Rozmowa
Kamil Durczok (fot. Dubiel/Polsat)
Kamil Durczok (fot. Dubiel/Polsat)

Pana może coś złamać?

- A nie widać, jak połamała mnie cała ta historia...?

Jak?

- To trochę tak, jakby dostać cios od Mike'a Tysona. Dostaje się raz, potem drugi. Nie wiem, jaką trzeba by mieć psychikę, żeby nie klęknąć. Nie umiem sobie tego wyobrazić. Trzeba by chyba mieć wygumkowany strach, jak Adam Małysz. Przez 26 lat człowiek coś robi, lepiej lub gorzej, cóż - życie. I nagle z tych strzępów ktoś buduje historię potwora. Molestatora, mobbingującego i jeszcze takiego, któremu kompletnie odpiep***ło i który czuje się królem świata. Czyta się jeden artykuł, drugi artykuł, cała Polska na ciebie patrzy. Nie można się nie podłamać w takim momencie. Pytanie, czy potrafi się wstać.

Pan wstał?

- Tak. Ja się podniosłem.

Słyszałam, że ma pan silną, czasem wręcz despotyczną osobowość. Że uparcie zmierza pan do celu, nie zważając na trudności. Wydaje mi się zatem, że nie chce pan przyznać, że nie da się pana złamać. Żeby przypadkiem nie wyszło, że na dodatek jest pan arogancki.

- Czy ja jestem arogancki? Myślę, że jestem. Tak, bywały sytuacje, że byłem arogantem. Wstydzę się ich, uważam, że w kilku momentach były kompletnie zbędne. Ale czasem trzeba umieć postawić na swoim i jest to odbierane jako arogancja. I, co więcej, ludzie mają prawo tak to odbierać. Ja wiem, że to musi wyglądać tak, a nie inaczej, ponieważ ja przez 26 lat pokazywałem ludziom rzeczy, które ich ciekawiły i podążali za tym, co im pokazywałem. Arogancja? Tak. Bezczelność? Tak. Zarozumiałość? Też.

Zapomniał pan o bezwzględności.

- Bezwzględność? Bywałem czasem bezwzględny w egzekwowaniu różnych rzeczy. To jest ten fragment książki, na który ja z uporem maniaka zwracam uwagę, bo jest ważny. Jak facet ma prawie pięćdziesiąt lat i wydaje mu się, że robił najświetniejsze "Wiadomości" i "Fakty", to ma pewnie większe ego niż jego koledzy rówieśnicy. Jedni nazywają to większym ego, ja to nazywam większymi ambicjami. Rośnie takie poczucie, że się jest świetnym, ludzie to potwierdzają, jest oglądalność, są nagrody. I to nie takie przyznawane przez warszawskie kółko wzajemnej adoracji, tylko głosami widzów.

Kamil Durczok (fot. Polsat/Dubiel)

Pan miał wybujałe ego?

- Miałem. Bardzo trudno jest wtedy złapać taki moment albo trzeba mieć szczęście, by ktoś obok to zauważył. Żeby z nim usiąść, tak jak my siedzimy teraz, i żeby powiedział: - Stary, lekko ci odpier*****o . Weź głęboki oddech, huknij się w łeb, idź na urlop i się zastanów, co robisz". Jak się idzie od sukcesu to sukcesu, tak jak my w "Faktach", strasznie trudno jest ten moment złapać samemu. Właściwie jest to prawie niemożliwe. Dzwoni jeden prezes i gratuluje, dzwoni drugi, koledzy gratulują. Ale też... i tu dochodzimy do granicy tego, czego się wstydzę, z czego nie jestem dumny.

Do mobbingu?

