Czemu unikasz mediów?
- Po pierwsze: chcę żyć normalnie. Po drugie: nie wydaje mi się, żebym do tej pory zrobiła coś, co zasługuje na czyjąś uwagę. Bycie córką Magdy Gessler nie jest wystarczającym powodem. Nie miałam na to żadnego wpływu. To nie powód do dumy, ale stan faktyczny. Ja zawsze bardzo chciałam, i do tego dążę, żeby przy ocenianiu mojej osoby najważniejsza była merytoryka. Jak napiszę ze dwie książki i wystąpię na TEDx, to może wtedy powiem: - No dobra. To było dla mnie nobilitujące.
Popatrz na Radzimira Dębskiego. Z jego nazwiskiem pewnie wszystkie drzwi w Warszawie stoją przed nim otworem. Beyoncé nie miała jednak pojęcia, kim on jest, i przyznała mu nagrodę [został zwycięzcą w konkursie na najlepszy remiks utworu Beyoncé - przyp. red.]. Za umiejętności. Właśnie takie nagrody są dla mnie ważne. Ranga nie ma znaczenia.
Z nazwiskiem Gessler mogłabyś robić coś innego niż prowadzenie restauracji?
- Po socjologii myślałam sobie, że fajnie byłoby zostać na uczelni, bo bardzo lubię uczyć. Ale nie zostałam, bo socjologów mamy dość. Poza tym teraz też jestem trochę nauczycielem. W sumie nie potrafię do końca określić, co robię. Prowadzę knajpę, uczę ludzi, piszę innym menu, organizuję cateringi, doradzam, robię torty. Na dobrą sprawę mogłabym być też sportowcem. Całe życie coś trenuję. Latem robię dziennie 14 kilometrów pieszo, lub gdy mi się spieszy - rowerem. Tak przemieszczam się z pracy do pracy. Długo się wzbraniałam przed gotowaniem. Ale to samo zaczęło przeze mnie przemawiać. Nagle okazuje się, że rozumiesz coś lepiej niż inni i masz potrzebę dzielenia się tym. Jak byłam nastolatką i wyjeżdżaliśmy z ekipą na wakacje, to zawsze byłam tą, która zajmowała się jedzeniem. Innych to tak nie obchodziło, a ja tym żyłam. Przejmowałam więc pałeczkę, bo miałam wizję.
Liderka.
- Skąd, jaka liderka! W kategorii, w której nikt nie startował? To po prostu było dla mnie ważne, a z im większym zadowoleniem spotykały się moje dania, tym bardziej mnie to napędzało i dodawało wiary w siebie.
Jak gotujesz, czujesz adrenalinę?
- Tak, bo za każdym razem wystawiam się na próbę, odsłaniam się. A przecież w wielu przypadkach wymagania względem mnie są większe. Zawsze się zastanawiam, czy to, co zrobiłam, jest wystarczająco dobre. Po to właśnie wyjechałam do Londynu, żeby ocenił mnie ktoś, kto nie zna mojego kontekstu. Chciałam sprawdzić, czy moje umiejętności się same obronią. Z listem rekomendacyjnym oraz CV chodziłam po hotelach, które mnie interesowały. Od drzwi do drzwi. Londyńczycy byli bardzo zdziwieni, bo chyba od 20 lat nikt tam już tak nie robi.
Drugiego dnia szef kuchni jednego z hoteli powiedział: - Dobra, przyjdź jutro na próbę. To była restauracja z gwiazdką Michelin. I zostałam. Ja po prostu chciałam sprawdzić, czy ktoś mnie przyjmie ze względu na umiejętności i czy są one wystarczające. Bez nazwiska. W Polsce nie byłabym w stanie tego zrobić, bo jestem córką Magdy Gessler, więc nie mam prawa do błędu, powinnam wszystko wiedzieć. Z drugiej strony, wszyscy chcieliby mi dokopać.
Albo udowodnić, że masz poprzewracane w głowie?
- Albo że nic nie umiem. Niektórzy wymagają, żebym wszystko wiedziała. Mając 25 lat, nie mam przecież obowiązku wiedzieć wszystkiego. Kuchnia uczy pokory, nie rozumiem braku pokory u kucharzy. Nawet mając trzy gwiazdki Michelin, nie wiesz wszystkiego. Dotyka mnie, jak ktoś z góry zakłada moją złą wolę i za szybko ocenia po nazwisku lub "po pysku". Myślę, że niektórzy nieświadomie mi zazdroszczą. Ci, którzy wiedzą, jak to jest być dzieckiem rozpoznawalnej osoby, wręcz przeciwnie.
Jak długo byłaś w Londynie?
- Rok. Wróciłam, żeby pomóc mamie. Mam świadomość, że jest jej ciężko. Otaczają ją różni ludzie, a jest bardzo ufną osobą. Chciałam ją wesprzeć. Tak rozpoczęłyśmy współpracę i wychodzi nam to coraz lepiej. Oczywiście muszę też robić swoje rzeczy.
Żeby złapać oddech?
- Trochę złapać oddech, a trochę budować swoją niezależność. Lubię podejmować nowe wyzwania, robić różne rzeczy, nie uzależniam się od jednego źródła dochodu. Nowe projekty dają osobistą satysfakcję, zaspokajają ambicję, ale dają też dodatkowe pieniądze. Chcę mieć poczucie sprawstwa.
Wróciłaś ze świadomością, że twoje umiejętności są wystarczające?
- Bez nauki w Londynie nie byłabym w stanie przyjechać do Polski i kierować ludźmi. Wrócić do miejsc, w których się wychowałam. Od 12. roku życia pracowałam w każde wakacje. Bardzo lubiłam pracę, ale ciągle miałam kompleks, że nie przynależę do zespołu, że nigdy nie będę jego członkiem, bo zawsze będę "córką". Tak naprawdę właśnie to było dla mnie o wiele większym problemem niż sława mamy. Sława mamy nie przytłaczała mnie tak, jak fakt bycia córką właścicielki. To o wiele trudniejsze niż bycie córką osoby rozpoznawalnej. Dlatego chciałam robić wszystko, by w zespole być jak najbliżej normalności.
Chciałaś w ten sposób budować swój własny autorytet?
- Wtedy tak nie myślałam. Dzisiaj, z perspektywy czasu, czuję się pewniej, bo mogę powiedzieć, że nie ma w gastronomii działki, której nie poznałam. Robiłam praktycznie wszystko. Przez półtora roku byłam na przykład barmanką w warszawskim Obiekcie Znalezionym. O siódmej rano kończyliśmy sprzątać kible, a o dziesiątej zaczynałam wykłady z historii najnowszej. Ludzie, którzy ze mną pracowali, długo nie mieli pojęcia, że jestem córką Gesslerów. Jestem mocno zdyscyplinowana. Lubię dyscyplinę, głównie wobec siebie. Wszystkich innych tobym rozpieszczała. Lubię opiekować się ludźmi.
Korzystasz z pomysłów na zarządzanie twojej mamy?
- Część z nich przenoszę, bo mama jest świetną kreatorką i wizjonerką. Generalnie stosujemy jednak inne metody. Nie działam tak szybko jak mama - ona bardzo ufa swojej intuicji i często podejmuje decyzje na tej podstawie. I zwykle jest to słuszne, tylko nie każdy za tym nadąża. Nie każdy też rozumie jej język. Ja staram się robić wszystko wolniej i spokojniej. Tak, aby ludzie pojęli mój tok myślenia. Poklatkowo.
Czego nie tolerujesz?
- Nie znoszę leserstwa. Jak się ktoś wysługuje innymi ludźmi. Nie toleruję też, jak ludzie w pracy ośmieszają innych. Nie lubię wygodnictwa i braku zaangażowania. Dla mnie bazową sprawą jest to, że wydajemy setki dań dziennie, ale jeden przeoczony talerz jest dla gościa tym jedynym. Stanowi sto procent doświadczenia tego gościa w tym miejscu. Dlatego potwornie ważne jest, by moi ludzie rozumieli, że to, co jest dla nich bieżącą pracą, dla gościa jest czymś wyjątkowym. Wiesz, ja bardzo cenię empatię. Słyszę czasem, że jestem za miękka. Nie potrafię się tego wyzbyć. Nie chcę być suką.
Ale zdarza ci się czasami kogoś zwolnić?
- Zdarza się. To są zwykle sytuacje krytyczne, na przykład alkohol, kradzieże czy bardzo nie fair zachowanie wobec kolegów.
Bywasz ostra?
- Uczę się być konsekwentna i wymagająca. Uważam, że dobry szef musi być liderem. Ludzie, z którymi pracujesz, muszą widzieć, że traktujesz ich serio. Powinni też dokładnie wiedzieć, w czym biorą udział, żeby też mogli w tym uczestniczyć. Ważny jest szacunek szefa do pracy podwładnych, by oni go czuli i byli zaangażowani. I dumni z sukcesu lokalu. Szef musi przyznać, że potrzebuje pomocy swoich ludzi. A z drugiej strony, jak trzeba, potrafi zakasać rękawy i podziałać w kuchni. Najdłużej pracuje się nad tym, by ludzie zaczęli mówić ci niewygodne rzeczy prosto w twarz. Żeby się ciebie nie bali i ci ufali.
Nie słyszysz czasem, że jesteś za młoda, by wydawać komuś polecenia?
- Nie, już nie. Choć pewnie czasem moi ludzie tak myślą. Ale póki nikt mi tego nie mówi, to nie mam się z czym konfrontować.
Nie masz czasem ochoty trochę się odciążyć? Uciec?
- Oczywiście że mam. Ostatnio moja bardzo dobra koleżanka mi w tym pomogła. Powiedziała: - Lara, jest fajny tygodniowy wyjazd, zostały dwa miejsca, w tym momencie się decydujesz i jedziesz. Uwielbiam spontaniczne akcje, więc odpowiedziałam: - OK. Choć chwilę później miałam myśl: - Czy na pewno mogę, czy powinnam?
Jak jestem w Warszawie, to nie odpoczywam. To niemożliwe. Knajpy są zawsze otwarte, a jak są otwarte, to ja zawsze jestem w pracy. Zresztą moi znajomi nie chcą się ze mną umawiać na lunch w mojej restauracji, bo nie da się ze mną spokojnie porozmawiać. Mam oczy dookoła głowy. W Warszawie miejscem, w którym się odcinam, jest klub mojego przyjaciela Tytusa. Całą niedzielę mogę tam przesiedzieć w dresie, oglądając mecze, programy o metamorfozach czy wychowaniu psów. I jest luz. Mamy tę swoją paczkę, ktoś przychodzi, ktoś wychodzi.
A wyjechałabyś na dwutygodniowy urlop?
- Dwa tygodnie? To już biję się z myślami. Jest opcja wyjazdu, na którym bym bardzo odpoczęła, i wiem, że bardzo by mi się to przydało, ale... Jestem młodszą siostrą i mam syndrom młodszej siostry, czyli lęk przed tym, że coś mnie ominie, bo jako ta młodsza, za mała, czasem nie byłam gdzieś zabierana. Ten lęk towarzyszy mi w pracy. Boję się, że jakaś decyzja zostanie podjęta beze mnie, że coś się wydarzy, a ja się o tym nie dowiem, bo na urlopie nie będą chcieli mnie denerwować. A z drugiej strony wiem, że na urlopie powinnam odpocząć. Dlatego najczęściej jadę na jedną noc do Krakowa. Albo do Wrocławia. Szybki reset i z powrotem.
Jak traktujesz gwiazdy, które często przychodzą do Fukiera?
- A jak mam je traktować? Fukier, wbrew opinii osób, które nigdy tu nie były, to ciepłe, domowe miejsce, w którym po prostu dobrze się czujesz, a twój status społeczny nie ma dla nikogo większego znaczenia. Każdego gościa traktujemy tak samo serdecznie, bo najlepsze, co można zrobić dla ludzi, którzy mają wszystko, to odnosić się do nich normalnie. Zwykle są to ludzie bardzo skromni, którzy po prostu chcą zjeść kolację we własnym towarzystwie. Wydaje mi się, że tego właśnie potrzebują. Nie jestem z tych, co napadają na nich z aparatem. Albo z prośbą o autograf.
A oni się z tobą fotografują?
- Czasami tak. Ostatnio byli u nas wokalista i perkusista zespołu Rammstein. Przez dużą część życia to była moja muzyka, od razu ich poznałam. Podeszłam i zapytałam, czy im smakuje, chwilę porozmawialiśmy. Dwa tygodnie później dostałam od nich list i książkę z dedykacją. To było bardzo miłe. Uwielbiam gościć ludzi!
Geny?
- Chyba tak. To jest też powód, dla którego nie jestem w stanie pracować tylko na kuchni. Łaknę tego kontaktu. Jak coś przygotuję, od razu muszę zobaczyć człowieka, który to je. W Fukierze parę razy w tygodniu schodzę do deserowni, robię tam swoje rzeczy i zupełnie niespodziewanie podaję je gościom do zamówionej przez nich herbaty czy kawy. Uwielbiam obserwować efekty swojej pracy.
Jadasz ciasta, które sprzedajesz?
- Próbuję. Ale na słodycze pozwalam sobie dwa razy w roku, w święta. Mówię sobie wtedy: - Mam na to dwa dni i nie myślę, tylko jem . Na co dzień nie mam potrzeby podjadania słodyczy. Jem zdrowe, jak najmniej przetworzone rzeczy i ta rutyna daje mi poczucie panowania nad sytuacją. Jednak jak jestem w nowym miejscu, to próbuję wszystkiego. Jak chcę mieć wieczór dla siebie albo mój tata ma urodziny, to idziemy do Mielżyńskiego na Burakowską. Bardzo dobrze się tam czuję, lubię atmosferę tego miejsca i lubię wino. Jak mam ochotę zjeść na mieście, wybieram miejsca prowadzone z pasją. Rodzinne, które kogoś obchodzą.
W Warszawie uwielbiam Katmandu na Wspólnej z nepalsko-hinduską kuchnią. Mają genialną ciecierzycę. Lubię też Flamberię na Hożej i L'Olivo na Żelaznej. Gruzińską Gaumarjos z "Kuchennych rewolucji". Żartuję czasem, że na moim weselu wszyscy moi pracownicy będą się bawić, a jedzenie będzie od Liany, właścicielki Gaumarjos.
O, pojawił się nowy ciekawy wątek... Kiedy to wesele?
- Wesela na razie nie planuję. A i partnera nie ma. Właśnie zresetowałam licznik. (śmiech )
Podejrzewam, że czasem pojawiają się blisko ciebie osoby, które chcą coś zyskać dzięki twojemu nazwisku.
- Na szczęście mam sprawdzone grono przyjaciół. Tych samych od lat. Są ze mną mimo wszystko. Ja szybko nie dopuszczam do siebie ludzi ze środowiska. Takich, dla których jakąś walutą jest bywanie, czy takich, którzy widzą mnie drugi raz i mówią do mnie "słońce". Wyczuwam interesowność, bo wiem, na czym polega ten biznes. Nie chcę przez to powiedzieć, że takie osoby deklasuję. Po prostu nie uważam ich od razu za przyjaciół. Dla mnie sygnał, że ktoś chce się wkręcić do świata tzw. warszawki, jest niepokojący.
Najwyraźniej imponują mu inne wartości niż mi. Jedną z najbliższych mi osób jest Tytus Hołdys. To świetny gość, tak jak ja "obciążony" nazwiskiem. I co z tego? Rano po imprezie sprzątamy razem jego klub. I tyle. Nic specjalnego.
Nieczęsto ktoś umawia się ze mną na wywiad o 9.30.
- A co, wyciągnęłam cię z łóżka?
Nie, ale zwykle moim rozmówcom pasuje bardziej "koło południa". O której wstajesz?
- Zwykle o 6.00 albo o 6.30.
Chcesz czy musisz?
- Muszę, żeby zdążyć ze wszystkim, co jest do zrobienia. Mam na myśli treningi, które zwykle są rano. Biegam i uprawiam pole dance, czyli taniec na rurce. Tak, taniec na rurce. Jest dość kontrowersyjny, na szczęście ostatnio coraz mniej. Konotacje społeczne mogą być różne, natomiast jest to po prostu forma gimnastyki, która dobrze robi na całe ciało. Mam swoje ulubione studio i muszę tam chodzić kilka razy w tygodniu, bo to taki mój bufor bezpieczeństwa. Żeby odreagować.
Jesz śniadanie, zanim wyjdziesz z domu?
- Tak. Najczęściej musli z jogurtem. Sama mieszam ziarna z płatkami owsianymi i prażę je raz w miesiącu. Dodaję orzechy, suszoną żurawinę. Albo jem połówkę awokado z jajkiem w koszulce.
Nie uległaś modzie na niejedzenie glutenu?
- Miałam moment, że nie jadłam glutenu. Zrobiłam sobie taki oczyszczający eksperyment. Ale na co dzień płatki owsiane są jedynym glutenem, na który sobie pozwalam, bo nie jadam ani pieczywa, ani makaronu.
Śniadanie, trening, a potem?
- A potem to już jest zwykle spinka. Kończę trening około ósmej i zaczynam pracę w Słodki Słony. Trzeba odebrać zamówienia, zmienić witrynę, popracować z cukiernią, przypilnować biurokracji. Potem jestem już w Fukierze, jak potrzeba, to i do północy. To miejsce rodzinne i istotne, żeby goście to czuli. Że jest tam właściciel, który podejdzie, porozmawia, komuś zaproponuje wino, kogoś poczęstuje ciastkiem. Każdego tygodnia poznaję mnóstwo przeciekawych ludzi.
Co ci imponuje?
- Praca, pasja, konsekwencja, determinacja w walce o siebie.
Taki właśnie musiałby być kandydat na wesele z gruzińskim jedzeniem?
- Musiałby się spełniać w tym, co robi, i mieć poczucie własnej wartości. Parokrotnie to ja byłam tą osobą, która ciągnęła związek do przodu, a biorąc pod uwagę, że na co dzień mam do ciągnięcia całkiem sporo, nie było to łatwe. W pracy muszę być twarda, po pracy już mi się nie chce.
Lara Gessler . Skończyła socjologię w Collegium Civitas w Warszawie. Przez rok mieszkała w Londynie, gdzie uczyła się gotowania u najlepszych szefów kuchni. Do Polski wróciła w 2013 roku, żeby pomóc mamie. Współwłaścicielka U Fukiera i Słodki Słony, układa i konsultuje menu dla innych restauracji. Jest cukiernikiem. Gdy skończy 50 lat, chce otworzyć hotel bed and breakfast, gdzie będzie robić gościom śniadania, bo woli śniadania od kolacji. Córka Magdy Gessler.
Angelika Swoboda . Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.