artykuły
Pochód na ul. Marszałkowskiej w Warszawie 1 maja 1961 roku (fot. Siemaszko Zbyszko / ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego 51-30-24)
Pochód na ul. Marszałkowskiej w Warszawie 1 maja 1961 roku (fot. Siemaszko Zbyszko / ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego 51-30-24)

W latach mojego dzieciństwa wydarzeniem na skalę roku był udział w pochodzie pierwszomajowym. Od połowy kwietnia w domu trwały przygotowania: a to sprawdzanie, czy mamy odpowiednie buty, a to czy odświętna sukieneczka jeszcze pasuje, czy sandałki jeszcze dobre... Najczęściej okazywało się, że sukieneczka jest niestety przykrótka, a z sandałków wystają mi paluchy, no i tak się absolutnie nie da iść. Ten sam problem pojawiał się w przypadku butów mojego młodszego brata.

Wtedy następowało to, co najgorsze. Przewodnia siła w naszej rodzinie - mama - zabierała nas na upiorną wędrówkę po sklepach. Mierzyliśmy ileś par butów (...), nie tych ładnych, bo takich nie było, tylko te, które były na półkach i wyglądały okropnie, zanim usłyszeliśmy stanowczy głos: "Tak, te właśnie weźmiemy". "Te" nie zawsze najładniejsze, ale na pewno wyglądające "na oko" na mocne, były pięknie pakowane w gazety. (...)

***

Wyszykowani w nowe buty i skarpetki, a ja, prawie dziewięcioletnia dama, w nową krótką sukienkę (...) , z włosami wymytymi na tę okazję i spłukanymi octem dla nadania im miękkości, z własnoręcznie zrobionymi chorągiewkami, o ósmej rano wychodziliśmy przy dźwiękach orkiestry dętej MZK z Woli na pochód. Warkocze do pasa miałam przewiązane czerwonymi kokardami lub białą i czerwoną, a na czubku głowy była przypięta ogromna kokarda "motyl", widoczna chyba z kilku kilometrów.

Najważniejsze, że ta kokarda stercząca na czubku głowy za żadne pieniądze nie mogła się przekrzywić, a tym bardziej przewrócić. (...)

Jadwiga Ślawska-Szalewicz (fot. Agnieszka Bohdanowicz)

Nasz pochód zaczynał się na placu Dzierżyńskiego, dzisiaj to plac Bankowy, i kończył po przejściu przed główną trybuną znajdującą się pod darem narodu ZSRR dla narodu polskiego - Pałacem Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. Moi mali przyjaciele, siedząc na barkach swoich ojców przed główną trybuną, krzyczeli to, co wszyscy. Ponieważ wszyscy krzyczeli: "Hurra Bierut!", a oni wtedy jeszcze nie mówili rrrrrrrr, to wychodziło to mniej więcej tak: "Huuuuuuuja Biejuuuuut, Huuuuuuuujjjjjjja Biejuuuuut.". (...)

***

Pięknie opalone, odświeżone i wypachnione perfumami "Pani Walewska" lub "Być może", jedynymi, jakie można było kupić w perfumeriach, szłyśmy na nasze prywatki. Nie odbywały się w domach, no bo jak można było zorganizować prywatkę w pokoju mającym 14 lub 16 metrów kwadratowych, w którym przebywała cała rodzina razem z dziadkami? Dlatego chodziliśmy na zabawy "na dechach", które były organizowane w parku im. Sowińskiego, na rynku Mariensztatu, pod kinem WZ na Woli. Najsławniejsza ze wszystkich była prywatka "u Józia", czyli pod Pałacem Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. Nikt nigdy inaczej nie mówił, tylko "idziemy na prywatkę u Józia" i wszystko było jasne, a gdy szczęście dopisywało, w sobotę lub niedzielę trafiało się na koncert na przykład Violetty Villas lub innej znanej piosenkarki, który odbywał się przed planowaną zabawą. Potem do tańca zazwyczaj grały popularne zespoły. (...)

