Rozmowa

*Przypominamy wywiad z Izabellą Cywińską.

Pani autobiografia nosi tytuł "Dziewczyna z Kamienia". To chyba nie tylko nawiązanie do miejscowości Kamień, z której pani pochodzi.

Udało nam się w tytule zmieścić taką podwójność: po pierwsze, urodziłam się w Kamieniu, po drugie, Andrzej Wajda nakręcił parę filmów o ludziach z czegoś: marmuru, żelaza, nadziei. W ten sposób, stygmatyzując człowieka, o którym opowiadał, najkrócej jak to możliwe określał jego charakter.

Pani jest z kamienia?

Niektórzy mówią, że jestem. Z tej książki także wynika, że bywałam twarda.

Pisząc książkę, nie myślała pani może, że warto by nakręcić film o pani życiu?

Teraz, jak już jest całość i jak złapałam dystans do zapisanego w niej własnego życia, to rzeczywiście pomyślałam, że to jest trochę taka moja "Boża podszewka". Bo "Boża podszewka" to w gruncie rzeczy też autobiograficzna powieść, tyle że napisana przez Teresę Lubkiewicz-Urbanowicz o jej matce. Gdy byłam prezesem Fundacji Kultury, dostałam do przeczytania jej maszynopis z pytaniem, czy chciałabym promować i finansować tę książkę. Tam były znane mi smaki, nastroje, a oprócz tego pełno świetnych dialogów. Zakochałam się w tej opowieści. Pomyślałam: Zrobię z tego serial . Jak pani pewnie zauważyła, w mojej książce, traktującej przecież o moim życiu, są odniesienia do różnych obrazów z "Bożej podszewki". Na przykład 1939 rok. Miałam wtedy cztery latka i nie mogę pamiętać naszej ucieczki z dworu...

Izabella Cywińska (z lewej) ze starszą siostrą Renią przed dworem w Kamieniu Puławskim (fot. archiwum prywatne I. Cywińskiej)

Niczego pani nie pamięta?

Takie wyrwane obrazki, bardzo odległe, do nich doklejone późniejsze opowieści rodziców i już nie wiadomo, czy to moje wspomnienia, czy ich. W "Bożej podszewce" wydawało mi się, że buduję scenę tak, jak ją zapamiętałam. Teraz, jak o tym myślę, to widzę ją poprzez "Bożą podszewkę", czyli wszystko się przekręciło. W książce zdjęciem z "Bożej podszewki" ilustruję swoje wczesne dzieciństwo, właśnie tę ucieczkę z Kamienia. Albo zdjęcie mojego ojca, którego zresztą nie znałam, umarł, gdy miałam rok... W serialu fotografia wysuwa się z grubej książeczki do nabożeństwa mojej mamy, którą podrzuciłam Danusi Stence grającej matkę rodu. A wszystko po to, żeby przemycić kawałek swojego prawdziwego życia. Pokazać, jak bardzo jest to dla mnie osobiste. Mówię o tym, bo to istotne, że mi się życie ze sztuką tak splątało. Że nie jestem tylko dziewczyną z Kamienia, ale i ze sztuki...

Tego się nie da oddzielić?

Nie da.

Dlaczego wybrała pani zawód reżysera?

Postąpiłam egoistycznie, chciałam, żeby mi płacili za moje hobby. Co to znaczy? Żeby móc w trakcie własnej pracy i przez pracę odpowiedzieć

sobie na pytania, które pozwolą mi lepiej zrozumieć otaczający mnie świat. Kiedy czytam książkę, to już pomnażam moją wiedzę o ludziach, ale dla mnie to za mało. Bohaterowie moich sztuk i filmów pozwalają mi zrozumieć dużo więcej. Są mi bliżsi, bo analiza ich życiorysów, stosunku do świata, emocji, wzajemnych relacji itd. poprzez wielogodzinne próby analityczne i dyskusje z aktorami, którzy za chwilę będą ich grać - zamienia ich doświadczenia życiowe w moje własne. To cudowne uczucie, takie bezczelne zawłaszczanie sobie obcego po to tylko, żeby odpowiedzi na zadawane przez niego pytania wzbogaciły moje doświadczenie. Ewentualnie, żeby były wobec niego alternatywne.

