Kto chce tu poszukać architektonicznych pereł, musi po prostu wygrzebać je z błota. Tak już się bowiem poukładało, że krajobraz naszych rodzimych, wakacyjnych "destynacji" można określić słowem "bardziej". Czyli więcej, czyli mocniej, czyli głośniej, czyli jaśniej, czyli bardziej kolorowo. Dotyczy to właściwie wszystkich miejsc, w których Polacy masowo spędzają urlopy. W ten sposób wszystko, co teoretycznie mamy najpiękniejsze, z automatu staje się najbardziej parszywe, chaotyczne, plastikowe i krzykliwe.
Dlatego podróżując wzdłuż polskiego Wybrzeża, dobrze czasem zjechać nieco w głąb lądu. Oczy i uszy tam odpoczywają, można ukoić skołatane plażowym disco nerwy i odetchnąć wolnym od zapachu kebabów powietrzem. Na przykład w Słupsku.
Jak wiele pomorskich miast, także i to zostało dość znacznie zniszczone w 1945 r., co doskonale widać na tutejszym rynku. Choć nosi przydomek "starego", trudno w nim dojrzeć patynę minionych wieków. Obstawiony jest powojennymi blokami i średnio udanymi rekonstrukcjami kamienic. Na środku zaś od 1963 r. stoi modernistyczny gmach niegdysiejszego kina Millenium. To projekt typowy, znany z wielu polskich miast, ale i tak bardzo ciekawy. Gdyby dziś w polskiej architekturze typowość znaczyła tyle, co w przypadku tego budynku, byłoby naprawdę nieźle. Słupskie Millenium jest jednak znane w Polsce przede wszystkim dlatego, że w jego gmachu działa dziś pewien "owadzi" dyskont spożywczy. Niewiele jest "starych rynków" w Polsce z tego typu obiektami pośrodku (choć można się obawiać, że będzie ich przybywać), zwłaszcza tak koszmarnie zmodernizowanymi. Władze miasta zabiegają o wyprowadzkę sklepu, mieszkańcy jednak, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, głosują nogami.
Jednak nie z powodu Millenium trzeba odwiedzić słupski rynek. Nieopodal zamienionego w dyskont kina stoi bowiem inny, niezwykle ciekawy obiekt. Pod numerem drugim znajduje się modernistyczna perełka - budynek dawnej Kreissparkasse. Niegdyś elegancko biały, z minimalistycznym zegarem na wieży, mieścił biura niemieckiej powiatowej kasy oszczędności. Dziś znajduje się w nim oddział sądu okręgowego, sam obiekt zaś przeszedł dość bolesną modernizację. Zniknął z niego zegar, wejście obłożono zieloną, marmurkową okładziną, która dotkliwie kontrastuje z brudnoróżowym tynkiem parteru. I tak jednak warto na ten budynek zerknąć.
Kilka minut spacerem od rynku znajduje się inny modernistyczny i kto wie, czy nie największy architektoniczny skarb Słupska. Przy ulicy Kościuszki, nad samą Słupią, pyszni się znakomicie zachowany gmach dzisiejszej Szkoły Policji. Oglądać go można tylko z zewnątrz, ale i tak warto. Powstał w 1927 r. na potrzeby elitarnej, dziewczęcej Szkoły Lessinga. Udało mu się przetrwać wojenną zawieruchę i dziś zachwyca - zarówno od niedostępnego dla postronnych dziedzińca, jak i od strony rzeki.
Nie da się ukryć, że nadmorskie miejscowości Pomorza Środkowego nie dostarczają zbyt wielu architektonicznych wzruszeń, zwłaszcza jeśli chodzi o budownictwo współczesne. Dominacja kolorowego plastiku jest tu zbyt silna i despotyczna. Można rzecz jasna rzucić okiem na ruchomą kładkę dla pieszych w Ustce, ale tylko w kategoriach kolejnego nadmorskiego dziwoląga.
Także współczesne realizacje Darłowa i Darłówka, głównie obiektów apartamentowych (przeważnie z nazwy), nie są warte dłuższego postoju. Okiem rzucić można jedynie na przedziwnej urody wieżyczkę stojącą przy rozsuwanym moście nad Wieprzą, ale z tych samych powodów co na kładkę w Ustce.
Ciekawiej robi się dopiero w Mielnie, i to akurat jest okoliczność niezwykła. Jeśli bowiem którąś z nadmorskich miejscowości regionu można nazwać stolicą wakacyjnego kiczu i ostatnim kręgiem urlopowego piekła, z pewnością będzie to właśnie Mielno. W kategoriach reakcji alergicznej na wszechogarniającą tandetę należy więc traktować mieszczące się tutaj dwie realizacje.
Pierwsza z nich to znajdujący się przy ul. Pionierów 18, nad samym morzem, kompleks Mielno Dune. Jest zalążkiem większego przedsięwzięcia o budzącej grozę nazwie Mielno Beach City, które ma przekształcić 26 nadmorskich hektarów w tętniące życiem miasto. Na razie jest jednak tylko obiekt Dune. Jego architekci (mellon architekci s.c. / arch. Marek Sietnicki ) sięgnęli po prostu do klasyki przedwojennego modernizmu i wywiązali się ze swojego zadania z godną podziwu elegancją. Obiekt nie jest przeskalowany ani krzykliwy, co w miejscu takim jak to musi budzić uznanie. Z tych samych powodów trudno też uznać, że wpisuje się w otoczenie, ale akurat w przypadku tego budynku i miejsca to niewątpliwy atut. Wszak niemal wszystko wokół woła przecież o pomstę do nieba.
Drugim miejscem, które w Mielnie warto odwiedzić, jest bez wątpienia przystań pływających domów HT Houseboats na jeziorze Jamno. Za tą niezwykłą realizacją stoją architekci z firmy Optima Sp. z o.o., która wykonała całą inwestycję. Pływające domy urzekają minimalizmem i umiarkowaniem. Dominują w nich drewno, szkło i beton. Największy ma 40 metrów powierzchni użytkowej i dziesięciometrowy taras. Mniejsze oferują przestrzeń skromniejszą o ponad połowę. Część pływających domów jest tak naprawdę śródlądowymi jednostkami zaopatrzonymi w silniki. To dodatkowy atut - gdy przebywanie w Mielnie stanie się już po prostu nie do zniesienia, będzie można takim domem odpłynąć w siną dal.
W regionie architektoniczną ucztę najłatwiej jednak przeżyć w odległym od Mielna o kilkanaście kilometrów Koszalinie. I to nie ze względu na ciekawy i całkiem udany modernistyczny ratusz wybudowany tu w latach 50. czy unikatowy dach amfiteatru w parku Kościuszki.
Koszalin to dziś bowiem przede wszystkim siedziba jednej z najciekawszych polskich pracowni architektonicznych, czyli HS99 . Nawet ci słabiej zorientowani w polskiej architekturze kojarzą ją z obsypanego nagrodami Centrum Informacji Naukowej i Biblioteki Akademickiej (CINIBA) w Katowicach. HS99 projektuje jednak także na lokalne potrzeby. I właśnie ich realizacje - a jest ich niemało - wyznaczają dziś drogę, jaką najlepiej podążać, oglądając Koszalin. Najstarsze, jak redakcja "Głosu Pomorza" (1997) przy ulicy Mickiewicza 24 czy Galeria Emka przy Jana Pawła II (2000), zadziwiająco przyzwoicie znoszą próbę czasu. Choć powstały w niezbyt szczęśliwym dla polskiej architektury okresie, radzą sobie dziś w przestrzeni nadzwyczaj dobrze. Można przypuszczać, że podobnie będzie z innymi realizacjami tej pracowni. Uwagę zwracają zwłaszcza wielorodzinne budynki mieszkaniowe. Przy alei Zwycięstwa, głównej ulicy miasta, pod numerem 109 obejrzeć można budynek o nazwie ZW109, nagrodzony Grand Prix tegorocznej edycji konkursu Brick Award. Prostą, obłożoną ceglaną okładziną bryłę z nieregularnym układem okien architekci skontrastowali tu z odtworzonym zabytkowym portalem. W podciętym parterze budynku i na niewielkim tarasie znalazło się miejsce na lokale usługowe - kawiarnie z ogródkami zanurzającymi się w zieleni pobliskich drzew. Budynek ciągnie się w głąb dość wąskiej działki, zachowując skalę i proporcje, na drugim jego końcu znalazł się wjazd do podziemnego garażu.
Równie dobrze wkomponowana w przestrzeń jest Villa Moderna wieńcząca perspektywę ulicy Szpitalnej. Budynek przyklejono do starej kamienicy i zanurzono w znajdującym się na jego zapleczu parku. Tutaj, podobnie jak w ZW109, dominującym wątkiem jest prosta bryła i siła ceglanej okładziny. Budynek nie narzuca swojej obecności, ale bez wątpienia dodaje okolicy wartości i uroku. Nienachalnie nawiązuje też do znajdującego się w pobliżu szpitala i zamyka kompozycję tego zakątka miasta.
Ciekawy, choć pozbawiony przyjemnej gry z otoczeniem, jest też zespół domków szeregowych na Osiedlu Słonecznym. To koszalińskie wschodnie przedmieście zabudowane nijakimi domkami katalogowymi i peerelowskimi kostkami. Budynki HS99 rzucono na działkę pomiędzy ulicami Promykową i Ruszczyca. Ich powtarzalność i rytm wprowadzają nieco porządku w chaotyczną zabudowę panującą dookoła. Szczególnie udane wydają się być zwłaszcza te budynki, które powstały w najnowszym etapie inwestycji. Ich dachy charakteryzują się ostrzejszymi skosami, w częściach parterowych zaopatrzono je w silnie żółty kolorystyczny akcent, który ładnie kontrastuje z surowością brył i cegły użytej także tutaj.
Kontynuujemy architektoniczny przejazd przez wakacyjną Polskę. W następnym odcinku przyjrzymy się Pomorzu Zachodniemu, wraz z cieszącym się ostatnio dobrą architektoniczną passą Szczecinem. Potem ruszymy na dalekie południe.
Filip Springer . Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.