- Proszę poczekać. W moim zespole była grupa ludzi, którzy pracowali tak samo ciężko, jak ja i potrafili wrzeszczeć na mnie równie głośno, jak ja na nich. Związek Podhalan - to dwie osoby bliskie mi do dziś - kłócił się ze związkiem górnośląskim, czyli ze mną. Przekleństwa latały w powietrzu, było trzaskanie drzwiami i zawsze po "Faktach" schodziliśmy się w tym samym miejscu i ten, kto czuł się najbardziej winny, zawsze przepraszał pierwszy. Mój błąd polegał na tym, i ja się do tego w książce przyznaję, że nie potrafiłem wytłumaczyć tego pozostałej części zespołu, albo inaczej - że jest część zespołu, która nie akceptuje takich metod. I że darcie mordy przed dziewiętnastą tylko po to, żeby o dziewiętnastej ukazywało się coś perfekcyjnego, to nie jest metoda na kontakt z ludźmi. Z tymi pięcioma tak, bo oni rozumieli i nie mieli z tym problemu, ale była grupa, której to nie odpowiadało. Tak sobie tłumaczę te zarzuty mobbingowe.

Nie było natomiast żadnego molestowania. Żadnego. Wracając do zarzutów o mobbing - znam je tylko z sieci, bo raportu komisji nie dostałem. Zresztą w drugiej części raportu, którą, o dziwo opublikował prawicowy portal, napisano jedynie o "niepożądanym zachowaniu", na mobbing nie ma żadnych dowodów. Wiem doskonale, które osoby co mówiły komisji, bo wiem, kto mógł się poczuć dotknięty.

Kto?

- Akurat w przypadku komisji nie obowiązują mnie żadne zakazy, a przynajmniej niczego nie podpisywałem, inaczej niż w kwestii warunków rozstania z TVN. Wiedziałem, kto się kryje za każdym pytaniem, które zadała mi komisja, a zadała ich ze trzysta, niektóre potwornie nieprzyjemne.

Trzaskałem drzwiami aż futryny latały, przyznaję. Jeden z rozdziałów mojej książki "Przerwa w emisji" jest właśnie do tych ludzi, żeby mieli świadomość, że ja nie przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Że przepracowałem ten rok z dużym okładem. Nad sobą, nad tym, jak z nimi postępowałem. Mój wielki błąd polegał na tym, że uznałem, że skoro my w tej grupie liderów rozumiemy, że godzina dziewiętnasta to jest coś absolutnie najważniejszego i w związku z tym wszystkie chwyty są dozwolone, to wcale nie musi tak myśleć pozostała część zespołu. Nie potrafiłem tym ludziom zakomunikować, że nie podnoszę głosu, by im się gorzej pracowało, tylko po to, żebyśmy zrobili coś jeszcze lepszego. A ponieważ nie potrafiłem, to oczywiście jest to moja wina. Od początku do końca. To mnie w tym wszystkim najbardziej boli. Że nie potrafiłem stworzyć warunków, w których by przyszli. Dlaczego nie przychodzili? Bo się bali, prawdopodobnie.

Kamil Durczok (fot. Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta)

Stracić pracę?

- Nie, nie aż tak. Powiem pani tak: dwie osoby, które mnie najbardziej obciążyły w tym raporcie, holowałem przez lata, choć powinienem był je zwolnić. Jedną z nich była dziewczyna, która kompletnie się nie rozwijała, nie potrafiła złapać nowego rytmu. Drugą osobą był chłopak zadaniowo czasami świetny, doskonale sobie radził w miejscach, w które go wysyłałem, ale w codziennej robocie był słabiutki.

W książce przyznaje się pan też do "upajania się czwartą władzą" i poczucia bycia "nadczłowiekiem".

- To są dwie różne rzeczy. Jasne, że człowiek się czuje jak wystrzelony w kosmos, gdy on już zna wyniki wyborów, a trzydzieści parę milionów Polaków jeszcze nie. Nie ma w tym nic zdrożnego, nic z nadczłowieka. To nieprawdopodobna zawodowa frajda.

A bycie nadczłowiekiem? Hm... Całe życie wychodziłem z założenia, że wolno mi mniej. Jak moi koledzy awanturowali się w knajpie, że coś jest nie tak, ja trzymałem mordę na kłódkę, bo uważałem, że mnie się nie wypada awanturować.

Kamil Durczok (fot. Polsat/Dubiel)

Panu nie wypadało, bo był pan już wtedy i znany, i z bogatej rodziny?

- Miałem taki komfort, że w pewnym momencie tacie zaczęło się powodzić. Ale ja też wtedy już bardzo dobrze zarabiałem, utrzymywałem się z dziennikarstwa. Powiem pani jednak, że na początku to wyglądało dość dramatycznie, bo rzuciłem studia prawnicze, żeby robić dobre radio. Gdy tata się dowiedział, że zawaliłem jeden, drugi i trzeci egzamin, powiedział: Synku, albo albo . Powiedziałem: Albo i wyprowadziłem się z domu. Wcale nie było fajnie, mieszkałem w jakiejś norze niedaleko radia. Przemieszkałem tam parę miesięcy, a potem pogodziłem się z tatą. Jak dostałem tytuł Dziennikarza Roku, to żeśmy się obaj popłakali. Ojciec nie do końca wierzył, że to jest pożyteczne zajęcie. Pamiętam, że pojechałem na to rozdanie nagród Grand Press i wcale się nie spodziewałem, że dostanę nagrodę.

W to, że pan jest skromny, to na pewno nie uwierzę.

- Wie pani, ja na 17.15 miałem umówionego Leszka Millera do "Gościa Jedynki". Grand Pressy zaczynały się o piętnastej. Byłem przekonany, że posiedzę w tej Victorii godzinę, a potem wezmę taksówkę, wrócę na Woronicza i poprowadzę rozmowę z Millerem. Nagle się okazuje, że to ja wygrywam. Stoję z tym Grand Pressem i kompletnie oszołomiony opowiadam jakieś pierdoły. Nagle sobie przypominam, że jest szesnasta z minutami, że ten Miller tam będzie, a ja nie załatwiłem żadnego zastępstwa. Wróciłem do telewizji, zrobiłem rozmowę i dopiero po niej wróciłem na bankiet. Z tej taksówki zadzwoniłem do taty i tata pierwszy raz uwierzył w to, co robię.

Wracając do pana skromności...

- Staram się za takiego uchodzić. Ale powiem szczerze, kurczę, mam wrażenie, że coś mi się w życiu udało. Stąd ten mój wściek na artykuły we "Wprost", stąd te procesy. Skoro przez 26 lat człowiek uprawia uczciwe dziennikarstwo, nie bierze łapówek, to czego ma się wstydzić? Mam mówić: - Eee, tak sobie szydełkujemy w tych "Faktach", ja przypadkiem wyjdę i coś opowiem? Do dziś zresztą wiele osób ma takie wyobrażenie. Jak czasem do późna świętowaliśmy z chłopakami wydanie, jechałem do pracy taksówką. Taksówkarz, który mnie wiózł o siódmej rano do TVN, dziwił się: - Co pan tam będzie robił tak wcześnie? Zatem jak opowiadałem o tym, że to jest ciężka praca, ale że w zamian udaje nam się zrobić coś świetnego, to mogłem uchodzić za mało skromnego faceta. Jasne.

Im człowiek jest starszy, tym lepiej łapie proporcje. Jeśli ktoś 24-letniego Durczoka uważał za aroganta, to ja mu się wcale nie dziwię. Jakbym siebie poznał wtedy, to raczej długo byśmy się ze sobą nie przyjaźnili. Jak ktoś mnie postrzegał jako trochę zarozumiałego, trochę aroganta, najmłodszego naczelnego radia w Polsce, to tak mnie będzie postrzegał zawsze. Jak ktoś mnie znał jako faceta, któremu o coś chodzi w dziennikarstwie, to dalej tak myśli. Jest też jakaś część ludzi, którzy nie wiedzą, co o tej aferze myśleć. I dla nich napisałem książkę. Dlaczego mam się nie pochwalić wydaniem "Faktów" z Waszyngtonu w 2008 roku, które zrobiliśmy całym zespołem? Zarozumiały i arogant, proszę bardzo. To było mistrzostwo świata. Czy wstydzę się tego? Ni cholery! Absolutnie!

Co by pan powiedział dziś Sylwestrowi Latkowskiemu i Michałowi Majewskiemu?

