.

. (Fot. Bernd Rehorst/Shutterstock)

Wywiad Gazeta.pl

Na czynsz nie ma, ale na nowe buty - tak. "Ubrania są nam wpychane, dajemy się wmanewrować w zakupy"

Żeby interesować się modą, nie trzeba wykupić wszystkiego, co modne - mówi Joanna Glogaza, autorka książki "Wychodząc z mody", o tym, jak ograniczyć kupowanie.

Prawie 50 stron książki "Wychodząc z mody" zajmuje ci opisanie powodów, dla których kupujemy więcej, niż potrzebujemy. "Robienie zakupów dla wyimaginowanej, idealnej, przyszłej siebie" - to o tych przymałych ubraniach, do których niebawem "zrobię formę". Ale jest ich więcej. Dlaczego kupowanie ubrań i dodatków jest silniejsze od nas?

Marki muszą sprzedawać coraz więcej, bo takie są ich cele biznesowe - korporacje mają rosnąć, akcje muszą iść do góry, a członkowie zarządu - być zadowoleni. Dlatego o ile dekadę temu kolekcje były sezonowe, dziś co chwila są nowości, cały czas coś jest na wyprzedaży i w promocji.

Ubrania są nam wpychane, i to na tyle skutecznie, że dajemy się w zakupy wmanewrować. Tym bardziej że kupowanie jest przyjemne. Zakupy są ekscytujące, sami się nimi nagradzamy. Ale niekoniecznie są dobre w szerszej perspektywie. Bo wydajemy więcej, niż mamy, zadłużamy się, biorąc kredyty konsumenckie.

zakupy online
Fot. Shutterstock

Pierwsza część twojej książki przypomina trochę rady, jak wyjść z nałogu: wypisz się z newslettera, odinstaluj apki sklepów.

Nie mówię, że wszyscy ludzie, którzy sporo kupują, są zakupoholikami, niczego też nikomu nie narzucam. Jeśli ktoś wziął do ręki moją książkę, to znaczy, że ma w sobie refleksję i chęć zmiany, jest sfrustrowany, czuje, że wydaje za dużo, że stracił nad konsumpcjonizmem kontrolę - nie ma na czynsz, ale ma nowe buty. Albo w jego szafie jest pełno ubrań, a mimo to nie ma co na siebie włożyć. Albo trudno mu się spakować na weekendowy wyjazd, bo z każdym ciuchem jest coś nie tak lub ubrania do siebie nie pasują. Z myślą o takich osobach napisałam książkę - żeby im pomóc zrobić pierwszy krok, wesprzeć je w zmianie.

Pamiętam, jak miałam 20 lat, biegałam na obcasach, w pełnym makijażu, i patrzyłam na ówczesne 40-latki - bez makijażu, "nieodstrzelone". Zastanawiałam się: kiedy im przestało zależeć? Dlaczego sobie odpuściły? A teraz sama jestem taką czterdziestką. I myślę, że zabawę z modą mam za sobą, ale ciężko mi odbierać przyjemność z kupowania ciuchów komuś, kto tej przygody nie przeżył.

Ja się już modą właściwie nie zajmuję. Jakbyś mnie zapytała, co zaproponował jakiś projektant na dany sezon, nie potrafiłabym odpowiedzieć, bo mnie to zupełnie nie obchodzi. Kiedyś miałam bloga o modzie, a teraz mam o tym, gdzie kupić dobry T-shirt. Jak byłam młodsza, też stroiłam się na uczelnię i zastanawiam się dzisiaj, skąd miałam tyle zapału. Tym bardziej że modne były nie sportowe buty, jak teraz, tylko kosmicznie wysokie szpilki.

Piszą do mnie mamy nastolatek, że one są już "slow fashion", ale ich córki ciągle szaleją po sieciówkach i nie są im w stanie przemówić do rozsądku. Jestem daleka od mówienia, że zabawa modą jest zła. Jeśli dla kogoś jest to ważne, to proszę bardzo. Odpisuję, że wczesna młodość rządzi się swoimi prawami i zwyczajnie chce się wtedy mieć tę samą koszulkę, co pół klasy. Rodzicom pozostaje świecić przykładem i robić konsekwentnie swoje.

fashionistki
Fot. Creative Lab/Shutterstock

Idea slow fashion nie kłóci się z modą. Znajomość mechanizmów odpowiedzialnych zakupów pozwala docenić dobre krawiectwo, jakościowe materiały, rzemieślniczą robotę. Jak nie mamy stosów złej jakości ubrań, większą uwagę możemy przywiązać do tego, jak są zrobione. Jak nie wydajemy na dużo gorszej jakości ciuchy, to dysponujemy większym budżetem na bardziej jakościowe ubrania.

Mam wrażenie, że interesowanie się modą jest utożsamiane z byciem w trendach i ciągłym kupowaniem ubrań i dodatków. A wcale nie musi tak być - znane światowe stylistki na pewno moda interesuje, a od lat noszą się tak samo - jak Grace Coddington czy dziennikarka modowa Suzy Menkes. Zawsze mówię, że żeby interesować się modą, nie trzeba wykupić wszystkiego, co modne.

Piszesz o tym, że w modzie ważne jest, żeby w noszonych ubraniach czuć się dobrze. A ja widzę rozdźwięk między samopoczuciem a korzystnym wyglądem. Mamy tendencję do ubierania się w rzeczy, które zabijają sylwetkę - nieszczęsne rybaczki, sukienki worki.

Dla mnie najważniejsze jest, żeby w ubraniach czuć się dobrze. A jeśli w czymś się dobrze czujemy, to z reguły dobrze w tym wyglądamy - podkreślamy nasze atuty czy tuszujemy - naszym zdaniem - wady. Inni ludzie nie są ozdobami, które mają cieszyć nasze oczy. Jeśli nawet chcą chodzić w rybaczkach, które skracają nogi, to niech je noszą - nic nam do tego.

modne buty
Fot. andersphoto/Shuttertock

Są osoby, które nie mają wyczucia i im to przeszkadza. Kupują ubrania, chciałyby wyglądać dobrze, ale im nie wychodzi, mają poczucie, że wyglądają słabo. W takim przypadku warto skorzystać z pomocy specjalisty. To bardzo pomaga.

Jeżeli nie jesteśmy pewni, czy w jakimś stroju dobrze wyglądamy, możemy poprosić o zrobienie w nim zdjęcia czy nagranie filmiku i tak - zamiast w lustrze - ocenić efekt. Bo miewamy zaburzone postrzeganie naszego odbicia, a zdjęcie pozwala chłodniejszym okiem spojrzeć na siebie samego.

Styliści to też ciekawy temat. Zauważyłaś, jak na przestrzeni lat zmieniło się podejście do metamorfoz? Kiedyś była to rewolucja - rude włosy zamiast blond, kompletna zmiana wyglądu. Teraz bardziej jest to dialog, dostosowanie się, już nie chodzi o wywracanie wszystkiego do góry nogami.

Też widzę tę zmianę. Możemy pójść do fryzjera z długimi czarnymi włosami, a on zaproponuje nam platynowego asymetrycznego boba, mówiąc, że będziemy wyglądać w takiej fryzurze bajecznie. Tylko nie bierze pod uwagę, że nie mamy czasu, umiejętności i pieniędzy, żeby o to uczesanie dbać.

Tak samo z metamorfozą, na którą stawiała się mama niemowlaka. Ekipa brała ją w obroty i na koniec ona wyglądała szałowo w lokach, szpilkach i małej czarnej, tylko co z tego, skoro wiadomo, że na co dzień nie będzie się tak ubierać, a włosy musi zbierać w wysoki kok.

Rynek stylistów się nasycił i zmienił, dostosował do bardziej wymagających klientek, których oczekiwania także się zmieniły. Stąd "przebudowywanie szafy", a nie wymiana całej garderoby - czyli pracowanie na tym, co już mamy. Tylko takie zmiany, zgodne z naturą i stylem życia danej osoby, mają szansę się utrzymać.

modne ubrania
Fot. andersphoto/Shutterstock

Przed rozmową z tobą zrobiłam przegląd szafy. No i okazało się, że nie wiadomo dlaczego mam słabość do ciuchów imprezowych: z cekinami, frędzlami, przezroczystościami. Ostatni raz intensywnie balowałam w 2001 roku. Skąd takie pomysły na siebie?

Różnie bywa. Może wynika to z faktu, że czasami żyjemy w przeszłości albo w przyszłości: "Chciałabym być jak ta znana joginka z Instagrama, która ćwiczy asany nad basenem na Malediwach" - i dlatego kupujemy drogi strój do ćwiczeń, łudząc się, że nasze życie tak będzie wyglądać. W rzeczywistości na jogę docieramy raz w roku i ćwiczymy w starych legginsach, bo są najwygodniejsze. Kupujemy styl życia.

Wpadamy także w pułapki zastawiane na nas przez marketingowców. Ja kupiłam sobie "poważną torebkę do biura", chociaż nigdy nie pracowałam na etacie. Wydawało mi się, że do bycia postrzeganą jako profesjonalna, dorosła kobieta potrzeba mi takiego atrybutu. Ostatecznie nosiłam ją, ale motywacja towarzysząca zakupowi była absurdalna.

