Haut de la Garenne - dawny sierociniec na wyspie Jersey

Haut de la Garenne - dawny sierociniec na wyspie Jersey (fot: Wikimedia Commons)

wywiad Gazeta.pl

Dzieci z sierocińca były molestowane seksualnie, gwałcone. "I nikt na to nie reagował, ani ludzie, ani rząd"

Zajrzeli do raportu, przeczytali świadectwa ofiar i poczuli, jakby ktoś uderzył ich w głowę ciężkim przedmiotem. - Wiedzieliśmy, że jest to sprawa, którą musimy się zająć, że przez całe swoje życie zawodowe czegoś takiego nie widzieliśmy - mówi Ewa Winnicka. Razem z Dionisosem Sturisem w książce "Władcy strachu. Przemoc w sierocińcach i przełamywanie zmowy milczenia" opisała zbrodnie, do których przez lata dochodziło w jednym z sierocińców na wyspie Jersey.

Po tym, jak zebraliście materiały do książki o Damianie Rzeszowskim, który zabił na Jersey swoją rodzinę, szybko na wyspę wróciliście.

DIONISIOS STURIS: Nie zdążyliśmy z niej nawet wyjechać.

EWA WINNICKA: Kilka dni przed powrotem do Warszawy jeden z lokalnych dziennikarzy powiedział nam, że w poniedziałek na wyspie rozpęta się piekło, przy którym sprawa Rzeszowskiego to mało znacząca błahostka. Puściliśmy tę informację mimo uszu. Ale gdy w czerwcowy poniedziałek 2017 roku zobaczyliśmy samochody stacji telewizyjnych z Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych zmierzające w kierunku siedziby państwowego archiwum wyspy, gdzie premier miał złożyć jakieś ważne oświadczenie, uruchomił się nasz reporterski instynkt. Uznaliśmy, że dzieje się coś ważnego i musimy tam być.

D.S.: Na konferencji były tłumy, co na Jersey raczej się nie zdarza.

E.W.: W pewnym momencie za mównicą stanął szef rządu. Był strasznie spięty. Powiedział, że przez ostatnie cztery lata niezależna komisja prowadziła dochodzenie w sprawie przemocy wobec dzieci na wyspie. W wyniku jej prac powstał raport. Przeprosił w imieniu całej Jersey, że co najmniej od 1945 roku aż do dnia dzisiejszego dochodziło na wyspie do potwornych rzeczy.

Dzieci z sierocińca Haut de la Garenne były molestowane seksualnie, gwałcone, maltretowane fizycznie i psychicznie.

E.W.: I nikt na to nie reagował, ani ludzie, ani rząd. A lokalne media sprawę bagatelizowały. Zapewnił, że wyspa zrobi wszystko, żeby to się nie powtórzyło.

Zajrzeliście do raportu, przeczytaliście świadectwa ofiar.

E.W.: I poczuliśmy się, jakby ktoś uderzył nas w głowę ciężkim przedmiotem. Wiedzieliśmy, że jest to sprawa, którą musimy się zająć, że przez całe swoje życie zawodowe czegoś takiego nie widzieliśmy.

Na Wyspie Jersey dzieci przez lata były maltretowane fizycznie i psychicznie (fot: Shutterstock.com)
Na Wyspie Jersey dzieci przez lata były maltretowane fizycznie i psychicznie (fot: Shutterstock.com)

D.S.: O tym, że nie możemy tego tak zostawić, upewniliśmy się po konferencji zwołanej przez miejscowych aktywistów. Jako pierwsi informowali o nadużyciach, bardzo sceptycznie podeszli do opublikowania raportu, przekonywali, że i tak wszystko zostanie prędzej czy później zamiecione pod dywan.

E.W.: Uznaliśmy, że powinniśmy oddać głos ofiarom, bo nikt ich nigdy tak naprawdę nie wysłuchał.

D.S.: Przez całe dzieciństwo zakazywano im mówić cokolwiek pod groźbą kary fizycznej lub wysłania do szpitala psychiatrycznego. A to, co tych ludzi spotkało, wielu zrujnowało życie - niektórzy popełnili samobójstwo, inni popadli w alkoholizm, uzależnienie od narkotyków, nigdy nie założyli rodzin, weszli w konflikt z prawem.

Najpierw musieliście przekopać się przez cały raport, który miał dwa miliony stron.

D.S.: I był napisany suchym, urzędowym językiem. Opracowanie, które krążyło na konferencji, stanowiło tylko część raportu. Nie było w nim historii ludzi, którzy ucierpieli. Wiedzieliśmy, że będziemy musieli zajrzeć do archiwum, żeby przeczytać całość. I nagle, z dnia na dzień, dokument zniknął ze strony internetowej archiwum.

Jak to?

D.S.: Oficjalnie z powodu troski o dane osobowe ofiar i sprawców - miał wrócić za jakiś czas, gdy pracownicy archiwum zakończą anonimizację. Zdaniem miejscowych aktywistów była to jednak kolejna próba wyciszenia sprawy. Na szczęście udało nam się uzyskać dostęp do pełnej kopii raportu - jeden z aktywistów przezornie zabezpieczył go wcześniej na swoim serwerze. Miny nam jednak zrzedły, jak zobaczyliśmy, jak objętościowo ogromna jest to rzecz. Musieliśmy również rozwikłać, kto stoi za daną historią - w wielu miejscach nie było imion i nazwisk, relacjom przyporządkowane były numery. Analizując różnego rodzaju dokumenty, dochodziliśmy do tego, kim są autorzy zeznań i czy wciąż żyją.

E.W.: Czuliśmy się jak para kopciuszków.

Para kopciuszków?

D.S.: Oprócz nas sprawą zajęła się amerykańska dziennikarka "Newsweeka". Od samego początku natrafiała jednak na trudności - została między innymi zatrzymana na lotnisku w Londynie, skąd miała lecieć na Jersey. Odesłano ją do Nowego Jorku. Jak się później dowiedziała, o interwencję poprosiły władze Jersey.

E.W.: A nami, dziennikarzami z Polski, nikt się specjalnie nie interesował. Chyba nie traktowano nas poważnie. W końcu Polacy kojarzą się mieszkańcom wyspy nie z działalnością śledczą czy pracą intelektualną, ale kopaniem kartofli i podawaniem jedzenia do stołu.

Maltretowanych w sierocińcu dzieci nikt nie chciał słuchać, dopiero po latach niezależna komisja zebrała ich historie i stworzyła raport (fot: Shutterstock.com)
Maltretowanych w sierocińcu dzieci nikt nie chciał słuchać, dopiero po latach niezależna komisja zebrała ich historie i stworzyła raport (fot: Shutterstock.com)

D.S.: Co nie znaczy, że obnosiliśmy się z tym, że piszemy książkę. Staraliśmy się być ostrożni, z bohaterami spotykaliśmy się wyłącznie w bezpiecznych miejscach. A i tak zdarzyło się, że władze wysłały kogoś na delikatne przeszpiegi - na spotkaniu w wąskim gronie miłośników reportażu nagle zjawiła się pani z rządu, która miała do nas wiele pytań i robiła bardzo dokładne notatki.

Z wieloma ofiarami przemocy udało wam się spotkać. Czy któraś historia szczególnie zapadła wam w pamięć?

E.W.: Dla mnie najsmutniejsze były historie ludzi, którzy, maltretowani w dzieciństwie, sami stawali się przemocowcami. Zatrudniali się na przykład w sierocińcu, którego byli wychowankami, i robili dzieciom dokładnie to, czego sami doświadczyli. Tak zło przenosi się z pokolenia na pokolenie.

D.S.: Historia, która nie daje mi spać, to dramat Erica Chandlera. Najpierw przeczytaliśmy w gazecie, że Chandler kogoś szantażował, oszukiwał opiekę społeczną, wyłudzał zasiłki i że trafił do więzienia. Dopiero później dowiedzieliśmy się, co przeszedł w dzieciństwie. 

Eric Chandler doświadczał przemocy w Haut de la Garenne przez wiele lat.

D.S.: Wykorzystywał go seksualnie szanowany, zamożny obywatel wyspy Ronald Le Berq. 67-letni mężczyzna zaprzyjaźnił się z dyrektorem sierocińca Colinem Tilbrookiem, który również był pedofilem. Le Berq upatrzył sobie Erica. W każdą sobotę o 14 przychodził do ośrodka i zabierał go na wycieczkę. Szli na lody, do kina, a potem na prywatną łódkę mężczyzny albo do pokoju hotelowego, gdzie Le Berq brutalnie Erica gwałcił. Chłopiec próbował poskarżyć się opiekunom ośrodka, ale nikt nie chciał go słuchać. Gdy wybijała 14 w sobotę, był wręcz wypychany na spotkanie ze swoim prześladowcą, który w oczach opiekunów był jego wybawicielem - taki miły, dobry pan. Gdy mężczyzna stracił zainteresowanie Erikiem, jego miejsce szybko zajął kolejny pedofil.

Le Berq nie był jedynym wpływowym człowiekiem, który "wypożyczał" sobie chłopców z domów dziecka. Dzieci wykorzystywali między innymi członkowie klubu żeglarskiego Sea Cadets. Byli to najważniejsi ludzie na wyspie - senatorzy, ministrowie, policjanci.

D.S.: Jednego dnia senator Krichefski - twórca wyspiarskiej telewizji, dyrektor portów i lotniska - żegna młodego księcia Karola, który odwiedził Jersey, a następnego już jest w Haut de la Garenne, w pokoju udostępnionym mu przez dyrektora Tilbrooka, i robi z dziećmi, co chce. Ale tylko z tymi, które nie przeszły jeszcze mutacji - takie miał upodobanie.

Jimmy Savile, słynny didżej z BBC, mający na koncie setki gwałtów na dzieciach i dorosłych, również odwiedzał Haut de la Garenne, choć się tego wypierał. Dzięki instrukcjom jednej z ofiar znaleźliśmy zdjęcia prasowe, na których uśmiechnięty Savile otoczony jest wychowankami ośrodka.

Były premier Wielkiej Brytanii Edward Heath przypływał na Jersey własnym jachtem i organizował na pokładzie imprezy. Według nieoficjalnych informacji miał na nie zapraszać chłopców z sierocińca. Jeden miał wejść na pokład i nigdy nie wrócić. Lokalna policja nigdy nie zbadała tej sprawy.

Były premier Wielkiej Brytanii Edward Heath przypływał na Jersey własnym jachtem i organizował na pokładzie imprezy. Według nieoficjalnych informacji miał na nie zapraszać chłopców z sierocińca (fot: Shutterstock.com)
Były premier Wielkiej Brytanii Edward Heath przypływał na Jersey własnym jachtem i organizował na pokładzie imprezy. Według nieoficjalnych informacji miał na nie zapraszać chłopców z sierocińca (fot: Shutterstock.com)

E.W.: Ci ludzie mieli władzę i przez lata byli bezkarni. I to jest kluczem do tych potworności. One nie zdarzały się wyłącznie w zamkniętych instytucjach religijnych. Piekłem dzieci były państwowe elitarne szkoły, państwowe sierocińce, ośrodki prowadzone przez Towarzystwo Wegetariańskie, kluby jachtowe.

Wracając do Erica...

D.S.: Eric nie radził sobie z traumą i po kilkudziesięciu latach postanowił zaszantażować swojego prześladowcę - zagroził, że jeśli Le Berq mu nie zapłaci, wyjawi policji, co mężczyzna zrobił mu w dzieciństwie. Le Berq sam poszedł na policję, czym w pewnym sensie wydał na siebie wyrok. Policja wezwała Erica na przesłuchanie i dała wiarę jego opowieści, potem znalazła u Le Berqa pornografię dziecięcą. Funkcjonariusze obiecali Ericowi, że doprowadzą do ukarania gwałciciela.

Mimo to śledztwo zostało umorzone.

E.W.: Policjanci rekomendowali postawienie Le Berqowi zarzutów, ale eksperci z biura prokuratora generalnego, którzy na Jersey mają ostatnie słowo, uznali, że nie ma wystarczających dowodów na to, żeby skierować sprawę do sądu.

D.S.: Eric nigdy się z tego nie otrząsnął.

Władze i policja Jersey były częścią systemu zezwalającego na maltretowanie dzieci.

E.W.: Społeczność Jersey liczy zaledwie około 100 tysięcy ludzi. Są oni ze sobą bardzo blisko - policjanci przyjaźnią się z politykami, biznesmenami, jedni bywają u drugich na grillach. Często wymieniają się stanowiskami. Ogromną rolę w utrzymywaniu porządku odgrywa obywatelska Policja Honorowa, której wiele kompetencji pokrywa się z kompetencjami policji stanowej i zdaniem miejscowych jest idealnie działającą machiną prawną.

A jak to wygląda w praktyce? Oto przykład: Funkcjonariusz PH przyłapał żonę sąsiada na prowadzeniu samochodu po pijaku. Obserwował ją, jak wytoczyła się z auta, weszła do apteki, gdzie zrobiła zakupy. Gdy wróciła do samochodu i już miała odpalić silnik, podszedł do niej i powiedział: - Jesteś pijana, oddaj kluczyki. Kobieta popełniła przestępstwo, ale zamiast zgłosić sprawę na policję, odwiózł ją do męża i powiedział mu, żeby "coś z nią zrobił", a na pewno nie wypuszczał z domu, dopóki nie wytrzeźwieje. Załatwili to między sobą. Dla "honorowych" był to naturalny sposób rozwiązania problemu.

Potem dowiedzieliśmy się, że PH ukrywała też przemoc domową, jeżeli sprawcą okazywał się ktoś ważny - żona jednego z miejscowych ważniaków była wielokrotnie przyjmowana do szpitala z powodu pobicia i pies z kulawą nogą jej nie pomógł.

Żeby zatrząść wyspą w posadach, musiał się pojawić ktoś z zewnątrz. Dwaj policjanci z Wielkiej Brytanii nie spodziewali się jednak, do jakiego miejsca trafią.

E.W.: A jechali tam nie dlatego, żeby robić rewolucję, ale głównie ze względu na atrakcyjne warunki finansowe. Lepsze niż w Wielkiej Brytanii. W dodatku to rajska wyspa, o klimacie znacznie lepszym niż chociażby ten w Szkocji. Idealna dla policjantów w wieku przedemerytalnym. Gdy zorientowali się, co stało się na tej wyspie, nie mieli wyboru. Zaczęli zdzierać politurę.

Za upór zapłacili wysoką cenę.

D.S.: To jednak dzięki nim - szefowi policji Grahamowi Powerowi i jego współpracownikowi Lenny'emu Harperowi - udało się rozpocząć operację Prostokąt - dochodzenie w sprawie przypadków przemocy w lokalnych ośrodkach opiekuńczych, rekreacyjnych i edukacyjnych, ze szczególnym uwzględnieniem najgorszych - Haut de la Garenne i Sea Cadets. Na terenie tego pierwszego znaleziono setki dziecięcych zębów i fragment kości dziecięcej czaszki, który miał dowodzić, że w ośrodku doszło do morderstwa. Ta informacja zelektryzowała wyspę i całą Wielką Brytanię - na Jersey od razu zjechali angielscy dziennikarze, a temat przez całe tygodnie nie schodził z czołówek gazet. Dla ofiar to była szansa na sprawiedliwość, dla władz wyspy PR-owy koszmar - rządzący chcieli jak najprędzej zakończyć operację Prostokąt i nawet nieszczególnie się z tym kryli. 

Ostatecznie Power został zawieszony w obowiązkach - bezpodstawnie, jak orzekła później niezależna komisja - i w atmosferze niesławy musiał opuścić Jersey. Harper co prawda doczekał emerytury, ale, niestety, jego następcy nie byli już tak oddani sprawie jak on, ważniejszy dla nich był szacunek dla tradycji Jersey.

Jersey to rajska wyspa, jedno z najbogatszych miejsc na świecie (fot: Shutterstock.com)
Jersey to rajska wyspa, jedno z najbogatszych miejsc na świecie (fot: Shutterstock.com)

E.W.: Żeby przebić się przez zmowę milczenia, ci funkcjonariusze musieli działać na granicy wyspiarskiego prawa, nie zważać na tradycje i wartości Jersey, niekiedy łamać przepisy, podważać metody działania miejscowych służb. W opinii wielu robili rzecz karygodną - narażali na szwank reputację Jersey.

D.S.: To jedno z najbogatszych miejsc na świecie, gdzie najzamożniejsi trzymają swoje pieniądze. Jak wiadomo, te lubią ciszę. Każdy skandal mógłby sporo wyspę kosztować - kto zechce inwestować na wyspie pedofilów?

Czy dzieci na Jersey są już bezpieczne?

D.S.: Haut de la Garenne i podobne ośrodki już nie istnieją - tam, gdzie był sierociniec, w tej chwili mieści się hostel dla młodzieży, a właściciel niekoniecznie informuje gości o tym, co w przeszłości działo się na terenie ośrodka. Ale jak przekonywał premier podczas konferencji prasowej: dzieci wciąż są zagrożone. Podobnie uważa nasza bohaterka Cheyenne O'Connor. O ironio, Cheyenne siedziała w więzieniu w tym samym czasie, co Morag Kidd, dawna opiekunka z Haut de la Garenne, która za wieloletnie znęcanie się nad dziećmi dostała wyrok zaledwie sześciu miesięcy pozbawienia wolności. Razem z nimi siedziała wówczas Marlene Vallois - jedna z ofiar Morag.

Cheyenne to słynna łowczyni pedofilów. Trafiła za kratki za pobicie mężczyzny, napadła go ze znajomymi.

D.S.: Udało jej się złapać na gorącym uczynku już 25 pedofilów. Jak mówi, Jersey to dla nich raj - jeśli zostaną zatrzymani, najwyżej dostają wyroki w zawieszeniu, a jeśli trafiają do więzienia, to tylko na kilka miesięcy. Po czym wychodzą na wolność i hulaj dusza.

Niezależna komisja wydała listę rekomendacji, co władze Jersey powinny zrobić, żeby zapewnić bezpieczeństwo dzieciom oraz jak zadośćuczynić ofiarom.

D.S.: Niestety, niewiele z tych rekomendacji zostało wdrożonych. Miał między innymi powstać pomnik ku pamięci dzieci molestowanych i maltretowanych w sierocińcach. Minęły trzy lata i wciąż nie powstał.

E.W.: To, co udało się zrobić, to powołać rzecznika praw dziecka.

D.S.: Który ma jednak ograniczone pole manewru i nie jest całkiem niezależny od rządu Jersey.

Tradycje i wartości Jersey wygrają i sprawa znów zostanie zamieciona pod dywan?

D.S.: Nie zdziwiłbym się. Siła pieniądza pompowanego w wyspę jest gigantyczna.

E.W.: A my raczej już żadnej książki o Jersey nie napiszemy, chyba że będzie poświęcona tematyce przyrodniczej.

Jak to?

D.S.: Wątpimy, żebyśmy po publikacji tej książki byli szczególnie mile widziani na Jersey.

E.W.: Ale bardzo byśmy chcieli, żeby na jej podstawie powstał na przykład film dokumentalny.

D.S.: Zależy nam na tym, żeby ludzie usłyszeli tę historię. Mimo że raport został opublikowany, wielu mieszkańców wyspy wciąż wypiera to, co się wydarzyło - do archiwum, gdzie można przeczytać raport, kolejek nie ma. Lokalne media, które są zależne od władzy, potraktowały temat tak skromnie, jak to tylko możliwe.

E.W.: Chcielibyśmy, żeby ludzie zrozumieli mechanizmy prowadzące do wynaturzenia systemu. Wciąż nie mieści nam się w głowie, że na Jersey - na pierwszy rzut oka świetnym miejscu do życia, z silnym społeczeństwem obywatelskim - dochodziło do tak potwornych rzeczy. Największe wrażenie robi skala tych nadużyć. Przed komisją zeznawało aż 400 osób. Dla porównania: w słynnej sprawie z Bostonu, na podstawie której powstał film "Spotlight", zeznających było cztery razy mniej. To obrazuje skalę przestępstw.

Ewa Winnicka i Dioniosios Sturis, 'Władcy Strachu. Przemoc w sierocińcach i przełamywanie zmowy milczenia', Wydawnictwo Znak (fot: materiały prasowe)
Ewa Winnicka i Dioniosios Sturis, 'Władcy Strachu. Przemoc w sierocińcach i przełamywanie zmowy milczenia', Wydawnictwo Znak (fot: materiały prasowe)

Ewa Winnicka. Reporterka i pisarka. Studiowała dziennikarstwo i amerykanistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Związana z "Polityką" i "Dużym Formatem". Trzykrotnie uhonorowana nagrodą Grand Press. Autorka książek: "Londyńczycy" (nominowanej do Nagrody Literackiej Gryfia), "Angole" (za którą otrzymała Nagrodę Literacką Gryfia, a także nominacje do Nagrody Nike i Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego), "Nowy Jork zbuntowany", "Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej Johnson", "Był sobie chłopczyk" (za którą otrzymała Nagrodę MediaTory w kategorii ObserwaTOR oraz nominację do Górnośląskiej Nagrody Literackiej Juliusz), "Głosy. Co się zdarzyło na Wyspie Jersey" (napisanej wspólnie z Dionisiosem Sturisem). Ze swoim synem Stasiem pisze książki reporterskie ("Staś na tropie"), w których to dziecko jest narratorem i bezwzględnym obserwatorem świata dorosłych.

Dionisios Sturis. Urodzony w 1983 roku w Grecji, wychowany w Polsce. Dziennikarz, reporter, twórca podcastów. Współpracuje z "Gazetą Wyborczą", "Dużym Formatem" i "Polityką". Autor licznych reportaży prasowych i radiowych oraz trzech książek reporterskich opowiadających o współczesnej Grecji ("Grecja. Gorzkie pomarańcze"), wyspie Man i miejscowej Polonii ("Gdziekolwiek mnie rzucisz.") oraz greckich i macedońskich uchodźcach, którzy w latach 40. i 50. XX wieku znaleźli się w Polsce ("Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji"). Wspólnie z Ewą Winnicką napisał książkę "Głosy. Co się zdarzyło na Wyspie Jersey" oraz stworzył audioserial "Głosy. Co słyszał morderca". Współtwórca podcastu "Czarny Romans". Wielokrotnie nominowany do prestiżowych nagród dziennikarskich, m.in. nagrody Grand Press, Nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego, Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki, Nagrody im. Macieja Płażyńskiego. Mieszka w Brukseli.

Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl, była redaktor naczelna serwisu Metrowarszawa.pl. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl, magazynie Vice.com. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (90)
Zaloguj się
  • bosman64

    Oceniono 47 razy 29

    Kogo obchodzi jakaś mała wysepka jeśli w samym centrum europy istnieje prawie 40 milionowy kraj gdzie pedofile są zupełnie bezkarni pod ochroną prokuratury i swojej naj starszej organizacji przestępczej wszechczasów działającej legalnie w tym kraju od ponad tysiąca lat. Rodzice i dziadkowie obrzydliwie wykorzystywanych dzieci jeszcze dają im "ofiary" na tace i całują po łapach. Ale cóż barany istnieją po to aby je strzyc!

  • andrzej.duxa

    Oceniono 27 razy 27

    czym mniejsze, hermetyczne srowiska, tym najczesciej wieksza skala patologii, perwersji i zmowy milczenia

  • jael53

    Oceniono 29 razy 21

    Powiedzmy wreszcie sobie jasno i wyraźnie: taka jest tradycja europejska, że sieroty, zwłaszcza społeczne, to istoty najniższej kategorii. Takie, które od urodzenia stygmatyzowano jako bękarty, podrzutki i - w całości - "pomiot mętów, wyrzutków i szumowin". Cokolwiek te nieszczęsne istoty dostawały, to było aktem łaskawości; przy czym należało uważać, aby nie dawać im za dużo ani aby nie dostawały zbyt dobrego jedzenia czy zbyt ładnych rzeczy. Miały być od początku tresowane do uznania swojej "nikczemnej kondycji" i tego, że nie zasługują na nic lepszego ponad to, co je spotyka. Ktokolwiek sobie wyobraża, że z taką tradycją zrywa się z dnia na dzień, ten albo jest fantastą, albo hipokrytą.

  • lowaltitudeninja

    Oceniono 15 razy 15

    Hmm, faktycznie zabrakło najważniejszej informacji: czy książka zostanie wydana w Wielkiej Brytanii. Dla tamtejszego czytelnika to żywa i bolesna materia. Z polskiej perspektywy w większym stopniu będzie to zaledwie studium zjawiska.

  • jollyroger1976

    Oceniono 18 razy 12

    Kula w łeb każdemu kto w ten sposób krzywdzi bezbronne dzieci! Tak - do Was pisze katoliccy księżą!!!

  • adashofman1

    Oceniono 26 razy 10

    Jestem gorącym zwolennikiem kwalifikowanej kary śmierci dla pedofilów. Mam parę pomysłów.

  • danny_trejo

    Oceniono 11 razy 9

    Poczytajcie i poogladajcie wiecej o arystokracji europejskiej, oraz swiatowej elicie polityki i biznesu, jak zabawiaja sie z dziecmi i co z nimi robia. W wlasciwie z tego, co z tych dzieci zostalo. Nawet, jesli dyskretnie pominieto tam fakt, ze z Espteinem kumplowal sie rowniez Trump i inni z tamtej strony sceny politycznej, to i tak daje nienajgorszy obraz skali problemu, a wlasciwie bezmiaru obrzydliwosci i zbrodni.
    Poniewaz nie przechodza tu linki, proponuje wpisac 'Upadek Kabaly' w wyszukiwarce youtube

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX