Potrafiłbyś pracować na etacie?
- Nie umiem sobie tego wyobrazić, bo praca "od - do" pod czyjeś dyktando jest dla mnie czymś abstrakcyjnym. Choć miałem i takie momenty, pracując w telewizji. Też musiałem być na planie zdjęciowym o wyznaczonych porach i miałem swojego szefa - producenta programu. Musiałem się wtedy dostosować.
Tak samo jak na studiach, które powoli zaczęły ci doskwierać, gdy kariera nabierała rozpędu. Studiowałeś dziennikarstwo, w jednym utworze ( "Sam na sam" ) nawet odnosisz się do siebie per dziennikarz. Gdyby życie potoczyło się inaczej, jak myślisz, jaki rodzaj dziennikarstwa byś uprawiał?
- Dziennikarstwo śledcze byłoby świetne. Miałem nawet taki pomysł, by iść na jeden semestr na uczelnię ojca Rydzyka i potem napisać o tym pracę magisterską. Całkiem niedawno czytałem książkę gościa, który zrobił dokładnie to, co wymyśliłem wtedy na studiach ["W rodzinie ojca mego" autorstwa Marcina Wójcika - przyp. red.]. Żeby się dostać do tej szkoły, musiałbym mieć poręczenie od swojego proboszcza, a z tym nie byłoby łatwo, bo nie należałem do aktywnych uczestników życia parafii. Nie do końca nawet wiem, która to moja parafia (śmiech) .
Czyli nie bierzesz udziału w życiu Kościoła?
- Słucham publicystyki Radia Maryja. Warto obserwować obydwie strony życia społecznego i politycznego, aby zobaczyć, jak działa manipulacja. Polecam słuchanie Radia Maryja, które jest wybitnym dziełem w sferze manipulowania odbiorcami.
W 2010 roku, w utworze "Dokąd idziesz Polsko", poruszyłeś temat narodowej tragedii - katastrofy smoleńskiej. Co cię skłoniło, żeby nagrać ten kawałek?
- Nagrałem ten utwór dwa tygodnie po rozbiciu się samolotu, piosenka trafiła na album, który pojawił się trzy miesiące po 10 kwietnia. Nie stanąłem po żadnej stronie, to było tylko stwierdzenie faktów. Napisałem go z punktu widzenia społeczeństwa, a nie którejś z opcji politycznych. Mimo to nie został dobrze przyjęty. Patrząc na niego z perspektywy pięciu lat - powiedz mi, że coś tam się nie zgadza. Przez chwilę wszyscy byli zjednoczeni w bólu i wydawało się, że śmierć tych osób nie pójdzie na marne. Jednak czas pokazał, że wszystko wróciło do smutnej "normy". Od tego momentu raczej unikam kawałków o zaangażowanej tematyce. Taki mam kaprys, że własne zdanie na tematy ważne pozostawiam dla siebie. Są inni od publicystyki społecznej na tej scenie.
Jednak w singlowym kawałku "Pażałsta" z nowego albumu "Vanillahaj$" rapujesz: "Władimir Putin ja cię proszę ty don't push that button" [tłum. nie naciskaj (nuklearnego) przycisku - przyp. red.]. To przecież publicystyka, do tego w klubowym brzmieniu.
- Utwór ma cztery miliony wyświetleń na YouTube, ale jestem pewien, że około trzech milionów słuchaczy nie pomyślało o antywojennym przekazie tego kawałka. Słowo "przekaz" w kontekście takiego utworu nie mieści się ludziom w głowie. Ale może właśnie przez takie zabiegi moje płyty są na początku odrzucane i krytykowane, a po latach odświeżane i chwalone?
Kiedy nagrałem "Pażałsta", nie było tego folkowego fragmentu na końcu. Dopiero gdy zdecydowaliśmy się zrobić z tej piosenki singiel, stwierdziliśmy, że dobrze byłoby ją urozmaicić. Jest taka seria dokumentalna na National Geographic pt. "Lata 80. Dekada, która nas ukształtowała: Era zakupów". Świetnie pokazuje, jak boom konsumpcjonizmu i brania kredytów w tych latach w USA wziął się ze strachu przed śmiercią i z niepewności dnia jutrzejszego. Ludzie chcieli poczuć luksus i przepych nawet w ostatnich chwilach swojego życia. To mi przyświecało przy nagrywaniu utworu "Pażałsta".
Słuchając nowej płyty, mam jednak wrażenie, że hedonizm, który od zawsze był przypisywany twojej muzyce, uległ przekształceniu. Nie jest to już szczeniacka balanga bez konsekwencji, a bardziej refleksyjna i świadoma celebracja życia.
- Dokładnie tak jest. Mam 39 lat i przez całe życie mam wakacje, bo rap jest dla mnie pasją i przyjemnością, a nie pracą. Poza paroma minusami takiego stylu bycia to jest świetne życie. Robisz to, co kochasz, dostajesz za to kasę i funkcjonujesz na dobrym poziomie. Wtedy celebrujesz swój żywot, a w moim przypadku jeszcze o tym szczerze mówisz. Od 2001 roku jestem bardzo konsekwentny w przekazywaniu tego w muzyce. Założę się, że ci, którzy mają mi to za złe, gdyby tylko mogli, z chęcią by się ze mną zamienili. Nie ma nic złego w czerpaniu radości ze swojej egzystencji.
"Piotruś Pan, odpuść Pan" - rapujesz w singlu "Forever Ja". Tak odpowiadasz na uwagi tych, dla których stajesz się karykaturą własnej osoby, gdy tuż przed czterdziestką ubierasz się tak samo jak dwadzieścia lat temu?
- Z jednej strony ich rozumiem. Patrzą na świat przez pryzmat swoich ojców w brązowych polarach. Byłem niedawno w Miami, gdzie kręciłem klip i robiliśmy zdjęcie na okładkę "Vanillahaj$". Floryda to jest taki stan, gdzie Amerykanie się przeprowadzają, by spędzić starość. Jak popatrzysz, jak wygląda przeciętny amerykański emeryt i porównasz go do polskiego - jest przepaść. I nie chodzi tu o pieniądze. Nosić spodnie chinosy, koszulkę polo i buty jachtowe możesz, mając sto złotych. Z drugiej strony można mieć pięćset złotych na ubrania i wybrać brązowy polar, kamizelkę na ryby i sandały na szarą skarpetę. Ubieram się tak, jak lubię, i tyle.
Wspomniałeś o niemiłych aspektach życia, które wiedziesz. Co jest najgorsze?
- Ściana niezrozumienia wynikająca z ignorancji. Ludzie nazywają moje kawałki chu***mi, a tak naprawdę nigdy ich nie słuchali. Wielu podczepiło się pod Rycha Peję, który wymyślał mi na różne sposoby [Od kilku lat raperzy pozostają w otwartym konflikcie, po tym jak Peja sprowokował fanów do pobicia uczestnika swojego koncertu w Zielonej Górze, za to, że ten pokazywał mu niecenzuralne gesty. Tede nie szczędził Peji krytyki - przyp. red.]. Teraz jest mi z tym dobrze, bo czas sprawił, że nauczyłem się sporo o sobie, m.in. tego, że jak się bardzo chce, naprawdę można wiele w życiu przezwyciężyć.
Dziś często przytłacza mnie sława. Jestem bardzo normalną osobą, dlatego mam problem z radzeniem sobie z rozpoznawalnością. Nie czuję się gwiazdą, choć mam ku temu powody. Wiedziałem, że popularność wiąże się z zawodem, który wybrałem. Nie mogę mieć pretensji o ten aspekt, bo jest wypadkową moich wyborów, ale czasem mam po prostu dość. Na przykład, kiedy zaczepia mnie ktoś na ulicy, by zrobić sobie ze mną zdjęcie, i wiem, że gdzieś ma moją twórczość i moją osobę. Chce to zdjęcie, bo jestem dla niego sławną małpą z zoo, z którą fajnie mieć fotę.
Bardzo dużo jeżdżę metrem. Czasem, jak stoję i słucham muzyki, to widzę te wszystkie spojrzenia ukradkiem, na szybko wyciągane telefony, by zrobić zdjęcie... Jeszcze cztery lata temu, jak jechałem metrem, pluli na mnie i ubliżali, wyzywali od k***w. Oczywiście przez szybę, jak już opuścili wagon. Taka odwaga. Ważyłem wtedy 30 kg więcej, więc w sumie się nie dziwię (śmiech).
Paradoksalnie, im jesteś "wyżej", tym łatwiejszym stajesz się celem.
- Cały ten hejt na mnie wynikał z owczego pędu, z fali nastrojów. Nienawidzono mnie przez lata z wielu powodów: bo konflikt z Peją, bo byłem w TVN, bo nosiłem przedziałek! Kilka lat temu szczurkowaty dresiarz ubliżał mi na Ursynowie, bo miałem koszulkę polo i przedziałek na głowie. Miesiąc temu wdziałem go z postawionym kołnierzykiem i włosami na bok! Zapamiętuję takie twarze, więc mocno uderzyła mnie ta ironia. To bardzo zabawne, jak się nad tym zastanowić. Później te wszystkie obserwacje przekładam na muzykę i mogę o tym mówić, bo rap jest odbiciem tego, jak żyję.
W jednym z wywiadów mówiłeś, że rap jest twoją odskocznią. Co by się nie działo, jakie problemy by cię nie gnębiły - w studiu zapominasz o wszystkim.
- Tak. Generalnie raperzy traktują swój rap jak kozetkę. Jest ten efekt, że nagrywając, kompletnie zapominasz o rzeczach, które cię dręczą. Proces nagrywania wymaga dużego skupienia, a ja jeszcze bardzo lubię to robić, więc odciąga to moje myśli od wszystkiego innego. Wielokrotnie uciekałem w rap od problemów osobistych, finansowych czy egzystencjanych.
"Hip-hop dlatego jest tak piękny i dlatego mnie ujął tak bardzo (...), bo opowiada prawdę, jaka by nie była" - to twoje słowa.
- Takie podejście przychodzi z wiekiem. Czuję się staro, jak to mówię. Z biegiem lat zdobywasz doświadczenie życiowe, które przekłada się na dojrzałość. Każdy ma swoją prawdę, rzeczywistość, pochodzenie, konotacje itd. W rapie piękne jest to, że opowiada prawdę o tobie. Ostatnio ktoś mnie pytał o Taco Hemingwaya [młody warszawski raper, który tej wiosny stał się muzyczną sensacją - przyp. red.]. Odpowiedziałem, że to jest zupełnie inna bajka, ale to jest bajka tego gościa i ja to szanuję. Jakikolwiek temat wybierzesz, bądź w nim szczery z samym sobą i będzie dobrze. Rap mówi o życiu bardzo wielu osób, ale przekrój ludzi tworzących tę grupę jest tak różnorodny, że czyni tę muzykę wartościową i uniwersalną. Niestety w środowisku hiphopowym wielu nie zrozumiało, że wielowątkowość i wielowymiarowość gatunku jest istotna.
Od lat jesteś postrzegany jako najbardziej komercyjny wykonawca na scenie, tymczasem żaden inny raper z szeroko rozumianej "pierwszej ligi" nie udostępnił tak wiele darmowych płyt w internecie.
- Fajnie, że ktoś to zauważa. Od początku musiałem żyć z łatką komercyjnego rapera, a tak naprawdę jakbyś zapytał, dlaczego akurat ja jestem "taki komercyjny", to trudno znaleźć na to odpowiedź. Komercyjny jest każdy, kto bierze pieniądze za koncerty, sprzedaje płyty. Wszyscy raperzy jak jeden mąż chcą być alternatywni. Chyba są alternatywą dla samych siebie (śmiech) . Dużym problemem w środowisku hiphopowym jest koniunkturalizm. Trzy czwarte wykonawców podejmuje artystyczne wybory pod dyktando fanów. Wielokrotnie, gdy robiłem rzeczy pod prąd i wystawiałem się na krytykę, stawałem się reprezentantem kontrkultury.
Kiedyś argumentowałeś, że to "uliczny" rap jest komercyjny, bo najlepiej się sprzedaje.
- Bardzo często ulegamy ogólnej i szablonowej opinii, nie poświęcając wystarczająco dużo czasu na własną refleksję. Nie mam tu na myśli jedynie fanów muzyki. Nie zacząłem robić rapu dla pieniędzy, ale gdy się pojawiły, to nie miałem z tym żadnego problemu. Pasja stała się moją profesją. O takiej sytuacji marzy większość ludzi. Nie ma nic złego w odnoszeniu sukcesu. Moim jest to, że żyję, jak chcę, i robię to, co chcę.
Dla rapowej sceny "najlepiej" byłoby, gdybyś dorastał z matką alkoholiczką i ojcem, który ją bił. Na szczęście to się zmienia. Od 1989 roku minęło 26 lat i wiele się pozmieniało, choćby postrzeganie ludzi sukcesu. Kiedyś byli traktowani wyłącznie jako oszuści i spekulanci, a dziś coraz częściej widzimy w nich pozytywny wzorzec. Choć negatywnych emocji nie brakuje, wystarczy zwrócić uwagę na to, co się działo, gdy poinformowano o śmierci Jana Kulczyka. Niezależnie od tego, czy był esbekiem, agentem niemieckim, Żydem z siódmego pokolenia - zrobił też mnóstwo pozytywnych rzeczy. Dał miliony na sport, naukę, cele społeczne. Zawsze będą jednak dwie grupy: jedna będzie go gloryfikować, druga - szkalować.
"Wyścig Szczurów" z twojego solowego debiutu z 2001 roku to konfrontacja z rówieśnikiem, który robi karierę w korporacji. Czy nagrywając ten utwór, myślałeś o tym, że masz szansę sportretować pokolenie pracowników korporacji?
- Staram się nie dokładać do swojej twórczości jakiejś szczególnej filozofii i nie budować wokół niej ideologii. Chociaż pewnie można by było. Obserwuję, jak robią to inni raperzy, i często mnie to bardzo bawi. Kawałek "Wyścig Szczurów" to nawiązanie do historii kolegi z bloku, który - jak w tym utworze - pracuje w korporacji. Kiedy spotyka mnie po latach, pyta tylko o moje zarobki, bo to jest dla niego najważniejsze. Nie miałem przy nagrywaniu tego utworu wrażenia, że kopnąłem kamień milowy i odkryłem Amerykę. Moi rówieśnicy zaczynali wtedy pracę w tego typu firmach, takie były realia. Moja mama do tej pory uważa, że to mój najlepszy kawałek. Pewnie dlatego, że jest to jedyny, który słyszała wielokrotnie.
Po którym z rodziców odziedziczyłeś szczerość - łamaną na arogancję - a po którym dystans do siebie?
- Szczerość jest po ojcu, a arogancja po matce (śmiech) . Moi rodzice są bardzo ułożeni, prawnicy, środowiska inteligenckie, i choć mają duże poczucie humoru, to dystans, który w sobie mam, nie pochodzi od nich. Dystansu do wszystkiego nauczyło mnie całe to rapowe życie. W pewnym momencie przyszła też swego rodzaju znieczulica na wszystko, co zaprzątało mi głowę.
Szczerość była dla mnie ważna od początku mojej twórczości. Kiedy nagrywałem kawałek, o którym wiedziałem, że wejdzie na płytę i dotrze do ludzi, cały czas miałem w głowie, że spotkam kogoś znajomego, kto mi wypunktuje, gdybym rapował coś, co nie jest prawdą. Kłamstwo zawsze wyjdzie na jaw, bo ma krótkie nogi jak Oscar Pistorius.
Jak pytam raperów o to, który spośród nich będzie grał najdłużej, w odpowiedzi najczęściej słyszę: Tede.
- Czasami się nad tym zastanawiam. Był moment, w którym mogłem wybrać karierę telewizyjną, a ja - pomimo hejtu i niezrozumienia - dalej nagrywałem rap. Nie zamierzam przestać. Dzisiaj nawet myślałem o pewnych analogiach w polskiej muzyce. Wyszło, że Sokół to Wojciech Waglewski, O.S.T.R. to Kazik, ja zaś jestem Januszem Panasewiczem. Ci wykonawcy dalej grają i funkcjonują. Z nami też tak będzie. Dopóki to, co robisz, sprawia ci przyjemność, nie rezygnuj i nie zastanawiaj się. Tak jak w kawałku "Forever Ja": Nigdy nie wiesz, kiedy się to skończy .
Na początku rozmowy zauważyłeś, że sztywne ramy nie są dla ciebie. Ras [raper z zespołu Rasmentalism - przyp. red.] porównał cię do Mike'a Tysona, który powiedział kiedyś, że "zawsze był uzależniony od perfekcyjnego chaosu". Bliski jest ci taki termin?
- Wiele jest w tym prawdy. Najgorsze, co mogłoby mnie spotkać, to poukładane życie w sztywnych ramach. Mam je ułożone, ale te ramy są luźne, jest bardzo duży margines dopuszczalnego szaleństwa i spontaniczności. W tym moim chaosie jest recepta i regularność.
Wstaję codziennie o 7.30 i mniej więcej wiem, jak będzie wyglądał każdy z dni tygodnia. To nie znaczy jednak, że nie mogę któregoś wieczora stwierdzić, że mam ochotę na kebab na popularnej ulicy Ku'damm w Berlinie. Dla jednych sytuacja, że ktoś wsiada w auto i jedzie pięć godzin, by zjeść kebab w Berlinie, to nic nadzwyczajnego, dla innych to niezwykłe i niecodzienne. Mnie to jara. To mój uporządkowany chaos.
Tede, wł. Jacek Graniecki. Polski raper, producent muzyczny, przedsiębiorca, prezenter telewizyjny, jeden z protoplastów polskiego hip-hopu. Na scenie obecny od połowy lat 90., współtworzył takie formacje jak: 1kHz, TrzyHa, Warszafski Deszcz, Gib Gibon Skład, Bezele, GTW czy Potwierdzone Info. W 2001 roku zaczął karierę solową krążkiem "S.P.O.R.T.". Dwa lata później Tede sam został wydawcą, kiedy to założył label Wielkie Joł, którego nakładem ukazał się m.in. debiut grupy Sistars. W 2003 Graniecki zaczął wypuszczać serie darmowych płyt w internecie pod pseudonimem DJ Buhh. W międzyczasie nagrał utwór z Natalią Kukulską pt. "Kamienie", co dla środowiska hiphopowego było nie lada kontrowersją. W 2007 roku Tede rozpoczął współpracę z telewizją TVN Turbo, która zaoferowała raperowi prowadzenie programu pt. "Operacja Tuning". W 2009 roku nawiązał współpracę z producentem muzycznym i multiinstrumentalistą Michałem "Sir Michu" Kożuchowskim, który od tej pory odpowiada za całość muzyki na albumach rapera. 18 czerwca ukazał się trzynasty solowy album Tede pt. "Vanillahaj$". Album zadebiutował na pierwszym miejscu polskiej listy przebojów OLiS. 7 lipca 2015 roku płyta uzyskała w Polsce status złotej.
Bartek Strowski . Aspirujący scenarzysta, fanatyk NBA, kolekcjoner płyt i ciężkostrawnych przyzwyczajeń. Publikuje na CGM.pl , Polskikosz.pl i Altermag.pl . Na co dzień pracuje w studiu produkującym autorskie formaty video z własną siecią partnerską YouTube - Epic Makers.