Z wiekiem wszystko się zmienia. Ważna jest perspektywa, jaką mam, patrząc na swoje życie dziś i kiedy miałam na przykład lat 40. Gdyby starość nie była tak często "chora", a ja miałabym prawo decydować, tobym wybrała starość jako fajne miejsce do zagnieżdżenia się na zawsze. Naprawdę! Młodość jest cudowna, ale głupia. Coś za coś. Ja chętnie oddałabym gładkie liczko 20-latki za tę jedną pomarszczoną szarą komórkę w głowie. Chyba powiedziałam teraz coś fajnego, że te zmarszczki przenoszą się z twarzy na mózg, a mózgowi dobrze to robi.

Skąd w pani ta kamienność?

Jeżeli ta moja twardość to ma być dodatnia cecha, to w żadnym wypadku nie jest to moja zasługa. Raczej moich rodziców, którzy obdarowali mnie dobrymi genami... Ten charakter na pewno po kimś odziedziczyłam. Nie znam mojego ojca, więc nie powiem, że po nim. W książce piszę sporo o moich przodkach, którzy zasłużyli się dla ojczyzny. Budowali teatry, pisali dzieła ekonomiczne, bawili się w politykę, byli ministrami. Wybrałam takich, żeby pokazać, skąd te geny mogą się brać. Że jeszcze jeden minister w tym klanie... To jest kontekst mojej osobowości. Myślę, że tacy się po prostu rodzimy, a życie, los i historia pomagają nam to kształtować.

Izabella Cywińska w czasie spotkania z czytelnikami (fot. materiały prasowe)

Pani ojciec w 1936 roku nocował w pokoju numer 113 w hotelu Bristol w Warszawie. Położył się do łóżka, paląc papierosa, i usnął. Od niedopałka doznał ciężkich poparzeń i mimo udzielonej mu pomocy zmarł kilka godzin później. Jest pani przesądna? Świat teatru jest pełen najróżniejszych zabobonów.

Po pierwsze, o tym numerze pokoju dowiedziałam się bardzo późno. Po drugie, 13 to była cyfra dla mnie naprawdę ważna, bo mój gabinet w Teatrze Nowym w Poznaniu miał numer 13, a to było moje miejsce pracy przez ważnych i dobrych 16 lat. Mimo że jestem przesądna, o czym piszę już na samym początku książki, kiedy depczę egzemplarz scenariusza teatralnego, który mi upadł w błoto. W teatrze nie da się żyć bez zabobonów. To jest tak głęboko w nas zakorzenione, że robi się to odruchowo.

Czyli ma pani w sobie taką zabobonność teatralną, nie życiową. Jednak Anioł Stróż stoi na pani biurku od lat.

Przyszedł do mnie któregoś dnia, trudno było go wygonić. Urodził się na starociach, na Woli. Mąż kolekcjonuje lampy naftowe i często przy okazji takiego "grzebania w przeszłości" trafia się nam coś innego. Gdzieś tu jest na przykład marmurowy Chrystus bez rąk. Ja nie jestem kościelna, ale tego Anioła i tego Chrystusa z cmentarza we Wschowej bardzo polubiłam.

Stwierdziła pani, że ten Anioł jednak nie bardzo pomaga.

Kto to wie... Na pewno nie zaszkodzi, a może i pomaga, bo przecież nie wiemy, jak to jest. Na przykład mam wyrzuty sumienia, że nie zrobiłam grobu mojego ojca i dziadka w Kamieniu. Że on tam jest taki zapaskudzony. Ale chodzę na grób Prusa, gdzie jest figurka mojego malutkiego ojca wyrzeźbiona przez Jackowskiego [Andrzej Cywiński jako dziecko pozował Stanisławowi Jackowskiemu do rzeźby chłopca, która znajduje się na grobowcu Bolesława Prusa na warszawskich Powązkach - przyp. red.]. Wspina się maluch na wielką kamienną bryłę. Myślę sobie, że ojciec ma tu lepszy pomnik niż tam, w Kamieniu... Pamięć o nim jest przywoływana niezależnie od miejsca jego pochówku. Po to jest mi potrzebny ten symboliczny grób i Anioł na parapecie.

Za swoją jedyną złą życiową decyzję uznała pani brak dziecka.

