Krzysztof Komeda z muzykami

Krzysztof Komeda z muzykami (reprodukcja fot. Marka Kowalewicza / fot. Sergiusz Pęczek / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Grzebałkowska o Komedzie: Wzbudzał w kobietach matczyne uczucia. Jego nieporadność była pociągająca

Pantoflarz, który za pieniądze odłożone na mieszkanie kupił najnowsze bmw. Pracoholik regularnie biorący udział w alkoholowych libacjach. Nieśmiały chłopiec, z którego zdaniem liczą się wszyscy. Obraz Krzysztofa Komedy, jaki wyłania się z biografii Magdaleny Grzebałkowskiej pt. "Komeda. Osobiste życie jazzu", jest pełen kontrastów i sprzeczności. W książce autorka ujawnia nieznane wcześniej fakty z życia muzyka, w tym nową wersję zdarzeń, których konsekwencją była śmierć Komedy.

Na rynku jest już kilka książek biograficznych dotyczących Komedy. Po co czytelnikom kolejna?

Są dwa główne powody. Kiedyś trafiłam przez przypadek na zdanie: "W momencie, gdy kończy się pisać jedną biografię, należy już zaczynać kolejną", i wzięłam je sobie do serca. Przeczytałam parę pozycji na temat Komedy: jedna dotyczy głównie okresu poznańskiego w jego życiu, druga prezentuje przede wszystkim punkt widzenia jego żony itd., itp. Uznałam, że jest jeszcze sporo do powiedzenia na ten temat. Po drugie: Agata Tuszyńska, autorka m.in. "Narzeczonej Schulza", twierdzi, że nie pisze obiektywnych, holistycznych biografii, tylko tworzy jakąś własną opowieść o danej osobie. W moim przypadku jest podobnie.

Polubiłaś tego "swojego" Komedę?

Nie miałam innego wyjścia: jeżeli spędzasz z jakąś postacią dwa lata, musisz czuć do niej sympatię. Poza tym: jego się nie da nie lubić [śmiech].

Bo ja wiem? Egocentryk, maminsynek, niezdara...

To było akurat dość typowe dla całego najbliższego otoczenia Komedy. Namysłowski, Urbaniak i inni - to byli chłopcy z dobrych domów. Zresztą Hłasko, którego otacza do dziś nimb wielkiego buntownika, również był grzecznym synkiem w krótkich spodenkach, który posłusznie chodził do szkoły, żeby nie irytować swojej mamy.

Uroczystość przekazania pamiątek po Krzysztofie Komedzie do Biblioteki Narodowej w Pałacu Rzeczypospolitej (fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)
Uroczystość przekazania pamiątek po Krzysztofie Komedzie do Biblioteki Narodowej w Pałacu Rzeczypospolitej (fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

Ta nieporadność Komedy sprawiała zresztą, że wzbudzał w kobietach niemalże matczyne uczucia. Osiecka wspominała, że gdy grał w klubie, dziewczyny czuwały wokół jego pianina, zupełnie jakby chciały się nim w tym czasie zaopiekować. Owszem, miał spore powodzenie u płci przeciwnej, ale często było w tym coś z relacji matka-dziecko. W ogóle był bardzo lubiany - nieprzychylne uwagi na jego temat padały głównie z ust muzyków zazdrosnych o jego karierę. Złośliwi mówili, że środki, którymi posługiwał się Komeda, były dość ograniczone. Poruszał się właściwie cały czas w obrębie dwóch oktaw, a mimo to pisał wybitne utwory.

O mały włos, a nigdy nie mielibyśmy okazji się o tym przekonać. Niewiele osób wie, że Komeda skończył studia medyczne, rozpoczął nawet praktykę lekarską jako laryngolog.

