artykuły

Trudno było dotrzeć do Kuby Błaszczykowskiego?

- Gdyby nasza książka, o której, rozumiem, będziemy rozmawiały, polegała na otwieraniu czy zdobywaniu zaufania współautora, w tym wypadku Kuby, to pewnie nigdy by się nie ukazała.

Po raz pierwszy spotkaliśmy się, kiedy robiłam z nim wywiad do cyklu "Mistrz i Małgorzata" w "Pani". Pamiętam, że jak zwykle nie limitowałam się w pytaniach, nie układałam jakiegoś chytrego planu na trudnego rozmówcę, jakim z pewnością jest Błaszczykowski. Zadałam więc i to pytanie, które groziło przerwaniem wywiadu. Kuba zawahał się i... odpowiedział. Potem nasze drogi się rozeszły, ale po kilku miesiącach Kuba zadzwonił z zaproszeniem na mecz. Niestety, nie mogłam wtedy polecieć do Dortmundu. Zaczęliśmy SMS-ować. Wreszcie poleciałam do Niemiec na "kultowy" już dziś, tak "kultowy", ale i zwycięski mecz Borussii Dortmund z Realem Madryt (4:1). Dobrym duchem naszych spotkań i wielu kolejnych rozmów był Jurek Brzęczek, brat mamy Kuby. I to on w pewnym momencie rzucił hasło: "Książka!". Wtedy wiedzieliśmy już, że śmiejemy się z tych samych rzeczy, że podobnie widzimy świat i że nie lubimy stać pod celebryckimi "ściankami".

Zaskoczyło.

- Spotkało się dwoje ludzi, z których jedno chciało mówić, a drugie słuchać. Mówiłam to już, ale jeszcze raz powtórzę, że dziennikarz czeka na takie zawodowe spotkanie całe życie i bywa, że się nie doczeka. Ja się doczekałam. Także patrząc na nie z takiej czysto ludzkiej perspektywy.

Co ta książka mówi o pani?

- A co ona mówi o mnie według pani? Że jestem dobrą czy niedobrą współautorką?

Że potrafi pani słuchać.

- Szczerze mówiąc, nie zawsze mi się to udaje, ale tym razem bardzo chciałam. Zdawałam sobie sprawę z tego, co rzuca na "szalę" drugi współautor książki. W jakimś sensie swoje dotychczasowe życie, ale przede wszystkim jego prawdziwą wersję. Ja też dostałam od niego swoisty certyfikat na prawdę. Podobnie było z jego całą rodziną i przyjaciółmi. To dla mnie bardzo ważne. Wielokrotnie w trakcie pisania naszej książki słyszałam: "Gosi mówimy wszystko". Wszyscy też - poza Kubą - przeczytali książkę, gdy ta ukazała się już w druku. Swoją wypowiedź autoryzował tylko Adam Nawałka, a Kuba przeczytał książkę jeszcze w wersji niekompletnej. Na jego "werdykt" i telefon czekałam dwa dni. W napięciu... Tak, nie byłam pewna, no, może nie byłam stuprocentowo pewna, że powie: jest OK. W końcu tak powiedział, ale dodał, że drugi raz tej książki nie przeczyta. Poprosił też o wyrzucenie dwóch przymiotników z fragmentów o jego dzieciństwie. Ale wie pani co? Później to już tylko zależało mi na tym, żeby - jak to u nas zwyczajowo bywa - nie wylał się na niego i jego bliskich ten straszny internetowy hejt. I... nie wylał się. Za co w tym miejscu wszystkim bardzo dziękuję. Czy może też być większa nagroda dla współautorki? Poza tym mam nadzieję, że tym razem Błaszczykowski nie dotrzyma słowa i jeszcze kiedyś ponownie zajrzy do książki o sobie.

Żeby nie żałował, że się zgodził?

- Właśnie.

Małgorzata Domagalik (fot. Gałązka / AKPA)

Co ta książka mówi o Błaszczykowskim?

- Że jest niepokorny, odważny, błyskotliwy i ma fantastyczne poczucie humoru. Że ma trudny charakter i że jest uparty. Poza tym, że jak mu się coś powie, to można zapomnieć, że on o tym zapomni (śmiech). Że nie rzuca słów na wiatr i że po prostu jest kimś, kogo byłam ciekawa. I zawodowo, i tak po ludzku. Może panią zaskoczę, ale czasami jak go słuchałam, to miałam wrażenie, że rozmawiam nie z młodym mężczyzną, ale z kimś bardzo dojrzałym. Nigdy się z nim nie nudziłam.