No, może nie jedyną... Ale dajmy temu spokój. Dzisiaj zrobiłabym in vitro. Dopóki byłam dyrektorem teatru, to wystarczyło mi, że wszystkie "dzieci", które brałam ze szkoły, wychowywałam, kształtowałam nie tylko jako aktorów, ale też jako ludzi. Żeby wyładować ten mój zmarnowany instynkt macierzyński. Zresztą niektórzy z nich mówią do mnie żartobliwie "mamo", na przykład obecny dyrektor teatru w Poznaniu Piotrek Kruszczyński czy Karolina Gruszka i jej mąż Iwan Wyrypajew.

To paskudne, co powiem, ale często chcemy mieć dzieci po to tylko, by się poczuć nieśmiertelnymi. Sztukę też robimy po to, żeby po sobie coś zostawić. Teatr to sztuka ulotna, ale bywa, że myśli, które uda się nam przez spektakl przekazać widzom, coś w nich zmienią, czymś ich poruszą, żeby coś więcej albo inaczej dzięki przesłaniu zrozumieli. I wtedy też stajemy się "nieśmiertelni", bo może uda się, że widzowie przekażą to swoim dzieciom i przez przypadek jakaś moja myśl przetrwa dużo dłużej niż ja.

Izabella Cywińska na rybach (fot. archiwum prywatne I. Cywińskiej)

Ma pani pozytywny stosunek do in vitro. A do aborcji?

Generalnie jestem przeciwko aborcji, ale przecież nie zawsze. Poszerzyłabym prawo do niej o przypadki szczególnego upośledzenia społecznego, biedy, która nie pozwala wychować kolejnego dziecka, także o dzieci, które mają się urodzić chore. Trud wychowania zwykle spada na kobiety, choć mężczyźni ostatnio coraz częściej rozumieją rolę ojca. Pamiętam, że lata temu świętej pamięci Jan Suzin chodził wszędzie ze swoją małą córeczką z końskim ogonem. To było wtedy piękne i rzadko spotykane wydarzenie.

Co pani myśli o przekomarzaniach polityków, które towarzyszą podpisaniu przez prezydenta ustawy antyprzemocowej?

Pięknie to pani nazywa, "przekomarzanie"! Ja w tych sprawach jestem "lewakiem", bardzo proszę słowo "lewak" wziąć w cudzysłów. Popieram też wielką europejską konwencję praw człowieka [Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności - przyp. red.], której nie podpisaliśmy [rozmawiamy, zanim prezydent podpisał Konwencję - przyp. red.], i uważam, że to wielki błąd. Boli mnie, że ludzie są sobie tak nieżyczliwi i że boją się oddać sprawy w ręce własnego sumienia. Wszystkie te ustawy, począwszy od in vitro, a skończywszy na prawie do eutanazji, powinny należeć się człowiekowi. Pozwalają godnie żyć. Prawo do eutanazji, do wyboru chwili odejścia mogłoby przysługiwać ludziom, którzy na pewno wiedzą, że to już jest tylko bolesne czekanie na śmierć, i którzy oczywiście nie wierzą w życie przyszłe. Bo ci, którzy wierzą i niosą krzyż, powinni cierpliwie czekać, aż ona przyjdzie. Mówię to z żalem. Nie wierzę w życie przyszłe. W książce piszę, jak gonię za Panem Bogiem i jak bardzo chciałabym z nim być. Jak się chciałam z nim zaprzyjaźnić.

Miała pani taką potrzebę?

Tak, był czas, że byłam ogromnie wierząca.

Czemu pani przestała?

Pod wpływem literatury, studiów i wykładów z filozofii u profesora Władysława Markiewicza. On pierwszy pomógł mi zrozumieć świat bez Boga. Ale jeszcze przed tym, w gimnazjum, jeździłam do jezuitów, żeby walczyć o swoją umierającą wiarę. Przecież wiara w Boga to jest gwarancja bezpieczeństwa. Czeka nas taka wspaniała przyszłość... Choć nie wiem, czy w przypadku ciężkich przeżyć nie zwróciłabym się do Boga. Tego nie możemy wykluczyć. Jestem antyklerykałem, ale jeżeli chodzi o wiarę, to nieustannie jej poszukuję.

Czyli jednak zakłada pani istnienie Boga?

Wezwana do tablicy powiem prawdę: wierzę w to, czego nie rozumiem.

Pani kamienność, o której już rozmawiałyśmy, może mieć też swoje źródła w trudnych życiowych doświadczeniach. W książce wspomina pani, że Mirosław Ikonowicz pomógł pani dostać się na studia, ale w zamian oczekiwał wdzięczności...

Oczekiwał wdzięczności babskiej. Nie mam co do tego wątpliwości. Ale wtedy nie było to dla mnie jakieś odrażające przeżycie. Nie. Nie mam w sobie takiej negatywnej emocji feministycznej. Mimo że jako kobieta miałam różne sytuacje, które powinny mnie były uzbroić, przestrzec przed molestowaniem. Na przykład nie mogłam z tą swoją kobiecością dostać się na reżyserskie studia tak łatwo jak moi koledzy, a potem też znaleźć pracy. Wtedy było to dla mnie oczywiste... Taki jest świat. Jako dziewczynę z Kamienia prowokowało mnie to do walki. A gdy się udało wygrać, sprawiało mi to radość. Pracę znalazł mi Romek Kłosowski, bo byli też tacy, którzy bez molestowania pomagali dziewczynom.

W "Dziewczynie z Kamienia" pojawia się również wątek wujka Ola, przed którym uciekała pani za komin. To było molestowanie?

Oj tak, to już było prawdziwe molestowanie przez starego wujka... To był uroczy starszy pan. Miałam 20 lat, on sześćdziesiąt kilka. Bardzo go lubiłam. Raptus i model z niego był, a oprócz tego człowiek niezwykle inteligentny, mądry. Bardzo wiele mi pomógł w życiu. Wszystko było pięknie, póki nie przyszłam do niego z wizytą. Wtedy się zaczęło... Uciekałam przez okno na dach i tam schowałam się za kominem. W takich ekstremalnych sytuacjach wychodzi ze mnie ciekawski reżyser, staje obok i obserwuje. Ta przygoda była fascynująca.

Izabella Cywińska (z prawej) ze starszą siostrą Renią. Upozowane dla fotografa (fot. archiwum prywatne I. Cywińskiej)

Podobnie kiedyś, gdy byłam internowana w stanie wojennym. Wyrwali mnie z celi, żeby zrobić odciski palców i zdjęcia w tych trzech charakterystycznych więziennych pozach. Wtedy także "wyszłam z siebie," stanęłam obok i patrzyłam, jak to jest być klasycznym więźniem, kryminalistą. Patrzyłam, jak mi maczają w atramencie paluch, na wszystkie strony wykręcając, i wreszcie jak pstrykają do mnie ze starej leiki, jakby się przymierzali karabinem... Bardzo często tak z siebie wychodzę i obserwuję, jak ten świat wygląda z zewnątrz.

Nie boi się pani, że posypią się na panią gromy? Jak Maryla Rodowicz powiedziała niedawno, że "lubiła, jak ją adorowali starsi mężczyźni", natychmiast pojawiły się głosy oburzenia.

A niech grzmią! Pewnie Maryla, tak jak ja, nie jest radykalną feministką. Ja ekstremalnego feminizmu nie przyjmuję do wiadomości. Dlatego nie godziłam się być ani ministrą, ani reżyserką, bo to pomieszczenie w studio, ani dyrektorką.

A jak to było być kobietą ministrem?

Wtedy w ogóle nie myślałam, czy jestem kobietą, czy mężczyzną. Byłam człowiekiem, przed którym stanęły niezwykle trudne zadania. W związku z tym, że byłam jedyną kobietą ministrem w rządzie Mazowieckiego, to po jakimś czasie już wiedziałam, że jest mi z tym wygodniej i że można to wykorzystać. Nigdy nie poczułam, że jestem gorsza. Koledzy traktowali mnie w sposób szczególnie serdeczny, troskliwy i partnerski. Jednocześnie widziałam, że cieszą się moją kobiecością. Jeżeli było mi wygodniej coś załatwić, wykorzystując fakt, że byłam kobietą ministrem, to oczywiście korzystałam.

Izabella Cywińska w Sejmie, 1989 rok (Piotr Wójcik / Agencja Gazeta)

Czemu porusza pani w książce temat antysemityzmu?