- Nie mam im do powiedzenia niczego innego poza tym, co mówię na sali sądowej. Nie mam nic do powiedzenia ludziom, którzy próbowali zniszczyć mi życie. Prywatny proces z nimi wygrałem, oczywiście wnieśli apelację. Druga sprawa, ta dotycząca molestowania, nadal się toczy. Choć przypominam, że z mojego pozwu przeciwko "Wprost", ponieważ prokuratura, która się tym zajmowała, co umyka wielu osobom, umorzyła to postępowanie. Nie stwierdzono żadnych znamion przestępstwa. Prokuratura dostała zresztą raport TVN, którego ja nie dostałem.

Kamil Durczok na otwarciu swojego portalu (fot. Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta)

Czego pana nauczyła cała ta sprawa?

- Bardzo wielu rzeczy. Po pierwsze, innego patrzenia na ludzką wrażliwość zawodową. Po drugie - do tej pory wydawało mi się, że można zabić polityka gazetą, jak muchę. Nagle się okazało, że w łeb oberwałem ja, i tylko ja wiem, jaka jest prawda. Poza tym nauczyło mnie to, że ta ufność, jaką miałem wobec ludzi, nie do końca była dobrym pomysłem. Zawsze byłem bardzo otwarty i bardzo ufny. Uważałem, że ludzie są z natury dobrzy i warto być szczerym, otwartym. A to nie jest prawda. Czasem trzeba pewne rzeczy trzymać dla siebie.

Moja żona powiedziała, że zastanawiała się, jak się to mogło tak rozhulać, i doszła do wniosku, że to był efekt braku reakcji na różne drobne wzmianki, które się o mnie pojawiały. Moja żona na nieprawdziwe informacje reagowała zawsze, natychmiast było pismo z kancelarii. Ja to miałem gdzieś. Bo uważałem, że jestem ponad to.

To nie było raczej myślenie, że nikt panu nie może nic zrobić, bo jest pan tak ważny, ma tak silną pozycję?

- Nie, choć jest w tym coś z tego, o czym pani mówi. Ja się nie mogę zniżać do poziomu rozmowy z obrzydliwym portalem plotkarskim. Choć bardzo bym chciał popatrzeć tym ludziom w oczy. Bez intencji zupełnie. Chciałbym tylko wiedzieć, jak się pracuje w medium, które codziennie zastanawia się, jak komuś dopiep***ć, jak komuś złamać życie, jak komuś dokopać. Nie widziałem natomiast powodu, by z nimi wchodzić w jakąkolwiek polemikę. Jak oni piszą, że ja chodzę po Warszawie i piję, a następnie podrywam kobiety, to nawet gdyby to była prawda, to jest to moja prywatna sprawa. To ja określam granice mojej prywatności w wolnym czasie po pracy.

Tak to jest zwykle interpretowane

.

- I co? To jest moje prywatne życie. Chronione też przepisami prawa. Jeśli decyduję się, że kogoś do niego wpuszczam, to ja określam granice. To, że praktyka wygląda inaczej, bo część aktorów czy ludzi znanych z tego, że są znani, po prostu podejmuje grę z mediami, to inna sprawa. Ja nigdy w tę grę nie wchodziłem.

Pan nie musiał.

- Ma pani pewnie na myśli sytuacje, kiedy trzeba ocieplić wizerunek? U mnie w domu były zwykle dwa psy. Jak umarł mój ukochany Borys, pojechałem pod Oławę po Saszę. On niestety umarł dwa tygodnie temu, ale był ze mną półtora roku. Jak tylko się z tym psem pokazałem, zrobiłem mu zdjęcie i dałem na profil twitterowy, to w sekundę się okazało, że to ocieplanie wizerunku.

Więcej pani powiem. Kilka dni temu w centrum Katowic miała miejsce akcja, z powodu której meldowałem się na policji. Gdy szedłem po spotkaniu do samochodu, zauważyłem, że facet goni kobietę. Dopada ją i zaczynają się szarpać. Oboje pijani. Doskakuję do niego i mówię: - Zostaw ją . On doskakuje do mnie, zaczyna się długa akcja. Okazało się też, że ta para regularnie się tam tłucze. Miasto kupiło monitoring, piszę o tym felieton, i to na pełnym wk**wie. Czy pani może sobie wyobrazić, że 10 procent komentarzy na Facebooku sprowadza się do tego, że to kolejna próba ocieplenia wizerunku? Że ja, molestant i mobbingowiec, postanowiłem się wykreować na obrońcę kobiet.