Wydaje mi się, że młody Krzysztof wcale nie rozważał na poważnie kariery lekarza. Długo zajęło mu natomiast podjęcie decyzji, czy może wreszcie odciąć pępowinę i sprzeciwić się woli rodziców. Jego matka Zenobia Trzcińska [tak brzmi również prawdziwe nazwisko muzyka - przyp. red.] dobrze wiedziała, że podjął się studiów medycznych z przymusu. To zresztą ciekawe, że Komeda wpadł z czasem z deszczu pod rynnę: gdy symbolicznie zerwał więzy ze swoją mamą, trafił pod opiekę Zosi, którą nazywał "Szefem".

Zatrzymajmy się na chwilę przy żonie muzyka, która jest w twojej książce niemalże równorzędną postacią. Można odnieść wrażenie, że Zofia Komedowa na długi czas zawłaszczyła biografię męża.

Miała do tego prawo, w końcu była wdową po wielkim muzyku. W naszym kraju ten casus "wielkich wdów" jest dość szczególny, wszyscy raczej obawiają się wejść z nimi w dyskusję. Gdy porównamy wypowiedzi na temat Krzysztofa udzielane przez jego przyjaciół po śmierci Zofii, ich ton jest nieco inny niż wcześniej. Komedowa była osobą impulsywną, choleryczną, co pewnie wstrzymywało niektórych przed mówieniem całej prawdy. W niektórych wypadkach wynikało to oczywiście również z szacunku dla jej osoby.

Wiele z jej wypowiedzi pachnie mitomanią. Sugerowała, że Krzysztof bez niej byłby nikim.

Zosia była poniekąd postacią tragiczną. W miarę upływu lat coraz bardziej pogrążała się w alkoholizmie, co sprawiło, że wiele osób - w tym jej mąż - zaczęło się od niej odsuwać. Nie jest oczywiście prawdą, że to ona wykreowała Komedę jako muzyka. Owszem, towarzyszyła zespołom Krzysztofa od wczesnych lat, była menedżerką, zajmowała się sprawami organizacyjnymi, co pozwalało mężowi poświęcać więcej czasu swojej twórczości. Nie sądzę jednak, że gdyby związał się z jakąś inną kobietą, to jego kariera potoczyłaby się w inny sposób.

Gerard Wilk i Zosia Komeda (fot. Tadeusz Rolke / Agencja Gazeta)
Gerard Wilk i Zosia Komeda (fot. Tadeusz Rolke / Agencja Gazeta)

Może inna kobieta powiedziałaby Komedzie: przestań się wygłupiać z tym jazzem, skończyłeś medycynę, zajmij się leczeniem ludzi?

Nawet gdyby tak się stało, to prędzej czy później Krzysztof i tak porzuciłby praktykę lekarską. Jak ujął to Dave Brubeck, słynny pianista jazzowy, który znał Komedę: wybór polegał w jego wypadku na tym, czy ma "leczyć lekarstwami ludzkie ciała, czy też jazzem swoją duszę". Odpowiedź okazała się oczywista. Muzyka była dla niego absolutnie najważniejsza.

Jazz był dla niego chyba również oknem na Zachód?

Zdecydowanie. Pamiętajmy, że dostęp do muzyki i wzorców pochodzących zza żelaznej kurtyny był wówczas bardzo, ale to bardzo ograniczony. Możemy ująć to też inaczej - jazz był dla Komedy i jego kolegów wolnością. A poza tym: raczej nie budził sympatii wśród PRL-owskich władz, co dodawało mu atrakcyjności.

Przełomowy okazał się zorganizowany w 1956 roku w Sopocie Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej, któremu patronował Leopold Tyrmand.

W tamtych czasach młodzi ludzie nie mieli zbyt wielkiego wyboru, dominowała estetyka spod znaku Związku Młodzieży Polskiej, czyli biała bluzka, czerwony krawat i marsz w równym szeregu. A tu nagle pojawia się muzyka, która w dużej mierze jest improwizowana, więc za każdym razem brzmi inaczej. Ponadto nie towarzyszy jej żaden słuszny ideologicznie tekst. Na festiwal do Sopotu przyjechało wówczas około 50 tysięcy ludzi. Nie znaczy to jednak, że wszyscy byli fanami jazzu. Po prostu pociągała ich atmosfera swobody i wolności. Gdy pojawił się w Polsce rock'n'roll i bigbit, zdecydowanie bardziej przystępne w odbiorze, część publiczności machnęła ręką na eksperymentatorów w rodzaju Komedy i jemu podobnych.

Droga do szerszej popularności była więc dość wyboista.

W 1956 roku niektórzy krytycy oraz słuchacze z miejsca okrzyknęli Komedę i jego zespół mianem wielkich artystów, ich muzyka długo była jednak dla wielu osób niezrozumiała. Nie grali swingowo, trudno było na ich koncertach podrygiwać. Ludzi bardziej pociągał tradycyjny jazz. Gdy Krzysztof z zespołem zagrał podczas jednego z występów "Kołysankę" [nie mylić z "Kołysanką Rosemary" znaną z "Dziecka Rosemary" Romana Polańskiego - przyp. red.], został wygwizdany przez publiczność. Niektórzy po prostu nie akceptowali tego typu dźwięków.

Warszawa 1959 rok, klub Hybrydy. Krzysztof Komeda z zespołem (fot. Zborski / FOTONOVA / EastNews)
Warszawa 1959 rok, klub Hybrydy. Krzysztof Komeda z zespołem (fot. Zborski / FOTONOVA / EastNews)

Komeda mógł zacząć grać rock'n'rolla i bigbit. Z jego ręką do pisania wpadających w ucho melodii sukces miałby właściwie w kieszeni.

No właśnie: wbrew temu, na co wskazywałoby podjęcie studiów medycznych pod dyktando rodziców, był osobą szalenie bezkompromisową. Odmawiał grywania do kotleta, mimo że zapewniłoby mu to swego czasu zadowalające zarobki. Wolał wraz ze swoją grupą promować awangardowy jazz i mieszkać z żoną w zawilgoconym mieszkaniu, jak działo się to w krakowskim okresie jego życia. Przytaczam w książce dość wymowną sytuację. W Krakowie gościnnie występuje Jean Louis Barrault, francuski aktor i reżyser teatralny cieszący się sporą estymą. Po spektaklu trafia do Piwnicy pod Baranami, o której słyszał wcześniej dużo dobrego. Pyta siedzącego przy pianinie Komedę, czy może zagrać dla niego walca. Ten, mimo wielu próśb i prób mediacji ze strony artystów z Piwnicy, kategorycznie odmawia - w grę wchodzi wyłącznie jazz.

Twój bohater jest bardzo małomówny i introwertyczny, a zarazem obdarzony wielką charyzmą.

Komeda utrzymywał w ryzach całe środowisko modern jazzowe. To on i jego postawa upewniały wszystkich w tym, że tworzenie niezbyt przystępnej muzyki w końcu się opłaci. Był cichy i spokojny, ale gdy zabrał już głos, wszyscy liczyli się z jego zdaniem. Podobnie było w domu. Mówiło się, że to energiczna Zosia rządzi w ich rodzinie. Krzysztof kierował jednak wszystkim z tylnego siedzenia, zawsze stawiał na swoim. Dobrze ukazuje to sytuacja z lat 60., kiedy to Komedowie przymierzali się do zakupu drugiego mieszkania. Okazało się, że Krzysztof wydał odłożone pieniądze na sportowy samochód, swego czasu podobno najnowocześniejszy w Polsce. Motoryzacja i jazda na nartach były jego wielkimi pozamuzycznymi pasjami.

Koledzy śmiali się z okularów zerówek, które nosił, bo dodawały mu powagi. Do tego jeszcze ten samochód. Zapytam wprost: czy Komeda był pozerem?

Te okulary to akurat (znów) wynik silnego wpływu mamy. Pamiętajmy, że chciała mieć syna lekarza. Poza tym niektóre zachowania Komedy mogły wynikać z kompleksów. Jako dziecko przeszedł chorobę Heinego-Medina, która sprawiła, że jedna z jego nóg była krótsza i słabsza od drugiej. Miał też rudawy odcień włosów. To może brzmieć zabawnie, ale w tamtych czasach krążyła rymowanka: "Rudy kuternoga to kara od Boga" i traktowano ją całkiem poważnie. Żona również bardzo chętnie wytykała mu, że kuleje.

Jest takie słynne zdjęcie Komedów autorstwa Wojciecha Plewińskiego: Zosia leży pod kołdrą, natomiast Krzysztof siedzi obok i gra na saksofonie. Fotograf zgodził się, abyśmy umieścili w książce jeszcze inne, nieznane do tej pory ujęcie. Widać wyraźnie, że muzyk trzyma się za nogę, aby ukryć swoje mankamenty. Zawsze pozował w taki sposób, aby zamaskować tę "pamiątkę" po chorobie.

Mrukliwy i wycofany Komeda w pewnym sensie stworzył wiele artystycznych osobowości. Gdy młody Jerzy Skolimowski zobaczył w 1956 roku w Sopocie jego sekstet, zrobił on na nim tak duże wrażenie, że przez jakiś czas nie opuszczał zespołu na krok.

Można by oczywiście zaryzykować stwierdzenie, że bez spotkania z Komedą Urszula Dudziak i tak zostałaby wybitną wokalistką, Stańko z czasem zrobiłby wielką karierę jako trębacz jazzowy, Skolimowski stałby się znanym reżyserem itd., itp. Nie ma jednak wątpliwości, że w każdym z nich pozostawał ślad jego osobowości. Z ostatnim z wymienionych wiąże się zresztą ciekawa historia. Komeda wyśmiał swego czasu tekst piosenki napisany przez Skolimowskiego do jednego z jego utworów. Stwierdził, że każdy potrafiłby nabazgrać coś takiego. To zachęciło młodego chłopaka do literackiego rozwoju - krótko po tym wydał pierwszy tomik poezji, zaczął tworzyć scenariusze. Wiemy, co było dalej. Osób, które "stworzył" Komeda, jest zresztą dużo więcej.

Stwierdzenie, że Polański jest jedną z nich, byłoby nadużyciem?

Nie do końca. Między nimi była niewiarygodna synergia, rozumieli się niemal bez słów. Jeżeli jeden zaczynał zdanie, to drugi był w stanie bez trudu je dokończyć. Nie zgadzam się oczywiście z poglądem Osieckiej, że "Nóż w wodzie" bez muzyki Komedy byłby płaskim i nudnym filmem. Nie mają też jednak racji ci, którzy twierdzą, że Krzysztof zawdzięczał swój sukces wyłącznie Polańskiemu. W pewnym sensie to on "pchnął" reżysera na Zachód, motywował do dalszych poszukiwań. Swoją drogą, w dzisiejszych warunkach, przy wszechogarniającym chaosie komunikacyjnym, mogliby się nigdy nie spotkać. Wtedy środowisko artystyczne było bliżej siebie.

Zofia Komedowa pisała w liście do Romana "Gucia" Dyląga, współpracownika i przyjaciela Krzysztofa, że jej mąż w trakcie pobytu w Stanach zachłysnął się stylem życia gwiazdy.

Wynikało to raczej z jej rozgoryczenia. W Polsce była menedżerką wielkiego muzyka, natomiast w Stanach nie było dla niej miejsca, czuła się zagubiona. Komeda był pracoholikiem, raczej wyróżniał się na tle polskiej bohemy, która trafiła do Los Angeles. Owszem, niemal całe życie pił, i to całkiem sporo, miał jednak w sobie poczucie dyscypliny.

Krzysztof Komeda (fot. Andrzej Zborski / FOTONOVA / EastNews)
Krzysztof Komeda (fot. Andrzej Zborski / FOTONOVA / EastNews)

Mam wrażenie, że Komedzie bardzo często, na siłę, przyczepia się łatkę artysty przeklętego. Jego biografia nie do końca temu odpowiada.

