Rozmowa
Jerzy Trela (zdjęcie pochodzi z "Programu obowiązkowego" Telewizji Kino Polska / foto. Krzysztof Bednarski)
Jerzy Trela (zdjęcie pochodzi z

Mistrzu!

- Niech pan się nie wygłupia.

Kto się tak do pana zwrócił po raz pierwszy?

- Dwaj sympatyczni menele na Dworcu Centralnym w Warszawie.

Nazywanie mistrzem pana krępuje?

- Tak, bo nie wiem, czy to poważnie, czy ktoś sobie żarty stroi. Słowo "mistrz" jest dzisiaj zdewaluowane. W mojej młodości miało ogromne znaczenie, bo myśmy jednak mieli - widząc oczywiście jakieś przywary czy śmieszności - szacunek do naszych mistrzów. Tego określenia używało się serio, dzisiaj częściej chyba jako kpiny, więc z tym mistrzem byłbym ostrożny.

W pana przypadku nie wyobrażam sobie kpiny.

- No nie wiem. Może niektórzy nie kpią, na pewno nie ci na dworcu, tym bardziej że dostawali ode mnie po dwa złote. A jeśli zamiast "miszczu" nauczyli się w końcu mówić "mistrzu" - po pięć. Okazuje się, że można nieźle zarobić na poprawnej polszczyźnie.

Plan filmu

Trudno mieć dystans do siebie, kiedy jest się uważanym za mistrza?

- Jak pan widzi, ja go mam.

I jak zwykle odpowiada pan anegdotą.

- Są ludzie, którzy cieszą się tytułami, czują się przez nie nobilitowani, dowartościowują się takim głaskaniem. Są też tacy, znam ich wielu, którzy zasługują na to, by nazywać ich mistrzami, a oni nie przywiązują do tego wagi. Osoby, które znają swoją wartość, które czują się spełnione w zawodzie, tego nie potrzebują.

Ale aktor ma zakodowaną chęć bycia zauważonym i docenionym.

- Naturalnie, bo wykonujemy przecież nasz zawód dla kogoś, chcemy być akceptowani przez publiczność. Ale to powinno następować na scenie. Kiedy czuję, że jestem słuchany, że służę ludziom, to mi wystarcza. Ważna jest nie tylko akceptacja, ale i negacja, bo wtedy próbuję coś naprawić. Najgorzej, kiedy nie ma żadnej reakcji. Największą zapłatą dla aktora są oklaski po spektaklu, szczególnie po premierze. Mam wtedy dowód na to, że to, co robiłem przez kilka miesięcy na próbach, miało sens.

A jak się panu żyje w czasach ludzi znanych z tego, że są znani?

- Celebryctwo - nie chcę nikogo obrazić, ale tak mi się wydaje - wynika z jakiegoś niespełnienia. Bo kim jest celebryta? To osoba, która wszędzie chodzi, ubiera się w drogie ubrania i ją w nich fotografują. Nie ma atrakcyjnych ekscesów scenicznych, tylko życiowe. I sprzedaje je, żeby medialnie istnieć. Myślę, że zawodowemu, jeśli mogę tak powiedzieć, artyście nie jest to w ogóle potrzebne. Wręcz przeciwnie, jest obciążające i krępujące. Ale takie mamy czasy, zupełne pomieszanie porządków.

Krzysztof Globisz, Jerzy Trela i Roman Gancarczyk podczas próby do premierowego spektaklu teatru telewizji

Pan wydaje się być dinozaurem, nie w sensie skamieliny, ale człowieka jakby z prehistorii, kiedy istniało coś takiego, jak aktorski etos. Studenci między innymi za to pana uwielbiają.

- Dinozaury, jak się okazuje, też czasem bywają potrzebne. Ale cóż ja mogę panu na to odpowiedzieć? Po prostu wychowałem się w innych czasach. Teatr był dla mnie czymś najważniejszym.