A nie?

- Jak sobie rano uświadomiłem, że ten pajac mógł mieć sprężynówkę w kieszeni, to mi się zrobiło miękko. A z drugiej strony-  jak mógłbym nie zareagować?

Chce pan powiedzieć, że cokolwiek by pan teraz napisał czy zrobił, od razu będą komentarze, że robi to pan, by się wybielić?

- A wie pani, jaki ja mam komfort? Że mam to gdzieś. Oczywiście, nie jest mi wszystko jedno, co będą ludzie myśleli o tym, co robię w przestrzeni publicznej. Nie jest mi wszystko jedno, co będą ludzie myśleli o tym, co mówię w programach. Nie jest mi wszystko jedno, jak ludzie będą oceniali mój portal Silesion.pl i to, co robimy na Śląsku. Natomiast to, czy ktoś się zastanawia, czy zaczynam dzień od krechy wciągniętej na stole, czy od czegoś innego, mam gdzieś. Kompletnie.

Kamil Durczok (fot. Polsat/Dubiel)

Coś pan w pracy robi teraz inaczej?

- Wszystko robię inaczej. Teraz myślę o trzy zdania do przodu. Bardziej niż w "Faktach" analizuję, co i w jaki sposób komunikuję moim ludziom. W większości mam kobiecą załogę. Tak wolę. Kobiety są sumienniejsze, solidniejsze i nieprawdą jest, że mają większe fochy niż faceci. Ja miałem takich gwiazdorów w zespole, że ktoś mi kiedyś kapliczkę postawi za to, że ich znosiłem. Teraz dużo więcej myślę o tym, jak pewne komunikaty, które muszą być ogłaszane, często w sposób kategoryczny, są odbierane. I trochę mi się zmieniło słownictwo.

Nie klnie pan już tak dużo jak kiedyś?

- No, tak dużo jak kiedyś nie...

Czyli stół nie jest teraz "upier****ny", tylko "niezbyt czysty"?

- Z tym stołem to muszę pani powiedzieć, że mam odruch bezwarunkowy. Wczoraj poszedłem na próbę w Polsacie i naprawdę nie zagrałem, ale popatrzyłem sobie na ten stół i pomyślałem, że jednak jest coś do zrobienia jeszcze przez premierą. Wszyscy parsknęli takim śmiechem, że już było jasne, co trzeba zrobić.

To znaczy, że pan specjalnie nie musi zmieniać strategii. Pewne gesty zawsze będą czytelne.

- Nie chciałbym, żeby pani miała wrażenie, że lekko, łatwo i przyjemnie opowiadam o czymś, co się wydarzyło. Za każdym razem, kiedy o tym myślę, mam problem, jak to określić. Nie nazwałbym tego zyskiem, bo ja z tej sprawy nie mam żadnych zysków, tylko same straty. To nie jest lekcja, to raczej wniosek. Jeśli miałem wyciągać z tej sprawy jakieś wnioski, to takie, że z ludźmi można się komunikować zupełnie inaczej i czasem przynosi to takie same, a czasem jeszcze lepsze efekty. Zdarza się jednak, że muszę niestety komunikować się tak samo, jak to robiłem do tej pory. Są chwile, kiedy jest we mnie ileś tam procent tego starego Durczoka. Poprzedniego.

Kamil Durczok na otwarciu swojego portalu (fot. Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta)

Co to znaczy?

- Że ja się już nie zmienię. Ja mam prawie pięćdziesiąt lat... Nie, ja się na pewno zmieniłem, ale nagle nie będę innym człowiekiem, bo jak się przez tyle lat ma jakiś pogląd na życie, czy ma się taki, a nie inny charakter, to owszem, można, właściwie trzeba nad nim pracować, ale jest się, kim się jest. Akurat teraz mam mało okazji, żeby poimprezować albo wybrać się z chłopakami na piwo, bo po prostu znowu strasznie zapiep***m. Ale jak miałem trochę wolnego czasu, jeszcze za czasów TVN, to to robiłem.

Widziałem ważniejszych ode mnie ludzi w gorszym stanie i nigdy nie uważałem, że to coś, co trzeba podnosić w wywiadzie z kimś. Taki jestem. To, co może ranić innych, staram się eliminować, to, co sprawia mi przyjemność i nie rani innych - tego eliminował nie będę. Czy się to komu podoba, czy nie.

Jak się do pana odnoszą kobiety w nowym zespole? Boją się, zachowują dystans?

- To jest mały zespół, bardzo fajny. Są w nim też trzy dziewczyny, z którymi współpracuję bezpośrednio, ale nie zauważyłem u nich najmniejszych oznak strachu. Pewnie jest jakaś rezerwa, ale nie umiem odpowiedzieć, czy związana z tym, że one współpracują z "tym Durczokiem", czy po prostu z kimś nowym. Czy też może obawiają się, że mam cechy gwiazdora i za chwilę zacznę marudzić. To dopiero początek współpracy.

Uważa pan, że złamano panu karierę?

- Dzisiaj odpowiem pani jak polityk. Nie wiem. Gdybym był bohaterem programu "Brutalna prawda", tobym takiego gościa przećwiczył po całości. Na pewno wywrócono moje życie do góry nogami, bo robiłem coś zupełnie innego. Czy złamano moją karierę? Nie wiem. I nie bardzo chcę się nad tym zastanawiać. Robię swoje.

Że mi wywrócono do góry nogami życie zawodowe, to w sumie nic nadzwyczajnego. Różni ludzie w różnych momentach zmieniają swoje miejsca pracy. Ale wywrócono mi do góry nogami moje życie prywatne. Moją twarz, moje niedefiniowalne, ale dla mnie zawsze ważne relacje z ludźmi. Tymi na ulicy, tymi, których nie znam. Do znudzenia będę to powtarzał, ale uważałem, że jednym z większych kapitałów, jaki mam po tych wszystkich latach, była umiejętność wyjścia na ulicę. Patrzyłem ludziom prosto w oczy. Zwykle to generowało uśmiech po drugiej stronie, więc ja się też uśmiechałem. Dzisiaj to wraca, znowu mam taką odwagę, ale trwało chwilę, aż po raz kolejny się tego nauczyłem.

Zobacz wideo Rodzina+ odc. 1. Karolina i Ania. "Państwo polskie nie uznaje takich rodzin jak nasza i krzywdzi w ten sposób dzieci"

Nawiązuje pan do momentów, kiedy pan przebiegał w kapturze na głowie?

- Tak. I tak na dobrą sprawę, jak ktoś to przeczyta, to powie: - Co ten facet piep**y? To, że musiał zapuścić brodę i wyszedł w kapturze? Na co on się w ogóle żali? Ale z drugiej strony nikt nie wie, albo niewielu to tylko rozumie, co to jest w zawodzie zaufania publicznego znaleźć się w sytuacji, w której ludzie patrzą i mówią: - 26 lat... Tak żeśmy patrzyli, wierzyli.. A może on wcale taki nie jest? Może to kawał zwykłego zbója, który się genialnie maskował przez długie lata . Cóż, taki urok.

Ma pan poczucie, że po tym wszystkim spadł pan na cztery łapy? Jedni twierdzą, że tak, bo wrócił pan do telewizji, inni - że wcale nie, bo był pan szefem jednego z najlepszych programów informacyjnych w TVN, a dziś jedynie prowadzi pan program publicystyczny w Polsat News.

- Jedynie??? Nie budźmy tych, co uważają, że tylko wielomilionowa widownia się liczy. Jak się kiedyś sami sami obudzą, to już ich na rynku nie będzie.

Kamil Durczok (fot. Polsat/Dubiel)

W książce pisze pan o depresji. Przyznaje się pan do niej po raz pierwszy?

- Tak. Wie pani, ta książka to był najpierw pomysł na terapię. Przerabiałem z terapeutką różne sytuacje i ona namówiła mnie, żebym zaczął o tym pisać. Żeby pewne rzeczy zrozumieć, trzeba je przelać na papier. Nagle się zrobiło z tego ileś tam rozdziałów i...

... i wtedy się panu zapaliło światełko: "O, może ja jeszcze na tym zarobię "?

- Cholera, wie pani co, ja nie mogę tak do końca zaprzeczyć, że w którymś momencie tak nie pomyślałem. Choć daję pani męskie słowo honoru, że nie przystępowałem do pisania z myślą, że kiedyś to wydam i jeszcze zarobię jakieś pieniądze. Natomiast w pewnym momencie kończył mi się zakaz konkurencji, wiedziałem, że startuję z moim projektem, nie było jeszcze propozycji z Polsatu, dwie inne odrzuciłem, bo oznaczałyby wejście dokładnie w te same buty, co "Fakty". Czyli jestem tu cztery dni, znowu bez rodziny, sam, i to się znowu musi źle skończyć. Któregoś dnia mnie po prostu znajdą w mieszkaniu z zawałem. Fajrant. Pomyślałem więc - czemu nie? Ja muszę z czegoś żyć. I wtedy też zaczęły się rozmowy o wydaniu tych zapisków. Ale pierwotnie one miały funkcję czysto terapeutyczną.

Opisuje pan, że depresję pierwsza diagnozuje żona i mówi: "Ten pierwszy, kto ci to powie, ten cię uratuje ".

- Marianna tak mówiła, ale...

Kto będzie słuchał własnej żony...

- To po pierwsze. Po drugie - kto będzie słuchał w takim momencie, kiedy w "Faktach" świętujemy kolejny sukces, słupki znowu idą w górę. Depresja? Jaka depresja? Trzeba wyjść z tego świata i spojrzeć z boku. I dopiero wtedy się widzi, co tak naprawdę się z człowiekiem działo. W tym sensie, jeśli znowu mówimy o jakichś wnioskach z tych wszystkich wydarzeń, to tak jak Marianna mówi: wszystko się dzieje po coś. To się też musiało wydarzyć po to, abym sobie zdał sprawę, że muszę zacząć nad pewnymi rzeczami ciężko pracować. Bez względu na to, jaki się na mnie kubeł pomyj wyleje, gdy ta książka się już ukaże. Mam to głęboko gdzieś.

Ja pomiędzy pana wcześniejszym wyznaniem o raku a tym wyznaniem o depresji znajduję pewną analogię. To zabieg obliczony na podobny efekt? Na odzyskanie sympatii?

- Gdyby nie było "Wygrać życie", albo dokładniej - gdyby nie było sukcesu "Wygrać życie" i tych wielu spotkań z czytelnikami, to pewnie nie byłoby decyzji o opublikowaniu kolejnej książki. Pomyślałem sobie: dlaczego nie? Coś przeszedłem, ale to nie ma nic wspólnego z ekshibicjonizmem, może komuś pomoże? Gdybym ja się chciał tylko wybielać, to może bym się do tej depresji nie przyznał, bo to trochę wstydliwe. Justyna Kowalczyk zrobiła rzecz nieprawdopodobną, przyznając się do depresji. Czasem coś do siebie napiszemy na Twitterze. Była dla mnie inspiracją, żeby to włożyć w tę książkę.

Kamil Durczok (fot. Bartosz Wieczorek/VIVA/mat. prasowe)

Kamil Durczok. Pochodzi ze Śląska. Zaczynał karierę na początku lat 90. w Radiu Katowice. Był naczelnym lokalnego Radia TOP, potem pracował w Telewizji Polskiej, a następnie przez dziewięć lat był prowadzącym i szefem "Faktów" TVN. W marcu 2015 stacja rozstała się z nim za porozumieniem stron. Wcześniej, po artykule we "Wprost", w TVN powstała komisja, która badała zarzuty dotyczące mobbingu i molestowania. Obecnie prowadzi program "Brutalna prawda. Durczok ujawnia" w Telewizji Polsat News. Jego żona Marianna Dufek-Durczok pracuje w TVP Katowice. Mają syna Kamila juniora.

Angelika Swoboda. Dziennikarka weekend.gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.

(fot. Publio.pl)