Sobiesław Zasada i Jadwiga Ślawska-Szalewicz na Balu Mistrzów Sportu (fot. archiwum prywatne)

***

Był rok 1973. Na każdą imprezę, turniej, zawody czy mistrzostwa odbywające się za granicą trzeba było złożyć wniosek do GKKFiT poprzez Wydział Paszportów Centralnego Ośrodka Sportu (kiedyś nazywał się COSTiW). A tam należało dostarczyć listę imienną w dwóch egzemplarzach, z datami urodzenia, numerami paszportów (które były w składnicy paszportowej, a nie w naszych domach), wniosek do GKKFiT w sześciu egzemplarzach, wnioski wizowe w zależności od państwa, do jakiego jechała dana ekipa, wraz ze zdjęciami (czasami w dwóch, czasami w czterech egzemplarzach), wnioski o wydanie paszportów w dwóch egzemplarzach, do tego obowiązkowo zgody MON na wyjazd zawodników z klubów wojskowych oraz Pionu Gwardyjskiego MSW, gdy zawodnik był członkiem w klubie gwardyjskim.

W naszym biurze mieliśmy swoiste archiwum wniosków na każdą okoliczność, wnioski wizowe, które pobieraliśmy za każdym razem w poszczególnych konsulatach ambasad, oraz naszą prywatną kartotekę zdjęć w ilościach więcej niż przemysłowych - obowiązkowo co najmniej po 24 sztuki od jednego zawodnika czy trenera, a także członka zarządu i komisji rewizyjnej. (...)

Kiedyś musiałam pójść do Ministerstwa Finansów, aby otrzymać zgodę na wysłanie 72 dolarów amerykańskich na konto Międzynarodowej Federacji Badmintona jako opłatę wpisowego, po przesłaniu aplikacji członkowskiej. Sprawa się ślimaczyła i utknęła w gabinecie jednego z szefów. Po odbyciu kilkunastu rozmów telefonicznych w końcu dotarłam do sekretariatu szefa, od którego zależało załatwienie sprawy. Odpowiednio ubrana, uczesana, umalowana i pachnąca, poszłam na umówione spotkanie. Stosowne pismo miałam w ręku. Pan dyrektor, człowiek w zaawansowanym wieku, przyjął mnie po kilkunastu minutach oczekiwania. Z rozmów z prezesem wiedziałam, że sprawa nie jest łatwa.

Usiadłam i krótko zreferowałam, z jakim problemem się borykamy, na co usłyszałam: - Sprawa może poczekać, gdyż wszystkie załatwiamy według kolejności. Na moje wyjaśnienia dotyczące przyjęcia naszego nowo powołanego związku w skład członków międzynarodowej federacji pan dyrektor odparł: - Czy uważa pani, że jest to sprawa ważniejsza aniżeli przydziały dewiz na niezbędne zakupy w branży gospodarczej?

Jadwiga Ślawska-Szalewicz i prezydent Indonezji Ri Megawati Soekarno Putri w 2004 roku (fot. archiwum prywatne)

- Nie - odparłam - ale moja sprawa jest bardzo ważna, gdyż nasi zawodnicy nie będą mogli brać udziału w najbliższych międzynarodowych zawodach, w tym mistrzostwach świata - na dłuższą chwilę zawiesiłam głos, szukając kolejnych ważnych argumentów. Wtedy usłyszałam swój głos: - Jaki piękny ma pan krawat!

Pan dyrektor niespokojnie poruszył się na krześle, mrucząc coś pod nosem. - Piękny! Musi mi pan powiedzieć, gdzie go pan zdobył, kupię mężowi taki sam! Zupełnie nie wiem, dlaczego na moim piśmie pan dyrektor dużymi literami napisał ZGODA! Data i podpis nieczytelny. W sekretariacie pani przystawiła pieczątkę. (...)

***

Na moje pierwsze Indywidualne Mistrzostwa Polski w badmintonie jechaliśmy z Andrzejem Szalewiczem, ówczesnym prezesem PZ Badmintona, jego samochodem marki Fiat 126p. Andrzej prowadził, Julian Krzewiński obok, ja z tyłu, a wokół porozrzucane tuby z lotkami, to były chyba gold cupy? Tych tub wieźliśmy sto, dwa pudła po pięćdziesiąt tuzinów. (...) Jak to wszystko zostało upchnięte w tym malutkim samochodzie? Faktem jest, że nogi trzymałam na siedzeniu, nie mogłam postawić na podłodze, bo nie było miejsca. Na kolanach miałam torbę z rzeczami, obok leżała torba Andrzeja i Juliana. I tak przez 385 kilometrów z małą przerwą na rozprostowanie kości - chyba tak można nazwać krótki wypad do lasku. Panowie na lewo, panie na prawo. W bagażniku Andrzeja jechał dodatkowo kanister, bo o benzynę było trudno. Kanister zawsze jeździł z przodu owinięty w jakieś szmaty.

