Rozmowa
Bronisław Cieślak (fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta)
Bronisław Cieślak (fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta)

Porucznik Borewicz panu w życiu pomógł czy zaszkodził?

Wielu aktorów przeżyło na własnej skórze konsekwencje tego, co się określa jako zaszufladkowanie. Dla zawodowego aktora może to być przekleństwo. Janek Gajos na przykład nie bardzo lubi wspominać "Czterech pancernych". Staszek Mikulski twierdził wręcz, że rola w "Stawce większej niż życie" zniszczyła mu karierę. A Andrzej Kopiczyński po "Czterdziestolatku" został wyrzucony z teatru, bo gdy wychodził na scenę, widownia krzyczała: Karwowski.

Mnie to jednak nie dotyczy, bo nigdy nie miałem parcia na następną rolę. Nie patrzyłem na telefon, czekając, co też mi nowego ktoś zaproponuje. Choć Krzysztof Szmagier, reżyser i współscenarzysta "07 zgłoś się", który zmarł w 2011 roku, niemal do końca wierzył, że będziemy serial kontynuować.

Nie żal było panu popularności?

Z popularności wynikają konsekwencje dobre, ale i złe. Niektóre są wręcz fatalne.

Bronisław Cieślak jako porucznik Sławomir Borewicz (fot. East News)

Na przykład?

Zacznijmy od przyjemnych. Łatwiej było kupić paliwo, szynkę czy papier toaletowy. Siedzę na przykład z córką w przychodni, wychodzi pielęgniarka i zaprasza mnie bez kolejki.

Ja nawet nie wykonywałem żadnych gestów w celu wykorzystania zdobytej popularności. Ona działała sama.

A te nieprzyjemne konsekwencje?

Jak by to delikatnie powiedzieć, żeby się fanom nie narazić... Dorosły mężczyzna, który syci się tym, że 14- czy 16-latki robią do niego maślane oko, musi być troglodytą.

Wciąż robią?

No Boże, ale co mi z tego? Przecież one robią to maślane oko do Borewicza, a nie do mnie. Gdy miałem dwadzieścia lat i byłem nieznanym nikomu człowiekiem, i wtedy jakaś dziewczyna się do mnie uśmiechnęła, to wiedziałem, że ona uśmiecha się tylko do mnie. Natomiast kiedy szedłem do klubu w czasach, gdy już grałem porucznika, i różne panienki robiły do mnie maślane oko, to nic mi z tego. Bo one to do Borewicza robiły. A ja Borewiczem nie jestem. Ja nim bywałem, udawałem go, ja go grałem. Ale nie przypisuję sobie jego atrybutów.

 

Przyjechaliśmy kiedyś z kolegą do domu wczasowego. Na schodach czekała kierowniczka i wita nas tak: Jak się cieszę, że panowie przyjechali, bo wczoraj jednej z naszych kuracjuszek ukradziono torebkę .

I co?

To był żart... I całe szczęście, bo muszę pani przyznać, że ja wcale nie mam talentu detektywa. Jak czytam kryminał, nigdy nie wiem, kto zabił, a moja żona to wie już po pięciu stronach. Pytają mnie na przykład, czy dobrze strzelam. Nie wiem, bo nie strzelam w ogóle. I nawet tego nie lubię.

Może jednak tym 16-latkom właśnie pan się podoba, a nie Borewicz?

Hmm... No może, ale wydaje mi się, że to raczej zaszłości z ról. Leżę sobie kiedyś na plaży nad Bałtykiem, opalam się. Nagle zrobiło się jakoś ciemno. Otwieram oczy, a nade mną wiszą trzy turnusy kolonijne i dziewczynki suszą zęby. - Czy mógłby nam pan się podpisać na chustach? - pytają. Oczywiście mogę warknąć i powiedzieć: - Na drzewo, jestem tu prywatnie. I one odejdą, ale odchodząc, pomyślą sobie: - Co za palant! My go lubimy, a on zamiast się z tego cieszyć, warczy. Wyobrażając to sobie, uśmiecham się, na ile umiem szczerze, i przez kolejne dwie godziny podpisuję im flamastrem te chusty. Dodatkowo - w poczuciu głębokiego absurdu, ponieważ im to po nic. Czy to dla pani jest frajda?

Nie wiem, bo nie byłam w takiej sytuacji.

Ja się nad tym wciąż zastanawiam. Bo przecież sam chciałem, nikt mnie na sznurku do grania nie ciągnął, więc trzeba wkalkulować popularność w koszty. Po drugie, choć nie jestem wrażliwiec, rozumiem, że to jest moja widownia. Ja dla niej pracuję. Skoro tak, to znaczy, że od niej zależę. Płacą mi nie za to, że gram, ale za to, że ktoś chce to oglądać.

Choć każdy człowiek, nawet ten najbardziej sycący się uwielbieniem innych, musi mieć czas na prywatność, żeby mógł spokojnie przejść ulicą. Doskonale pamiętam, co czułem, gdy zacząłem być rozpoznawalny. Kątem oka łapię spojrzenia, ktoś pokazuje mnie palcem... Myślę sobie: - Może mi się coś rozpięło . Ale zaraz człowiek zaczyna odruchowo pozować, krygować się, wciąga brzuch...

 

I pan wciąga ten brzuch, i fotografuje się z fanami, żeby chcieli pana oglądać?

Żeby mnie nie znielubili? Nie, to byłoby wyrachowanie. Raczej robię to, bo uważam, że skoro ja dla nich pracuję, to oni mają do mnie prawo. Na własne życzenie w jakimś stopniu podlegam publiczności, na dobre i na złe. Należy tylko uważać na złudzenie, że będę wszystkim równo się podobał. Że cały naród mnie pokocha. Nie ma takiej możliwości.

Miał pan taką refleksję, gdy pisano o tym, jak stracił pan prawo jazdy?

Nie chcę się o tym rozgadywać, choć nie dziwię się, że pamięta pani ten incydent, bo masa ludzi go pamięta. Nikomu nic się nie stało i nie doszło do niczego poza złamaniem prawa ruchu drogowego. Tymczasem próbowano z tego nadmuchać wręcz kryminalną banię. Dwa tygodnie po zdarzeniu wezwano mnie na przesłuchanie do prokurator X, ale następnego dnia dostałem pismo odwołujące to wezwanie, a potem dowiedziałem się, że prokurator X zabrano moją sprawę. Podobno dlatego, że publicznie powiedziała: - Tę sprawę trzeba umorzyć. Zmieniono więc prokuratora i tak wożono moją sprawę przez pół roku.

Chce pan powiedzieć, że padł ofiarą rozgrywek politycznych?

Nie, ja proszę pani nie byłem żadną ofiarą, ja popełniłem wykroczenie drogowe. I poniosłem surowe konsekwencje. Zostałem ukarany finansowo, a prawo jazdy zawiesili mi na pół roku.

Nie mam natury masochisty, ale uważam, że najważniejszymi doświadczeniami w życiu są te gorzkie. One człowieka budują. Od mlaskań aprobaty można po prostu zwariować. A mój życiorys to sinusoida. Byłem wysoko, ale i stałem w kolejce po zasiłek dla bezrobotnych. I szczycę się tym, ponieważ jak się ktoś urodził w Pałacu Buckingham i całe życie tam mieszkał, to nic o świecie nie wie. Ale jeśli ktoś całe życie był bezrobotny - też niewiele wie. A w moim życiu fajne jest to, że plecie się przedziwnie.

Bronisław Cieślak w Sejmie (fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

Naprawdę nie wolałby się pan urodzić w Pałacu Buckingham?

Zdecydowanie nie. Jestem dumny z mojego dziedzictwa, z tego brudnego, zasmarkanego, śmierdzącego Kazimierza w Krakowie, który teraz jest snobistycznie modną dzielnicą. Naprawdę dobrze jest dostawać w tyłek. Od życia, nie od mamy, żeby pani nie pomyślała, że ja pochwalam bicie dzieci. Lepiej się wtedy poznaje świat i dystansu się nabiera. Szczerze nienawidzę tępaków zapatrzonych we własny pępek. Nadętych, napuszonych.

Wszystkie upokorzenia nauczyły mnie, że nie ma się co obrażać na życie. Bo świat nie jest na to czuły. Tych rozgoryczonych eksploatują potem politycy. Jak ktoś ma cały czas g***o pod nosem, to wszędzie widzi spiski i narzeka, że nic mu się nie udaje.

Pan nie wydaje się napuszony.

No nie. I staram się być tolerancyjny. Wie pani, skończyłem etnografię. Moja pierwsza żona była pół-Jugosłowianką, konkretnie Chorwatką. Jako jej narzeczony objechałem całą Jugosławię. Widziałem, jak pola rolników prawosławnych, muzułmańskich i katolickich przeplatały się ze sobą, a ci ludzie żyli razem. Nagle mój kolega z Belgradu zabił mojego kolegę z Sarajewa. Na moich oczach między tymi ludźmi wybuchła straszliwie krwawa wojna, która bezpośrednio raniła mi serce, bo ja kochałem i tych, i tamtych. Więc jak słyszę o prawdziwych Polakach, to skóra mi cierpnie, bo widziałem, co znaczy to dzielenie ludzi. Niech Pan Bóg broni! Jak się ma takie wspomnienia, to przyglądanie się temu, co się dzieje w Polsce - że dobry ten, kto nasz - jest okropnie bolesne.

Nawiązuje pan do gorszego sortu Polaków?

Też. Dlaczego ja mam kogoś nie lubić tylko za to, że stawia sobie inne bóstwa w domu? Wolno mu. I nie jest prawdą, że każdy muzułmanin jest terrorystą. Co to za katolicyzm jest w tej Polsce, na litość boską? Że ludzie w ramach tej religii potrafią mieć tak okropne uczucia dla bliźniego swego. Czy to nie jest zdrada Boga, którego się wyznaje? Chroń mnie Boże od nienawiści. Możemy śpiewać wzniosłe piosenki, jednocześnie nie umiejąc się tego wyzbyć. To jest dla mnie bardzo trudne.

Bronisław Cieślak w Reality Shopka Szoł w Teatrze Groteska (fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta)

A kiedy w życiu było panu najtrudniej?

Po raz pierwszy, gdy jako młody student pojechałem na praktyki terenowe w Beskidzie Śląskim. I od razu, na dzień dobry, pierwszego wieczoru ciężko nas tam pobito. Mnie złamano nos, wbijając mi go do środka głowy. Nie wiedziałem dlaczego, aż wreszcie okazało się, że w tej wsi co roku są szkoleniowe obozy komandosów, którzy, tak jak my, przyjeżdżali z Krakowa. Ci jurni wojskowi podrywali miejscowym dziewczyny. To okazało się być źródłem agresji. Krótko mówiąc - dostaliśmy łomot za tych komandosów. No nic, nos mi odbudowali.

A potem, jak zmieniano ustrój, wyrzucono mnie z krakowskiej telewizji.

Za co?

Za wszystko. Za to, że byłem w PZPR, za to, że grałem milicjanta. Wtedy właśnie wylądowałem na bezrobociu i dumny byłem z tego niesłychanie.

Niby czemu?

Kiedyś na spotkaniu wyborczym MPK w Krakowie zostałem zaatakowany, że byłem w PZPR. Pytam tego atakującego, kim jest. - Motorniczym tramwaju, od 24 lat - mówi. - To pan jest strasznie podpadnięty politycznie. Czy pan jeździł tym tramwajem 22 lipca w PRL-u? - pytam. - No pewnie - słyszę. - To wp**przali panu w blachy te proporczyki, którymi dekorowano tramwaje? - kontynuuję. Potwierdza. Ja na to: - No widzi pan, jaki z pana kolaborant.

Jak pani słyszy, jestem na tym punkcie dość wrażliwy. Nikt nie ma prawa powiedzieć drugiemu człowiekowi: - Ty jesteś świnia, bo żyłeś i zarabiałeś w tamtym czasie . Niedawno czytałem fantastyczny tekst Cezarego Michalskiego, który pokazuje, jak Jarosław Kaczyński manewruje życiorysami. Uznaniowo. Pan sędzia Andrzej Kryże był w PZPR, aleśmy go rozgrzeszyli, bo teraz jest z nami. Ja doskonale pamiętam tę taktykę z dawnych czasów. Zna pani to powiedzenie, że w PRL-u Żydem jest ten, kogo mają za Żyda? Upiorne.

Jak pan sobie radził, gdy pan nagle stracił pracę?

Szukałem innej. Pracowałem na przykład jako kontysta w przedsiębiorstwie państwowym, sprzedając warzywa i owoce. Pracowałem jako referent do spraw transportu w okręgowym przedsiębiorstwie handlu opałem i materiałami budowlanymi. Miałem wówczas pod sobą szesnastu wozaków czarnych jak smoła, którzy rozwozili węgiel. Byłem zawodowym ratownikiem wodnym na różnych plażach, głównie na obozach nad Dunajcem.

Bronisław Cieślak w Muzeum Motoryzacji w Krakowie. Takimi autami jeździł jako Sławomir Borewicz (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Sprzedawał też pan podobno kartki pocztowe w kiosku.

Kartki? Nie. Ja w kiosku sprzedawałem gumę do żucia, coca-colę, pierścionki jakieś. Pierdoły, gadżety dla dzieci. Prawdopodobnie do dziś w wielu polskich szkołach są albumy ze wspomnieniami z wyjazdów i na pewno są tam takie wydarzenia: wycieczka do Krakowa klasy szóstej C, jedno zdjęcie - klasa na Wawelu, drugie - klasa pod moim kioskiem. Bardzo intensywnie byłem tam obfotografowywany. - A co pan tu robi? - pytały dzieci. - A sprzedaję lizaki - odpowiadałem.

Przez pewien czas pobierał pan zasiłek dla bezrobotnych.

Musiałem co miesiąc jeździć do pośredniaka w Nowej Hucie. Traktowali mnie tam jak trybuna. Wtedy to dopiero bym zrobił karierę polityczną! Przychodzili tam ci biedacy wyrzucani z pracy przez Balcerowicza i ja. - Jestem taki jak wy - mógłbym mówić i powoływać się na solidarność klasową. A poważnie to oczywiście mnie to peszyło i uciekałem. Mówiłem urzędniczkom, że ja nie chcę przyjeżdżać po zasiłek, pieprzę ten wasz zasiłek. Zarejestrowałem się tylko po to, żeby mieć ubezpieczenie i ciągłość pracy. - Rezygnuję z zasiłku - mówiłem. - Nie może pan zrezygnować, bo wtedy komputer wyrzuci pana z bazy - słyszałem. Upokarzało mnie to, ale cóż... Polska jest krajem szalonym, opłaca się być męczennikiem.

A jakie wspomnienia ma pan z Sejmu?

Ale mnie pani rozkręciła! Opowiem pani. Siedzimy i pijemy piwo w barze w domu poselskim z nieżyjącym już Andrzejem Urbańczykiem. Na sali plenarnej jakiś kolejny wredny akt ustawowy. Michał Kamiński, czyli Misiek, będący chyba wtedy w jakimś ZChN, tak okropnie rzyga na to nasze całe SLD, rzyga i rzyga. My to śledzimy na ekranie. Wyrzygał się, skończył, zszedł z mównicy i półtorej minuty później już jest w barze. - Cześć chłopaki, to ja stawiam następne piwo - mówi. Andrzej na to: - Misiek, do k***y nędzy, przecież słyszeliśmy, co ty wygadywałeś. Misiek na moment się lekko zapowietrzył, ale zaraz otrzepał się i tu pani dokładnie zacytuję, co powiedział: - Chłopaki, no co się wygłupiacie, ja mam wyborców w Łomży . I tak jest naprawdę. Polityka musi taka być.

Bronisław Cieślak w filmie

Cieszy się pan, że się pan z niej wycofał?

Ja się w ogóle potem zastanawiałem, jak tam mogłem wytrzymać przez osiem lat! Widziałem jak SLD tworzy się, rośnie, wygrywa i zjeżdża na mordę po poręczy. I znam przyczyny.

Jakie one są?

Takie, jakie w przypadku wszystkich partii, które uzyskują władzę. Pycha. Samozadowolenie. Bezczelna wiara, że tak będzie do końca świata. Myślę, że Jarosław Kaczyński to nawet wie. Zabiegi nazywane przez KOD zagrożeniem dla demokracji służą temu, żeby się tak obudować, żeby demokratycznie nie można było mnie przetrącić. Poszerzanie władzy to jedno, ale tworzenie mechanizmów, które utrudnią zrzucenie jej z tego stolca, to drugie. Józef Stalin osiągnął w tej materii mistrzostwo kosmosu.

Teraz mieszka pan pod Krakowem?

Na stałe mieszkam w Krakowie, a pod Krakowem żona kupiła stuletnią chałupę, którą wyremontowaliśmy. Więc mam na co zarabiać. Ale wie pani, w mojej sytuacji powiedzieć, że coś jest na stałe... Cóż, może to wywołać uśmiech.

Zobacz wideo

Bronisław Cieślak. Dziennikarz i aktor telewizyjny, z zawodu etnograf. Popularność przyniosła mu rola porucznika Sławomira Borewicza w serialu "07 zgłoś się". Był posłem na Sejm z ramienia SLD. Jest stryjem aktorki Anny Cieślak. Mieszka z drugą żoną w Krakowie. Gra w produkcji Polsatu "Malanowski i Partnerzy".

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, kawy i sportowych samochodów.

(fot. Publio.pl)