Polska B to mit? Czy jednak smutna rzeczywistość?*
- Sama nazwa jest nieładna, jak już się dowiedziałem od wielu osób mieszkających w tzw. Polsce B, kiedy pierwszy raz użyłem tego sformułowania. Mimo że przecież nie jest ono nowe, pochodzi z czasów PRL-u. Wydałem książkę o Polsce B ("B. Opowieści z planety prowincja" - przyp. red.), a na moją głowę posypały się gromy. Pojawiły się opinie: co ten facet w ogóle robi, dlaczego próbuje podzielić kraj na Polskę A i Polskę B? Sama reakcja na tytuł mojej książki już świadczyła o tym, że ci, których oburzył, czują się przynależni właśnie do Polski B. Według mnie nic takiego nie istnieje geograficznie, natomiast na pewno istnieje na poziomie mentalnym.
Z czego się bierze ta przynależność? To kwestia kompleksów, braku możliwości?
- Chyba wiąże się to z kompleksami. Sam pochodzę z rodziny robotniczej, z warszawskiej Pragi, nie miałem żadnych powiązań ze światem mediów, ani w ogóle z żadnym światem, oprócz osiedlowego. I uważam, że jak masz dwie ręce, dwie nogi i coś w głowie, to sobie dasz radę, tylko jest to kwestia tego, żeby te kompleksy schować do kieszeni, a nie udawać ofiarę z tego powodu, że się urodziłeś, według siebie, w złej części Polski.
Wiadomo, że każdy wolałby być księciem Yorku, gdyby to było możliwe, ale tak naprawdę liczy się to, żeby znaleźć swoje miejsce w świecie i tyle. Jeżeli spędzasz dużo czasu na filozoficznym piciu piwa pod sklepem, i jest ci z tym dobrze, to nie wykluczam, że jest to jakiś pomysł na życie. Ale nie możesz jednocześnie pić tego piwa i narzekać, że nikt cię nie dostrzega i jesteś zmarginalizowany.
Ci, którzy narzekają na swój los, pijąc to przysłowiowe piwo, chcą prawdziwej zmiany? Czy w gruncie rzeczy się jej boją?
- Strach odgrywa tu dużą rolę. Ruszyć się ze swojego miejsca, ze swoich pozycji, na których już się okopałeś - to jest prawdziwe wyzwanie. Jeśli w mniejszej miejscowości czegoś potrzebujesz, to wiesz, dokąd pójść. Masz swój wycinek świata, który znasz. Nienawidzisz go, ale jednak znasz go na wylot. Wymaga to wielkiej odwagi, żeby go porzucić i układać sobie świat na nowo. Boisz się zatem, ale nie przyznasz się do strachu sam przed sobą, więc obwiniasz wszystkich wkoło. Taki mechanizm.
Nie jestem psychologiem ani socjologiem, mogę mówić o tym, bazując tylko na własnych doświadczeniach. A po Polsce jeżdżę 24 lata. Zawodowo.
"Bardzo martwy sezon" to reportaże z lat 2000-2014. Czytając je, odniosłem wrażenie, że mimo że gdzieś tam w tle twoich opowieści coś się zmienia, Polska się zmienia, to jednak nasza mentalność wciąż jest taka sama.
- Tu się z tobą nie zgodzę, i nie mówię tego jako jakiś przesadny optymista, wręcz przeciwnie, jestem raczej pesymistą. Muszę powiedzieć, że coś się w narodzie rusza.
Być może jest jednak tak, że jeżdżę do miejsc, gdzie pewne zjawiska, tendencje są bardziej nasilone. No i teraz, w związku ze zmianą władzy, obawiam się, że udupienie, z którego ludzie się wydobywali, powróci. A ci, którzy w pewnym momencie zaczęli brać życie we własne ręce, znowu mogą zostać wtłoczeni w te swoje małe światki, i podduszeni w nich, ponieważ atmosfera polityczna nie zachęca do odważnych gestów. Żeby być odważnym, trzeba czuć się wolnym. A teraz, nie okłamujmy się, ludzie nie będą czuć się wolni.
Wracamy do Polski zaściankowej?
- Tak, zdecydowanie, w rozumieniu wręcz szlacheckim. Zwłaszcza ściana wschodnia jest właśnie taka. Brańsk, te rejony - przecież to jest szlachta zagrodowa.
Żyjemy podobno w społeczeństwie zurbanizowanym, a z drugiej strony mamy takie Podlasie, gdzie nadal funkcjonują szlacheckie nadania sprzed wieków. I nie mówimy bynajmniej o magnaterii. Szlachty już praktycznie nie ma, ale styl bycia a la "mocium panie" teraz ludzi opanuje. Będzie to taka, w moim mniemaniu, źle postrzegana duma lokalna. Bardziej bazująca na tym, że my tu jesteśmy Polacy, a reszta to...
Pludracy, Bruksela i tak dalej.
- No bo my tu mamy swoje kujawiaki, oberki, a oni niech sobie tam słuchają swojego zepsutego rock'n'rolla. Naturalnie trochę wyolbrzymiam, ale tylko trochę. Na tym to polega.
Bardzo często jestem stawiany pod ścianą, oskarżany o to, że przesadzam, że nadinterpretuję, że specjalnie do swoich tekstów wyławiam biednych ludków, żeby ich pokazać i napiętnować. Właśnie g***o prawda! Opisuję codzienność i będę się tego trzymał.
Robisz to - w mojej ocenie - z wyczuciem, nie bazujesz na taniej sensacji.
- Opisywani w moich reportażach ludzie żyją w swoich środowiskach - nie możesz przyjechać jako "dziennikarz z miasta", opisać kogoś i zniszczyć go w miejscu, gdzie mieszka. Znam mnóstwo tajemnic swoich bohaterów. Wiem o rzeczach, których nie mogłem opisać - nie dlatego, że ktoś mi zabronił, tylko że sam wiedziałem, że mogą komuś zaszkodzić. Że ci ludzie zostaliby zjedzeni, gdyby szersza opinia podkościelno-rynkowa poznała ich tajemnice.
Inna sprawa, że o świecie z moich reportaży "miastowi" mają niewielkie pojęcie. Rozmawiam z nimi, to na ogół bardzo wykształceni "ludzie sukcesu", którzy mi mówią: Stary! Ja w ogóle nie wiedziałem, że istnieje taka Polska! Jeden z moich kolegów publicystów nawet przepraszał, że nie dostrzegał Polski lokalnej. I to nie jest przypadek odosobniony, takich ludzi jest więcej.
Skąd ta niewiedza? Rodzimy się w miastach, więc zamykamy się w miastach? Albo przyjeżdżamy do miasta z małych miejscowości lub wsi i chcemy o tym zapomnieć?
- To jest bardzo ciekawe pytanie, ale natury raczej socjologicznej. Nigdy jeszcze w ten sposób nie myślałem - co jest najpierw? Czy najpierw ludzie, którzy przyjeżdżają ze wsi i miasteczek, zapominają, czy ludzie urodzeni w miastach się zasklepiają? Mnie się wydaje, że miasto to jest zupełnie odrębna planeta i jeżeli nie masz odpowiedniej wrażliwości społecznej, to bardzo szybko zapominasz, skąd przyjechałeś. Jeżeli z kolei nigdy nie byłeś na polskiej wsi, bo akurat urlopy spędzasz za granicą, no to skąd masz wiedzieć, że pewne miejsca w Polsce istnieją?
A nie masz wrażenia, że różnice zaczynają się zacierać w najmłodszym pokoleniu? Że dzieciaki z dużych miast niewiele się różnią od swoich rówieśników z mniejszych miejscowości i wsi? Jest internet, te same mody, to same spojrzenie na świat.
- Masz rację, dlatego zawsze mówię, że Polska B to nie kwestia geograficzna, to kwestia śródmózgowia. Albo jesteś otwarty na przepływ myśli, czytasz książki i chcesz czegoś więcej, albo jesteś przykładem ciasnoty umysłowej i się zasklepiasz.
Wyraźnie zaznaczam, że sam przyjazd do miasta nie wartościuje, bo znam bardzo dużo świetnych ludzi na wsi, po prostu super. Którzy odnowili jakieś poojcowskie gospodarstwa na światowy poziom, zamienili na farmy, prawie kombinaty. Chciało im się. I są to fantastyczni ludzie. Chodzi o to, żeby mieć głowę otwartą. To jest problem Polski B. Jak jesteś zamknięty, masz mózg wielkości pięści, no to trudno, żebyś znalazł się w Polsce A, czy Polsce Ą, bo podobno i taka jest.
Dziennikarz głowę musi mieć otwartą cały czas. Jak znajdujesz swoje tematy? Jedziesz w ciemno w Polskę?
- Nie, nigdy. Takie sposoby, jak słyszałem, stosowało się w latach 70., kiedy redaktor z fotografem i jeszcze szoferem jechali w Polskę na powiedzmy dwa tygodnie. Co prawda przywozili cztery tematy z takiej rajzy, ale mieli trudności z przelaniem tego na papier, bo wyjazd był mocno imprezowy. Ja jestem zawodowym dziennikarzem, zarabiam na tym, nie stać mnie na coś takiego, dlatego bardzo często przeglądam lokalne gazety. W nich wciąż są takie kolumienki: "Wiadomości kryminalne" albo "Zdarzyło się ". I tam często informacje podawane są w trzech zdaniach, że "ktoś szedł i potem znaleziono go martwego ". Patrzysz i myślisz sobie: K***wa! cały środek zniknął z tej notatki! Pomiędzy "szedł" a "znaleziono go martwego" coś przecież musiało się stać! No to jedzie się to sprawdzić, dogadać i z tego właśnie wychodzą często zwykłe, ludzkie rzeczy. Jest coś do opisania.
Tylko że zaznaczam - ja nie podróżuję za sensacjami, za kryminałami, to tylko przykład. Zwykle jeżdżę w miejsca, gdzie mam wrażenie większość moich kolegów by nie pojechała, bo nic się w nich rzekomo nie dzieje. A dla mnie się dzieje. No i potrzeba dużo tzw. "ucha". Często ktoś mi mówi, że " może to pana zainteresuje ?", albo " mam dla pana historię!".
Zdarzają się sytuacje, kiedy ciężko się z bohaterem dogadać?
- No jasne. Na przykład niedawno szedłem w marszu skinów w Białymstoku. Po paru próbach nawiązania kontaktu z otwartą przyłbicą stwierdziłem, że albo dostanę w ryj, albo się wycofam na koniec pochodu, żeby mnie nie poznali ci, z którymi gadałem jako dziennikarz "Polityki", i będę udawał jednego z nich. To nie jest fajne, nie jesteś sobą, wznosisz głupie hasła, ale potem to opisujesz. Cel uświęca środki. Nie masz wspólnego języka, nie nawiążesz go w tłumie ludzi, którzy myślą inaczej niż ty i są przekonani o swojej racji. Albo inaczej - myślą zbiorowym mózgiem.
Z innej bajki - koledzy opowiadają, że dziennikarz z prasy nierydzykowej został pobity na marszu Radia Maryja, tylko nie wiadomo, czy można mówić o pobiciu, skoro biły staruszki.
Powiedz mi, jak oceniasz Polskę z perspektywy obserwatora. Bacznego obserwatora od wielu lat.
- To jest mój kraj. Mówię to bez jakiegoś wybujałego patriotyzmu, bo nie uważam, żebym musiał oglądać bez przerwy filmy i programy o żołnierzach wyklętych albo tańczyć poloneza w stroju ludowym, bo tylko to mnie uczyni Polakiem. Ja się tu po prostu urodziłem i nie wyobrażam sobie życia w innym miejscu. Mówię tutejszym językiem i posługuję się nim dobrze, co mnie czyni dobrze umiejscowionym tutaj. Natomiast uważam, tak zawodowo i cynicznie, że dla dziennikarza nie ma lepszego miejsca niż Polska. Może jeszcze Rosja.
Moje obserwacje? Szło ku lepszemu. Ja nazwę to efektem kosiarki spalinowej do trawy. Kiedyś, jak jeździłeś po Polsce, to jeździłeś przez burdel. Jesteśmy w podobnym wieku, to pamiętasz. Za stodołą leżało wszystko, co chłopu nie było potrzebne w gospodarstwie. Teraz tego nie spotkasz. Ludzie kupili sobie kosiarki do trawy i chaszcze, które rosły od frontu, zniknęły. Jak ktoś kupił kosiarkę i zaczął kosić trawę, to ktoś obok też zaraz ją kupił i zaczął kosić. A jak nie kupił, to pożyczył od sąsiada. W sensie estetycznym - a ja wierzę, że estetyka buduje też jakiś porządek w głowie - było lepiej.
Teraz nie wiem, jak będzie, ale mocno się obawiam. W tym kraju brak pewności jutra, i to jest najstraszniejsze. Mam córkę, którą bardzo kocham i chciałbym, żeby ona żyła w normalnym, przewidywalnym kraju. Żeby nie pojawiał się żaden watażka, który wyjmuje kij i mówi: cofamy całą historię, bo ja wam powiem, jak było. Chciałbym, żeby moja córka mogła sobie zaplanować życie kilka lat wprzód, nie musząc uciekać z tego kraju. Żeby, idąc na studia architektoniczne, nie obudziła się nagle, że zdała na architekturę sakralną.
*wywiad opublikowany w marcu 2016 r.
Książki Marcina Kołodziejczyka do kupienia w Publio.pl >>>
Marcin Kołodziejczyk . Dziennikarz i reporter od 2000 roku związany z tygodnikiem "Polityka". Był siedmiokrotnie nominowany do nagrody Grand Press w kategorii reportaż i publicystyka. Ma na swoim koncie wiele nagród, m.in.: Nagrody Reportażystów Melchiory, w tym Melchiora 2015 w kategorii Inspiracja Roku, Pióro Nadziei Amnesty International, I nagrodę polskiej edycji konkursu "Za różnorodnością, przeciw dyskryminacji", Discovery Encouragement Award i dwukrotną nagrodę festiwalu Planete Doc Review w kategorii prozy dokumentalnej.
Mateusz Uciński . Dziennikarz. Współpracuje z działem Kultura portalu Gazeta.pl, publikował także w Dzienniku Gazecie Prawnej. Recenzent książek i autor wielu wywiadów z polskimi pisarzami. Pasjonat literatury w każdym jej wydaniu, muzyki i fotografii, której uliczną odmianę namiętnie uprawia.