Marki na tyle różnych sposobów starają się nam wcisnąć różne rzeczy, że naprawdę ciężko nie ulec. Teraz na topie jest greenwashing - kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, minutę wcześniej w ogóle nie wiedzieliśmy, że są, a teraz je mamy, bo chcemy być eko: koszulki z napisem "Uratuj planetę", wielorazowe butelki ze słabej jakości plastiku.

Powiedziałaś, że nie wiesz, co jest modne. Ja też nie wiem. Ale nie mam też poczucia, że mam swój styl. Moja bliska koleżanka powiedziała, że ubieram się zawsze adekwatnie do okazji. Pociesza mnie to, co napisałaś: o stylu może świadczyć, że czuję, że jakieś ubrania "nie są moje".

To taki wewnętrzny kompas. Ja też nie czuję, że mam styl, ale czuję, co jest, a co nie jest moje. To poczucie się zresztą zmienia - kiedyś "nie moje" były bluzki na ramiączkach, ale po tym, jak przypakowałam w ramionach, chętnie je noszę. Odkąd pamiętam, lubię kołnierzyki.

Nie każdy musi być ikoną mody i nie każdemu jest to potrzebne do szczęścia. Na ulicy się nie wyróżniam, wyglądam zwyczajnie. Latem - jak setki innych kobiet - noszę jeansowe szorty i bluzki w paski. Jest mi w tym dobrze, nie mam potrzeby posiadania barwnego stylu. Zadowolenie z zawartości szafy nie jest równoznaczne z niesamowitym stylem i wyróżnianiem się.

A jeśli jest taka potrzeba? Skąd czerpać pomysł?

Z siebie! Nie oglądać się na trendy, nie czerpać z zainteresowań na przykład z  minimalistycznych japońskich architektów. Jak widzisz kogoś, kto ma niesamowity styl, to często on ma związek z jego pasjami, zainteresowaniami, wcale nie z modnymi trendami.

pranie
Fot. Shutterstock

Usprawiedliwiasz także coś, co ja uznawałam za bycie flejtuchą, czyli zeskrobywanie zabrudzeń z jeansów i przecieranie mokrą ściereczką drobnych plam zamiast częstego prania. Znajome w kwarantannie odkryły, że T-shirt - póki ładnie pachnie i nie ma zabrudzeń - można nosić kilka dni. Teraz wiem, że to działa także w służbie przedłużania życia ubraniom!

Myślę, że wiele osób za często pierze ubrania, i jeszcze je suszy w elektrycznych suszarkach, co nie pozostaje bez wpływu na materiały. Wełniane swetry, jeansy - długo potrafią pociągnąć bez prania.

Warto też pamiętać, że ubrania możemy naprawiać. Mój dziadek miał drogi płaszcz. Kiedy się znosił, to krawiec wywrócił materiał na drugą stronę, dając ubraniu nowe życie. My byśmy pewnie płaszcz wrzucili do kontenera na używane ubrania.

Ja uwielbiam znoszone rzeczy: rozchodzone buty, rozepchane płaszcze i marynarki.

Rzeczy dobrej jakości poznaje się po tym, że ładnie się starzeją. W mojej książce przeprowadzam wywiad z Moniką Kamińską, która podaje świetną analogię ze świata mebli: są jak stół z litego drewna, który z czasem nabiera szlachetności - w przeciwieństwie do stolika z płyty pilśniowej wykończonego tanią okleiną, który bardzo szybko zaczyna wyglądać koszmarnie. Dobrej jakości znoszone rzeczy łatwiej reperować. Widziałam niedawno film, na którym szewc odnowił mocno znoszone buty Chanel i na koniec wyglądały może nie jak nowe, ale na pewno bardzo pięknie.

Hermes
Fot. DKSStyle/Shutterstock

Ja widziałam serwisowanie torebki Birkin Hermesa - pan, który ją wykonał ręcznie 20 lat wcześniej, aż się wzruszył w czasie konserwacji. Pytanie o jakość w kontekście ceny nurtuje mnie od dawna. Ile w droższych produktach marketingu i pozycjonowania, a ile realnej jakości? Kilka dni temu podklejałam sandały - tanie nie były i ze skóry - okazało się, że w środku między podeszwą a wyściółką jest.

Tektura?!

Tak!

Gdybym mogła jednoznacznie odpowiedzieć na twoje pytanie, to byłabym bogaczką.

Na pewno warto mieć realistyczne oczekiwania wobec rzeczy. To nie jest tak, że jeśli kupimy coś drogiego, to takie ubrania się nigdy nie zniszczą. Moim zdaniem jest szansa, że kupując np. torebkę do 1000-1500 złotych, płacimy za jakość - dobre materiały, jakościowe wykonanie. Powyżej tej kwoty, jeśli jest to masowa produkcja, a nie ręczna robota, płacimy za markę. Torebka 20 razy droższa od "normalnej" nie daje gwarancji, że będzie miała 20 razy dłuższe życie, albo będzie 20 razy bardziej wytrzymała.

Nie polegałabym tylko na marce i cenie, przyjrzałabym się tym rzeczom, chociaż pewnie do tektury w bucie się nie dokopiemy. T-shirt możemy wywrócić na drugą stronę i zobaczyć, jakie ma szwy - gęste i solidne są dobre, skręcone i rzadkie - złe. Możemy sprawdzić skład materiału. A także materiał podszewki - bawełniana satyna i wiskoza jest OK, poliester nie OK - chociaż w ubraniach sportowych to włókno jest OK. I pomyśleć, czy to wszystko się składa z ceną.

A jeśli już zdarzy nam się trafić na bubel, dobrze znać swoje prawa jako konsumenta i reklamować bez skrupułów.

Mam dylemat. Mam toczek do jazdy konnej - kupiony 25 lat temu. Wszystko z nim jest w porządku, ale po 40 minutach jazdy konnej zaczyna mnie cisnąć w głowę. Z jednej strony mi niewygodnie, ale z drugiej czuję, że chcę zastąpić coś, co wymiany nie potrzebuje.

Z wygodą i zdrowiem nie dyskutuję. Ten toczek zabija całą przyjemność z jazdy. Ryfka z Szafy Sztywniary wyznaje zasadę "zero waste", ale zdrowie jest dla niej priorytetem - nie będzie chodzić bez czapki w mrozy, bo nie znalazła czapki zero waste, i ja się z nią zgadzam. Nie ma się co umartwiać, masz moje błogosławieństwo. Wymieniaj, nie zastanawiaj się!

Piszesz dużo o second handach. Takie miejsca są ponad moje siły. Jeszcze rozmowa z Tomaszem Bocianem z twojej książki o tym, że te rzeczy nie są prane, odkażane, tylko prosto z kontenera trafiają na wieszak, umocniła mnie w niechęci.

Second handy nie są dla wszystkich. Trzeba to lubić, mieć dużo czasu, żyłkę poszukiwacza, który lubi przerzucać stosy ubrań. Kupowanie z drugiej ręki to nie tylko lumpeksy, ale także portale ogłoszeniowe, sklepy vintage z przebranym asortymentem, komisy z luksusowymi ubraniami i dodatkami. Tam już tak specyficznie nie pachnie.

uliczny second hand
Fot. Shutterstock

Ja pierwszy raz do second handu trafiłam, jak miałam kilkanaście lat. Pamiętam, że stanęłam przed panią i powiedziałam, że szukam melonika na imprezę. Pani popatrzyła na mnie jak na wariatkę i rzuciła: Pani sobie pogrzebie w tym koszu. Musiałam się dostosować do zasad, które w nim panują, ale nigdy nie miałam z tym problemu.

Teraz drugi biegun. Odradzasz ciułanie latami na rzeczy, na które nas nie stać. Dlaczego? Przecież i jakość pewnie dobra, i zakup przez ten czas jakże przemyślany.

Następnego dnia po zakupie możemy ten kosmicznie drogi zegarek zgubić albo niechcący zniszczyć i cztery lata oszczędzania będziemy mieli w plecy. Ostatnio na fanpejdżu mojej siłowni przeczytałam słowa, z którymi się zgadzam: Jeżeli nie stać cię na to, żeby kupić coś dwa razy, to znaczy, że cię na to nie stać. Ubrania są dla nas, a nie my dla ubrań. Jeśli torebka jest poza strefą naszego finansowego komfortu, to posiadanie jej będzie nas stresowało.

Z dzieciństwa pamiętam, że osoby mające nowe samochody bardzo przeżywały każde zadrapanie i wgniecenie w karoserii, okruchy z herbatników na siedzeniu to był koniec świata, wycieczka takim autem oznaczała stres dla wszystkich. Bez sensu, to są tylko rzeczy. Nie są aż tyle warte.

Joanna Glogaza
Fot. Asia Totala

Joanna Glogaza. Od 2008 roku prowadzi bloga Style Digger, na którym uczy, jak zorganizować i uprościć swoją szafę. Ma na koncie dwa poradniki - "Slow Fashion. Modowa rewolucja" i "Slow Life. Zwolnij i zacznij żyć". Jej ostatnia książka "Wychodząc z mody" to praktyczny przewodnik, który pomaga zerwać z impulsywnymi zakupami, uczy, jak dobrze organizować garderobę i jakich materiałów szukać oraz pokazuje, jak naprawdę przysłużyć się swoimi wyborami planecie, zamiast nabierać się na marketingowe sztuczki marek odzieżowych.

Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Chodzący spokój i zorganizowanie. Wieloletnia wielbicielka Roberta Redforda, a od niedawna kierowcy F1 Daniela Ricciardo.