To jest bliski mi temat. A od 1968 roku dotyczył mnie tak, jakbym sama była Żydówką. Częściowo przez Jerzego Adamskiego, mojego pierwszego męża, który nie był Żydem, ale z wyglądu mógłby być. Mały, czarny i bardzo inteligentny, co w '68 roku już wystarczyło, żeby być wyrzucanym z pracy, wytykanym, cenzurowanym itd. Także przez literaturę. Pamiętam, jak czytałam po raz pierwszy "Ten jest z ojczyzny mojej" Władysława Bartoszewskiego. Leżałam i płakałam. Ta książka mnie zmusiła, żeby bardzo poważnie zająć się sprawami żydowskimi. Byłam szefem Towarzystwa Przyjaciół Izraela, reżyserowałam wielkie uroczystości rocznicowe, w szufladzie mam dwa niezrealizowane "żydowskie" scenariusze filmowe.

Siedziałam w tym temacie bardzo głęboko, a "Cud purymowy" był tego najlepszym przykładem. Miałam ogromną satysfakcję, gdy sąd, wydając wyrok na kiboli, którzy dopuścili się antysemickich wybryków, nakazał im obejrzeć mój "Cud purymowy". Jak mi koledzy tego zazdrościli! W mojej karierze reżyserskiej trzykrotnie mi tak zazdrościli. Raz, gdy prawica pomstowała na "Bożą podszewkę", a wcześniej zazdrościli mi internowania.

Co pani rozumie przez określenie "polska odmiana antysemityzmu"? Antysemityzm jest zakorzeniony w Polakach?

Antysemici polscy w imię politycznej poprawności boją się przyznać do swoich poglądów, ale jeżeli weźmie się pod uwagę mniejsze miejscowości i wieś, to kto wie, czy nie stanowią większości. To nie jest taki wściekły antysemityzm. W wielu przypadkach wynika z głupoty, bezmyślności. Hasła: "Żydki do Izraela" albo "Żydzi do gazu" są chyba pisane bezmyślnie. Ręka by mi uschła, gdybym miała coś takiego napisać.

Odniosłam też wrażenie, że jest pani przyjaźnie nastawiona do homoseksualistów.

Jestem za wszystkimi mniejszościami! Homoseksualiści muszą mieć prawo do godnego życia. Dlaczego oni mają być w jakiś sposób krzywdzeni? A w ogóle - co pani myśli o tym liście miłosnym na końcu książki? [list do męża z 5 grudnia 1969 roku, "nie wysłany, bo za prawdziwy", który kończy się słowami: "I że cię kocham..."- przyp. red.]

Zobacz wideo "Nasza rodzina nie różni się od innych, jeśli w nich też jest taki ogrom miłości, jak w naszej"

Myślę, że jest bardzo emocjonalny, wręcz sentymentalny, ale nie kiczowaty.

Bałam się tego. A z drugiej strony miałam ochotę, by zamknąć nim książkę. Żeby miłość wybrzmiała, bo za mało tam jest miłości.

Izabella Cywińska w swoim domu w Warszawie, 2006 rok (fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta)

Podoba mi się otwartość, z jaką wyraża pani swoje opinie. Katarzyna Cichopek miała nadzieję, że zagra w "Bożej podszewce", ale podobno orzekła pani, że jest za gruba.

Moja asystentka powiedziała mi, że wobec niej [Katarzyny Cichopek] zachowałam się brutalnie. - Weź ją stąd, bo ma za duże cycki - powiedziałam. Dziewczyna z Kamienia ze mnie wyszła. Jak sobie to uświadomiłam, było mi bardzo przykro. Już ją za to przepraszałam w jakimś wywiadzie.

Zdarzenie z dzieckiem, które podczas zdjęć do "Bożej podszewki" uderzyło się pod stołem w głowę i strasznie płakało, a pani kręciła scenę dalej, to kolejny dowód pani brutalności.

Każdy reżyser chciałby zatrzymać taki obraz, który wydał mu się idealny, a jest przypadkowy i zdarzyło się, że był brutalny. Gdyby dziecko krwawiło czy gdyby coś złego się działo pod tym stołem, tobym się nie zgodziła na kontynuowanie zdjęć, ale jeżeli ono się stuknęło głową w stół i nic z tego powodu mu się nie stało, tyle tylko że ryczy, a mnie ten krzyk jest potrzebny, to kręcę dalej. Danusia Stenka, która grała matkę tego stłuczonego maleństwa, nadzwyczajnie wrażliwa, zaczęła raptem na mnie krzyczeć i ze swojego punktu widzenia miała rację.

Z kolei Karolinę Gruszkę, która scenę molestowania przez wuja zagrała oczami, nie pozwalając pokazać swoich 15-letnich piersi, określiła pani jako mającą "barierę tyłka".

 "Bariera tyłka" to takie zawodowe określenie na opór do rozbierania się przed kamerą. Często mają to dzieci. W pani ustach zabrzmiało to jak coś negatywnego. Gruszka pięknie zagrała bez rozbierania i wstyd, i opór przed wstrętną, natarczywą łapą wuja. A ten chłopak grający małego Chopina, który nie chciał w żadnym wypadku być przebrany w sukienkę? Miał takie zadanie, żeby w koszuli nocnej siedzieć przy fortepianie. I ten mały facet, śliczny, smagły Argentyńczyk, nie chciał. Uparł się: W koszuli nocnej nie! Widocznie był tak wychowany, że dziewczynka jest gorsza. I to jest właśnie filozofia gender, której wtedy po raz pierwszy rzeczywiście doświadczyłam.

Nie przeprosiła pani za "Bożą podszewkę".

Nie, ale jak się okazało, mogło się bez tego obejść. Któregoś dnia na podwórku mojego męża spotkał sąsiad i stwierdził: Niech pan powtórzy żonie, że bardzo jej dziękuję za wszystkie zmiany, które wprowadziła. Trzeba ludzi słuchać. Teraz to jest bardzo dobry patriotyczny serial. Oczywiście nie wprowadzałam żadnych zmian. Widocznie to on dojrzał w międzyczasie, bo wcześniej był jednym z największych krzykaczy krytykujących sceny erotyczne i brak Bożego Narodzenia w serialu.

Izabella Cywińska i Danuta Stenka w czasie spotkania z czytelnikami (fot. materiały prasowe)

Zazdroszczę pani, bo mogła pani poznać wiele niesamowitych osobowości: Zbyszka Cybulskiego, Hannę Krall, Adama Hanuszkiewicza, Kalinę Jędrusik, Zofię Kucównę, Romana Kłosowskiego, Jacka Kuronia, Romana Polańskiego, Tadeusza Mazowieckiego...

Dane mi było nie tylko obserwować historię, ale i w niej aktywnie uczestniczyć. Układałam te puzzle razem z nimi w tym pięknym czasie, kiedy słychać było jeszcze głos romantyków. Kiedy wierzyliśmy, że mimo wszystko się uda, że ważne, żeby być razem. Oczywiście było tak do czasu...

Tak sobie myślę, że dziś pani nie chciałaby zostać ministrem.

Za żadne skarby! Nie ma we mnie ducha urzędnika, a teraz na tym stanowisku potrzebny jest urzędnik. W tamtych miesiącach - tak, miesiącach, nie latach, bo tyle dano nam czasu - potrzebna była wyobraźnia i umiłowanie zmian. Zmieniać trzeba było wszystko. Bieda była straszna. Nie było na nic pieniędzy, także na kulturę, ale póki co zmiany nam się jakoś udawały. Póki co, bo gdy środowisko poczuło, że nie wszystko jest po jego myśli, obudziła się w nim dusza roszczeniowca i zaczęło żądać podwyżek porównywalnych do tych, które mieli ich koledzy z zachodnich teatrów, i przed oknami Ministerstwa Kultury i Sztuki palić moje kukły.

Jak pani ocenia to, co się dziś dzieje w polskiej polityce?

Pozwoli pani, że po raz pierwszy w tej naszej rozmowie uchylę się od odpowiedzi. Narzekanie jest mi obce... Cenię premier Ewę Kopacz. To niezwykła baba. Nie wiem, z czego ona jest, ale na pewno z czegoś twardszego niż kamień. Jeśli uda jej się rozwiązać te piekielne problemy, które przed nią stanęły, a bliscy jej platformiści będą z nią zgodni w sprawach zwanych "obyczajowo-społecznymi", konsekwentni i zaparci w dążeniu do celu, to wierzę, że wszystko się uda. Żeby tylko NARÓD zrozumiał, jaka jest sytuacja. Trzeba mu to tłumaczyć każdego dnia, pokazywać, gdzie byliśmy, a gdzie jesteśmy. A tego od czasów Jacka Kuronia nikt nie potrafi. A jeśli jeszcze media, które nie są bez winy, nie okażą się prawdziwie patriotyczne, tzn. nie zrezygnują z własnego interesu, nie zajmą się tłumaczeniem, wyjaśnianiem i wskazywaniem właściwej drogi, to możemy za to już w najbliższej przyszłości słono zapłacić.

