artykuły

Słyszałam, że w pracy jesteś niezwykle uparta.

- Fakt, bywam.

I krnąbrna.

- Jeżeli tak określasz indywidualizm, to możemy przyjąć, że jestem krnąbrna. Ale są spektakle, w których trzeba działać ściśle zespołowo, i ja się temu poddaję ze wszystkimi konsekwencjami. Ostatnio robiłam zastępstwo w "Nietoperzu " w swoim teatrze, czyli TR Warszawa. Tam jest wybitnie zespołowa praca - są piosenki, granie na instrumencie, ustawianie scenografii. To, czego inni uczyli się miesiącami, ja musiałam opanować w kilka prób, byłam więc trochę zakręcona, czasem nieporadna. Reżyser stwierdził, że to interesujący stan, i poprosił, żebym go zachowała w trakcie grania spektaklu, a innych aktorów, żeby traktowali mnie trochę z góry, poprawiali. Zrobiliśmy to.

Przyszedł mój chłopak, który też jest aktorem, obejrzał spektakl i potem zapytał: - Co się z tobą stało? Dlaczego dałaś się tak potraktować? Byłaś taka niepewna... Odpowiedziałam: - To było założenie spektaklu. Wnioskuję z tego, co mówisz, że się udało! Dałam się temu ponieść z przyjemnością.

Katarzyna Warnke (fot. materiały prasowe OBAGI)

Ale mniejszą?

- Nie, to było ciekawe, bo nowe. Od pewnego czasu znajduję dla siebie alternatywne formy wypowiedzi, na przykład muzykę. Kończę gromadzić materiał na pierwszą płytę, napisałam teksty i częściowo kompozycje. Niedługo zaczynamy nagrania w studiu. Opublikowałam opowiadanie w "Zwykłym Życiu", a teraz rozpoczęłam powieść w odcinkach dla magazynu " K MAG". Lubię siebie w teatrze, ale potrzebuję chyba przestrzeni również na indywidualną wypowiedź.

Krnąbrnej aktorce jest się łatwiej przebić?

- Wiesz, ja tak naprawdę to bywałam krnąbrna w podstawówce. Trudno byłoby mi teraz w ten sposób pomyśleć o sobie. Czy nazwałabyś aktora mężczyznę krnąbrnym? Raczej nie. Użyłabyś pewnie określenia "niepokorny", "niezależny". Mężczyznom łatwiej przyznajemy prawo do posiadania własnego zdania i płynięcia pod prąd.

A czy mi z tym łatwiej, czy trudniej? To zależy, co się chce osiągnąć i w jakim stylu. Jestem indywidualistką, ale też jestem bardzo pracowita i oddana temu, co robię. Z wieloma reżyserami miałam bardzo osobiste relacje, dotyczyło to Michała Borczucha, Jana Klaty, Grzegorza Jarzyny, Krystiana Lupy czy Natalii Korczakowskiej. Potrafię wspierać reżysera, jeżeli tylko on mi daje taką przestrzeń, a ci reżyserzy dawali mi ją i jednocześnie korzystali z mojej kreatywności, rozbudzenia intelektualnego.

Indywidualizmu wybrać się nie da. Taka się urodziłam i staram się być wierna sobie. Często zdarzało mi się walczyć o swoje idee czy przekonania, ale ostatnio nie angażuję się już tak ekspansywnie, wolę symbiozę. Myślę, że miała na tę zmianę wpływ praca nad moim autorskim spektaklem "Uwodziciel" w Nowym Teatrze. To był mój debiut reżyserski.

Wtedy się łagodnieje?

- Uważam, że nie da się tak naprawdę wypowiedzieć, grając. Aktorstwo to służba w sprawie wypowiedzi zbiorowej, a najczęściej jest to ściśle wypowiedź reżysera. A ja miałam zawsze potrzebę twórczości komunikującej bezpośrednio moje doświadczenie. Reżyseria pokazała mi dobitnie, jak niewiele mogę zdziałać jako aktorka i jak można właściwie zepsuć przedstawienie, chcąc przeprowadzić swoje osobne cele. W tej chwili jestem na takim etapie, że mierzę siły na zamiary, a właściwie obliczam moje działania na efekty. Czy ta walka się opłaci?

Więc jednak złagodniałaś.

- Chyba tak. To przyjemne. Jeśli chodzi o działanie w zespole, to dużo nauczyłam się na planie "Lekarzy". Miałam tam bardzo ciekawą, skomplikowaną rolę i dużo trudnych scen do zagrania, więc z szacunkiem podchodzę zarówno do pracy w serialu, jak i płynącego z niej doświadczenia. Wcale nie uważam, że seriale są z reguły gorsze i łatwiej się w nich pracuje.

Zobaczyłam, że moje zastanawianie się na planie czy zadawanie dodatkowych pytań może rozbić cały zespół. Mam na myśli całą ekipę, kilkadziesiąt osób. Bycie zdyscyplinowanym i przygotowanym owocuje za to oddaniem ekipy i atmosferą skupienia, co jest bezcenne! To jest ta nagroda za pracę zespołową.

Katarzyna Warnke (fot. KAPiF)

W "Lekarzach" sporo grałaś w łóżku.

- To są wbrew pozorom trudne sceny. Z Szymonem Bobrowskim, moim serialowym mężem, bardzo się lubimy. Nasz toruński dom mieścił się na warszawskim Żoliborzu, a moje życie dziwnie się przesuwało w stronę fikcji. Byłam wtedy sama, a my graliśmy sceny powrotu z pracy, kłótni, kolacji, wspomniane już sceny seksu. Przychodziłam do domu, a tam pusto. Czułam się tak, jakbym prawdziwe życie miała właśnie w "Lekarzach", wypełnione mężczyzną, pracą...

Jak było z tym seksem na planie?

- Czasami reżyser Marcin Wrona proponował nam bardzo odważne rzeczy. Ja chciałam sprawdzić, jak daleko mogę przesunąć granicę. Kiedy jednak zobaczyłam pierwsze kolaudacyjne montaże, to byłam nimi przerażona. To naprawdę było odważne!

Przesadziłaś?

- Byłam naga, ale odważna scena łóżkowa to nie jest tylko kwestia tego, ile się pokaże. Potem zobaczyłam, że wzmacniające jest także to, że ja do Szymona mówię w trakcie aktu, jemy w tym łóżku, pijemy wino. Myślę, że reżyser też coś sprawdzał, próbował wycisnąć coś więcej z tych sytuacji. Oczywiście do serialu sceny weszły mocno okrojone. I bardzo dobrze.

Stanowiliśmy z Szymonem ognistą parę i byliśmy dobrym uzupełnieniem fabuły, bo jedna para miała głównie problemy z dziećmi, druga była sentymentalna, a my mieliśmy ten seks. I narkotyki. Wygrałam z nimi, miałam mieć dziecko i proszę, serial się skończył. A miałam być wreszcie dobra (śmiech). Czasem na ulicy ktoś do mnie podchodził i pytał: - Ta pani bohaterka to jaka w końcu jest - dobra czy zła? Bo nie mogę się zdecydować . Cieszyłam się z takiego efektu, bo w gruncie rzeczy nikt nie jest do końca zły albo dobry.

Świadomie budowałaś na planie erotyczne napięcie? Prowokowałaś?

- Moja postać była dzika od samego początku. No i miałam wyjątkowo trudną sytuację: byłam utopiona w narkotyki, mąż mi nie ufał, a ja chciałam uratować małżeństwo. Seks cementuje związek, byłam więc atrakcyjna i dawałam sygnały. Zresztą nie mam nic przeciwko byciu atrakcyjną seksualnie. Myślę, że Polacy są trochę źle nastawieni do seksu i zmysłowości. Do spraw ciała też. Jesteśmy bardzo romantycznym narodem, zafascynowanym romantyczną literaturą, mistycyzmem. Mamy też trudną historię, pełną żałoby. Frywolne zachowania, brak skrępowania kwitujemy pogardą. Sądzę, że brakuje tu równowagi.

Natomiast nie lubię pornografii, z zasady jej nie oglądam. Widziałam jedynie urywki, ale nigdy nie obejrzałabym całego filmu pornograficznego. Jestem przekonana, że pornografia jest niszcząca dla psychiki.

Wstydziłaś się, że jesteś na planie naga?

- Wstydziłam, i to bardzo. Jest serialowa sypialnia państwa Wanatów. Szymon się kładzie z gołą klatą, ja mogę mieć na sobie tylko figi. Na planie nie ma żadnej innej kobiety - cała ekipa to faceci. Gnieździmy się w tym pokoju. Duszno, ciasno. Koledzy z ekipy są kilkadziesiąt centymetrów od mojej twarzy czy piersi, co bardzo krępuje, a to przecież jest scena intymna, więc niezbędne jest rozluźnienie, swoboda. Oczywiście bardzo nam pomogło to, że wszyscy byli niezwykle delikatni. Sami zresztą czuli się skrępowani.

Robiliśmy ujęcie za ujęciem. Jak już skończyliśmy, jeden z kolegów wybiegł z tego pokoju, krzycząc: "Co ja mam za pracę!". Trzeba być naprawdę bardzo perwersyjną osobą, żeby czerpać z tego przyjemność. Każdego, kto ma normalne granice intymności, taka sytuacja stresuje. I jest zwyczajnie nieprzyjemna.

Katarzyna Warnke i Piotr Stramowski na planie filmu

Chyba że się gra z własnym partnerem.

- Wtedy jest jeszcze trudniej. Z moim chłopakiem poznaliśmy się na planie filmu "W spirali", który pojawi się jesienią. Mieliśmy tam sceny erotyczne, i to nie było łatwe. Z jednej strony nie chce się sprzedać swojej prywatnej intymnej historii, z drugiej - nasze postaci to nie jesteśmy my. Trzeba przykryć to, co jest między nami. Na dodatek graliśmy małżeństwo w kryzysie, a właśnie się w sobie zakochaliśmy i mieliśmy swój najlepszy czas.

Paradoksalnie łatwiej było ci grać takie sceny z Szymonem Bobrowskim?

- Zdecydowanie tak. Dystans pomaga w takim przypadku, nie ma relacji prywatnej, która utrudnia zrealizowanie fikcji.

Da się pokonać wstyd?

- Wstyd pomaga aktorowi. Rozwijamy się, gdy walczymy z trudnościami, wykonujemy ciężką pracę, a nie wtedy, kiedy jest nam łatwo i przyjemnie. Tak samo jest na scenie. Najintensywniejszą scenę wstydu gram w spektaklu "T.E.O.R.E.M.A.T.". Jestem tam nastoletnią dziewicą, która się zakochała i za chwilę przeżyje seksualną inicjację. Najpierw są uśmiechy, potem drżenie, atak złości, potem płacz, ból i wszystko kończy się spełnieniem w wielkim uniesieniu. Cała gama emocji do zagrania w milczeniu, oszczędnie - bardzo trudna rzecz. Gdybym nie mogła dotknąć w sobie autentycznego wstydu, myślę, że nie byłoby to ani ujmujące, ani przejmujące dla widza. Jeśli ktoś umie się rozebrać na "pstryk", to prawdopodobnie jest to bezwartościowe. Skoro na nim nagość nie robi wrażenia, na nikim innym też nie zrobi. Dlatego ja zachowuję ten wstyd.

Bardzo też nie lubię się całować na scenie czy w filmie. Mam włączoną kontrolę, wciąż czuję zęby, język i ślinę. Kompletnie mi się to nie składa w coś przyjemnego.

Film czy serial?

- Gdyby to miał być bardzo dobry serial, wolałabym serial. Mam na myśli np. "Californication" czy "Grę o tron". Praca na planie takiej produkcji musi być niesamowita. Zresztą serial potrafi zaskoczyć, także aktorów. W "Lekarzach" dostawałam nowe scenariusze i czasem musiałam się nagłowić, jak przeprowadzić wiarygodnie moją postać przez kolejne perypetie. Budowałam sobie przestrzeń w głowie, by zagrać na przykład scenę, jak pakuję męża do więzienia. A przecież go kocham. Nieważne jest, czy ja, Kasia Warnke, się z tym zgadzam. To świetne doświadczenie poznawcze.

Film czy teatr?

- Byłam zadurzona w teatrze. Przez wiele lat stanowił moją jedyną pasję, skupiłam się na nim całkowicie. Od trzech lat buduję siebie również w innych przestrzeniach. Potrzebuję poznawania nowych ludzi, nowych mediów. Chyba praca przed kamerą w tym momencie bardziej mnie pociąga. Choć przyznam, że nigdy bym się nie nauczyła tego, co potrafię, gdyby nie teatr. Ludzie często sobie nie zdają sprawy, ile czasu i wysiłku zajmuje praca nad spektaklem. A istnienie efektu tej pracy jest tak ulotne, umyka, jak każdy dzień.

Katarzyna Warnke w roli Zosi i Jerzy Trela jako Major podczas próby przedstawienia

Napisałaś i wyreżyserowałaś sztukę "Uwodziciel". Jesteś ekspertką od uwodzenia?

- Zgłębiłam temat i wydaje mi się, że uwodzenie pomaga nam we wszystkich aspektach życia. Każdy z nas uwodzi. Wchodzisz do sklepu, uśmiechasz się, rozmawiasz. Nie chcesz niczego konkretnego osiągnąć, masz po prostu ochotę mieć dobry kontakt z drugim człowiekiem.

Na czym polega uwodzenie?

- Uwodzenie w relacji damsko-męskiej polega na tworzeniu pewnej projekcji. To nie jest tak, że siądę przed kimś i powiem: taka jestem. To kluczenie. Może być flirtem, który do niczego nie zmierza. Ale może też być środkiem manipulacji. Uwodzenie to taki etap przed spełnieniem. Kiedy doznajemy spełnienia, czyli rozkoszy, uwodzenie się kończy. Trzeba rozpocząć grę na nowo. Uwodzenie to uciekanie, rozmowa, tembr głosu, określony sposób ubierania się.

Często uwodzisz?

- Trudno mi to ocenić, bo bywa, że się nie ma żadnych intencji, a druga osoba to odbiera inaczej, pewne rzeczy dzieją się nieświadomie. Uwodzenie jest bardzo potrzebne, nawet kiedy się jest w związku. Każdy z nas chce wiedzieć, czy jeszcze się innym podoba. Są jednak pewne granice, choć dla mnie flirt jest jak najbardziej dopuszczalny. Oczywiście, kiedy ktoś ma chorobliwie zazdrosnego partnera, to lepiej sobie odpuścić. Ale w ogóle dopuszczam sytuację, że ja się podobam panom, a mój chłopak się podoba paniom. Albo odwrotnie. To jest przyjemne i miłe. Zupełnie nieszkodliwe.

Mam wrażenie, że ty ostatnio uwodzisz intensywniej. Głębokie dekolty, krótkie sukienki... Jesteś bardziej pewna siebie?

- Większa pewność siebie to efekt decyzji wyjścia poza aktorstwo, sprawdzenia swojego potencjału jako liderka projektu. Sądzę, że jako aktor, aktorka, ma się przyzwolenie do bycia w emocjonalnym przedszkolu. Oczekuje się od nas emocjonalnej otwartości, wręcz labilności, co powoduje, że stajemy się trochę rozchwiani. Rzadko ktoś wymaga od nas posiadania poglądów, czytania literatury innej niż powieści i dramaty. Ja, kiedy zrobiłam swój spektakl, bardziej poczułam, kim jestem i co chcę powiedzieć.

Świadomie weszłam też w przestrzeń medialną. Pomyślałam, że w Polsce jest mało aktorek, które działają w sferze zmysłowej. Bardzo mi zależy na atrakcyjności cielesnej i zmysłowości, ale też chcę promować siebie jako osobę rozwiniętą intelektualnie i pracującą intelektem. Stereotypy na tym polu są bardzo silne: albo jesteś seksowna, albo mądra. Połączenie siły, intelektu i urody wydaje się groźne. Czasem jeszcze gorzej - zbędne.

Chcę być seksowna, ale nie wulgarna. Nie maluję się mocno, bo wydaje mi się, że kobieta jest bardziej interesująca, gdy jest bliżej natury. Przynajmniej ja się wtedy lepiej czuję. Widzę też, że to spotyka się z zainteresowaniem. Niedawno zostałam ambasadorką amerykańskiej firmy kosmetycznej OBAGI, dla której moja naturalność jest kluczowa. Chciałabym zachować dziewczęcość, lekkość, pewien rodzaj nonszalancji. Nigdy nie ubiorę się w stylu pin-up, nie lubię uprzedmiotowionej kobiecości. Badam granice.

Zobacz wideo Katarzyna Warnke: Moja córka wychowuje się w dziwnej rodzince
Katarzyna Warnke (fot. materiały prasowe OBAGI / fot. KAPiF)

Wrzucając na przykład na Instagram zdjęcie w bikini...

- Robiłam kiedyś program z Wojciechem Mannem i w pierwszym odcinku on rozebrał moją postać do bikini. Pytam: - O matko, Wojtek, naprawdę mam to zrobić? Początkowo się zestresowałam, ale zobaczyłam potencjał w tym żarcie wokół sensacyjności nagiego ciała. Asystentka w programie Wojtka, którą grałam, była inteligentną bestyjką w przebraniu naiwnej owieczki i w gruncie rzeczy manipulantką.

Słyszałam, że Wojciech Mann bywa gburowaty.

- Nie spotkałam się z tym. Jest uroczy, ale również niezwykle inteligentny, ma wyjątkowe poczucie humoru. Pamiętam nasze pierwsze programy, jeszcze z Krzysztofem Materną, kiedy nic nie było dla mnie zapisane w scenariuszu. Mówili: Kasia, my mamy do przeprowadzenia taką sytuację, wymyśl coś dla siebie . Chyba sprawdzali moje wyczucie absurdu i kreatywność. Zdaje się, że przeszłam ten egzamin pomyślnie. Wojtek nabrał do mnie zaufania, nawet nie robiliśmy prób. Wchodziliśmy na nagranie i działo się. Szczerze mówiąc, to była bardzo przyjemna praca.

Katarzyna Warnke. Związana z TR Warszawa. Do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie dostała się za pierwszym podejściem. Grała m.in. w krakowskim Teatrze Stu i Narodowym Starym Teatrze. Rola Dany w "Teraz albo nigdy" była jej pierwszą rolą serialową. Zagrała też w "Hotelu 52" i "Lekarzach", a ostatnio w serialu "Uwikłani" TVP. Od siedmiu lat ćwiczy jogę. Z pór dnia najbardziej lubi poranki i długie śniadania, podczas których czyta. Kocha Warszawę.

Angelika Swoboda . Ekspert show-biznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w " Gazecie Wyborczej", pracowała też w " Super Expressie" i " Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.