Właśnie obchodzimy pięćdziesięciolecie Teatru STU w Krakowie, który zakładaliśmy razem z Olgierdem Łukaszewiczem, Wojtkiem Pszoniakiem, Mieciem Franaszkiem i Januszem Szydłowskim, z nieżyjącym Janem Łukowskim, oczywiście pod przewodnictwem dyrektora Krzysztofa Jasińskiego. Teatru jeszcze nie było, a Krzysztof był już naszym dyrektorem, tworzył grupę. Nasza pasja dla sztuki nie miała nigdy na celu poprawy bytu mojego czy kolegów. Kupienia nowego modelu mercedesa, czy wówczas raczej syrenki. Myśmy chcieli robić coś, co kochamy. Reszta była na drugim planie.

Ta studencka grupa zbudowała w panu silne poczucie, że teatr jest wspólnotą. A co pan wyniósł z rodzinnego domu?

- Marynarkę po ojcu, w której chodziłem długo, i buty mamy, które nosiłem krócej, bo szybko noga mi rosła.

Marynarkę po tacie i buty mamy nosił pan z biedy?

- Wczesne dzieciństwo, dopóki żył ojciec, było wspaniałe, niebiedne. Kłopoty zaczęły się po śmierci taty, który - będąc maszynistą - zginął w katastrofie kolejowej. Miałem wtedy dziewięć lat. Zaraz potem zamknęli mamie knajpkę, którą prowadziła, i zaczęło być ciężko. Do tego stopnia, że po skończeniu szkoły podstawowej przez rok byłem u wujka we Wrocławiu. Tam chodziłem do pierwszej klasy liceum.

Wujek, rozumiem, zabrał pana, bo chciał odciążyć mamę.

- Tak, chciał pomóc. Ale mnie we Wrocławiu było źle. Ja - chłopak z Pogórza, a tam dzieci z rodzin lwowskich. One miały akcent lwowski, a ja jedyny mówiłem z akcentem ni to góralskim, ni to krakowskim. Te, Górol! - wołali za mną. Poza tym zwyczajnie tęskniłem za mamą i bratem. W końcu udało mi się wrócić i pójść do wymarzonego krakowskiego liceum plastycznego. Z epizodem w domu dziecka, z którego zabrał mnie dyrektor szkoły i umieścił w internacie.

Liceum plastyczne było cudownym miejscem. Uczyli mnie wybitni malarze, graficy, rzeźbiarze. Miałem wielkie szczęście do nauczycieli. Później, w szkole teatralnej, też.

(zdjęcie pochodzi z

Wspaniała jest też lista absolwentów tego liceum: Franciszek Starowieyski, Roman Polański, Ryszard Horowitz.

- Niektórzy wylądowali potem w teatrze, jak Zofia Kucówna czy Mieczysław Voit.

Dlaczego wybrał pan liceum plastyczne?

- Bo od dziecka rysowałem, dłubałem w glinie, coś projektowałem. Stąd pomysł pod koniec liceum, żeby pójść na scenografię na ASP. Scenografem jednak nie zostałem, bo przez przypadek zacząłem recytować wierszyki.

Choć nie cierpiał pan przecież uczenia się na pamięć.

- Do dzisiaj tego nie cierpię. Niektórzy nawet mówili na próbach: - Premiera za kilka dni, a Trela nie zna jeszcze tekstu . Ci, co mnie znają, odpowiadali: - Nic się nie martw, na pierwszej generalnej będzie umiał . I wie pan co, często ci, którzy umieją wcześniej tekst doskonale, na generalnych się mylą, a ja umiem.

Skąd ta niechęć?

- Po prostu mierzi mnie bezmyślne uczenie się tekstu. Muszę najpierw rozumieć co czytam, po co, czemu to służy, jakie są w tym zawarte myśli. A kiedy już pojmę całą koncepcję reżysera, daje mi to możliwość budowania postaci i wtedy tekst jakoś szybciej wchodzi mi do głowy. Klepać na pamięć to, przepraszam, każdy głupek potrafi. I nie twierdzę, że nim nie jestem.

