzie dla nas, że jego ojciec był i złym, i dobrym człowiekiem w tym samym czasie .
- To strasznie trywialne, co mówi. Przecież to oczywiste, że ludzka natura nie jest jednoznacznie zła albo dobra. Wszyscy czynimy i dobro, i zło. Natomiast Pablo Escobar jest potworem. Kropka. Potworem. Tymczasem w "Narcos" potwora zrobili też ze mnie.
Ale ten serial to nie biografia, on ma przecież elementy fikcji! Być może twórcy serii powinni jakoś wyraźniej zaznaczyć, że to, co robi postać w serialu, różni się trochę od prawdziwej historii Virginii Vallejo.
- Trochę?! Jak na litość boską mogłam współpracować choćby w porwaniu Diany Turbay, skoro mieszkałam wtedy Niemczech i współpracowałam z Bundeskriminalamt w Wiesbaden? Byłam zaręczona z niemiecko-szwajcarskim hrabią. Po co byłoby mi to porwanie?! Dlaczego, na litość boską, miałabym porywać córkę mojej dobrej przyjaciółki, którą kochałam! Jak? O nie, nie, nie! Przygotowuję z moimi prawnikami pozew przeciwko twórcom "Narcos". O miliony. Potrzebowali do serialu złej kobiety - zrobili ze mnie kur*ę, porywaczkę i przestępczynię, choć na początku miałam tylko napisać biografię Pabla. Za to z jego żony - małej, brzydkiej, grubej, cwanej wieśniary - biedną niewinną ofiarę. Dziś Pablo Escobar to marka, która przynosi zysk.
Bardzo ostre i przykre ma pani dla niej słowa. Czy panie kiedykolwiek się spotkały?
- Nie. We dwie nigdy. Spotkałam całą jego rodzinę raz - na boisku piłkarskim, które ufundował podczas inauguracji kampanii wyborczej dla biednych w Medellin. Szybko mnie przedstawił - żonie i rodzinie. Nasza relacja była sekretem. On był żonaty, a ja byłam gwiazdą z rodziny z wyższych sfer. Oficjalnie byłam tylko dziennikarką, która przyjechała z Bogoty na inaugurację kampanii. Nie miałam zresztą ochoty ich poznawać - byłam w relacji z Pablo, a nie z całym pozostałym dobrodziejstwem inwentarza. Zapewniał mnie, że nigdy nie wspominał o mnie swoim gorylom. Zawsze byliśmy sami. Nie chciał, by ktokolwiek ujawnił prawdę jego żonie, kochał ją. Co zresztą przywodzi mnie do pytania: czy prawdą jest, że jakoby nie zostawił im ani grosza i są tacy biedni, jak twierdzą? Przecież jego brat, skarbnik kartelu Roberto Escobar Gaviria, obracał milionami dolarów.
Mówiła pani, że bohaterka "Narcos" zmieniona została w porywaczkę i bandytkę - po to, żeby zarabiać pieniądze na historii Pabla. Ale, z całym szacunkiem, pani też robi na tej historii pieniądze. Na książce.
- Książka powstała przy okazji i na potrzeby śledztwa w USA. Dzięki niej kolumbijski rząd otworzył śledztwa w ważnych sprawach - jak zabójstwo Luisa Carlosa Galana i masakry w Pałacu Sprawiedliwości. Otworzyłam usta i napisałam książkę, żeby ludzie się dowiedzieli, co się tam naprawdę stało. To było moje zobowiązanie. Nie oczerniam nikogo, piszę historię mojego życia i mam prawo ją opowiedzieć.
Brakuje pani czasem Pabla? Tęskni pani za nim?
- Nigdy. Wie pan, panie Michale - ja kochałam Pabla. Ale nie zapomnę mu jego zbrodni z czasów narkoterroryzmu. Gdy pisałam książkę, przypomniałam sobie, jaka byłam z początku szczęśliwa, jak bardzo się kochaliśmy. Jaka to była - tak mi się wtedy wydawało - love story . A potem dowiedziałam się o jego zbrodniach.
Potem?
- I odeszłam od niego. A on się zmienił. Został po prostu terrorystą. Zaczął podkładać bomby, zabijać niewinnych ludzi. Wcześniej zabijał głównie swoich wrogów.
To też nie powód do dumy.
- Wie pan, jaka jest różnica między mordercą, a terrorystą?
Jaka?
- Dynamit.
Ach!
- Tak. Pablo czasem czekał na okazję do zemsty na wrogu całe lata. To nie był emocjonalny facet, który odgrażał się, że wszystkich swoich przeciwników pozabija, o nie. Czekał, czekał, czekał. Nie zabijał ludzi ot tak po prostu. Ale później nie wahał się już podłożyć bomb, w których wybuchach ludzie ginęli, tracili ręce, nogi, oczy, tracili rodziny. Terrorysta zabija wszystkich, którzy mieli pecha i znaleźli się w zasięgu rażenia bomby. Niewinnych. Terroryście chodzi o to, by wykorzystać tę śmierć dla swoich celów, dla sprawy, do nacisku na rząd, do wywołania wśród władz i w społeczeństwie strachu.
Skoro mowa o strachu: czy kiedykolwiek bała się pani Pabla, gdy byliście razem?
- Nie wydaje mi się. Bo w naszej relacji byliśmy równi. Wściekam się zawsze, gdy ktoś mówi, że Virginia Vallejo była kochanką Pablo Escobara. To jest szowinizm. MY byliśmy kochankami.
Do tanga trzeba dwojga.
- Właśnie. On był moim kochankiem, ja jego kochanką, każde z nas miało też innych kochanków i kochanki. Nie jestem i nigdy nie byłam "czyjąś". Nie jestem dodatkiem do jakiegoś mężczyzny. "My", nie "ja".
Dlatego powiedziałem "gdy byliście razem".
- On mnie kochał. Całym swoim sercem. Tak, jak ja jego. Byliśmy równi. Gdy go już opuściłam w 1987 roku - to co innego. Wtedy zaczęłam się bać.
Dlaczego?
- To był 1990 rok. Miałam wychodzić w Niemczech za mąż, a Pablo zapowiedział, że porwie mojego przyszłego męża. Bo był bogaty. A Pablo chciał porywać bogatych ludzi dla okupu, ponieważ potrzebował pilnie pieniędzy. Nie miał możliwości pościągać długów, nie miał z czego płacić ludziom, a był w środku wojny z kartelem Cali, który miał plecy we władzach i wojsku. Oni byli bogaci i silni, a Pablo zdesperowany. Tak, wtedy się bałam.
Kiedy poczuła się pani bezpieczna? Gdy zginął?
- Bezpieczna poczułam się, gdy zamieszkałam w dobrze strzeżonym budynku, gdzie mieszkały cztery inne rodziny prezydentów kraju. Ale przez wszystkie lata miałam usta zamknięte na kłódkę. Nigdy nie mówiłam nic o Pablo Escobarze. Ale gdy odważyłam się ujawnić, kto z kim był powiązany i za co - według mojej wiedzy - odpowiadał, zaczęły się groźby, szkalowanie w sieci. Przeżyłam próbę zabójstwa - wyszłam żywa z wypadku samochodowego. I naprawdę bezpiecznie poczułam się, gdy w 2010 r. dostałam azyl polityczny w USA. Bo kiedy tam przyjechałam, z początku nie wiedziałam, co amerykański rząd ze mną zrobi, gdy przestanę być potrzebna. Potrzebowali mnie przecież jako świadka i początkowo chcieli odstawić mnie do Kolumbii. A tam pocięliby mnie na kawałki.
Kto?
- Rząd ówczesnego prezydenta Alvaro Uribe i jego minister obrony Juan Manuel Santos, którzy utrzymywali bliskie i intymne relacje z Pablo Escobarem i kartelem Cali.
To odważne twierdzenie. W przypadku Santosa mówi pani o laureacie Pokojowej Nagrody Nobla, prezydencie Kolumbii, uważanym za akuszera ostatecznej porażki komunistycznej partyzantki FARC.
- Właśnie, za co Juan Manuel Santos dostał pokojową nagrodę Nobla? Może za to, że dał wiele przywilejów norweskiej firmie naftowej? A kobieta, która szefowała tej firmie w Kolumbii, jest teraz dyrektorem Komitetu Nagrody Nobla (chodzi o Kaci Kullman Five, w przeszłości w istocie zajmowała się biznesem naftowym, jednak nie słychać o żadnych wobec niej oskarżeniach - red.). Santos przez 16 lat kontrolował Plan Colombia - biliony dolarów, które USA wpompowały w kolumbijski rząd, żeby wykończyć FARC.
No i to się im udało.
- A przy okazji Amerykanie pozakładali w Kolumbii bazy wojskowe - bez zgody społeczeństwa. Media nie protestują. W Kolumbii prezydent, senat, kongres i media to jeden wielki konglomerat. Na zewnątrz są mili, uprzejmi, a naprawdę to banda hochsztaplerów. Czy pan potrafi sobie wyobrazić, że największy koncern prasowy należy do rodziny prezydenckiej?
Tak.
- To niech pan sobie też wyobrazi, że wiele mediów w Miami ma powiązania z kolumbijskimi politykami i biznesmenami.
Gdy kolumbijski rząd polował na Pabla, też współpracował z USA, bo inaczej by go nie złapał.
- Oczywiście, że nie.
Są dwie wersje śmierci Pablo Escobara. Pierwsza jest taka, że został zabity przez kolumbijskich żołnierzy - co oczywiście byłoby na rękę propagandzie kolumbijskiego rządu. Druga - że sam się zastrzelił. W którą wersję wierzy pani, która znała go lepiej, niż większość ludzi? Czy ktoś taki jak Pablo Escobar, człowiek, który umiał przetrwać za wszelką cenę, zabiłby się, żeby uniknąć aresztowania?
- Moja odpowiedź brzmi dokładnie odwrotnie do tego, co twierdzi jego rodzina. Samobójstwo jest wymysłem rodziny. Po co? Po to, żeby zrobić z Pabla bohatera i zmniejszyć triumf kolumbijskiej policji. To jest mit, wymyślony po to, żeby można było mówić: "to nie był sukces jego wrogów, bo się zabił". Ja mówię wręcz przeciwnie. Policja go zabiła.
Z kolei to, co pani mówi o prezydencie Alvaro Uribe, brzmi szczególnie mocno w konfrontacji z jego oficjalnym wizerunkiem prezydenta, który wytoczył narkobaronom bezwzględną i krwawą wojnę.
- Ależ on jest kuzynem rodziny Ochoa z kartelu Medellin, dawnych partnerów Pabla Escobara. Tu też widać, ile złego robią wspomnienia syna Pablo Escobara. Skąd niby sześcioletni chłopiec miałby tyle pamiętać? Nie mógł wiedzieć, że jego ojciec miał współpracownika, senatora Alvaro Uribe, który 20 lat później zostanie prezydentem Kolumbii. I dlatego pisze bzdury, jakoby Pablo Escobar i Uribe byli przeciwnikami, wrogami. To są kłamstwa, które sprzedaje. Dlaczego nie dał swojego nazwiska na książkę, skoro jest dumny z taty?
- I dlatego dziś nazywa się Marroquin, a jego siostra - Santos? Niech mnie nie rozśmieszają! Przybrali inne nazwiska, ale zarabiają na nazwisku Escobar.
A pani? Pani nie zarabia na czarnej legendzie Pablo Escobara?
- Tak, oczywiście miałam nadzieję, że książka się sprzeda. Jestem dziennikarką, zarabiam na życie. Zresztą w Kolumbii poblokowali mi źródła dochodu.
A przecież była pani w swoim kraju supergwiazdą.
Do 1994 roku. Nie ujawniałam mojej relacji z Pablo, bo nie była ona wiedzą powszechna. Wiedzieli o niej moi wrogowie, prezydent, policja, i moja konkurencja w TV - siostrzenica prezydenta Lopeza. Skończyłam moją karierę, bo dostałam ofertę o wiele ciekawszej i o wiele lepiej płatnej pracy w marketingu.
Ale gdy po 20 latach milczenia zaczęła pani ujawniać brudne sprawy kolumbijskich władz, ich powiązania z narkobossami, straciła pani dawne życie, utraciła pozycję, znajomych. Przyznawanie się do znajomości z panią nie było bezpieczne. Amerykanie wywieźli panią z kraju.
- DEA (amerykańska agencja antynarkotykowa) pozwoliła mi zabrać srebro, lampy sześć walizek i osiem pudełek z dowodami. Więc całkiem sporo. Leciałam sama. Przyleciałam z dwoma ćwierćdolarówkami w kieszeni. To była moja "fortuna". Ale tak, udało mi się zmienić swoje życie. Pomogła mi książka - tłumaczą ją na pięćdziesiąt języków.
Ludzie chcą się dowiedzieć, jak to było z tym Escobarem i panią.
A przecież moja relacja z Pablem to tylko pięć lat. Mam teraz 67 lat. Miałam długie, bogate, barwne życie. Wcześniej było 35 ciekawych lat wcześniej, i 35 lat później. I ja je opiszę. Stałam się pisarką. I jestem dumna, bo uważam się za dobrą pisarkę. Ksiażkę pisałam w pośpiechu, w latach 2006-2007, więc wprowadziłam teraz wiele istotnych zmian i rewizji. Mam prawo zarabiać na tym, co piszę. Na artykułach, filmach, książkach. Zarabianie pieniędzy na mówieniu prawdy nie jest niczym złym.
Czy żałuje pani ujawnienia prawdy, czy dziś zrobiłaby pani tak samo?
- Nie. Nie żałuję. Wie pan, panie Michale, z biegiem czasu te wszystkie kobiety, które pracują w mediach, te, które pracowały ze mną w telewizji, wszystkie stają się czarownicami! Są tak niemiłe! Nauczyły się tak wiele o zdobywaniu władzy, o tym, jak być złymi. Nie chcę być taka jak one - stare, brzydkie, grube i złe kobiety z mediów. Mam miłe, małe mieszkanie, żyję otoczona rzeczami które kocham, nie trzeba mi nic więcej, wystarczy widok na morze. Udało mi się zacząć tu nowe życie. Właśnie odpoczywam po przeprowadzce, dosłownie leżę na walizkach. Czterech chłopa je wnosiło!
Virginia Vallejo opisuje swoje życie z narkobaronem z Medellin w książce "Kochając Pabla, nienawidząc Escobara". Możesz kupić ją w Publio.pl .
Wywiad powstał w maju 2017 roku. Wtedy też opublikowaliśmy go po raz pierwszy.
Virginia Vallejo. Kolumbijska dziennikarka, pisarka i celebrytka. Autorka "Kochając Pabla, nienawidząc Escobara" - biograficznej opowieści o potajemnym pięcioletnim romansie z najpotężniejszym narkobaronem na świecie - Pablo Escobarem. W latach 2006-2010 jej zeznania w kilku procesach doprowadziły do osądzenia i skazania prominentnych polityków, którzy współpracowali z kartelem narkotykowym z Medellin, m.in. Alberto Santofimio, współodpowiedzialnego za zamach na kandydata na prezydenta, Luisa Carlosa Galana, a także pułkownika Alfonso Plazy za "zniknięcie" jeńców po bitwie o Pałac Sprawiedliwości. Virginia Vallejo mieszka obecnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie otrzymała azyl p olityczny.
Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz newsowy portalu Gazeta.pl, dziennikarz działu zagranicznego "Dziennika" i działu społecznego "Newsweeka". Stypendysta programu Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Kocha Amerykę od Alaski po przylądek Horn. Prowadzi bloga Realpolitik , bywa na Twitterze .