Marek Hłasko i Krzysztof Komeda

Marek Hłasko i Krzysztof Komeda (fot. Marek Nizich-Niziński / Domena publiczna)

wywiad gazeta.pl

Lubił zmyślać i prowokować. Marek Hłasko, złote dziecko lat 50.

Hłasko zadbał o to, żeby środowisko literackie poznało jego wymyśloną biografię. Był w niej wyrzucony ze szkoły, pochodził z rodziny robotniczej. - Jego wymyślony życiorys był dużo ciekawszy niż ten prawdziwy - mówi Radosław Młynarczyk, autor książki "Hłasko. Proletariacki książę".

Hłasko był biseksualny?

O tym wiedział tylko on i jego koledzy.

Ale chyba niektóre jego relacje z pisarzami wykraczały poza zwykłą znajomość?

Nie generalizowałbym. Bliskie relacje z Jerzym Andrzejewskim czy Wilhelmem Machem były owiane tajemnicą. Dysponujemy listami i wspomnieniami osób, które obserwowały te znajomości, natomiast nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy męskie przyjaźnie Marka Hłaski przekraczały granice seksualności. Nie widzę też potrzeby ferowania ostatecznych wyroków.

Nawet w przypadku Andrzejewskiego?

Wydaje się, że ze strony Hłaski przyjaźń ta nie miała podtekstu romantycznego i seksualnego.

A ze strony autora "Popiołu i diamentu"?

Jak najbardziej, nie mam żadnych wątpliwości. To podobne uczucie do tego, którym Andrzejewski darzył Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, swoją wielką miłość. Hłasko był pierwszym chłopakiem, na którego po śmierci poety na dłużej zwrócił uwagę, a Marek na pewno podziwiał starszego literata. Stosunek autora "Wielkiego tygodnia" do młodzieńca fantastycznie opisuje Anna Synoradzka-Demadre, znawczyni twórczości Andrzejewskiego. To były ciepłe, czasem może zaborcze, ale serdeczne uczucia. Korespondencja między pisarzami sugeruje dużą zażyłość, lecz powtórzę jeszcze raz: nie ma żadnego znaczenia, czy była to miłość zrealizowana seksualnie, czy po prostu bliska przyjaźń.

Czy nie jest tak, że Hłasko wykorzystywał tę i inne relacje do własnych spraw? Mówiąc inaczej: nie traktował Macha i Andrzejewskiego instrumentalnie?

Oczywiście, że tak. Ale pamiętajmy, że te relacje były bardzo różne. Nie możemy na równi z Machem i Andrzejewskim stawiać Stefana Łosia, ówczesnego prezesa wrocławskiego oddziału Związku Literatów Polskich, u którego Hłasko pomieszkiwał, czy Henryka Berezy, zajmującego się po jego śmierci spuścizną pisarza.

Nie ulega wątpliwości, że Hłasko cynicznie poruszał się w środowisku biseksualnych literatów. Andrzejewski i Mach podsyłali jego opowiadania do redakcji, lobbując publikacje. Ale nawet jeśli początek znajomości był związany z konkretnymi korzyściami, nierzadko owocowało to wspaniałą przyjaźnią. To wykorzystywanie w pewnym momencie się kończyło i wtedy zaczynała się bliska relacja, męska przyjaźń. Aż tak wyrachowany nie był.

Andrzejewski i Mach przepychali jego opowiadania, bo były dobre, czy chcieli przypodobać się 20-latkowi?

Z listów do Hłaski wynika, że inni pisarze cenili jego pióro. Zresztą obronili je czytelnicy.

Zajmijmy się teraz jego legendą. Awanturował się i pił?

Był z tego znany. Pewnego razu pojechał na Mazury z Edwardem Żebrowskim, który później m.in. wyreżyseruje "Szpital Przemienienia", a w "Pięknych dwudziestoletnich" towarzyszy Hłasce w podróżach po Polsce. Tam się upili, a podrywając miejscowe dziewczyny, sprowokowali bójkę. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że uczestniczył w niej miejscowy agent bezpieki, który napisał donos do Warszawy. Obaj panowie mieli trochę kłopotów. Hłasko stracił stypendium, znalazł się w nieciekawej sytuacji, ponieważ nie miał gdzie mieszkać. Do rodzinnego domu na ulicy Mickiewicza w Warszawie nie mógł wrócić, bo przez tę awanturę nadwyrężył kontakty z ojczymem.

Ja zapamiętałem historię opisaną w "Kalendarzu i klepsydrze" Tadeusza Konwickiego. Hłasko był w domu pracy twórczej w Oborach. Tam rozpowiedział wszystkim, że umarła mu córka, więc pisarki otoczyły go opieką. Łgał. Po co mu był ten teatrzyk?

Podkręcał publiczność. Innym razem wyzywał kobietę będącą w towarzystwie Jerzego Urbana albo prosił matkę Agnieszki Osieckiej o rękę córki.

Był świadomy, że ma problem z alkoholem?

Tak, wiedział, kiedy przekracza granicę, lądując w szpitalu. Był dwa razy w zakładzie psychiatrycznym w Monachium w związku z nadużywaniem środków nasennych mieszanych z alkoholem. Cierpiał na depresję. Kiedy jeszcze mieszkał w Polsce, mieli z Andrzejewskim umowę, że jeśli jeden z nich uznał, że za długo lub za dużo piją, to przestawali pić. Tak się dopingowali nawzajem. Opowiadanie "Pętla" jest dokumentem tej świadomości. Kuba, główny bohater tej quasi-tragedii z jednością czasu, miejsca i akcji, jest alkoholikiem, który postanawia pewnego ranka skończyć z piciem. Wieczorem razem z narzeczoną pójdzie się zaszyć. Do tego czasu trzeba jakoś przeżyć, bo jest dopiero siódma rano. Łapie go delirium, wychodzi na ulicę, żeby przewietrzyć głowę i na swoje nieszczęście, mimo najszczerszych chęci, trafia do Baru pod Orłem, gdzie się upija.

Hłasko był chory? A może chciał zadbać o swój wizerunek pijaka?

Miałem do czynienia ze sprzecznymi źródłami. Z jednej strony - rozhisteryzowana matka, która w listach upomina syna, żeby już się uspokoił, bo przynosi wstyd rodzinie. A z drugiej przyjaciele i narzeczona, którzy nie byli zaniepokojeni.

Bo wtedy wszyscy tak dużo pili?

Nie sądzę. Każdy, kto poznał Hłaskę bliżej, traktował jego wyczyny z pobłażliwością i lekkim przymrużeniem oka. Raczej chodziło o podtrzymanie famy na mieście niż o faktyczny problem z alkoholem.

Oczywiście, kiedy jako młody chłopak dostawał jakieś honoraria i stypendia, które umożliwiały mu życie bez pracy fizycznej, na pewno działało to na niego destrukcyjnie.

Obraził kogoś za mocno po pijaku?

Nie, ale przez zakrapianą alkoholem seksualną przygodę z żoną amerykańskiego reżysera Nicholasa Raya stracił szansę na zrobienie kariery w Hollywood, a przynajmniej na nakręcenie jednego filmu. Panowie mieli wspólnie pracować nad scenariuszem opartym na pomyśle Marka, szczegóły nie są jednak znane. Skracając historię: Hłasko przespał się pod nieobecność gospodarza domu z jego żoną. Ray się o tym dowiedział i zerwał współpracę.

Dlaczego Hłasko postanowił zostać pisarzem?

A ty dlaczego jesteś dziennikarzem?

Bo sobie to wymyśliłem, mając siedem lat.

A Hłasko, pisząc pamiętnik w wieku 10 lat, też miał takie marzenia.

Od marzenia do celu droga jest, wybacz za poezję, kręta i wyboista. Co mu pomogło?

Przede wszystkim niezwykły upór i pracowitość. Kiedy zaczął pisać pierwsze opowiadania, czyli "Burzliwą pogodę" i "Najlepsze lata naszego życia", miał 16 lat. We wcześniejszym pamiętniczku pojawia się nowela "Karta z dziejów z 1920 roku". Tak mu się to pisanie spodobało, że porwał się na powieść, czyli "Sonatę marymoncką". Stworzył ją 17-latek! Pisał dalej, aż do publikacji w poważnych pismach i w końcu w renomowanym wydawnictwie Czytelnik. Przez większość tego czasu jeździł ciężarówkami, zarabiał na życie w różnych zakładach, a wieczorami siadał nad kartką papieru.

Wrocławska, nastoletnia znajomość z Łosiem i styczność z uczestnikami Kongresu Pokoju w 1948 roku sprawiły, że się zaparł i w końcu osiągnął cel: został pisarzem. Niekoniecznie było to łatwiejsze niż dzisiaj, kiedy dziesiątki współczesnych wydawnictw zalewają rynek nowymi propozycjami. Wówczas działały monolity państwowe, trzeba było dotrzeć do odpowiednich biurek, pójść do redakcji, zostawić maszynopis. Choć warto pamiętać, że dla młodych furtka była otwarta, ponieważ władzy zależało na tym, żeby młode umysły zaciągać do socjalizmu także poprzez sztukę. Ktoś musiał pisać propagandowe wiersze i opowiadania.

No właśnie, Hłasko zadbał o to, żeby środowisko literackie poznało jego wymyśloną biografię. Był w niej wyrzucony ze szkoły, pochodził z rodziny robotniczej. Wstydził się swoich szlacheckich i inteligenckich korzeni?

Nie, po prostu wymyślony życiorys był dużo ciekawszy niż ten prawdziwy. Był półsierotą, ale jednak z domu inteligenckiego, jedynakiem wychowywanym przez matkę, najpierw samotnie, a potem wspólnie z ojczymem. Obcy mężczyzna wchodzący do życia 10-letniego chłopaka musi ciągle walczyć o swoją pozycję, więc często dochodziło do starć.

Hłasko nie był orłem w szkole, więc zaczął wcześnie pracować. Do tego prawdziwego życia dorobił legendę: musiał pracować fizycznie, będąc całkowitym sierotą, nie miał czasu na pisanie i tylko w przerwach od pracy coś tam wystukiwał na maszynie. Nie ukrywajmy, że taka biografia w złotych czasach polskiego socrealizmu była chwytliwa. Najłatwiej było się przebić piszącemu robotnikowi.

Czy w jakiś sposób przyczynił się do odwilży 1956 roku?

Wcale, pojawił się w jej trakcie. Był młody i zbyt mało znaczył.

To dlaczego wybuchła moda na niego?

Ponieważ zaproponował zupełnie inną literaturę. Jeszcze w 1955 roku królował socrealizm, przodownicy pracy, opowiastki umieszczone w fabryce tudzież na placu budowy. Natomiast Hłaski to zupełnie nie interesowało. Jeśli opisywał środowisko robotnicze, to raczej po zakończeniu pracy, kiedy kierowcy szli na wódkę. Zajmował się obyczajowością i szarym człowiekiem, tym "bladym krętkiem" z wiersza Andrzeja Bursy, ale też człowiekiem bardzo młodym. "Ósmy dzień tygodnia" to przecież historia kochanków, która z pewnością mogła przydarzyć się jemu samemu - zakochanemu dwudziestokilkulatkowi kierowanemu pożądaniem. Czytelnicy znajdowali w jego opowiadaniach swoje historie i przeżycia. Pokolenie Hłaski wychowało się w socjalizmie, który był niedoskonały, zgrzytał, dochodziło w nim do zbrodni i prześladowań. On doskonale przelewał na papier pierwszy nieśmiały bunt.

Koszulki z pisarzem w łódzkim sklepie 'Pan tu nie stał' (fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)
Koszulki z pisarzem w łódzkim sklepie 'Pan tu nie stał' (fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

Czyli jednak w jakiś sposób reprezentował głos niezadowolonego pokolenia, rozczarowania socjalizmem?

Tak samo jak teatrzyk Bim Bom, Ireneusz Iredyński czy Jerzy Krzysztoń. Mógł stanowić głos pokolenia, ale nie wiem, czy się nim czuł. Nie poczuwał się do tej roli, nie chciał być trybunem ludu, cenił sobie prywatność, pomimo awanturniczego życia nocnego. Nie miał zadatków na wieszcza. To też nie były czasy, kiedy można było występować przeciwko systemowi. Była to raczej introwertyczna potrzeba wyrażenia rozterek trapiących ludzi młodych, być może potrzeba przekazania starszemu pokoleniu tego, co zajmuje młodsze pokolenie. Nie interesowały ich fabryki, współzawodnictwo, śrubowanie norm, ale brak mieszkania i miejsc na randki.

W szczycie popularności wyemigrował na Zachód. Jak się tam czuł? Tęsknił za krajem?

Został na własne życzenie wykorzeniony. Wyjechał zwiedzać świat i nie wiem, czy był na tyle naiwny, czy nieświadomy, ale nie wiedział, że granice Polski się przed nim zamknęły. Zmagał się z długimi okresami blokady twórczej, a także z brakiem materiałów do pracy.

Miewał też momenty, kiedy znowu pracował fizycznie.

W Izraelu i USA. Wtedy gdy przestawała utrzymywać go żona, Sonja Ziemann. Hłasko co prawda publikował, bywał tłumaczony i miewał adaptacje w niemieckiej telewizji, ale przez większą część małżeństwa otrzymywał pieniądze od żony. I za te pieniądze jeździł po świecie.

Pracę w Izraelu zaczął, ponieważ chciał zrozumieć kraj. Tak jak doświadczał życia szoferów na Woli w 1953 roku, tak chciał doświadczyć Izraela. Wierzył, że wiarygodność zdobywa się poprzez kontakt z ludźmi i przestrzenią, a Hajfa i Tel Awiw wydały mu się idealnym materiałem twórczym.

A jak trafił do Hollywood?

Podczepił się pod Romana Polańskiego, który nie był zainteresowany jego scenariuszami.

Chciał wrócić do kraju?

Nieustannie. Ten temat powracał co jakiś czas, nie było na to jednak najmniejszych szans. Polskie władze zamknęły sprawę Hłaski i nikomu nie chciało się jej odmrażać.

Myślisz, że opowiadania Hłaski są uniwersalne? Dziś też dobrze się je czyta?

Tak... Choć, niestety, czytelnicy nie potwierdzają mojego zdania, obecność Hłaski w sferze publicznej ma charakter sinusoidalny: on się pojawia i znika. Zniknął po wyjeździe z Polski. Potem w latach 80. jego opowiadania przeżywały renesans, lata 90. to milczenie, a teraz znowu wrócił, dzięki wznowieniu biografii oraz wydaniu kilka lat temu jego listów i zaginionej powieści. Natomiast nie wydaje mi się, żeby "przeciętny" czytelnik wiedział, kim był Hłasko, ani tym bardziej znał jego twórczość. Być może jest dziś czytany przez młodzież, przecież pisał dla czytelników młodszych od siebie, ale nie wiadomo, czy przekaz beznadziei, który wisi nad Hłasko, dzisiaj ma taki sam wydźwięk, jak kiedyś.

Ale czego ta młodzież może tam szukać? W tych opowieściach o proletariacie i szoferach dużych ciężarówek?

Dla mnie te nieistniejące zawody były ciekawe, gdzież teraz szukać ludzi zwożących drewno? To fantastyczny dokument epoki! Poza tym historie Hłaski, co sam często podkreślał, opowiadają o miłości dwojga ludzi, którzy nie mogą zaznać szczęścia, którym świat rzuca kłody pod nogi, a oni, mimo że bardzo się kochają, nie mogą się zejść.

Porozmawiamy o Komedzie?

Nie, ta sprawa została już dokładnie opisana przez Magdalenę Grzebałkowską. Kilka zebranych przeze mnie szczegółów uzupełnia tylko jej wersję.

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

Radosław Młynarczyk, autor książki 'Hłasko. Proletariacki książę' (fot. Archiwum autora)
Radosław Młynarczyk, autor książki 'Hłasko. Proletariacki książę' (fot. Archiwum autora)

Radosław Młynarczyk. Ur. 1990. Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim, odkrywca i edytor młodzieńczej powieści Marka Hłaski "Wilk", a także tomu juweniliów pisarza "Najlepsze lata naszego życia". Uczestniczył w pracach nad wydaniem listów i pamiętnika Hłaski, a także serii jego utworów wybranych. Współzałożyciel działającej przy Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego pracowni naukowej "Literackie Trójmiasto. Pracownia badań nad literacką obecnością Gdańska, Gdyni i Sopotu od początku XX wieku do współczesności", stypendysta Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Arkadiusz Gruszczyński. Dziennikarz i animator kultury.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku