artykuły
(fot. Filip Springer)
(fot. Filip Springer)

Na wakacjach wszystko musi być bardziej. Jeśli jedzenie - to w nieograniczonych ilościach, jeśli tłok - to taki, że szpilki nie wciśniesz, jeśli muzyka - to taka, żeby obudziła nawet zmarłego.

W tym roku media ze szczególnym przejęciem donosiły o najeździe Polaków na krajowe kurorty. Że niby teraz jest tam strasznie. Bo rok temu to wcale nie było - cisza, spokój i pełna kultura. To oczywisty fałsz. Rzeczywistość w większości rodzimych wakacyjnych destynacji od lat skrzeczy niemiłosiernie. Wyglądają jak cała reszta Polski podniesiona do sześcianu.

Hotel Gołębiewski w Mikołajkach (fot. Filip Springer)

Przestrzeń jest tam gwałcona o wiele bardziej brutalnie niż w miastach, w których przyszło nam żyć na co dzień. Wystarczy spojrzeć na Zakopane , Mielno , Karpacz , Hel czy Mikołajki. Wszędzie tam, gdzie Polacy przyjeżdżają masowo wypoczywać, zasady harmonii i troski o wspólną przestrzeń zostaną pogrzebane pod grubą warstwą śmieci. Już nawet nie za bardzo jest sens się na to zżymać, trzeba się z tym pogodzić, można też próbować zrozumieć mechanizmy, jakie za tym stoją.

(fot. Filip Springer)

Z hotelu Gołębiewski w Mikołajkach, podobnie zresztą jak z innych obiektów spod tej marki, można by się zwyczajnie pośmiać - choćby przez łzy. Każdy z nich skupia bowiem wszystkie choroby polskiej przestrzeni publicznej. Ich sukces ekonomiczny, wyrażający się w tłumach walących tam każdego wakacyjnego dnia, sprawia jednak, że rzecz robi się poważna. I symptomatyczna dla całego zagadnienia wakacyjnej (pseudo)architektury między Odrą a Bugiem.

(fot. Filip Springer)

Mikołajki w dorobku Tadeusza Gołębiewskiego są o tyle ważne, że pierwsze. To tutaj król ciastek zaczął śnić sny o hotelarskiej potędze. Można zatem powiedzieć, że estetyczny i architektoniczny Mordor, jaki Gołębiewski zafundował nam także w Wiśle i Karpaczu, tutaj bierze swoje prapoczątki. Warto więc się temu obiektowi uważnie przyjrzeć. Jego analiza pozwoli zrozumieć fenomen.

(fot. Filip Springer)

Najpierw kontekst - ten dla Gołębiewskiego nie istnieje. Góry można zrównać z dolinami, to co stoi, bądź stało w okolicy, jest nieistotne, o ile nie jest przeszkodą w realizacji wcześniej założonych planów. Architektura sygnowana nazwiskiem Gołębiewskiego w najgorszym razie ignoruje krajobraz (jak na przykład w Karpaczu), w najlepszym brutalnie go eksploatuje. Tak jest i tutaj. W Mikołajkach hotel stoi nad jeziorem i z tej okoliczności korzysta - jest tu pomost, niewielka plaża, a w przystani cumuje uroczy stateczek. Można również wypożyczyć rower wodny. Nieco wyżej jest też pozbawiony ławek taras, z którego widok roztacza się na kominy wentylacji (i jezioro). Tuż za rogiem stajnia o nazwie Stajnia,  przylegająca do niej ujeżdżalnia oraz imponujących rozmiarów (wiele rzeczy jest tu tej skali) plac zabaw. Kawałek dalej, jak na Mazury przystało, znalazło się miejsce na stok narciarski z wyciągiem. To, co inwestorowi było tu potrzebne, zostało zachowane, to, co było zbędne, bez litości zrównano z ziemią.

(fot. Filip Springer)

Co jednak bardziej istotne i dojmujące, to fakt, że monstrualnej wielkości bryła hotelu jest widoczna z daleka. Dominuje nad miastem tym bardziej, że stanęła przy drodze wjazdowej. Mikołajki nie stały się piękniejsze dzięki Gołębiewskiemu. Stały się za to na pewno mniejsze. Nic z tym molochem nie może się tu równać, wszystko ginie w jego złowieszczym cieniu. Przytłaczające wrażenie, jakie ten obiekt robi, pozostaje w przyjezdnym długo.

Gości wita tu parking - równie wielki i toporny jak cała reszta. Trzeba się przebić przez gąszcz aut, by dotrzeć do wejścia. Żadnego reprezentacyjnego podjazdu, jedynie otoczona krzakami sadzawka z brudną wodą i pływającymi na jej powierzchni śmieciami.

(fot. Filip Springer)

Teraz ogół - ten właściwie nie ma formy. Architektura obiektu została sprowadzona do czystej fizjologii podporządkowanej tabelkom arkuszy kalkulacyjnych. Wyciśnięto z niej tyle, ile się dało - co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości Trudno się jednak w tym budynku dopatrzyć jakiegoś głębszego architektonicznego namysłu. Elewacje, gdzie tylko się da, zajęte są mikroskopijnym balkonami. Z niektórych roztacza się widok na jezioro, z innych na mur. Obiekt powstawał etapami, z biegiem lat dobudowywano mu kolejne skrzydła. Patrząc na balkony wychodzące na wewnętrzne dziedzińce, trudno wprost uwierzyć, że ktoś dobrowolnie zdecydował się tu spędzić wakacje. Tym bardziej że ceny w Gołębiewskim nie należą do najniższych.

Gdyby chcieć jednak powiedzieć cokolwiek dobrego o tym budynku, to to, że nie jest różowy ani pistacjowy. Pomalowano go na kremowo. Prawdopodobnie przez pomyłkę.

(fot. Filip Springer)

W końcu szczegół. O nim można napisać całą książkę. Z zewnątrz hotel jest właściwie pozbawiony wyróżniających się detali, ten dojmujący brak nadrabia jednak z nawiązką w środku. Wszystko tu się błyszczy i mieni. Ciężkie od kryształów żyrandole, gęste tralki, masywne kolumnady, gorliwe złocenia, szczodre marmury. Harmonia to pojęcie, które otrzymało tu surowy zakaz wstępu.

Spacer korytarzem wiodącym do pokoi może się zakończyć atakiem epilepsji. Wzorzysta tapeta nie pasuje do zupełnie inaczej wzorzystych dywanów, które z kolei nie pasują do fioletowych podświetleń (jednocześnie niepasujących do tapety). Pojęcie zgiełku zostało tu zdefiniowane na nowo przy pomocy kolorów, kształtów, zapachów i dźwięków. Wachlarz całkowicie odrealnionych doznań zapewni pobieżna choćby wyprawa do podziemi. Tam umieszczono "klub dla palaczy" (gigantyczna hala bez okien, z wysokimi stolikami, ale bez krzeseł, za to z fototapetami na ścianach przedstawiającymi Sydney), dyskotekę, klub gier i lodowisko (tak!). Tutaj również wszystko jest kolorowe i krzykliwe. Żeby nikt nie miał wątpliwości, za co płaci.

(fot. Filip Springer)

I na tym można by poprzestać. Można by, gdyby nie fakt, że Tadeusz Gołębiewski nie poprzestał. Po Mikołajkach wybudował swoje hotele w Wiśle i Karpaczu, a teraz, o zgrozo, przymierza się do inwestycji w Łebie. W każdym z tym miejsc przeciwko budowie wielkiego hotelu protestowały lokalne społeczności. Zwłaszcza w Karpaczu spór ten był szczególnie ostry - miejscowi przegrali go z kretesem. Gołębiewski, mając za nic lokalne regulacje, plany miejscowe, otulinę Karkonoskiego Parku Narodowego i architektoniczną tradycję miejsca, postawił budynek, który na zawsze zniszczył kameralny charakter miasteczka. Źródeł tego dramatu można szukać w Mikołajkach, kolejnej jego odsłony - w Łebie.

Filip Springer . Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach " (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne), " 13 Pięter " (Czarne) i "Księgi zachwytów " (Agora SA). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.

(fot. Publio.pl)