Rozmowa

Kim pan jest dzisiaj?

- Sportowo? Kierowcą rajdowym. Skończyłem etap związany ze skokami - oczywiście one zawsze będą mi towarzyszyć, ale robię co innego i temu się teraz poświęcam.

A prywatnie?

- Prywatnie jestem spełnionym człowiekiem. Choć przyznam, że jak każdy mam gorsze chwile, a nawet dni. Robię wtedy różne analizy, ale staram się raczej podchodzić do wszystkiego pozytywnie i czuć się szczęśliwym. Myślę sobie, że Bóg tak to wymyślił, że życie jest raz dobre, a raz złe. Jeśli czuję jakiś lęk, to próbuję nad nim pracować, wyeliminować go. Tego nauczyłem się od różnych psychologów. Najwięcej dały mi chyba spotkania z Janem Blecharzem [psycholog sportu - przyp. red.]. Zrozumiałem, że nie mam zastanawiać się nad tym, co jest złe, myśleć o tym, czego nie robić, żeby się udało, tylko odwrotnie - co zrobić, żeby odnieść sukces, by żyło się dobrze. To moja dewiza. Jeszcze jako skoczek początkowo koncentrowałem się na tym, czego nie zrobić, żeby nie popełnić błędu i na przykład źle się nie odbić. Odbijam się na progu i powtarzam sobie: Nie mogę spóźnić, nie mogę spóźnić. I spóźniam, bo myślę tylko o tym. Nauczyłem się więc prostego myślenia, że muszę się odbić wtedy albo wtedy. Że muszę to zrobić dokładnie tak.

Na co dzień nie zastanawiam się na przykład nad tym, że moim bliskim mogłoby się przytrafić coś złego. Wierzę, że myśląc o takich rzeczach, przyciąga się je. Poza tym, wie pani, ja zawsze robię to, co lubię, co sprawia mi frajdę i przyjemność. Rzadko się zdarza, żebym musiał zrobić coś, co wykracza poza moje chęci. Nie biorę na siebie zobowiązań, które sprawiałyby mi przykrość. Podchodzę do życia na wesoło i optymistycznie.

Izabela i Adam Małysz (fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta)

Nawet jak się panu przydarza poważny wypadek w czasie skoków, albo jak na rajdzie pali się panu samochód?

- Jeśli ktoś jest w sporcie zawodowym, i to długo, to mniej więcej wie, z czym to się je. Jak poddaje się po pierwszej porażce, to wiadomo, że długo sobie nie poradzi. Doświadczyłem najróżniejszych porażek, ale zawsze trzymałem się maksymy, że nie sztuką jest wygrać. Sztuką jest przegrać. Jeśli nauczysz się, że zwycięstwa nie są czymś normalnym, że nie zawsze się wygrywa, to inaczej przeżywasz porażki. Ja się nimi nie załamuję, tylko dokładam sobie jeszcze więcej motywacji i jeszcze więcej pracy, żeby znowu odnieść sukces.

Traktuje pan porażki jako przystanki na drodze do sukcesu.

- Oczywiście. Chyba nie spotkałem kogoś, kto by odnosił same sukcesy. Zdarza się też, że robi się wszystko, żeby ten sukces odnieść, a osoby, które nam w tym po drodze towarzyszą, po prostu zawodzą. Więc - tak jak powiedziałem - dla mnie sztuką jest przegrać, a nie wygrać.

Którą z porażek przeżył pan najmocniej?

- No właśnie, najważniejsze jest to, że ja się nigdy nie koncentruję na porażkach. Gdybym po porażce zaczął ją za bardzo analizować, za bardzo wnikać w to, czemu się tak stało, to w pewnym momencie miałbym spory problem, żeby z niej wyjść. By się zmotywować do kolejnego zadania, poprawić wynik. Jeśli już przytrafia mi się jakaś porażka, to staram się o niej jak najszybciej zapomnieć. Dzięki temu porażki nie sprawiają mi wielkiego bólu, nie zapadają w pamięć. Oczywiście, gdybym zaczął się teraz mocno zastanawiać, pewnie bym znalazł co najmniej parę sytuacji, które dały mi swego czasu w kość. Ale po co? Nie robię tego właśnie po to, żeby uniknąć okoliczności sprawiających mi przykrość.

Spotykam w życiu różnych ludzi i jestem przekonany, że jeśli ktoś intensywnie myśli o czymś złym, to w końcu mu się to przytrafi. A jak się człowiek nastawi pozytywnie i robi wszystko, żeby osiągnąć swój cel, to są naprawdę spore szanse, że się uda. Dlatego lepiej jest myśleć optymistycznie, niż zastanawiać się, co by było, gdyby stało się coś złego...

Lepiej, ale dużo trudniej.

- Trudniej, to fakt. Ale jak każdy z nas głębiej się nad tym zastanowi, to dojdzie do wniosku, że pozytywne myślenie działa. Skąd dziś tyle depresji czy samobójstw? Ano dlatego, że życie nie jest łatwe. Można być przygnębionym, ale często sami stwarzamy sobie takie sytuacje. A później nie jesteśmy już w stanie z nich wyjść. Jeśli ktoś robi wszystko, by dojść do wyznaczonego celu, to łatwiej jest mu żyć. Jak będzie stary, siądzie w fotelu, zacznie analizować, co osiągnął, i okaże się, że miał tylko negatywne myśli, to dojdzie do wniosku, że to jego życie nie było piękne. A przecież świat jest piękny.

Malysz Adam - Verva Street Racing 2014 (fot. KAPiF)

Pan miewa takie momenty podsumowań?

- Raczej koncentruję się na tym, co robię teraz. Choć wielokrotnie różni ludzie czy dziennikarze pytają mnie o rzeczy związane ze skokami, więc właściwie cały czas analizuję. To etap mojego życia, który został zamknięty, to przeszłość i mogę ją jedynie analizować. Czy było OK? Co było źle? Wiadomo, że dzisiaj pewne rzeczy bym zmienił, ale nigdy tego, że zostałem skoczkiem. Nigdy bym też nie zmienił nastawienia do tego, co robiłem. Przede wszystkim jestem zadowolony, że spełniałem swoje marzenia. To była nie tylko moja praca, ale i pasja. Zresztą tak samo jest dziś w rajdach. Sprawiają mi wielką frajdę i robię wszystko, by się w tym sporcie realizować. Tak jak mówiłem - nie wyobrażam sobie, że mógłbym robić coś, do czego by mnie zmuszano, albo co robiłbym wyłącznie dla pieniędzy, czy żeby się czymś zająć. Gdybym na przykład ze względów finansowych nie mógł startować w rajdach, to pewnie długo bym się musiał zastanawiać, co robić. Co sprawiałoby mi taką przyjemność. Bo pasja jest dla mnie w życiu najważniejsza.

Co sprawia panu przyjemność?

- Oj, jest wiele takich rzeczy. Na pewno to, że mogę teraz więcej czasu spędzać z rodziną, że stać nas na to, by wyjechać na urlop. Choć tak naprawdę najważniejsze jest dla mnie, żeby być szczęśliwym i zdrowym. Cała reszta jest wtedy nieważna.

Zawsze pan to wiedział?

- Uczyłem się z wiekiem, na własnym doświadczeniu. Na początku kariery miałem bardzo ciężkie lata - wzloty i upadki. Gdy wybuchła ta cała małyszomania, nie mogłem się pokazywać publicznie. Od razu pojawiały się prośby o zdjęcia i autografy. Dla mojej rodziny to było męczące. Nie nazwałbym tego przeciwnościami, ale po prostu konsekwencjami sukcesu - dowiedziałem się bardzo dużo o sobie, a także o moich bliskich. Samemu trudno byłoby mi przejść przez te wszystkie lata sukcesów i porażek, przez te czasy zainteresowania mediów i kibiców. Ciężko mi to było udźwignąć... Udało się ze wsparciem rodziny, kolegów. Zresztą ze znajomych przetrwali tylko ci najmocniejsi, ci prawdziwi przyjaciele.

Adam Małysz: Gdy wybuchła ta cała małyszomania, nie mogłem się pokazywać publicznie (fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta)

Małyszomania, wbrew pozorom, dała panu w kość?

- Nie mogłem normalnie pójść na zakupy czy na spacer z rodziną. To było męczące, ale nie dlatego, że nie chciałem, aby ludzie do mnie podchodzili. Najgorsza była skala tego wszystkiego. Nie mogłem się swobodnie poruszać, nie mogłem wyjść na piwo z bliskimi czy z kolegami. Od razu w gazetach pojawiały się nagłówki: O, patrzcie! Małysz pije piwo, a mówili, że jest taki święty . Bardzo często słyszałem też: Pan jest przecież osobą publiczną . Nigdy nie mogłem się z tym pogodzić. Zawsze podchodziłem do tego tak: Ja nic nie muszę, ja mogę . To, co osiągnąłem, zdobyłem tylko ciężką pracą. Nikt mi niczego nie dał. Do wszystkiego dochodziłem sam. Ale to, że wielu kibiców utożsamiało się z moim sukcesem, sprawiało mi niesamowitą radość. Czułem, że jest to w pewnym sensie sukces milionów Polaków. Pokazywali mi to na każdym kroku. Myślę, że podczas całej mojej kariery skoczka narciarskiego mógłbym policzyć na palcach osoby, które nie były mi życzliwe. To wsparcie było tak ogromne, że często dodawało mi w ogóle sił, by dalej pracować. Chciałem udowodnić tym, którzy we mnie wierzą, że wygram.

Zobacz wideo Adam Małysz zdradza, czy fani koczują pod jego domem

Czyli pan wie, że Polacy pana kochają?

- Hm, mam taką świadomość... Przecież nikt nie chce słuchać, czy czytać o sobie złych rzeczy. Oczywiście, czasem pojawiają się o mnie negatywne komentarze, wtedy jednak inni od razu biorą mnie w obronę i dodają swoje komentarze, które polemizują z tymi agresywnymi.

A wiedział pan, że wówczas kochała się w panu też połowa Niemek?

- Nic o tym nie wiem...

Podobno wtedy dałyby się za pana pokroić...

- O kurczę, naprawdę nie wiedziałem. Ale to miłe... Tak sobie myślę, że przecież każdy mężczyzna chciałby, aby kobiety się w nim podkochiwały, szalały za nim. Zresztą tak samo mają kobiety - chcą być atrakcyjne dla facetów, prawda?

No jasne.

- I to jest właśnie fajne. Dowartościowuje i pokazuje to, w co sam wierzę. Że ludzie są piękni.

Adam Małysz - Mens Day 2011 (fot. KAPiF)

Startując w rajdach, czuje pan, że to sport dla pana?

- Jeszcze zanim zakończyłem karierę skoczka, dostałem propozycję, żebym pojechał z zespołem na Dakar. Dla mnie to był wtedy kosmos. Powiedziałem, że śledzę ten sport w telewizji, ale nie czuję się na siłach. Byli jednak dość nieugięci, więc powiedziałem: Odezwijcie się, jak zakończę karierę . I rzeczywiście, zadzwonili dzień po tym, jak ogłosiłem, że kończę ze skokami. Zapytali, czybym się z nimi nie spotkał. Zgodziłem się i tak to się zaczęło.

Na początku nie było to dla mnie proste. Musiałem się uczyć wielu elementów. To, że przez 17 lat miałem prawo jazdy, nie czyniło mnie przecież kierowcą rajdowym. Wiele osób z branży, mediów mówiło wtedy, że traktuję rajdy jedynie jako przygodę. Cóż, ten pierwszy rok rzeczywiście był dla mnie rozpoznawczy, sprawdzałem, czy dam sobie radę. Przed Dakarem słyszałem: Jak już tam pojedziesz, to się zarazisz. Rajdy są jak choroba zakaźna . I to jest fakt. W pierwszym Dakarze solidnie dostałem po tyłku, ale... rajdy mają w sobie coś takiego, co trudno opisać. To jest nie tylko adrenalina. Chcesz tam być, jeździć. A jak już się zdecydowałem, robię to - jak to ja - na sto procent.

Podchodzi pan do rajdów z takim samym zaangażowaniem jak wcześniej do skoków?

- Dokładnie. To jest sport i zarazem moja praca. Niektórzy mówią, że to moja ucieczka od tego, by siąść na tyłku. Pewnie coś w tym jest. Wielu sportowców po zakończeniu kariery nie wiedziało, co ze sobą zrobić. Mieli problemy emocjonalne i zdrowotne. Dlatego ja, by tego uniknąć, dość szybko zająłem się innym sportem. Przez 27 lat byłem sportowcem. Nie wyobrażałem więc sobie, że mógłbym zupełnie odejść od sportu.

Adam Małysz: Chcę być z roku na rok coraz lepszy (fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta)

Jaki cel chciałby pan osiągnąć w rajdach?

- Zdaję sobie sprawę, że zaczynałem jako kompletny laik. Chcę być z roku na rok coraz lepszy.

Oczywiście także jako sportowiec, wielki fan motosportu i człowiek, który od dziecka lubi czuć adrenalinę. A tutaj przede wszystkim liczy się doświadczenie, i ja go nabieram. Uczę się na swoich błędach i sukcesach. Nie będę przy tym ukrywał, że mierzę wysoko i moim celem jest stanąć na podium. Marzę, by wygrać rajd Dakar. To są odległe cele, ale małymi krokami chcę je osiągnąć.

Ile czasu pan sobie daje?

- Chciałbym jak najszybciej, wiadomo. Sport motorowy jest jednak pod pewnym względem bardzo niewdzięczny - musisz być albo multimilionerem, albo szejkiem z Dubaju, albo musisz

mieć naprawdę duże wsparcie sponsorów. Nie jestem na tyle zamożny, żeby startować za swoje pieniądze, muszę więc dbać o sponsorów, robić wszystko, żeby ich utrzymać. Od nich zależy, jak ta moja kariera w rajdach będzie się rozwijała. Marka Adam Małysz jest w miarę rozpoznawalna. Zawsze kojarzyła się raczej pozytywnie. Nigdy nie byłem zamieszany w żadne afery i dlatego mam stałych sponsorów.

Adam Małysz (fot. KAPiF)

Marka Adam Małysz nieodparcie kojarzy się też z wąsami. One stały się wręcz kultowe. Zdaje pan sobie sprawę, że raczej nie może ich zgolić?

- No, tak jest. Zresztą sam nie wyobrażam sobie siebie bez wąsów, one stały się takim moim znakiem rozpoznawczym. Głupio bym się czuł, jakbym je zgolił, więc na razie na pewno nie zamierzam. Może jak będę chciał się odmłodzić, to wtedy zgolę.

Nie może pan też sobie pozwolić na żadną wpadkę...

- Przy pomocy milionów kibiców jakoś mi się to udaje. Staram się żyć tak, by nie przeszkadzać marce Adam Małysz rozwijać się i kojarzyć pozytywnie.

Myśli pan, że wolno byłoby się panu publicznie upić albo zrobić coś głupiego?

- Tak, chociaż... Nigdy tego przecież nie doświadczyłem, bo unikałem takich sytuacji. Jestem normalnym człowiekiem i myślę, że ludzie o tym wiedzą. Powiem nawet, że jestem tylko człowiekiem, i jak każdy mam swoje plusy i minusy. Na przykład lubię sobie wypić piwo, ale wiem też, że muszę być fair wobec sponsorów. Jeśli jest to jedno piwo, to nikomu nie zaszkodzi. Wręcz pomoże! Przecież piwo rozluźnia mięśnie.

Adam Małysz w czasie Mistrzostw Polski w skokach narciarskich Zakopane 2006 (fot. KAPiF)

Jest też kaloryczne, a pan jako skoczek miał limit 1500 kalorii. Męczyło pana przestrzeganie diety?

- Bardzo! To był jeden z niewielu elementów, który wymagał ode mnie naprawdę silnej woli. I bardzo dużych wyrzeczeń. Przychodziło mi to niezwykle trudno. Zwłaszcza że sam musiałem sobie z tym radzić. Dzisiaj mamy lepiej rozwiniętą medycynę i ekspertów z wielu dziedzin, więc jest łatwiej. Jak w 1997 roku zaczynałem dietę, to sam musiałem kombinować, co jeść, żeby nie przekroczyć limitu 1500 kalorii. Dopiero od 2006 roku korzystałem z pomocy dietetyków, którzy ustawiali mi jadłospis. Ale to też nie było tak, że mówili mi: Proszę dzisiaj zjeść to i to . Raczej dawali mi jedynie podpowiedzi, żeby mnie nauczyć, co jeść. Tak żeby mi smakowało, a jednocześnie spełniało normy. Jak zaczynałem współpracę z dietetykiem, byłem zszokowany, że 1500 kalorii to tak dużo jedzenia. Mogłem zjeść tyle, że głowa boli. Wcześniej to były takie malutkie porcje... To, co wyczytałem i czego sam się nauczyłem, było mi bardzo potrzebne, ale dopiero z pomocą dietetyka mogłem zjeść smacznie. I nie była to tylko pierś kurczaka z kaszką bez sosu.

A jak miał pan ochotę na coś, czego pan nie mógł zjeść, to co?

- Jadłem to! Raz w tygodniu, w niedzielę, pozwalałem sobie na moją ulubioną kaczkę czy kotlet. Ale jak zjadłem kaczkę też w poniedziałek, to dietetyk tłumaczył: Panie Adamie, raz w tygodniu może pan sobie na tę kaczkę pozwolić. Ale dwa razy to już jest za dużo . Trzymałem się więc zasady, że raz w tygodniu jem coś, co ma więcej tłuszczu. Dla tej niedzieli warto było się katować dietą przez sześć dni.

Słyszałam, że od czasu zakończenia kariery skoczka trochę pan przytył?

- Zacząłem jeść trochę inaczej, to znaczy normalnie. Nie musiałem już przestrzegać diety, która miała utrzymać wagę 52-54 kilo. Zresztą ja wręcz chciałem przytyć. Gdy wcześniej wychodziłem z żoną na plażę, widziałem, że ona często musi się wstydzić tych moich wystających kości. Ja sam się ich wstydziłem, ale tłumaczyłem sobie, że skoro wybrałem taki sport, to muszę się godzić na wyrzeczenia. Przytyłem 15-17 kilo i teraz waga stanęła.

Adam Małysz - RMF Morocco Challenge 2011 (fot. KAPiF)

A myśli pan sobie czasem: Jak dobrze, że już nie skaczę, bo mogę się wreszcie najeść?

- Oczywiście. Wiem, że mogę wreszcie jeść to, co lubię. Ale zboczenie zawodowe mi zostało. Idę do sklepu po biały ser i zawsze automatycznie sprawdzam, ile ma tłuszczu. I biorę ten, który ma 3 procent, a nie 15. Oczywiście, nie da się tego powiedzieć o mojej ulubionej kaczce, bo żeby była smaczna, musi być tłusta. Na szczęście lubię warzywa i staram się jeść bardzo dużo sałatek.

Teraz w rajdach, w momencie startu, też muszę się pilnować. Zwykle jem sporadycznie - w ciągu odcinka specjalnego najczęściej tylko energetycznego batonika, do tego jeszcze jakiś napój. A po całym dniu jazdy jest kolacja. Nie da się więc tego zrobić modelowo, czyli jeść pięć małych posiłków w ciągu dnia. Niestety. Znowu uprawiam sport, który powoduje, że to moje jedzenie jest specyficzne.

Sport ciągle organizuje panu życie.

- Wstaję o szóstej i jadę samochodem na przegląd. To mi zajmuje dwie godziny. Potem jadę dalej. Trening wytrzymałościowy to spory wysiłek w wysokiej temperaturze.

Nie ma pan poczucia, że jest pan jednym z najlepszych sportowców na świecie?

- Jak każdy uczę się przez całe życie i zawsze coś jest w stanie mnie zaskoczyć. Wiem, że nie jestem perfekcyjny. A jeśli pyta pani o to, czy mi odbiło... Mam nadzieję, że nie, i że ludzie też tak o mnie myślą. Gdyby mi odbiło, to sądzę, że nie byłbym dziś w tym miejscu, w którym jestem.

Naprawdę sukces ani trochę pana nie zmienił?

- Nigdy nie podchodziłem do niego z poczuciem, że to jest tak wielki sukces. Może dlatego, że nigdy go sobie nie uświadamiałem, tylko szedłem do przodu. Zawsze robiłem krok dalej. Jak mi się coś udawało, szybko zamykałem ten rozdział, wyznaczałem sobie nowe cele i motywowałem się do kolejnego sukcesu. Chyba głównie dlatego mogłem rywalizować z innymi skoczkami przez tyle lat.

Adam Małysz. Najbardziej utytułowany skoczek narciarski w historii indywidualnych konkursów mistrzostw świata. Pierwszy skok oddał jako sześciolatek - jego pradziadek miał własną skocznię, wuj był skoczkiem, a potem trenerem klubowym. W 1995 roku zdobył zawód blacharza dekarza, a 15 lat później zdał maturę i zdobył średnie wykształcenie. Razem z żoną ma Fundację Izabeli i Adama Małyszów w Wiśle. Tam też otworzył galerię trofeów, gdzie umieścił swoje najważniejsze medale i puchary. W 2012 roku zdobył tytuły międzynarodowego mistrza rajdowego Polski i Czech, a rok później odniósł pierwsze zwycięstwo w karierze kierowcy rajdowego. Trzy razy startował w Rajdzie Dakar.

Angelika Swoboda. Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.