W poprzednich wyborach prezydenckich poparła pani Bronisława Komorowskiego.

Teraz też jestem z Komorowskim. Jestem też w jego komitecie honorowym. Uważam, że był bardzo dobrym prezydentem i jest najlepszym kandydatem. Ale cała kampania prezydencka jest niestety nieudana. Wygląda, jakby kandydaci wystartowali w różnych dyscyplinach. Komorowski gra w szachy, a Duda biega przez płotki. Nie, nie! Może lepiej - gra w pokera. W pokera się oszukuje, a Duda bez tego ani rusz, w szachach potrzebna jest moc myśli i szybka decyzja...

A PiS?

To formacja, która jest antysystemowa. Jeżeliby zrealizować wszystko, co mówi teraz kandydat Duda i inni najwyżsi w PiS-ie, to po podsumowaniu obiecanek naszej ojczyzny już by nie było.

Tadeusz Mazowiecki był, pani zdaniem, mężem stanu. A prezydent Komorowski?

Zobaczymy. Dopiero za jakiś czas będziemy mogli odpowiedzieć na to pytanie. Myślałam, że Tusk okaże się mężem stanu. Sprawiał mi masę satysfakcji i radości swoimi działaniami. Teraz, gdy widzę, ile rzeczy zostawił niezałatwionych, to trochę mi się jego obraz zepsuł.

Annę Grodzką pani lubi?

Bardzo ją lubię! Ale co to za przesłuchanie?

Nie przesłuchanie, tylko rozmowa. Ocenzurowała pani jakoś swoje wspomnienia?

Nie, ale z dwutomowej książki musiałam zrobić jeden tom. I te rozdziały, które "wyjęłam", idą teraz jako moje felietony w teatralny.pl. Bardzo mi ich szkoda.

Jest tam mowa m.in. o tym, jak w latach 70. pali pani w Ameryce marihuanę. Fajnie było?

Po tym świat był piękny. Jechałam samochodem z pewnym reżyserem, który wyjął z ust swojego zaplutego kłykcia i dał mi do palenia. Świat stał się nagle bardziej kolorowy, wesoły, z dziwnymi dźwiękami, pełen szczęścia.

Dobrze się pani żyje?

Różnie. Trochę się boję tego nierzeczywistego świata, który życzliwie proponuje mi pomoc. Co chwila zupełnie inną "maszynę", która ma mnie zastąpić. Staram się wytrzymać, staram się dorównać, staram się, żeby to wszystko było dla mnie użyteczne. Póki co radzę sobie, ale jak będzie za chwilę?

Mentalnie jest w porządku?

Mentalnie jest dobrze. Ciągle jeszcze towarzyszy mi ten mały reżyser, który staje, patrzy i słucha. Jest ciekawy. I on mi pomaga. Bardzo dużo rzeczy mi się nie podoba, bardzo się boję o świat, który z chwili na chwilę staje się coraz bardziej wulgarny. Nadają się do niego tylko twardziele, ludzie z betonu, a nie z włóczki. Ci z włóczki to wrażliwcy. Potrzebni, żeby zachować równowagę. Żeby świat był bezpieczny i piękny.

Staje pani z boku i...?

Jest lżej.

Izabella Cywińska

Książka "Dziewczyna z Kamienia"dostępna w promocyjnej cenie w kulturalnysklep.pl oraz w formie e-book w Publio.pl

Izabella Cywińska. Urodziła się w 1935 roku w Kamieniu Puławskim. Wybitna reżyser teatralna i filmowa. W 1981 roku wystawiła w Teatrze Nowym w Poznaniu sztukę "Oskarżony: czerwiec pięćdziesiąt sześć", za co przez kilka miesięcy była internowana. Od 1989 do 1990 piastowała stanowisko ministra kultury i sztuki w gabinecie Tadeusza Mazowieckiego. Reżyserowała serial "Boża podszewka" oraz filmy "Kochankowie z Marony" i "Cud purymowy". Odznaczona m.in. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski i Złotym Medalem Zasłużonym Kulturze "Gloria Artis". Prywatnie jest żoną aktora Janusza Michałowskiego. Mieszka w Warszawie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.