Podobno lubisz kwaśnicę, ale wolisz sushi.
- Powiedziałem tak kiedyś, ale to była przenośnia. Bez przesady z tym sushi. To, co się je, nie jest najważniejsze. Ojciec Święty zapytany kiedyś, co lubi jeść, odparł, że to, co mu podadzą. Wspominając o sushi, chciałem przez to powiedzieć, że jestem przywiązany do tradycji, ale zarazem otwarty na świat, na trendy, po prostu na drugiego człowieka. Na jego postrzeganie świata, pasje, gusta kulinarne. To czyni moje życie bogatszym. Jeśli kręciłbym się tylko wokół kwaśnicy i oscypków, tobym w końcu zgnuśniał. Oczekuję czegoś więcej. Dlatego nie grałem w nieskończoność muzyki góralskiej, tylko stworzyłem zespół Zakopower.
To było 10 lat temu...
- Unikam mówienia o tym jubileuszu. Za mało lat upłynęło, żeby cokolwiek podsumowywać. Żaden artysta nie powinien sobie stawiać takiej granicy. Jeżeli ją postawi, to mówiąc dobitnie, jest martwy. Nie wiem, kiedy zaświta mi w głowie coś w rodzaju podsumowania. Mam nadzieję, że nie będzie to za rok czy dwa lata, ale wtedy, kiedy już kompletnie nie będę miał na nic siły.
W wyjątkowy sposób łączysz tradycję i wartości, które mogą się wydawać niemodne, z nowoczesnością.
- Trzeba by zadać pytanie, co oznacza nowoczesny system wartości. Rozumiem, że chodzi ci o system wartości, który może się wydawać europejski? O to, co dociera do nas z Zachodu?
Na przykład.
- Niestety, ten system wartości mi się nie podoba. Nie uważam, żebym chciał być nowoczesny w ten sposób. Te przekonania są mi zupełnie obce i pewnie nie zagoszczą w moim życiu. Oczywiście znajduję tam też mądre i wartościowe rzeczy, ale z większością się nie zgadzam. Jestem tradycjonalistą osadzonym w kulturze góralskiej. Tam wyrosłem, tam się ukształtowałem, stamtąd wszystko wyniosłem. W niej jest dużo polskości i prawdy. Myślę, że nic nie kształtuje nas jako narodu, nie czyni nas oryginalnymi w oczach reszty świata bardziej niż nasza ludowa kultura i dziedzictwo. To, na co pracowali nasi przodkowie, dziadowie i pradziadowie, którzy często borykali się z różnymi tragediami, takimi jak wojny czy powstania. To wszystko nas ukształtowało. Wyrzekanie się tego jest strzelaniem sobie w kolano. Ktoś, kto robi to, by być nowoczesnym, tak naprawdę zatraca samego siebie. Taka nowoczesność zupełnie nie ma sensu. Jest głupia.
A jaka jest dla ciebie do przyjęcia?
- Bądźmy nowocześni w innych rzeczach. Szukajmy pól, na których możemy zrobić coś, czego jeszcze nie było. Takim polem jest dla mnie właśnie muzyka. Możemy zaskoczyć resztę świata.
Czym?
- Pytasz mnie, jaka jest na to recepta? Jeżeli przyjrzymy się, komu z Polski udało się osiągnąć sukces w dziedzinie muzyki za granicą, to byli to tacy kompozytorzy jak Fryderyk Chopin, Henryk Mikołaj Górecki czy Karol Szymanowski. Czyli twórcy, którzy w dużej mierze bazowali na polskiej kulturze ludowej. Myślę, że to jest jakaś wskazówka. Nawiązując do tej kultury, pokazując ją całemu światu, ubierając w nowoczesne brzmienia, stajemy się bardzo oryginalni i zwiększamy swoją szansę, by zaistnieć gdzieś poza Polską.
Przecież wszędzie jest tyle muzyki... rocka, jazzu... Wszystko już było i wszystko jest do siebie podobne, ale każdy kraj ma inną kulturę ludową, która go wyodrębnia i którą należy pielęgnować. My też, i to daje nam szansę na bycie nowoczesnymi w twórczym kontekście. I to jest właśnie moja recepta. Nie dopasowujemy się do innych, nie zachłystujemy się cudzą kulturą, ale patrzymy, co mamy ciekawego, i dbamy o to. Po to, żeby się odróżnić i innych czymś zaskoczyć.
Czyli podpatrujemy, jak robią to inni, ale nie kopiujemy bezkrytycznie.
- Tak. To jest fajne w muzyce, że można w niej łączyć różne elementy i jeden drugiego nie wyklucza. Dużo grałem po świecie i wiem, że na przykład rytmy z Senegalu albo z Jamajki świetnie brzmią połączone z naszą góralską muzyką. Nie chcę być zamknięty na rzeczy płynące z Zachodu, ogrodzony murem, ale wiem, w czym tkwi moja siła - w korzeniach. Mówiąc patetycznie, siła naszego narodu tkwi w naszej historii. Wyrzekanie się tego czy zapominanie o tym jest po prostu skrajną głupotą.
Co masz na myśli, mówiąc, że nie podobają ci się zachodnie wartości?
- Mam na myśli przede wszystkim laicyzację. Nie chcę się jednak na ten temat bardzo rozwodzić, bo byłoby to już bawienie się w politykę, a ja nie jestem politykiem, tylko muzykiem.
Jasne, ale twoje poglądy łączą się z tym, jak grasz.
- Chodzi mi o wyrzekanie się wiary, Boga, Kościoła. Wiele krajów europejskich od takich wartości odchodzi, i to mnie smuci.
Marian Opania twierdzi, że puszczanie amerykańskich programów w polskiej telewizji ma nas celowo ogłupiać i zabierać tożsamość.
- Absolutnie się z nim zgadzam. Chociażby dlatego, że słyszę, co się gra w największych polskich stacjach radiowych. W większości to muzyka anglosaska. Przyjmujemy ją bezkrytycznie, a wynika to z jednej prostej przyczyny - przez prawie 50 lat byliśmy "pod zaborem". To sprawiło, że nabawiliśmy się kompleksów. Teraz, kiedy mamy już możliwość patrzenia na Zachód, chcemy stamtąd wziąć wszystko. Nie oddzielamy ziarna od plew. Żebyśmy zobaczyli granicę - co warto z Zachodu wziąć, czego się stamtąd uczyć, a co lepiej zostawić - musimy dojrzeć. Na to jako społeczeństwo potrzebujemy czasu.
Mam wielu znajomych zagranicą, którzy już zaczynają odczuwać tęsknotę za tradycją. Są pod ogromnym wrażeniem, kiedy widzą nasze stroje ludowe, kiedy słyszą ludową muzykę. Wiesz, to są często młodzi ludzie. Mówią: Wow, to jest piękne, u nas czegoś takiego nie ma. Dlaczego tego nie puszczacie w radiu?
Mój znajomy z Londynu, szef wielkiej agencji menedżerskiej, z pochodzenia Polak, przywiózł tu kiedyś swoje dzieci. Chciał im pokazać naszą kulturę, puścić polską muzykę. Jeżdżąc po kraju, słuchali radia. Zmieniali stacje, ale nie usłyszeli ani jednej polskiej piosenki. Dzieci mówią: Tato, nie ma polskiej muzyki . Media w Polsce tak właśnie kształtują gusta. Nawet jeśli narzucają to zagraniczne koncerny, to jest nasza wina. Jesteśmy na tyle słabi, że nie potrafimy się przed tym bronić. Jak włączymy radio we Francji czy Włoszech, nie usłyszymy innej muzyki niż tamtejsza. To o czymś świadczy.
Masz poczucie, że jesteś staroświecki?
- Często słyszę takie pytanie. Na szczęście spotykam się z ludźmi, którzy podzielają moje poglądy, a nawet jeśli mają inne, to ich nie negują. Słuchają, co mam do powiedzenia, a ja słucham ich. Nigdy nie odczułem, że jestem staroświecki. Poza tym jestem przekonany, że moje poglądy są normalne i że tak powinno być. Dla mnie to tak oczywiste, że nie czuję się jakiś dziwny. Zresztą, mogę dyskutować na wszystkie tematy, także wiary. Choć mam swoje przekonania i dobrze mi z tym, w co wierzę. Żyję w zgodzie z własnym sumieniem i nie zrezygnuję z tego.
Dlatego tak chętnie nagrywasz kolędy?
- Lubię je grać. Kojarzą mi się z dzieciństwem, z tym, jak chodziłem z babcią do kościoła. Z moimi bliskimi, których już nie ma. Kolędy koją moją duszę, po prostu są mi bliskie. Podhale to region silnie przywiązany do tradycji. Jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Zresztą teraz jest wielka moda, żeby tę tradycję kultywować. Przybywa muzykantów, młodych chłopców, którzy chcą grać i śpiewać po góralsku. Noszą góralskie stroje. Sam byłem tym zarażony jako młody chłopak i to we mnie zostało. Tak jest też w innych domach.
Młodych to nie nudzi?
- Według mnie moda na folklor przeżywa rozkwit. Jak zaczynałem grać, było raptem kilka kapel ludowych. W tej chwili jest ich kilkadziesiąt. Ludzi to jara, bo jest prawdziwe. Żyjemy w tak skomercjalizowanych czasach, wokół jest tyle plastiku, że coraz bardziej tęsknimy do prawdziwej muzyki, która jest czysta, autentyczna. Ci, którzy się jej wyrzekają, są ograniczeni - jak mówiłem wcześniej, jeśli się odcinasz od swoich korzeni, tracisz tożsamość. Pora to sobie uświadomić. Pamiętam, jak kilkadziesiąt lat temu byliśmy wyśmiewani. Oscypki czy kierpce to był obciach. To taka wiocha - słyszałem. Także dlatego, że ludowość była pokazywana tak, a nie inaczej. Zwłaszcza w komunizmie. Muzyka góralska kojarzyła się z przeglądem kapel ludowych w Kazimierzu, a typowy wykonawca był postrzegany jako dziadek z jednym zębem, który coś tam tłucze na tym swoim instrumencie.
Chciałeś to zmienić?
- Kiedy powstawał zespół, postanowiliśmy pokazać, że bazując na folklorze, można być nowoczesnym. Zarówno w muzyce, jak i w stroju. Na przykład nosząc opasek góralski.
Jak byłeś wychowywany?
- Mama uczyła mnie, że do kobiety zawsze należy podchodzić z szacunkiem, na przywitanie trzeba ją pocałować w rękę. Nie miałem pełnej rodziny, tata z nami nie mieszkał, nie mam więc pełnego odniesienia. W każdym razie na Podhalu wciąż obowiązuje ten "staroświecki" zwyczaj. Tak samo szanuje się seniorów. U mnie w domu tak było. W małżeństwie natomiast zwykle obowiązywał patriarchat. Mężczyzna szedł do pracy, a kobieta zajmowała się domem. Teraz to się zmienia, w rodzinie zaczyna się liczyć również partnerstwo. I dobrze.
Mama uczyła cię, że masz być dżentelmenem?
- Słowo dżentelmen oznacza na Podhalu to samo, co w innych regionach Polski. To mężczyzna szarmancki wobec kobiet, otwiera im drzwi, całuje w rękę. O czym tu mówić? Opowiem ci za to pewną historię. Czasem na nasze koncerty przyjeżdża pewna młoda Brytyjka, nasza znajoma. Kiedy po raz pierwszy zawitała do Polski, była w szoku, że u nas - w odróżnieniu od Anglii - jest właśnie takie podejście do kobiet. A my po prostu dbaliśmy, by dobrze się z nami czuła, i opiekowaliśmy się nią. Wprawiło ją to w totalne zdumienie. Ona ma 25 lat. Jak pracowała w barze i trzeba było przenieść skrzynkę z piwem, to sama ją nosiła. Dwaj inni barmani mieli to gdzieś. To kolejna rzecz, która nas wciąż odróżnia od Zachodu.
Co dziś jest według ciebie grzechem?
- Pan Bóg i Kościół wytyczają nam jasną drogę, wskazują, jak powinniśmy postępować, ale każdy z nas ma również wolną wolę i ostatecznie sam wybiera drogę, którą idzie. Kieruje się własnym sumieniem. Moim zdaniem najlepiej jest nie popadać w skrajności. Z wieloma definicjami grzechu się zgadzam, co do niektórych mam wątpliwości, ale nie podważam ich, bo nie ja od tego jestem.
Pójdę boso?
- Pójdę boso i tam zostanę osądzony. Tak to widzę.
Ale przyznasz, że życie zgodnie z wytycznymi Kościoła i życie muzyka nieco się wykluczają. Bywa, że musisz poświęcić swoje wartości dla grania?
- Nigdy się do niczego nie naginałem. Muzyka nigdy nie wykluczała i nie wykluczy Boga z mojego życia. Ani mojego przywiązania do Kościoła. Zresztą wiara nigdy nie przeszkadzała mi w graniu. Wręcz przeciwnie, pomagała mi. Chociażby w tym, żeby nie skręcić w ślepą uliczkę. I nie zrobić krzywdy sobie albo komuś. Wiara zawsze prowadziła mnie w dobrą stronę. Kiedy było mi w życiu bardzo źle, kiedy znalazłem się na rozstajach, to kierowałem swoje myśli do Boga. I wychodziłem z tego. Szczerze życzę każdemu takich doświadczeń.
Wiem, że są ludzie, którym nie udaje się poznać Boga. Ja spotykam go na co dzień i jest to naprawdę wielka łaska. Oczywiście kiedy akurat jestem w trasie czy gram koncert, czasem trudno mi praktykować niedzielne msze święte. Ale to nie jest problem. To, że przynależę do Kościoła katolickiego, nie zakłóca mojego poczucia wolności. Jestem wolny. Nikt mi nie wyłamuje rąk, nikt mnie nie ciągnie łańcuchem. Sam idę do kościoła, bo koi moją duszę, daje wewnętrzny spokój.
Zdarzało się, że ktoś zmuszał cię do naginania przekonań?
- Sześć razy byłem namawiany do udziału w "Tańcu z Gwiazdami", trzy razy do "Gwiazdy tańczą na lodzie". Przekonywały mnie nawet bliskie osoby. Ale jak zajrzałem w głąb siebie, stwierdziłem, że się do tego nie nadaję. Podziękowałem. Patrząc na to z perspektywy czasu, jestem z siebie dumny i bardzo się cieszę. Nigdy nie poszedłem na skróty i nie zrobiłem czegoś, czego bym dziś żałował. Nie widzę siebie w tych wszystkich żabotach. Nie wyobrażam sobie, że podskakuję na parkiecie. Jestem muzykantem, więc powinienem się skupić na graniu, a nie na podskakiwaniu. Może to dobry program dla aktora czy aktorki, nie neguję tego. Nie mówię, że to jest złe, po prostu nie dla mnie.
Byłbyś w stanie zrezygnować ze współpracy z kimś, kto nie podziela twoich poglądów?
- Mam to szczęście, że udało mi się otoczyć ludźmi, którzy mają podobne poczucie estetyki w muzyce. Oczywiście, czasem się różnimy, ale idziemy na kompromis i wszyscy są zadowoleni.
Już w dzieciństwie byłeś bardzo niezależny.
- Byłem buntownikiem. Nie podobało mi się, jak ktoś mi coś narzucał. "Musisz to zrobić" - nienawidziłem tego. Tak było z chodzeniem do szkoły. Z liceum cały czas uciekałem, bo najważniejsze było dla mnie granie, inny świat nie istniał. Czasem wracałem z grania o szóstej rano i w ogóle do tej szkoły nie szedłem. Kiedy dojrzałem, zrozumiałem, że to nie jest ani do końca bezpieczne, ani fajne - nie mogę oprzeć całego życia na muzyce, muszę mieć alternatywę. Czułem też potrzebę poszerzenia horyzontów intelektualnych. Powiedziałem sobie: Stop . Postanowiłem, że zdam maturę i pójdę na studia. Nikt mi nie powiedział, że muszę tak zrobić. Jak mi mówili "musisz", to robiłem na odwrót.
Myślałam, że do studiowania przekonała cię mama.
- Nie. Mama była załamana, bo myślała, że to się nigdy nie wydarzy. Sam doszedłem do momentu, kiedy uznałem, że ona ma rację, i sam poczułem, że to właściwy wybór.
I skończyłeś architekturę.
- To też wzięło się z tradycji. Mój ojciec i brat zajmowali się tym, jednocześnie muzykując. Ja nigdy nie chodziłem do szkoły muzycznej, jestem samoukiem. Granie było i jest dla mnie ważne, ale dzięki mojemu wykształceniu mam alternatywę. Właśnie rysuję dom dla mojego kolegi Tomka Pochwały, skoczka. A oprócz tego nagrywam w studiu. Jestem rozjechany w dwie strony. To się da pogodzić, tylko jest się zmęczonym.
Dalej się w tobie kotłuje jak w tym nastoletnim Sebastianie?
- Już nie. Osiągnąłem pełną harmonię w tym, co robię. To bardzo przyjemne uczucie. Zresztą, tak sobie myślę, że miałem tak od zawsze. Już w podstawówce wiedziałem, co chcę w życiu robić. Wiedziałem, że chcę się uczyć grać i że chciałbym w przyszłości zostać architektem. Potem, w okresie buntu, muzyka przeważyła, a architektura zeszła na drugi plan. Ale zawsze była w mojej głowie. Nawet nie myślałem, że mógłbym zostać strażakiem. Chciałem być jak ojciec i brat. Pomogło mi więc to moje przywiązanie do tradycji. Ono ukształtowało moją przyszłość. No i popatrz - wróciliśmy do punktu wyjścia.
Sebastian Karpiel-Bułecka (ur. 1976). Muzyk, wokalista. Góral wszechstronnie utalentowany. Gra na skrzypcach, dudach i fujarze słowackiej, a także śpiewa. Frontman zespołu Zakopower - zadebiutowali dziesięć lat temu płytą "Musichal", która zdobyła status złotej. Z kolei krążek "Boso" okrył się platyną. Skończył architekturę na Politechnice Krakowskiej i jak tylko ma czas, oddaje się pasji projektowania domów.
Angelika Swoboda. Ekspert show-biznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i " Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.