Zdecydowanie nie. Śmierć Komedy nie była związana z lekkomyślnością lub uzależnieniem, inaczej niż w wypadku Cybulskiego, Hłaski i innych artystów z tego czasu, których życie jest owiane legendą. Ludzie lubią jednak tego typu mityczne opowieści. Krzysztof został więc wrzucony z powyższymi do jednego wora. Szaleństwo Komedy polegało głównie na tym, że uwielbiał sportowe samochody i notorycznie przekraczał prędkość. Nie był jednak życiowym kaskaderem. Był pracoholikiem absolutnie oddanym muzyce. Wypadek, w którym odniósł obrażenia głowy, a który w konsekwencji stał się przyczyną jego śmierci, to dzieło przypadku.

Opisujesz scenę, w której Komedowie jadą kabrioletem przez Los Angeles. Wokół z wielu odbiorników radiowych rozbrzmiewa skomponowana przez Krzysztofa "Kołysanka Rosemary", która stała się w 1968 roku wielkim przebojem. Myślisz, że Komedę kusiło, aby pójść w komercję?

Nie. Myślę, że dalej rozwijałby się jako kompozytor filmowy. Być może odszedłby nieco od jazzu na rzecz innych gatunków, ale muzyka pop nie była dla niego. Ludzie z Paramount Pictures byli zachwyceni jego talentem. Komedowa wspomina w jednym dokumencie, że planowali podpisać z nim kilkuletni kontrakt, który gwarantowałby mu pracę nad trzema filmami rocznie. Nie widziałam jednak żadnych umów, które by na to wskazywały. Nie mogę więc stwierdzić tego z całą pewnością.

Z twojej książki wyłania się specyficzny obraz polskiej bohemy mieszkającej w Los Angeles, skoncentrowanej wokół Polańskiego i Komedy. Sporo osób wykorzystywało chyba znajomość ze wspomnianą dwójką?

Dokładnie tak przedstawiał to reżyser Andrzej Krakowski, który przeprowadził się pod koniec lat 60. do Stanów. Wokół kręciło się wielu mniej lub bardziej utalentowanych ludzi, którzy chcieli się ogrzać w ich blasku, świecić światłem odbitym. Muzyk Jerzy Abratowski naigrywał się z umiejętności kompozytorskich Komedy, tymczasem ten nie zwracał na to uwagi i angażował go do współpracy przy tworzeniu muzyki filmowej - między innymi po to, aby nieco wspomóc go finansowo. Polański również zrobił wiele, aby pomóc rodakom, ale miał też swoją karierę, życie rodzinne, nie był więc w stanie opiekować się całą polską bohemą.

Niektórzy zarzucają Polańskiemu, że gdyby wykupił Komedzie odpowiednie ubezpieczenie, udałoby się go uratować po wypadku.

Ale niby dlaczego miałby to zrobić? Komeda dysponował już wtedy sporymi sumami pieniędzy, sam mógł więc się tym zająć. Zresztą Polański po wypadku Krzysztofa i tak płacił za leczenie, robił to jednak za plecami Zofii, z którą się po prostu nie znosili. Niezależnie od tego, jaką opieką lekarską zostałby otoczony Komeda, nawet gdyby udało się go jakimś cudem uratować, i tak nigdy nie wróciłby to pełni zdrowia. Jego życie byłoby prawdopodobnie wegetacją.

W twojej książce po raz pierwszy pojawia się nieco inna wersja zdarzeń, które doprowadziły do śmierci Komedy. Do tej pory słyszeliśmy jedynie, że do wypadku doszło, gdy muzyk wraz z Hłaską spacerowali odurzeni alkoholem po wzgórzach Beverly Hills. Pisarz przez przypadek popchnął Komedę, ten uderzył się w głowę, pojawił się krwiak mózgu.

Podsuwam czytelnikom dwie wersje. Nie mam jednak powodów ku temu, żeby nie wierzyć Andrzejowi Krakowskiemu, będącemu ostatnim żyjącym świadkiem tamtych wydarzeń. Przez wiele lat trzymał swoją opowieść w tajemnicy, gdyż - jako osoba o żydowskim pochodzeniu - został niemalże wypędzony z kraju w trakcie antysemickiej gorączki 1968 roku i długo nie chciał posługiwać się językiem polskim.

