Pewnie ma już pani dość pytań o "Kasię i Tomka"?
- A wie pani, że nie? Z ogromną przyjemnością konstatuję, że właśnie mija 13 lat, od kiedy zaczęliśmy pracę na planie "Kasi i Tomka", a ten serial wciąż funkcjonuje w świadomości ludzi. To jest super. Czuję dumę, bo mam świadomość, że widzowie po prostu go pamiętają. Dlaczego miałabym się odżegnywać od czegoś, co stanowiło nie tylko ważny element mojego życia zawodowego, ale też dało początek mojej rodzinie? Kontynuacji "Kasi i Tomka" jednak nie będzie. Mam natomiast nadzieję, że uda się doprowadzić do końca rzecz, nad którą pracujemy wspólnie z Pawłem Wilczakiem. Jeśli miałabym mówić o jakimś marzeniu, planie do zrealizowania na najbliższe pięć lat, to jest to właśnie ten projekt.
Należy pani do aktorek, które niezwykle konsekwentnie chronią swoją prywatność.
- Każdy, niezależnie od tego, czy pracuje jako dziennikarz, lekarz czy aktor - każdy, kto po prostu wykonuje swój zawód, bo go kocha, musi sobie odpowiedzieć na pytanie, w jakich granicach chce go uprawiać. Zresztą w zawodzie aktora, tak jak w innych, można pogubić się na wielu płaszczyznach. Każdy człowiek ma swoją granicę prywatności, komfortu psychicznego, szacunku do siebie lub jego braku. Widzę, że moje koleżanki i koledzy różnie sobie te granice stawiają. Jednak jesteśmy wolnymi ludźmi i mamy prawo do swoich własnych wyborów, które dla kogoś innego mogą być kompletnie pozbawione sensu. To są sprawy bardzo relatywne i jestem ostatnią osobą, która chciałaby w jakikolwiek sposób oceniać innych.
Sama wyciągam wnioski z już 20-letniego doświadczenia i próbuję tak układać życie zawodowe, żeby dawało mi jak największe pole do rozwoju w sferach, które są dla mnie interesujące. W ostatnim czasie zmienił się nie tylko świat mediów, ale świat w ogóle. Przede wszystkim dlatego, że się scyfryzował.
Wcześniej był lepszy?
- Był inny. Pamiętam go i przekazuję wiedzę o nim swoim dzieciom, dla których obecność internetu i elektroniki jest czymś tak samo naturalnym, jak obecność widelców i noży, które - przypominam - też nie były kiedyś w powszechnym użyciu. Zżymanie się na to, że świat się zmienia, jest więc bezsensowne, bo zmieniał się zawsze. I mam nadzieję, że będzie to robił nadal. Dwadzieścia lat temu mój telefon komórkowy przypominał cegłę. Dostałam go z agencji aktorskiej. Byłam z niego niezwykle dumna, bo jako jedna z pierwszych osób miałam komórkę. Zaczęłam pracować dość szybko, po drugim roku szkoły teatralnej.
Miała pani tego ogromnego centertela, który przypominał małą walizkę?
- Nie, mój był już mniejszy i miał czarną wyciąganą antenę. Jak radio. Ważył z pół kilo. Nosiłam go, bo wiedziałam, że za pomocą tej komórki mogę zarobić na życie.
Konkurencja w zawodzie była duża?
- Na pewno środowisko aktorskie było mniejsze, ale i przestrzeń działania była znacznie zawężona. Dzisiaj zupełnie naturalne jest robienie castingów online i nikt się temu specjalnie nie dziwi. Dzięki temu można szukać osób do jakiegoś projektu na całym świecie.
Jak pani podchodziła do promowania spektakli i filmów ze swoim udziałem?
- Nie miałam wówczas pojęcia, na czym to polega. Wydaje mi się, że większość ludzi nie wiedziała, jak wygląda mechanizm PR-u. Uczyliśmy się go. Ja, dojrzewając w dopiero co odzyskanej wolności, uczyłam się też wolnego myślenia o sobie.
To nie był czas ścianek i tego całego zamieszania podczas premier, które możemy dziś obserwować.
- Wtedy największym świętem był Festiwal Filmowy w Gdyni. Mam wrażenie, że w ciągu tych 20 lat wytworzyła się jakiś endemiczna rzeczywistość, równoległa do tej obiektywnej. To jest rzeczywistość bankietowa, która nie ma nic wspólnego z realnym życiem. Powiem więcej - moim zdaniem ona nie ma wpływu na realne życie, na podejmowane decyzje dotyczące pracy, projektów i czyjegokolwiek rozwoju. Takie mam przekonanie. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, chętnie dam się przekonać, ale za pomocą twardych argumentów.