Z Jerzym Stuhrem na planie filmu

Dlaczego jednak nie spróbował pan z ASP?

- Bardzo chciałem, proszę mi wierzyć, ale sytuacja rodzinna zmusiła mnie do tego, żeby po liceum pójść na rok do pracy. Musiałem przecież pomóc mamie, która została w naszych rodzinnych Leńczach z młodszym bratem. Praca znalazła się w teatrzyku lalkowym.

Teatrze Lalek "Miś" w Nowej Hucie. Co pan tam robił?

- Maski, lalki, dekoracje. Poszedłem tam jako plastyk. Ale tak się złożyło, że zacząłem też grać przedstawienia dla dzieci i dorosłych. Punktem zwrotnym był "Płaszcz" Nikołaja Gogola, który wyreżyserował nasz szef Zbigniew Poprawski. Grałem w nim Krawca i w tej właśnie roli zauważyli mnie państwo Jaremowie, prowadzący Teatr Groteska w Krakowie. Stamtąd dopiero po czterech latach powędrowałem do krakowskiej PWST.

Zmuszony trochę namowami i okolicznościami.

- Rzeczywiście, na szkołę teatralną bardzo namawiali mnie koledzy, bo ja nadal myślałem o ASP. A okoliczności były takie, że groziło mi wojsko, które było nieustannie odraczane za sprawą próśb pani Jaremowej. Tym razem odroczenia nie dało się załatwić, kamasze czekały od lipca. Poszedłem więc na egzaminy do szkoły teatralnej, bo były wcześniej niż na ASP, i okazało się, że mnie przyjęto.

Co pan robił w wolnym czasie?

- W szkole teatralnej nie ma wolnego czasu, bo nieustannie się coś próbuje, dyskutuje. Czasami - może nie powinienem o tym mówić - zarywałem zajęcia i kiedy wiele lat później zacząłem uczyć w PWST, a potem zostałem jej rektorem, starałem się być wyrozumiały dla moich studentów.

(zdjęcie pochodzi z

Żonę pan poznał jeszcze w liceum?

- Tak, Georgette, której babka była Francuzką, wyjechała z matką do Francji. Miał do nich dołączyć ojciec Georgette. Władze go jednak nie wypuściły z Polski, bo jako inżynier w Nowej Hucie posiadał ponoć jakieś tajemne informacje. Wobec tego jego żona z córkami wróciły do Polski. Georgette zaczęła naukę w liceum plastycznym, gdzie uczyłem się ja.

Spędzili państwo wspólnie pięćdziesiąt lat.

- To prawda, ale nie chciałbym o tym mówić, bo nasze wspólne życie dobiegło końca. Georgette zmarła niedawno, zupełnie niespodziewanie.

Szkołę teatralną skończył pan z dyplomem magistra sztuki, żoną i synem. Był Teatr STU i krakowskie Rozmaitości, ale pana domem stał się Stary Teatr w Krakowie.

- Spektakle robili tam wybitni artyści, między innymi Jerzy Jarocki, Konrad Swinarski i Bogdan Hussakowski, których poznałem jeszcze w szkole. U Bogdana Hussakowskiego debiutowałem w Starym Teatrze. Od razu zacząłem dużo grać. Miałem, można powiedzieć, dość dobry start zawodowy.

Dość dobry? Zaczął pan swoją teatralną drogę w złotej dekadzie lat 70., kiedy w Starym tworzyli najważniejsi reżyserzy: Konrad Swinarski, Jerzy Jarocki, Jerzy Grzegorzewski, Andrzej Wajda, Kazimierz Kutz, Agnieszka Holland. Swój jedyny spektakl zrobił wtedy w Starym nawet Krzysztof Kieślowski. Pańskie role, szczególnie Konrad w "Dziadach" i później w "Wyzwoleniu" w reżyserii Swinarskiego, przeszły do historii teatru.

- I miałem to szczęście, że grałem u wszystkich przez pana wymienionych.

A jak przyjął pana zespół?

- Opowiadano mi przed przyjściem do Starego, że to niełatwe miejsce, że zespół jest bardzo hermetyczny, a okazał się od razu cudowny. Przyjęto mnie tam bez stawiania do kąta.

Raz Wiktor Sadecki zrobił żart, kiedy przyszedłem do bufetu się przedstawić. Bo dawniej nas uczono, że młody aktor powinien się przedstawić członkom zespołu, do którego dołącza. W każdym razie wchodzę do bufetu, a Wiktor mówi: - Młody kolego, skocz mi po "Extra Mocne". Z miejsca ruszam po te papierosy i słyszę po chwili: - Przestańże. Żartowałem. Wracaj! Od razu poczułem, że jestem wśród normalnych ludzi.

Jak się grało z własnymi mistrzami?

- Na początku to był oczywiście stres, ale z zespołu aktorskiego upatrzył mnie sobie Jerzy Bińczycki, wspaniały człowiek i wielki aktor, potężne chłopisko, były bokser. Jurek wprowadzał mnie w teatr i nieraz, jako człowiek o olbrzymim poczuciu humoru, testował moją wytrzymałość na żart na scenie. Dużo mieliśmy wtedy pracy, ale też dużo koleżeńskiej radości. Teatr to nie klasztor, a jeśli klasztor, to bardziej rozrywkowy.

Krążą o tym soczyste anegdoty.

- Pamiętam, jak się w sklepach pojawiła żytnia, miała lekko słomkowy kolor. Rozsmakowaliśmy się w niej od razu z wielkim zaangażowaniem. Wie pan, inaczej się wtedy żyło. Spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu. Kiedy kończyliśmy grać, zostawaliśmy nadal w teatrze. Potrzebowaliśmy być razem. Więzi sceniczne przenosiły się na życie, a życiowe - na scenę.

Niektórzy mówią, że nie można żyć wspomnieniami. Zgoda, trzeba iść do przodu i ja to robię. Ciągle pracuję. Ale dlaczego nie powspominać tych czasów, które bezpowrotnie odchodzą?

Zamieniam się w słuch.

- W latach osiemdziesiątych Starym Teatrem kierował Stanisław Radwan, który był wspaniałym dyrektorem, ale często jako kompozytor wyjeżdżał. Tak też było, kiedy z okazji dwudziestopięciolecia na scenie miałem dostać podwójną pensję. Idę do kasy po pieniądze, których przecież zawsze brakowało, i słyszę, że nie mogę ich dostać, bo przepisy przewidują wypłatę dopiero po oficjalnym wręczeniu nagrody jubileuszowej przez dyrektora. Miałem wtedy próbę z Jerzym Jarockim i widzę, że na widowni siedzi Radwan, czyli jest w teatrze! Myślę sobie: - Cholera jasna, jak to zrobić, żeby mi wypłacił pieniądze? Po zejściu ze sceny pobiegłem na dół do kwiaciarni, kupiłem największą czerwoną różę, wróciłem, podszedłem do Radwana i mówię po cichu: - Stasiu, słuchaj, wręcz mi tę różę, bo muszę oficjalnie jubileuszową nagrodę odebrać i zadzwoń do kasjerki, żeby mi ją wypłaciła. Wróciłem na scenę i po paru minutach dyrektor krzyczy: - Przepraszam, proszę o światło! A przerwanie próby Jarockiemu było rzeczą nie do pomyślenia. I kontynuuje: - Przepraszam, ale teraz będzie mała uroczystość , po czym wchodzi na scenę, wygłasza przemówienie o mojej pracy w teatrze, wręcza mi różę i wychodzi, by zadzwonić do kasjerki: - Pan Trela został już uroczyście uhonorowany. Proszę wypłacić mu pieniądze.

Albo to: na drugim spektaklu po premierze "Wesela" w reżyserii Andrzeja Wajdy był Marek Edelman. W przerwie, kiedy jedna z koleżanek zasłabła, poproszony przyszedł szybko za kulisy, ogląda ją, bada puls i ordynuje: - Proszę przynieść szybko dwie pięćdziesiątki koniaku . Koniak zostaje dostarczony, Edelman wlewa ostrożnie zawartość jednego kieliszka do ust koleżanki. Ta otwiera powoli oczy i nabiera rumieńców, a Edelman na to: - W następnej przerwie podajcie jej drugą pięćdziesiątkę. Ona nie ma problemów sercowych, tylko po prostu kaca!

A życie rodzinne na tym teatralnym nie cierpiało?

- Na pewno cierpiało, ale żona z czasem przyzwyczaiła się do tego i zaprzyjaźniła z kolegami i koleżankami z teatru. Któregoś razu wracam ze spektaklu i widzę, że we wszystkich pokojach naszego mieszkania pali się światło, okna są pootwierane i słychać jakieś śpiewy. Pomyślałem, że żona zwariowała. Wchodzę do środka i widzę, jak kolega aktor leży przed żoną krzyżem, przepraszając ją za to, że poprzedniego dnia trochę ze mną nabałaganił. Przeprosiny, w ramach nadania rozmachu, zostały wzmocnione przyprowadzoną przez niego orkiestrą. I żeby było jeszcze dowcipniej - ów kolega przyszedł w piżamie. Problem był na drugi dzień, bo trzeba go było jakoś z mieszkania wyprowadzić. Zrobiła to żona, która będąc przez jakiś czas pielęgniarką, mówiła ludziom na ulicy, że prowadzi pacjenta do szpitala.

A dzieci?

- Na pewno nie poświęciłem im tyle czasu, ile powinienem, ale w każde wakacje dwa tygodnie spędzaliśmy tylko razem.

Panie Jerzy, czternaście dni w roku?

- Zabierałem też syna i córkę z przedszkola, kiedy wracałem z próby, prałem pieluchy No dobrze, mam świadomość, a może nawet wyrzuty sumienia, że za mało czasu poświęcałem dzieciom. Czy byłem złym ojcem z racji zawodu? Chyba jednak nie, choć mogłem więcej, bo wie pan, rodzina była dla mnie zawsze czymś ogromnie ważnym. Pewnie dlatego, że sam miałem spaprane dzieciństwo i chciałem, żeby moim dzieciom było lepiej, i one to rozumieją. A mówiłem panu, że zabierałem je czasem do teatru, a raz nawet do Smoczej Jamy?

Książka Beaty Guczalskiej o Jerzym Treli do kupienia w Publio.pl >>>>

Okładka książki Beaty Guczalskiej

Jerzy Trela. Ur. 1942 r. Jest jednym w najwybitniejszych polskich aktorów, był także posłem na Sejm i rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, którą sam ukończył. Od lat licealnych związany jest z Krakowem, gdzie współzakładał Teatr STU, a po epizodzie w Teatrze Rozmaitości dołączył w 1969 roku do zespołu Narodowego Starego Teatru. Spędził tam 45 lat, grając w spektaklach m.in. Konrada Swinarskiego, Jerzego Jarockiego, Jerzego Grzegorzewskiego, Kazimierza Kutza, Andrzeja Wajdy czy Krystiana Lupy. W teatrze stworzył ponad 100 ról, w Teatrze Telewizji - ponad 150, w Teatrze Polskiego Radia - ponad 40. Do tych w sumie 200 teatralnych kreacji aktorskich należy dodać role filmowe. Jest posiadaczem kilku medali i laureatem niezliczonych nagród, kilka dni temu odebrał kolejną - Nagrodę im. Zygmunta Hübnera "Człowiek Teatru 2016". Niedawno nakładem Wydawnictwa Marginesy ukazała się biografia aktora pióra Beaty Guczalskiej, pod tytułem " Trela".

Mike Urbaniak. Dziennikarz kulturalny i krytyk teatralny, stały współpracownik "Wysokich Obcasów" i weekendowego magazynu Gazeta.pl, pisze blog panodkultury.com