Pytanie jednak: dlaczego Hłasko stworzył odmienną wersję? I czy aby na pewno to on jest jej autorem? Znamy ją przecież głównie z wypowiedzi Zofii Komedowej. Mówiło się o znajdującej się przy domu Krzysztofa skarpie, z której spadli wraz z pisarzem. Krakowski temu zaprzecza. Byłam zresztą w Los Angeles i przyglądałam się okolicy, w której mieszkał mój bohater. Żadnej skarpy tam nie ma. Ale może była w 1969 roku? Jest tu zbyt wiele niewiadomych. Nie chcę ferować żadnych wyroków.

Magdalena Grzebałkowska i jej książka (fot. materiały promocyjne)
Magdalena Grzebałkowska i jej książka (fot. materiały promocyjne)


CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Magdalena Grzebałkowska.
Ur. 1972. Ukończyła historię na Uniwersytecie Gdańskim, jest reporterką "Gazety Wyborczej". W 2009 otrzymała nagrodę Grand Press w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne za artykuł "Kocham cię. Zabijmy męża", który ukazał się w "Dużym Formacie". Autorka biografii ks. Jana Twardowskiego "Ksiądz Paradoks" (Znak, 2011) oraz bestsellerowej książki "Beksińscy. Portret podwójny" (Znak, 2014).

Mateusz Witkowski. Ur. 1989. Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl, stały współpracownik Gazeta.pl, Wirtualnej Polski i miesięcznika "Teraz Rock". Doktorant w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką z lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współprowadzi fanpage Niedziele Polskie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (105)
Zaloguj się
  • buzhidao

    Oceniono 25 razy 21

    "Niewiele osób wie, że Komeda skończył studia medyczne"
    Że co? Chyba każdy kto wie odrobinę o Komedzie, wie, że z wykształcenia był lekarzem.

  • sqlap72

    Oceniono 18 razy 6

    >W tamtych czasach młodzi ludzie nie mieli zbyt wielkiego wyboru, dominowała estetyka spod znaku Związku Młodzieży Polskiej, czyli biała bluzka, czerwony krawat i marsz w równym szeregu.<
    Bluza była zielona. Jak się chce pisać"holistycznie" o czasach, których się nie zna z autopsji, to trzeba przestudiować dane z epoki. Teraz jest modne analizowanie postaw ludzi z tamtych czasów w oparciu o współczesne kryteria i wzorce zachowań. Tymczasem mentalności tych ludzi , w większości pochodzenia chłopskiego, wynikała z ich rodowodów. Piszący współcześnie - Magdaleny Grzebałkowskiej nie wykluczając - nagminnie popełniają ten błąd.

  • matylda1001

    Oceniono 16 razy 6

    No to co w końcu przydarzyło się Komedzie? Chyba zapomnieli napisać. A poza tym jakkolwiek miałby wyglądać wypadek to Zofii Komedowej w tym czasie w Stanach nie było.

  • klassa

    Oceniono 7 razy 5

    Pamiętam Zofię Komedową,gdy w roku 68 ( 69?) prowadziła latem klub Pawilon przy sopockim molo.Bywałem tam prawie codziennie grał zespół Dżamble z Zauchą. Były czasy!

  • len_27a

    Oceniono 6 razy 4

    Na pewno przeczytam.Tym bardziej,ze jestem świeżo po "Kumplu.."-Tomasza Lacha -pasierba Komedy.

  • mona_3

    Oceniono 17 razy 3

    Komeda, o czym mało kto wie, napisał też muzykę do tekstu Osieckiej "Nim wstanie dzień", znaną wszystkim z Czterech pancernych, w świetnym wykonaniu Fettinga

  • plastikpiokio

    0

    a jego alkoholizm nadawał się do natychmiastowego leczenia.

  • Andrzej Walczak

    Oceniono 4 razy 0

    do garów a nie o jazzie, wlazł kotek na płotek poćwicz najpierw

  • basileus25

    Oceniono 6 razy 0

    tu nie chodzi o komedę ale o wydaną książkę i pompowanie balonu medialnego?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX