Co teraz jest dla pani najważniejsze?
- Sporo się u mnie dzieje, robię kilka rzeczy równolegle. Jesienią miałam premierę spektaklu "Jaskinia" w Teatrze Studio, wciąż jeżdżę z recitalem "Pozwól mi spróbować jeszcze raz", ale teraz najważniejszy jest Budzik dla Dorosłych w Olsztynie. W grudniu oddaliśmy gotowy budynek, teraz już piłka jest po stronie NFZ. Czekamy na kontrakt. Mam nadzieję, że na początku roku będzie można zatrudnić personel i przyjmować pacjentów. Bo ludzie czekają.
To, co robi pani zawodowo, artystycznie, często łączy się z misją budzenia ze śpiączki. Tak jest też w przypadku pani roli w najnowszym filmie "Za niebieskimi drzwiami".
- To film dla dzieci między 10. a 14. rokiem życia. Przybliża im temat śpiączki, uruchamia wyobraźnię, pozwala nabrać empatii. Powstał na podstawie książki, którą napisał Mariusz Szczygielski. Reżyserem jest debiutant Mariusz Palej.
Z kinem familijnym miałam do czynienia pierwszy raz w życiu, ale nie mogłam nie być przy takim projekcie. Gram ciotkę Agatę opiekującą się 11-letnim Łukaszem. Jego mama po wypadku samochodowym zapada w śpiączkę. Cały film dzieje się w wyobraźni chłopca. Tytułowe niebieskie drzwi prowadzą do magicznego świata.
Dzięki tej produkcji zaczęłam być rozpoznawalna dla kolejnego pokolenia widzów. Na niedawnym spotkaniu we Wrocławiu po seansie "Niebieskich drzwi" to dzieci przyprowadzały do mnie dorosłych. Mam też nadzieję, że film długo nie zejdzie z ekranów kin, pójdą na niego szkoły, bo powstał na podstawie lektury. Co ważne, za każde sto tysięcy widzów, którzy zobaczą "Za niebieskimi drzwiami", Fundacja "Akogo?" dostanie 50 tysięcy złotych. Wszystko przeznaczamy na Budzik dla Dorosłych.
Co jest najtrudniejsze w sytuacji, gdy ktoś z bliskich zapadnie w śpiączkę? Można tę tragedię oswoić?
- Takie sytuacje trzeba oswajać wcześniej, nie jak do nich dojdzie, po fakcie. Trzeba o nich mówić, o śmierci też. Warto na przykład wiedzieć, że połowa osób w śpiączce zachowuje świadomość, ale przebywa w największym więzieniu na świecie.
Naprawdę aż połowa pacjentów w śpiączce zachowuje świadomość?
- Tak, dowodzą tego angielskie badania. Ludzie są źle diagnozowani albo nie są diagnozowani w ogóle. Orzeka się stan wegetatywny i nagle, gdy ktoś po 19 latach się ocknie, słyszymy, że to "cud". Nie. Pacjent był po prostu źle zdiagnozowany, cały czas przebywał w stanie minimalnej świadomości.
Zachowanie tego stanu jest niezbędne, by lekarz mógł podjąć się wszczepienia stymulatora mózgu. Dzięki pani uporowi w Polsce udało się przeprowadzić pierwsze takie operacje. I to z sukcesami.
- W styczniu kończymy program eksperymentalny Fundacji "Akogo?". W jego ramach odbyło się 15 operacji. Potem będziemy walczyć, żeby program wybudzania ze śpiączki został zakwalifikowany jako procedura i był finansowany przez Ministerstwo Zdrowia. By tak się stało, musimy naukowym medycznym opracowaniem udowodnić jego skuteczność.
Na ten rok planujemy też międzynarodową konferencję o wykorzystaniu nerwowej komórki macierzystej w procesie budzenia ze śpiączki. Pracują już nad tym laboratoria na całym świecie. My też będziemy o tym krzyczeć, żeby dołączyć komórki macierzyste do pełnego, nowoczesnego pakietu wybudzania ze śpiączki.
Jak się czują pacjenci po wszczepieniu stymulatorów mózgu?
- W najlepszej formie jest 35-letni Tomek. Jest dowcipny, inteligentny, sporo żartuje. Ma co prawda kłopoty motoryczne, ale się rehabilituje. Jak z nim ostatnio rozmawiałam, to ruszał ręką i dotykał nią nosa. W świetnej formie jest też 17-letni Mariusz, który trafił do Budzika w listopadzie 2015 roku z powodu urazu ośrodkowego układu nerwowego. Na święta już sam rozpakowywał sobie prezenty.
W wybudzaniu chodzi o to, żeby uruchomić proces myślowy pacjenta, potem jest rehabilitacja, czyli ciężka praca.
Uśmiecham się, bo z pani jest już prawie lekarz.
- Oczywiście, że nie. Owszem, obracam się w tematyce medycznej, ale mam też odskocznie. Czasami pójdę do kina, coś zaśpiewam, przeczytam dobrą książkę. Mój zawód pozwala mi dużo przebywać w iluzjach, innych rzeczywistościach. I to jest fantastyczne. To jest dla mnie zarazem i odreagowanie, i terapia.
Nie mogę nie zapytać o pani córkę Olę.
- Z Olą też jest lepiej, ale ona była najcięższym pacjentem w całej tej grupie. Od zdarzenia minęło 16 lat, czyli bardzo dużo czasu. Ma spore uszkodzenia mózgu, bo nastąpiło u niej całkowite niedotlenienie. Ale po wszczepieniu stymulatora lepiej reaguje. Kiedy ma dobre dni, reaguje, jak się ją woła, fiksuje jej wzrok. Oczywiście nie usiadła, nie gra na pianinie, nie ogląda telewizji i nie rozmawia. Ale dla nas takie kroczki to spore kroki. Człowiek w jej stanie powinien się degradować i psuć, u niej kierunek jest odwrotny.
Wydaje mi się, że pani nie lubi pytań o Olę.
- Nie lubię, bo one się powtarzają. Odpowiadam na nie, bo służę sprawie, tak zdecydowałam. Umówiliśmy się zresztą z rodzicami innych pacjentów, żeby robili tak samo. Na szczęście głęboko to rozumieją.
To budujące. Niesamowitą postacią jest też profesor Wojciech Maksymowicz, który kieruje grupą lekarzy dokonujących wszczepienia stymulatorów.
- W szpitalu w Olsztynie pracuje świetny zespół, z dyrektorem włącznie. To szpital kliniczny z neurochirurgią i OIOM-em na wysokim poziomie. Mają tam też laboratorium komórki macierzystej, buduje się centrum serca i mózgu.
Teraz zaczynamy rozmowy w szpitalach w Warszawie, bo niewątpliwie będzie potrzebny kolejny Budzik. Dla śpiących dorosłych. Ich jest więcej niż dzieci. Do dziecięcego Budzika nie ma kolejki. Tu będzie.
Jestem pod wrażeniem, jak pani znajduje na to wszystko czas. Na politykę już go nie starcza? Czy świadomie się nią pani nie zajmuje?
- Moim światem jest poezja, literatura. Imponują mi ludzie, którzy siedzą przed pustą kartą i potrafią ją zapełnić, są kreatywni. Polityka to nie jest mój świat. Przebywanie w obszarze takiej agresji, jaka jest teraz, pod kreską jakiegokolwiek poziomu, mnie na tyle brzydzi i zniesmacza, że nie chcę brać w tym udziału. To świadomy wybór.
Zastanawia się pani czasem, jak by wyglądało pani życie, gdyby to wszystko złe się nie wydarzyło?
- Nie, bo co mi z tego przyjdzie? Ale skoro pani pyta - pewnie z czasem bym pisała, reżyserowała, bo przestałoby mi wystarczać samo granie. Myślę, że gdyby Jacek żył [Jacek Janczarski, mąż aktorki, zmarł w lutym 2000 r. - przyp. red.], to może tak by się to potoczyło. Ale w ogóle się nad tym nie zastanawiam, bo mogę nawymyślać sobie piętnaście scenariuszy i co z tego wyniknie? Nic.
Zawsze lubiłam pewne rzeczy robić i to mi zostało. Lubię sobie nagle pomalować ścianę na niebiesko na przykład. Lubię budować, lubię ogród, lubię przestrzeń. Wciąż jestem ciekawa świata.
Co pani teraz chodzi po głowie?
- Bardzo bym chciała zrobić jakieś fajne kino. Mam pomysł na dwie fabuły, ale wolałabym nie mówić o szczegółach. Nie wiem też, czy dostanę na nie pieniądze.
Myśli sobie pani czasem, że chciałaby się zakochać?
- No pewnie. Zawsze tak myślałam, myślę i będę myśleć. A dlaczego nie?
Ewa Błaszczyk. Aktorka i pieśniarka. Sporą popularność przyniosła jej podwójna rola Kasi i Mariana w serialu "Zmiennicy" Stanisława Barei. Współzałożycielka i fundatorka organizacji "Akogo?", która pomaga dzieciom w śpiączce. Fundacja ta wybudowała Klinikę Budzik - pierwszą w Polsce placówkę, w której leczone i rehabilitowane są dzieci po najcięższych urazach mózgu. Jest wdową po pisarzu, dramaturgu, satyryku i scenarzyście filmowym Jacku Janczarskim. Mają córki - bliźniaczki, Mariannę i Aleksandrę. 11 maja 2000, sto dni po śmierci ojca Ola zakrztusiła się tabletką i zapadła w śpiączkę. Ewę Błaszczyk zobaczymy 17 lutego w nowym filmie "PolandJa".
Angelika Swoboda . Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.