Laurka? Nie, moim zdaniem obiektywne spojrzenie na kogoś, z kim prawie dwa lata pisałam książkę. Ale gdyby mnie teraz pani zapytała, czym mnie wkurzał, to tym, że nie chciał rozmawiać o tym, że pomaga innym, i to na taką skalę. Dowiedziałam się od innych, nie od niego. Podobnie było z tym, jak jest odbierany przez niemieckich kibiców i tamtejsze media. Musiałam to zobaczyć na własne oczy, bo on o tym z zasady nie opowiada.

W Niemczech jest na piedestale?

- Słowo piedestał zakłada nienaturalność. A Kuba jest tam odbierany takim, jakim jest. Jako świetny piłkarz, który przy okazji według tamtejszych fanów piłki jest supergościem. Niemieccy kibice podkreślają to na każdym kroku, a niemiecki raper Miki śpiewa o nim, że u niego wygrywa serce, a nie kasa. Czy u nas by to przeszło? Kuba lubi, że kibice go lubią, i często pyta: "Widziałaś, że on ze mną rozmawiał nie tylko dlatego, że dobrze gram, ale dlatego, że wierzy mi jako człowiekowi". Nawiasem mówiąc, piłkarz na tzw. piedestale, nawet jako bohater krótkiej rozmowy, na pewno by mnie nie interesował.

Ile jest w tej książce pani, a ile Kuby?

- Sam tytuł "Kuba" moim zdaniem określa proporcje. Przeczytałam prawie wszystkie dostępne u nas biografie polskich i zagranicznych piłkarzy. Czytałam te, które ukazywały się po angielsku i niemiecku. Każda dodatkowa informacja, że na przykład jakiemuś graczowi żona robi mielone, wydawała mi się równie ciekawa jak ta, że właśnie strzelił kolejną bramkę. W ten sposób budowałam sobie jako dziennikarz, ale i jako kibic, pamięciowy portret piłkarza, o którym akurat czytałam.

Książka w sierpniu wychodzi w Niemczech. Jest w niej fragment, kiedy Kuba jest w Warszawie i z polską reprezentacją ma grać ważny mecz z Czarnogórą. Dzień wcześniej lecę do Paryża, żeby zrobić wywiad z Romanem Polańskim. Rozmawiamy o nim potem z Kubą telefonicznie. Wyrzuciłam to z polskiej wersji, bo miałam już ponad 400 stron materiału i musiałam ciąć. Wyrzuciłam, ale nie dlatego, że jeden z dziennikarzy sportowych, który wszedł w posiadanie naszej książki, zanim ta została ukończona i zautoryzowana, napisał na Twitterze: "Wielka pani redaktor, chce pokazać co to nie ona, że rozmawiała z Polańskim...itd.". Nawet zapytałam go wtedy, czy chodzi mu o to, że mam 173 cm wzrostu? Nie odpowiedział, ale kiedy zorientował się, że jest w posiadaniu wersji książki, która nie ukaże się w druku, usunął ten fragment ze swojej recenzji. Notabene świetnej recenzji. Na pewno ją zapamiętam. Poza wszystkim była pierwsza. Mówię o tym, bo to gdzieś generalnie dotyka naszej mentalności. Chcesz coś napisać, to na pewno chcesz się popisać, a nie piszesz, bo chcesz się czymś podzielić, chcesz o czymś opowiedzieć. W wersji niemieckiej nigdy bym tego fragmentu, i to ze względów merytorycznych, nie usunęła.

A ile jest w tej książce mnie? Dużo, zwłaszcza jeśli chodzi o emocje i sposób spostrzegania świata. Myślę, że się w niej dosyć mocno określam emocjonalnie. Czy mogłam jednak, opisując dramatyczne życie Kuby i to, co pewnego sierpniowego popołudnia wydarzyło się w Truskolasach, zachować się inaczej? Weszłam do bardzo otwartej, a jednocześnie zamkniętej społeczności. Widziałam, że początkowo prawie wszyscy patrzą na mnie podejrzliwie i że podchodzą do mnie z dużym dystansem. Cały czas zastanawiając się, czy ja bliskiemu im człowiekowi nie wyrządzę krzywdy. Na szczęście to się bardzo szybko zmieniło. Parę dni temu, kiedy wracałam z Opola, wstąpiłam do babci Kuby. Dostałam na powrotną drogę pół tortu, ciastka dla mojej mamy i jeszcze babcia prosiła, żebym została, to zrobi dla mnie kluski. Pewnie bym została na te kluski, ale rozum wziął górę nad łakomstwem.

Pyta pani Kubę, skąd wiedział, jak grać. A skąd pani wie, jak rozmawiać z ludźmi?

- Nie wiem, po prostu rozmawiam. Ciekawość, intuicja, a dopiero potem warsztat. Teraz mieliśmy spotkanie z czytelnikami w Opolu i w pewnym momencie podszedł do Kuby ojciec z synem. Powiedział: "Mój syn gra w piłkę, ale nie rośnie i bardzo się tym stresuje". Kuba spytał chłopaka o wiek i o wzrost. Okazało się, że ten jest wyższy, niż Kuba był w jego wieku. "Słuchaj, po pierwsze, na pewno urośniesz, i wyrzuć to z głowy. A wiesz, co jest najważniejsze w piłce? Dwie rzeczy: serducho i praca". Ten młody człowiek wychodził z tego spotkania zmotywowany na maksa. Skąd Kuba wiedział, że te dwa słowa - "serce i ciężka praca" - będą miały taką siłę sprawczą?

W technice piłkarskiej można być lepszym od innych, w warsztacie dziennikarskim też. Kuba np. ma specyficzny sposób przyjmowania piłki na klatę, który u innych się nie sprawdza. Ja też wiem, jak napisać taki czy inny tekst. Ale to jest tylko warsztat. Można nim czasami zaimponować kolegom po fachu, ale na pewno nie wystarcza to czytelnikom. A to oni wydają końcowy werdykt. Potrzebna jest więc technika, miłość do tego, co się robi, ale przede wszystkim ciężka praca. I to dopiero może zostać poddane ocenie. Dziennikarz to ktoś, kto pracuje 24 godziny na dobę, i to jest piękne w tym zawodzie. W każdym bądź razie dla mnie. Między innymi dlatego rzadko milczę w taksówce. Nie potrafię. Bo wiem, pewnie lata praktyki, że ten drugi człowiek, z którym spędzę tych przypadkowych kilkanaście minut, też ma swoją historię i swoje odpowiedzi na moje pytania.

I nie można się tego nauczyć?

- Czego? Że jest się ciekawym świata? Szczerze? Jakaś socjotechnika na pewno jest, ja też jakąś mam, ale raczej jej nie zdradzę (śmiech). W każdej rozmowie jest moment, którego nie można przeoczyć. To pewne. Jest to taki klucz, który otwiera te, a nie inne zamki. Tak jak Kuba kocha być piłkarzem, tak ja kocham być dziennikarzem. Po prostu.

(fot. dzięki uprzejmości Mateusza Stankiewicza / AFPHOTO)

Na ile dziennikarz jest bohaterem wywiadu, który przeprowadza?

- Kiedy przed laty pisałam swoje pierwsze felietony "Druga płeć" w tygodniku "Wprost", byłam całkowicie anonimową osobą. Nie miałam swojego zdjęcia przy felietonie i każde zdanie, które miałoby zawierać chociażby skrawek mojego prywatnego punktu widzenia, nie wchodziło w grę. Z czasem doszło zdjęcie i wysokie miejsce w rankingu felietonistów. Zaryzykuję i powiem - to chyba nie jest wstyd - że na podstawie moich felietonów powstało kilka prac magisterskich, co zresztą jest bardzo miłe.

A potem doszłam do wniosku, że im większy dostaje się odzew na to, co się robi, od czytelników, od widzów, tym większe ma się prawo do tego, żeby przestać być przezroczystym. Wtedy uznałam, że przyszedł moment, w którym w jakimś sensie mogę powiedzieć publicznie, co myślę.

Nie jestem dziennikarzem politycznym. W emocjach nie mogę i wręcz nie chcę być letnia. Z drugiej strony, zwłaszcza w tej ostatniej książce, starałam się być obiektywna. Choć zdarzały mi się chwile, gdy myślałam: "A może ja za bardzo lubię tego Błaszczykowskiego?". Gdy tak się działo i subiektywizm chciał wziąć nade mną górę, natychmiast w nawiasie dodawałam: "Uwaga, to właśnie ten moment" (śmiech). I w naszej książce takie nawiasy są. Czyli, chcąc nie chcąc, jest pani współbohaterką.

- Napisałam dwie książki z Januszem Leonem Wiśniewskim, które stały się bestsellerami. I w tym wypadku można tak o nas powiedzieć.

A można o pani powiedzieć, że jest pani górą lodową?

- A jak pani myśli?

Myślę, że ma pani silną osobowość. I jest pani wymagająca, co może powodować takie komentarze.

- Najczęściej jestem górą lodową dla samej siebie. Jestem bardzo wymagająca wobec samej siebie i na pewno mam taki feler, że bardzo serio traktuję to, co robię.

Od tego jest już blisko do perfekcjonizmu.

- Nie widzę nic złego w perfekcjonizmie. Mój ojczym był wybitnym lekarzem. Uważał, że dyshonorem dla lekarza jest to, że jeśli musi operować lewe oko pacjenta, to musi przejść na drugą stronę stołu operacyjnego. W związku z tym nauczył się w równym stopniu operować lewą ręką i prawą. Czy to może być odpowiedź na pani pytanie? Miałam dobry wzór.

I nie ma pani problemu z tym, że jest postrzegana jako chłodna profesjonalistka, a nie uśmiechająca się do wszystkich paniusia?

- Z paniusią to bym chyba miała problem (śmiech). Nie, nie mam z tym problemu. Zresztą dlaczego miałabym mieć? Ja też czasem oceniam innych ludzi, wydaję różne opinie, bywa, że niesprawiedliwe. Zdarza mi się też, że ktoś mnie poznaje i mówi: "O Jezus Maria, myślałam, że jesteś całkiem inna. Taka właśnie góra lodowa". Widocznie ten mój wizerunek zewnętrzny jest bardzo mocny.

Tutaj zrobiłabym paralelę do Kuby. Otóż Kuba w zasadzie w trakcie pisania książki niczym mnie nie zaskoczył. Od razu wiedziałam, jakiego będę miała w nim bohatera. Proszę traktować to jako komplement dla Błaszczykowskiego. Mnie tylko wkurzał tym, czego mi akurat nie mówił, a czego dowiadywałam się z mediów. Zobaczyłam na przykład w programie u Tomka Lisa mamę chorego na nowotwór Dominika. Pomyślałam, że jak Kuba ogląda, to pewnie będzie chciał pomóc. Nie wiedziałam tylko, że on mu pomaga już od paru miesięcy. A potem, jak do niego napisałam z wyrzutami, dlaczego dowiaduję się tego z mediów, odpisał: "Media kłamią, dałem mniej".

To panią przechytrzył!

- Rozbawił. No tak, jeden - zero. Dla niego.

(fot. dzięki uprzejmości Mateusza Stankiewicza / AFPHOTO)

W rozmowach stawia pani na intelekt czy emocje?

- Przyjęłam zasadę i zawsze realizowałam ją w telewizji, że nie robię wywiadów z ludźmi, których już znam. Bardzo rzadko odstępuje od rej reguły.

A czy stawiam na intelekt? Nie wiem. Ale po pierwsze, inteligencja jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Po drugie, po coś się tych książek tyle czytało. Jeżeli słyszę, że ktoś jest "black", to mniej mnie interesuje, że jest szary, bardziej chcę zobaczyć, co jest w nim "white". Jeżeli słyszę "białe", to znowu mniej mnie interesuje, że coś jest szare, chcę usłyszeć, że coś jest "czarne". Oczywiście życie jest pośrodku. Tylko jak mnie pani pyta o emocje, to mówię, że ja lubię od ściany do ściany. To znaczy - albo coś jest "czarne" albo "białe ". Tak, szare w emocjach jest dla mnie takie sobie.

Kiedyś, namówiona przez kolegów z redakcji, zaprosiłam do "Mistrza i Małgorzaty" bardzo znanego aktora młodego pokolenia i nie zobaczyłam w trakcie tego spotkania żadnej z tych barw. Nawet kolor szary nie trzymał się mocno. Z każdą minutą czułam, że powinnam tę rozmowę skończyć. To była medialna wydmuszka, a trzymając się poprawności politycznej, to był medialny wydmuszek. Zresztą ta rozmowa też nie była przyjemna. Ani dla niego, ani dla mnie.

W tym, co robię, mam stałą niezmienną, taką swego rodzaju idée fixe. Otóż przy każdej okazji staram się podkreślać brak różnic między kimś tzw. znanym, publicznym, a tzw. statystycznym Kowalskim. Fascynują mnie zwłaszcza ci, którzy urodzili się pod krzakiem agrestu i mimo wielu przeciwności potrafią się z życiem boksować i jeszcze wychodzą na plus. Często patrzę na tych, którzy dostali od życia wszystko na tacy i nie potrafią tego wykorzystać. Między Kowalskim a kimś znanym lubię stawiać znak równości. Tak samo cierpimy, tak samo nie chcemy być zdradzani, tak samo nas boli, jak się przewrócimy. W emocjach, zwłaszcza tych ekstremalnych, jesteśmy tacy sami. Widzi pani, mówi to pani góra lodowa. Gdy pisałam tę książkę, ciągle słyszałam: "Z piłkarzem?!".

Że facet kopiący piłkę nie ma nic do powiedzenia?

- Tak, i wydaje mi się to takie, przepraszam za określenie, prostackie intelektualnie. Przecież zawsze jest człowiek i jest jego historia. A życie jest bardzo krótkie.

Towarzyszyłam w umieraniu swojemu ojcu. To mnie bardzo dużo nauczyło. Po pierwsze dowiedziałam się, jak wygląda śmierć. Zrezygnowałam z kolejnego sezonu programu telewizyjnego, bo latałam do taty co tydzień, a program był na żywo. Było to mocne przeżycie, zwłaszcza że przy tacie ktoś co chwilę umierał. Tak, wiem już, jak wygląda śmierć. Wiem, że śmierć bywa pobudzona albo bardzo spokojna. Po raz kolejny zobaczyłam, że między Kowalskim nieznanym a tym Kowalskim publicznym nie ma żadnej różnicy. Zwłaszcza w momentach decydujących. Mam więc swego rodzaju poczucie przewagi, bo ja już wiem. Ta wiedza uczy mnie pokory, nie ferowania wyroków. Nie zadawania pytań: z piłkarzem?

Poza tym, czy ja dwa lata temu mogłam się spodziewać, że mimo mojej miłości do piłki będę, i to z zainteresowaniem, oglądać mecz Lechii Gdańsk z Jagiellonią Białystok tylko dlatego i aż dlatego, że trenerem Lechii jest Jurek Brzęczek, wuj Kuby? Że będę pisała książkę z piłkarzem? Że oni mnie w ogóle wpuszczą na ten swój zamknięty teren? Że otworzą drzwi swoich domów, pokażą swoje dzieci? Że będę grała z nimi w kości i chodziła na mecze?

Dlaczego tak chętnie rozmawia pani z mężczyznami?

- W ramach kobiecej solidarności. W rozmowie z kobietą nigdy nie wcisnę do końca pedału gazu. Co najwyżej stałabym się etatowym hamulcowym, a przecież nie o to chodzi. Poza tym lubię wyzwania. Wydaje mi się, że jak rozmawia kobieta z mężczyzną, to szanse są równe. Ja tak do końca nie wiem, jaki jest ten mężczyzna, a on też nie do końca zna "przeciwnika". Może być remis, może być wygrana... No właśnie, czyja?

Kiedy z moją przyjaciółką Kamą Zboralską "rozbierałyśmy" mentalnie facetów w programie "Męski striptiz", oni nigdy nie znali pytań wcześniej. I bardzo nam zależało na tym, żeby żona Kowalskiego, oglądając nasz program, myślała sobie: "Ten znany aktor jest OK, ale przecież mój Heniek też jest porządny, a może nawet bardziej". Tak mogłyśmy i chciałyśmy poprawiać samopoczucie kobiet, którym nadal zdarza się wierzyć w medialne historie wielkich szczęść i które pewnie nieraz zastanawiają się: "Czemu ja tak nie mam? W czym ja jestem gorsza?". Otóż w niczym. Z tą różnicą, że żony Kowalskich żyją na co dzień życiem prawdziwym, a nie tym ułudnym medialnie.

Paweł Małaszyński, Jakub Błaszczykowski, Sebastian Karpiel-Bułecka i Małgorzata Domagalik (fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek / LAF AM)

Wielu facetów pani poznała podczas tych swoich rozmów...

- Starałam się poznawać mężczyzn. Widzę różnicę między facetem a mężczyzną.

A jaką?

- Że wolę poznawać mężczyzn. Siedzą dwie kobiety i jedna mówi: "Poznałam fantastycznego mężczyznę". To znaczy zupełnie coś innego niż: "Wiesz, fajnego faceta poznałam".

Zatem co wynika z tej wiedzy o mężczyznach, którą pani zdobywała przez lata rozmów?

- Wie pani, te wszystkie moje rozmowy z mężczyznami nie są o mężczyznach. Są o kobietach. Z tych rozmów wynika, czego mężczyźni się w kobietach boją i czego w nich nie rozumieją. Dlaczego kochają je szaleńczo i dlaczego zdradzają je bez wyrzutów sumienia. Bez zmrużenia oka.

Takie lustro?

- Mam takie powiedzenie, które ukułam w swojej książce "Siostrzane uczucia", że "w życiu drugiej kobiety możesz i powinnaś się przeglądać jak w lustrze". I znowu powtarzam jak mantrę. Każda z nas jest taka sama, niezależnie od tego, jak drogie buty nosi. Tylko jedna miała więcej szczęścia, może ktoś jej pomógł, może była bardziej uzdolniona... No i to lustro.

Przegląda się pani jak w lustrze w mężczyźnie, z którym pani rozmawia?

- Nie. Nie potrzebuję tego. Najczęściej przeglądałam się w oczach swoich rodziców. Dzisiaj taty już nie ma, ale zdarza się, że się zastanowię: "Co powiedziałby na to mój ojciec?". To wystarczy.

Wracając do mężczyzn - lata rozmów sprawiły, że są oni dla pani łatwiejsi w kontakcie?

- ... (cisza) Swój pierwszy program w telewizji na żywo zrobiłam z Adamem Hanuszkiewiczem. Nie miałam próby kamerowej, a scenografię zobaczyłam na jakieś 10 minut przed wejściem na antenę. Jak sobie dziś o tym pomyślę, to mi się wierzyć nie chce. Gdy wchodziłam do studia, ktoś, z kogo zdaniem się liczę, powiedział: "Bądź sobą. Zaryzykuj. Albo to chwyci, albo nie". To mi dodało skrzydeł. Pamiętam Adama Hanuszkiewicza, który wtedy był dla mnie guru, ja byłam kompletnie anonimowa. Usiadłam, noga na nogę, rozpięłam guzik w koszuli. I w tym momencie wszyscy się na mnie rzucili. "Ale pani tę nogę źle trzyma, nie można tak, proszę zapiąć bluzkę". Na szczęście nikt nie znał pytań, które chciałam zadać (śmiech). Myślę sobie: "Przecież siedzę, jak siedzę, jestem sobą". Hanuszkiewicz, z którym się później w jakimś sensie zaprzyjaźniłam, nachylił się do mnie i powiedział tak: "Pani Małgorzato, niech pani posłucha starego człowieka. Niech oni się wszyscy od pani odpie...". No to ja z powrotem. Noga na nogę, bluzka rozpięta. I od tego momentu już zawsze w studiu telewizyjnym jestem sobą. Rozpięte głęboko bluzki też lubię. Przy tym zawsze walczyłam o swoje zdanie i nie ukrywam, że bardzo lubię je mieć. Przy okazji dziękuję, Panie Adamie...

Książka "Kuba" dla czytelników Weekendu dostępna jest w promocyjnej cenie w formie e-booka w publio.pl

Małgorzata Domagalik . Pochodzi z Wrocławia. Dziennikarka, pisarka, publicystka i felietonistka. Laureatka Wiktora dla osobowości telewizyjnej i "Złotego królika Playboya". Prowadziła takie programy jak m.in. "Męski striptiz", "Tabu", "Mieszane uczucia", "Gorączka" i "Ona i on", w którym rozmawiała tylko z mężczyznami. Politykami, aktorami, sportowcami. Napisała wspólnie z Krystyną Koftą książkę "Harpie, piranie i anioły". Jest autorką książki "Siostrzane uczucia" i książki dla dzieci "Serce na sznurku". Dwie książki: "188 dni i nocy" oraz "Między wierszami" napisała wspólnie z Januszem L. Wiśniewskim, a najnowszą, "Kuba", z Jakubem Błaszczykowskim. Obecnie jest redaktor naczelną miesięcznika "Pani" oraz prezesem Fundacji Ludzki Gest Jakub Błaszczykowski.

Angelika Swoboda . Ekspert show-biznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.