Ogarnia panią nostalgia na wspomnienie dawnych czasów?
- Nigdy nie tęskniłam za chwilami, które się wydarzyły. Jeśli już się stały, to po co miałabym za nimi tęsknić? Jestem osobą nakierowaną do przodu, a właściwie bardzo zanurzoną w teraźniejszości. Myślę, jak zaplanować sobie przyszłość, ale przesadnie się na niej nie koncentruję. Przyszłość jest przecież pewną niewiadomą. Można sobie planować czy marzyć o czymś, dążyć do czegoś, ale nigdy nie mamy pewności, że to osiągniemy. I bardzo dobrze.
Tak więc nie, nie tęsknię. Czasami uśmiecham się do jakichś moich wspomnień. Również przy okazji rocznic, takich jak moja czterdziestka, kiedy spotykam się z ludźmi, którzy towarzyszyli mi wtedy w życiu. To fajny czas do śmiechowego wspominania, ale nie jakiejś szczególnej refleksji.
To wtedy na pani twarzy pojawia się ten ironiczny uśmiech, z którym się pani podobno urodziła?
- Chyba tak. Moja babcia i mama twierdziły, że pojawił się na mojej twarzy w chwilę po urodzeniu.
On jest ironiczny, nie cyniczny?
- Bywa cyniczny, gdy wajcha przesuwa się w tę ciemniejszą stronę mocy. Cynizm pomaga mi przetrwać cięższe sytuacje. A ironia zawsze w dużych ilościach. I dystans.
O dystans chyba trudno, kiedy jest się tak szalenie popularnym, jak stała się pani w czasach "Kasi i Tomka".
- Razem z pojawieniem się konsekwencji mojej pracy w postaci popularności musiałam sobie odpowiedzieć na pytanie: Jak ma teraz wyglądać moje życie? Szczególnie w sytuacji zmieniających się okoliczności, na przykład wejścia na rynek tabloidów. Dobrze się stało, że w tamtym czasie spotkałam osoby, które bardzo mądrze pomogły mi wejść w ten nowy zawodowy obszar. Mówię o Yurku Bogayeviczu i moim partnerze Pawle Wilczaku. Dzięki ich dojrzałości i świadomości niebezpieczeństw, jakie mogą się wiązać z "flirtem" z mediami, bardzo szybko nauczyłam się stawiać granicę. Jestem im za to bardzo wdzięczna.
Nauczyli mnie posługiwać się własnym wizerunkiem w sposób świadomy. W szkole aktorskiej nikt takiej wiedzy nie przekazuje. To wielki błąd, bo trzeba się tego uczyć na własnych błędach, których uniknąć się nie da. Ja też przed kilkoma się nie uchroniłam, ale wsparcie mądrych ludzi szybko pomogło mi zrozumieć, że jest to niezwykle istotne. Wyznaczenie granic w sposób jasny, zrozumiały dla siebie i innych pozwala funkcjonować niezależnie od tego, jak bardzo popularna jest twoja praca. Bez szwanku dla siebie i bliskich.
Co takiego się stało, że uznali państwo, iż trzeba te granice wyznaczyć?
- Media próbowały wejść w nasze życie bardzo brutalnie. Czas popularności "Kasi i Tomka" zbiegł się z pojawieniem się pierwszego prawdziwego tabloidu, jakim był "Fakt". Prowadził on wtedy bardzo agresywną politykę, walczył o czytelnika, usiłując na różne sposoby kraść nasz wizerunek. Przywłaszczać go sobie, opatrując różnymi tytułami, kłamliwymi najczęściej albo skandalizującymi informacjami. W tamtym czasie podjęliśmy decyzje, które pozwoliły nam konsekwentnie budować świadomość mediów co do wyznaczonych granic. Dotyczących już nie tylko mnie, ale również mojego partnera i naszych dzieci.
Gdzie ta granica przebiega?
- To granica miru domowego i naszej prywatności. Jeśli jest przekraczana, jeśli mój wizerunek wykorzystywany jest w sposób dla niego krzywdzący, postponujący moje dobre imię, to po prostu idziemy do sądu. I poszliśmy do tego sądu 12 razy. Dziś, z perspektywy ponad dekady, wydaje się, że ta konsekwencja i skuteczność jest niezwykle kształcąca. Nawet dla tych, którzy przeliczają nasze wizerunki na prostą liczbę zer, bo od pewnego czasu granice, które zostały przez nas jasno określone, nie są przekraczane. Poczytuję to jako bardzo duże osiągnięcie moje i mojej rodziny względem naszej ochrony.
Uznali państwo, że inaczej się nie da?
- Spotykaliśmy się z różnymi filozofiami na ten temat. Do dziś zdarza mi się słyszeć, że z mediami warto współpracować. Tak, z mediami można. Ale jeśli chodzi o tabloidy, to reguły muszą być bardzo proste.
Żadnych ustawek?
- Żadnych, ale to jest ta moja granica. Moja decyzja wynikająca z przekonania, że to nie plotkarskie media zapewniają mi pracę, tylko ja zapewniam pracę mediom plotkarskim. I ta świadomość pozwala mi prowadzić życie zawodowe w sposób wykluczający jakąkolwiek próbę tak zwanej współpracy. Oczywiście nie mówimy o współpracy dotyczącej zawodowych spraw. Na konferencji poświęconej mojemu najnowszemu projektowi potrafię przez kilka godzin odpowiadać na pytania dziennikarzy. Robię to, bo to jest moje życie zawodowe, i bardzo szanuję ludzi, którzy chcą ze mną o nim rozmawiać. Ale jeśli ktoś próbuje mi zrobić zdjęcia, gdy wiozę dzieci do szpitala, to po prostu dzwonię na policję i proszę, żeby spisać ludzi, którzy za mną jeżdżą. Jeśli ktoś decyduje się opublikować materiał przekraczający granicę mojego życia prywatnego, to idę z nim do sądu. I wygrywam.
Co byłoby dla pani absolutnym pogwałceniem zasad ze strony
?
- Jasno wytyczone granice są zapisane w prawie prasowym. Jeśli nie znajduję się w sytuacji publicznej, czyli nie jestem na przykład na premierze czy na planie, to mam prawo do prywatności jak każdy inny obywatel. I nikt nie ma prawa mnie jej pozbawiać. A już tym bardziej nie ma prawa robić tego moim dzieciom, których wizerunki nigdy nie zostały przeze mnie dobrowolnie upublicznione.
To kradzież i masz prawo reagować. Tak samo jak masz prawo reagować, gdy ktoś wchodzi do twojego domu i chce zabrać telewizor. Granica mojego domu, granica prywatności moich dzieci jest nieprzesuwalna. I to się nie zmienia. Chociaż, kto wie... Może przyjdzie czas, że dzieci namówią mnie, żebyśmy zrobili reality show, ale nie sądzę (śmiech).
Albo wspólną sesję?
- Albo wspólną sesję... Choć nie sądzę.
Ma pani poczucie, że dzięki tym zasadom więcej pani zyskuje, niż traci?
- Mam poczucie, że postępuję uczciwie. A czy przy okazji tracę? W moim przekonaniu nie. Jeśli jednak dla kogoś priorytetem jest liczba okładek, to może tracę. Jakiegoś wewnątrzśrodowiskowego konkursu na liczbę publikacji, gdyby taki się odbywał, też bym nie wygrała. Pewnie są lepsi. Ale to nie jest mój wyścig, więc nie mam takiego poczucia. Zyskuję natomiast poczucie kontroli, a dla mnie jest ono bezcenne.
Ale pewnie nadal słyszy pani, że lepiej współpracować.
- Nieustannie. I zawsze wtedy mówię: A ja zaryzykuję!
To już nie jest ryzyko, ale sprawdzona strategia.
- O tym będziemy mogły porozmawiać na benefisie 80-lecia mojej pracy zawodowej. Dopiero wtedy będzie to można ocenić z jakiejś perspektywy. Chociaż jestem pewna, że to właściwy wybór. My, aktorzy, nie poruszamy się zawodowo po prostej drodze, tylko po pewnej linii spiralnej, która - mam nadzieję - jest linią podnoszącą mnie gdzieś w rozwoju. Nie skupiam się natomiast na tym, by było to więcej linijek do wypowiedzenia. Zależy mi, żeby każde kolejne doświadczenie zawodowe, na które się decyduję - a nie umiem łapać siedmiu srok za ogon - było splecioną z życiem przygodą. I pewnego rodzaju podróżą.
Po zagraniu osoby młodszej metrykalnie w serialu "Nie rób scen" i roku intensywnej pracy w teatrze jestem w bardzo dobrej formie. Pod każdym względem. I jeśli się zdecyduję robić coś nowego, to ze świadomością, że jestem w dobrym momencie, z dużym potencjałem energetycznym.
Coś pani pomaga utrzymać kurs? Nie stracić pionu?
- Z jednej strony mam ambicje i marzenia, a z drugiej świadomość upływającego czasu i potrzebę obecności domowej. Staram się bardzo świadomie mierzyć siły na zamiary. Tak żebym nie straciła z oczu obszaru osobistego i prywatnego. Głównie dlatego, że przeczytałam bardzo dużo biografii aktorek i w wielu tych historiach powtarza się jeden stały element - najbardziej żałują, że ich ambicja była większa niż ich serce.
Tak naprawdę jeszcze przed momentem, kiedy zdecydowałam się mieć dzieci, te historie zlały się we mnie w przeświadczenie, które bardzo jasno określiło gradację ważności - zdecydowanie chciałabym, by w moim przypadku najpierw była rodzina. Choć kocham moją pracę i moje dzieci o tym wiedzą. Obecność w moim życiu partnera i dzieci jest dla mnie absolutnie najważniejsza. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Wysłuchałam zbyt wielu historii kobiet, które żałowały, że umknęło im dzieciństwo ich dzieci.
W serialu "Nie rób scen" gra pani mamę, która nie może się wyspać. Pewnie nieraz się to pani zdarzało.
- Tak, i otwarcie o tym opowiadałam. Również dlatego, że nie czuję, abym naruszała tym czyjekolwiek granice. Na pewno nie swoje. Mówię o sytuacji, która dotyczy bardzo wielu kobiet. Wiele z tych uprawiających artystyczne zawody pań boi się do tego przyznać, uważając, że to zaszkodzi ich wizerunkowi. Według mnie podzielenie się własnymi doświadczeniami, które są nie tylko idealne, sprawia, że moi potencjalni widzowie dostrzegają we mnie człowieka, a nie nośnik idealnych cech. Dzięki temu mogą w sposób bardziej wiarygodny utożsamić się z postacią, którą gram.
A pani może znaleźć się bliżej widzów.
- To też, ale przede wszystkim dlaczego miałabym oszukiwać? Skoro mogę powiedzieć prawdę i sprawić, że jakaś kobieta, znajdująca się na etapie, na jakim byłam pięć lat temu, poczuje się mniej winna. Albo poczuje ulgę i pomyśli: Skoro ona przeżyła, to i ja przeżyję . Uzna, że to nic nagannego, że czuje się zmęczona i marzy tylko o tym, by upchnąć gdzieś dziecko i po prostu się wyspać.
Od zawsze była pani samodzielna.
- Samodzielność jest w porządku. Nie polega ona jednak na byciu samolubnym. Moja samodzielność to świadomość tego, w jakim miejscu się jest i do jakiego celu się dąży. To umiejętne kierowanie swym potencjałem, żeby odnaleźć się w większej całości. Na planie jestem maksymalnie skoncentrowana na tym, by wszystkim, którzy ze mną pracują, było komfortowo i fajnie. Te energie sumują się potem w jedną całość. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by sprawić, żeby moi partnerzy czy moja ekipa odczuli z mojego powodu jakikolwiek dyskomfort.
Miałam możliwość obserwowania, jak na planie "Pianisty" pracuje Roman Polański. Zawiadywał ponadpięciotysięczną grupą statystów i ogromną ekipą. Jednocześnie posługiwał się kilkoma językami. I ten człowiek każdemu najmniejszemu elementowi tej filmowej rzeczywistości poświęcał taką samą uwagę. Każdego traktował z równą estymą. Mnie również, choć wypowiadałam tam tylko jedno zdanie. Pierwszego dnia na planie, gdy byłam bardzo zestresowana, Roman Polański przyszedł do mojej małej przyczepy i powiedział, że jest zaszczycony, że zechciałam przyjąć tę rolę. A mówimy o jednym zdaniu.
Bywa pani egoistką?
- Hm... samodzielność i egoizm to dwie różne rzeczy. Końcówka "izm" nacechowuje to słowo pejoratywnie.
Chodzi mi o świadomość własnych potrzeb.
- To może nazwijmy to autosympatią?
No tak, musi być z "auto". Ale bez ironii?
- Może z odrobiną. Autosympatia jest niezwykle ważna! Kobiety często o tym zapominają.
Pani ją do siebie żywi?
- O tak. I z biegiem czasu jestem coraz bardziej świadoma tego uczucia.
Joanna Brodzik (ur. 1973). Aktorka, absolwentka warszawskiej PWST. Popularność przyniosła jej rola Kasi w serialu "Kasia i Tomek". Grała w nim z Pawłem Wilczakiem, który jest jej życiowym partnerem. Mają bliźniaki Jana i Franciszka. Za kreację Sygity w filmie "Jasne błękitne okna" dostała Złotą Podkowę oraz nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu w Madrycie. Ostatnio mogliśmy ją oglądać w serialu TVN "Nie rób scen".
Angelika Swoboda . Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.