Nie było wtedy prawdziwych kortów, ale deski, a na nich malowane farbą olejną boiska. W ten sposób graliśmy na czterech kortach. Odległość między nimi wynosiła około 80 cm, sędziowie stali na krzesłach, wynik pokazywano na tablicach pożyczonych z tenisa stołowego. Przekładane cyferki. Problem stanowiło oświetlenie, a także okratowanie sufitu. Hala, przedwojenna ujeżdżalnia dla koni, nie miała regulaminowej wysokości (min. 10,5 metra). Była niższa, a zawodnicy, żeby nie tracić punktów, musieli tak grać, aby przebijając lotkę, nie trafiać w jakąś przeszkodę pod sufitem. Nikt jednak nie narzekał, wszyscy cieszyli się, że mogą grać w badmintona. Wczesnym rankiem spotykaliśmy się na śniadaniu w barze mlecznym.

Jadwiga Ślawska-Szalewicz i Grzegorz Kołodko (fot. archiwum prywatne)

Zamawialiśmy bułki montówki, jajecznicę, masło, kakao, herbatę, ja gotowaną wrzącą wodę, kawę zawsze woziłam ze sobą. W przeddzień zawodów odbyła się kilkugodzinna odprawa kierowników ekip z sędzią głównym i losowanie. Komputerów nie było. Zawsze miałam przy sobie zeszyt z długopisem. (...)

***

Najlepsi zawodnicy są wyselekcjonowani i jadą do Pekinu, kwalifikują się do kadry narodowej i reprezentacji Chin. Pozostali zostają nauczycielami wuefu lub trenerami. W szkołach prowincjonalnych oprócz techniki rozwija się cechy motoryczne: szybkość, wytrzymałość, skoczność, prowadzone są badania naukowe z użyciem odpowiednich urządzeń. Wyjątkowo zdolni zawodnicy, którzy osiągają dobre wyniki w zawodach w poszczególnych dyscyplinach sportowych, są przenoszeni do elity sportowców danej dyscypliny do centrum szkolenia w Pekinie, otrzymują tu również stypendium. To wielka nobilitacja i poprawa statusu społecznego.

Po obiedzie jedziemy na wycieczkę do fabryki haftu na jedwabiu. To raczej manufaktura zatrudniająca od trzydziestu do czterdziestu osób, praktycznie same kobiety...  Jak one to haftują! Figura starca zdrowia to od dwóch do czterech tygodni codziennej dwunastogodzinnej pracy. Pracownicy odtwarzają duże wzory z książek i starodruków. Piękne, ale ceny też są cholerne... Wcale się nie dziwię, jeżeli jeden z obrazków na jedwabiu pani haftowała cztery miesiące. (...) Kuchnia tu jest wyśmienita. Na powitanie częstują nas motylem na talerzu wykonanym z różnego rodzaju plastrów mięsa.(...)

Po uroczystej kolacji wręczamy upominki miejscowym przedstawicielom Chińskiej Federacji Badmintona. Nasza ekipa dostała wielkie termosy na pompkę. Miały pojemność 3 litrów, używaliśmy ich przez wiele lat!

Fragmenty pochodzą z książki "Moje podróże z lotką".

Jadwiga Ślawska-Szalewicz i okładka jej książki (fot. Agnieszka Bohdanowicz / mat. prasowe)

Jadwiga Ślawska-Szalewicz. Absolwentka AWF ze specjalizacją judo, była pierwszą kobietą w Polsce na stanowisku sekretarza generalnego najpierw w Polskim Związku Szermierczym od 1973 do 1977 r., a później w Polskim Związku Badmintona. W 1991 r. stanęła na czele Polskiego Związku Badmintona jako pierwsza kobieta prezes w polskim sporcie. W roku 2004 została wiceprezydentem Europejskiej Unii Badmintona. Z zamiłowania podróżniczka.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU