Zawody lekkoatletyczne kobiet

Zawody lekkoatletyczne kobiet (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

wywiad gazeta.pl

"Podczas rozmów z olimpijkami usłyszałam wiele takich historii, że włos mi się jeżył na głowie"

Kobieta musiała przed olimpiadą przedstawić zaświadczenie od lekarza, że jest kobietą. Zdarzały się zawody międzynarodowe, na których przedstawiciele organizacji sportowych osobiście sprawdzali płeć zawodniczek - mówi Anna Sulińska, autorka właśnie wydanej książki "Olimpijki".

Po stewardesach, o których pisałaś cztery lata temu, przyszedł czas na olimpijki?

Tak, choć miał być czas na coś zupełnie innego. Podpisałam z wydawnictwem umowę na inną książkę, zaczęłam zbierać do niej materiały, ale nagle przyszły do mnie olimpijki. Przyszły pod prysznicem, gdzie - jak się okazuje - głowa czyści się także w środku.

Doskonale cię rozumiem, też sporo wymyślam pod prysznicem.

Widzisz, czyli nie tylko ja doznaję tam olśnienia.

Pomyślałam sobie wówczas, jakie ja właściwie znam olimpijki. Przyszły mi do głowy dwie: Irena Szewińska i Justyna Kowalczyk. One przyszły do mnie także dzięki pani Wandzie Tycner, którą poznałam, pracując nad książką "Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u". Pani Wanda, przyjaciółka pierwszej stewardesy, opowiedziała mi również o swojej innej przyjaciółce, zimowej olimpijce z lat 50., która została zupełnie zapomniana, o co miała zresztą żal. I oto, nagle, wszystko to wróciło do mojej głowy.

Do czyich drzwi zapukałaś najpierw?

Do drzwi Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Dowiedziałam się, że pracuje tam osoba, która opiekuje się emerytowanymi olimpijczykami. Panią Elę - bo to ona tą osobą była - poprosiłam, by wysłała do olimpijek napisany przeze mnie list z prośbą o kontakt, gdyby oczywiście były zainteresowane rozmową. Spodziewałam się, że może z pięć pań mi odpowie, tymczasem telefonów było znacznie więcej. Olimpijki szybko zaczęły dzwonić, że tak, że proszę przyjeżdżać, że bardzo chętnie.

Polska reprezentacja kobiet przybyłych na Igrzyska Olimpijskie. Widoczna m.in. Stanisława Walasiewicz (fot. Adam Jankowski / Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Polska reprezentacja kobiet przybyłych na Igrzyska Olimpijskie. Widoczna m.in. Stanisława Walasiewicz (fot. Adam Jankowski / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Dlaczego spodziewałaś się niewielkiego odzewu?

Bo kiedy zabrałam się do "Wniebowziętych", trudno było moje bohaterki namówić do rozmowy. Kosztowało mnie to naprawdę dużo wysiłku, wymagało wręcz namolności. Dzwoniłam do pań, słyszałam odmowną odpowiedź, po trzech miesiącach znów dzwoniłam, znów odmowa i po pół roku kolejny telefon.

Z olimpijkami, jak się okazało, nie było problemów. Cieszyły się, że ktoś się w końcu nimi zainteresował?

Tak, ale też była w nich - miałam wrażenie - pewna złość. Bo nasze rozmowy to nie tylko sentymentalne wspominki. Niejednokrotnie panie wypowiadały się emocjonalnie, zdarzało się, że podnosiły głos. Wiele historii w nich mocno siedziało i uznały, że teraz jest czas na ich wyrzucenie.

Może tak to przeżywały, bo ktoś zechciał z nimi poważnie porozmawiać?     

Być może. A mnie interesowało wszystko. Nie tylko jak zdobyły medale, ale jaka droga do nich prowadziła, jak wyglądało ich dzieciństwo, skąd są. I nie były to wcale oczywiste opowieści - wojna, powojenna trauma, droga usłana nie różami, ale cierniami, wymagająca silnego charakteru i dużego samozaparcia.

Tego akurat im nie brakowało.

To są kobiety, które mają w sobie dużą potrzebę rywalizacji, ale tej zdrowej, sportowej. One chcą się ścigać, chcą być pierwsze. Pani Daniela Walkowiak-Pilecka, zdobywczyni brązowego medalu w kajakarstwie na igrzyskach w Rzymie w 1960 roku, powiedziała mi, że kiedy potem pływała na kajakach rekreacyjnie, zawsze musiała być pierwsza, jej kajak musiał płynąć pierwszy i już. Inaczej się nie dało.

Daniela Walkowiak na podium Igrzysk XVII Olimpiady w Rzymie w 1960 roku (fot. Comitato Olimpico Nazionale Italiano)
Daniela Walkowiak na podium Igrzysk XVII Olimpiady w Rzymie w 1960 roku (fot. Comitato Olimpico Nazionale Italiano)

Dlaczego bohaterkami książki są najstarsze olimpijki, a pominęłaś te współczesne? Chciałaś napisać książkę tylko o tych, które przecierały szlaki?

Tak, choć był jeszcze jeden powód. Po "Wniebowziętych" zrozumiałam - a bardzo lubię rozmawiać z osobami starszymi - że jak masz ponad 80 lat, to patrzysz na życie z innej perspektywy, a przede wszystkim mówisz, co myślisz. Nie masz ograniczeń, nie musisz niczego pudrować, nie masz nic do stracenia i nazywasz rzeczy po imieniu. Możesz w końcu opowiedzieć, jak było naprawdę.

Panie autoryzowały teksty o sobie?

Było dla mnie ważne, żeby każda z bohaterek przeczytała tekst o sobie. Wydawnictwo się obawiało, że to, co napisałam, zostanie wywrócone do góry nogami, a uwagi pań były kosmetyczne, raczej techniczne. Nie wycięły żadnej historii.

Olimpijki odwiedzałaś w domach. W jakich warunkach żyją?

Żyją, powiedziałabym, w bardzo zwyczajnych, przeciętnych warunkach. Ale też trzeba pamiętać, że od pierwszej dekady XXI wieku dostają dodatkowo tak zwaną emeryturę sportową w wysokości około 2000 złotych miesięcznie. Wszystkie panie, bez wyjątku, mówiły mi, że bez tego dodatku ledwo wiązały koniec z końcem, starczało im właściwie na czynsz i rachunki. Póki żyli mężowie, było trochę lepiej, ale sporo z nich to dzisiaj wdowy. Niektóre przeprowadziły się do mniejszych mieszkań, bo tylko na takie było je stać.

Ciekawe są początki ich karier, zwykle zupełnie przypadkowe.

To prawda, panie zwykle tych sportowych karier nie planowały, ale zawsze bardzo lubiły się ruszać i w zasadzie bez różnicy im było, jaki sport będą trenować. Pani Helena Pilejczyk, zdobywczyni brązowego medalu w łyżwiarstwie szybkim na zimowych igrzyskach w Squaw Valley w 1960 roku, powiedziała mi, że gdyby trafiła do sekcji judo, trenowałaby sztuki walki, a najbardziej marzyła, by ścigać się w sportach motorowych. To się jednak nie udało, ścigała się więc na łyżwach.

Warto też pamiętać, że w Polsce Ludowej sport był o wiele powszechniejszy. Pani Urszula Kielan, zdobywczyni srebrnego medalu w skoku wzwyż na olimpiadzie w Moskwie w 1980 roku, mówi, że dzisiaj nie ma gdzie trenować. Szczególnie jeśli nie ma się pieniędzy, bo za wszystko trzeba płacić, i to niemało. Tymczasem w PRL-u sport był dostępny dla zwykłych ludzi niemal wszędzie: w szkołach, w klubach dzielnicowych i zakładach pracy.

Z drugiej strony warunki były niezwykle prymitywne, szczególnie w porównaniu z tym, czym dysponowały zawodniczki z Zachodu.

Siatkarki opowiadały, że szyły tak zwane kiełbaski, wypełnione piachem worki, które nakładały sobie na ramiona. Albo jak nie dojadały. Najeść się można było dopiero na zgrupowaniach.  

A jeszcze lepiej na olimpiadach.

To jest trochę humorystyczny wątek i trochę smutny. Kiedy polscy sportowcy jechali na olimpiadę, bardzo tyli, bo jedli wszystko, co podano. Ludzie z PRL-u widzieli stoły zastawione niesamowitymi rarytasami i nie byli w stanie się im oprzeć. Na olimpiadzie w Tokio siatkarki nie mogły przeżyć, że przemiłe japońskie hostessy cały czas otwierały im te pyszne soki, które one chciały ze sobą zabrać i wypić po treningu.

Polska Ludowa warunki stwarzała, delikatnie mówiąc, niełatwe, więc tym bardziej cieszyły zwycięstwa. Olimpijki zdobywały medale dzięki talentowi, determinacji i wysiłkowi, bez żadnych sztuczek.

To prawda, miały nieprawdopodobną siłę woli. Weźmy na przykład łyżwiarstwo szybkie. Kiedy zawodniczki z krajów zachodnich miały elastyczne kombinezony, Polki ścigały się w luźnych wełnianych rajtuzach. Łyżwiarki mogły trenować na torze tylko kilka miesięcy w roku, kiedy zamarzała woda otwartego poniemieckiego basenu w Elblągu. To ze względu na ten basen i srogie zimy Elbląg był kuźnią łyżwiarskich talentów.

Dzisiaj tamtejsze lodowisko nosi imię Heleny Pilejczyk.

To jeden z nielicznych przykładów właściwego upamiętnienia sukcesów naszych olimpijek.

Kobiety były stopniowo dopuszczane do rozmaitych dziedzin olimpijskich, co samo w sobie było dyskryminacją, i ona wcale nie ustała, kiedy kobiety mogły już startować i zdobywać medale. Pani Daniela Walkowiak uważa wręcz, że jej występ na olimpiadzie w Rzymie sabotowano.

Trudno sobie dzisiaj wyobrazić, że na olimpiadę przyjeżdża drużyna sportowców, w tym kobieta, która ma wielką szansę na medal, a w dniu zawodów zapomina się o niej i odjeżdża, zostawiając ją w wiosce olimpijskiej. A tak właśnie było z panią Danielą i jej sportową partnerką. Kiedy próbowałam o tym rozmawiać z panem Władysławem Zielińskim z kajakarskiej dwójki Zieliński-Kapłaniak, usłyszałam: "No tak było". I tyle. Szybko zmienił temat. Pani Daniela nie ma na ten sabotaż dowodów, ale jestem przekonana, że ta sprawa ma drugie dno, że nie była przypadkiem.

Na tor zdążyła w ostatniej chwili, łapiąc jakiś samochód, i zdobyła dla Polski pierwszy w historii medal olimpijski w kajakarstwie. Na stronie internetowej Polskiego Związku Kajakarskiego pomylono jej imię, na stronie Polskiego Komitetu Olimpijskiego nawet nie umieszczono jej biogramu. W środowisku sportowym promowano wersję o tym, że pierwszymi zdobywcami medalu byli Zieliński-Kapłaniak. To jest po prostu niewiarygodne.

A jednak. Oczywiście Zieliński i Kapłaniak byli znakomitymi kajakarzami i medalistami, ale to pani Daniela zdobyła pierwszy medal olimpijski w tej dziedzinie dla Polski. By deprecjonować jej osiągnięcie, przez lata mówiono, że "zdobyła pierwszy medal dla kobiecego kajakarstwa", a pierwszy medal dla kajakarstwa - bez przymiotnika - zdobyli Zieliński z Kapłaniakiem, co jest zwyczajnym kłamstwem.

Nie dziwię się, że w twoich rozmówczyniach była często złość.

Na olimpiadzie w Tokio, trzecich igrzyskach pani Danieli, nikt z nią nie skonsultował nawet zamiany w dwójce i kazano jej płynąć z zawodniczką, z którą nigdy nie siedziała w kajaku. To jest wręcz niewyobrażalne. Długo nie mogłam uwierzyć, że coś takiego mogło się stać, aż trafiłam na wspomnienia Józefa Bajótiego, węgierskiego trenera.

Kibice mieli pewnie pani Danieli za złe, że jej tandem nie zakwalifikował się nawet do finału, ale nie wiedzieli, że to nie jej wina.

Czesława Kościańska i Małgorzata Dłużewska, zdobywczynie srebrnego medalu w wioślarstwie w 1980 roku na igrzyskach w Moskwie, mówią, że na masażystę miały szansę ewentualnie na końcu.

To męski zespół miał masażystę, kobiecy nie. Masażysta się nim zajmował, jeśli wyraził zgodę, i dopiero po wymasowaniu mężczyzn. Siłą rzeczy one były zawsze na końcu kolejki.

Albo weźmy trenerów kobiet, przecież ich niemal nie było. Pani Jarosława Jóźwiakowska, srebrna medalistka olimpiady w Rzymie w 1960 roku w skoku wzwyż, musiała trenować sama, bo mieszkała w Gdańsku, a trener w Krakowie. On jej rozpisywał plan treningowy, ona go wykonywała, ale nie było komu sprawdzić, czy dobrze. Robiła to na czuja.

Kiedy polskie siatkarki po zdobyciu medalu olimpijskiego w Tokio jadą na następną olimpiadę po kolejny medal do Meksyku, działacze sportowi dają im swoje koszule do prasowania.

O tym, co ciekawe, nie powiedziały mi same siatkarki, ale ich trener, pan Benedykt Krysik, który był tym oburzony. Stwierdził wówczas, że nie ma zgody na takie traktowanie zawodniczek, mistrzyń olimpijskich.

Nie powiedziały ci same o tych koszulach, bo się wstydziły?

Powiedziały, że tego nie pamiętają. Ale podczas rozmów z olimpijkami usłyszałam wiele takich historii, że włos mi się jeżył na głowie, a panie je opowiadały jak anegdotkę, jako coś zabawnego.

Różnice pokoleniowe. A uważają się za pionierki - z naciskiem na żeńską końcówkę?

Z jednej strony tak, ale jednak przede wszystkim myślały o tym, w jaki sposób sobie utorować drogę. Przecież w sporcie chodzi o zwycięstwo.

Niekoniecznie było wśród nich siostrzeństwo, częściej sportowa rywalizacja, na pewno zdarzała się także zawiść, ale to raczej moim bohaterkom zazdroszczono, że osiągają sukcesy.

Jest jeszcze coś, co odróżnia sportowczynie od sportowców - ciąża.

Wszystkie panie były świadome, że zajście w ciążę oznacza koniec kariery. Dlatego niektóre z nich odwlekały ten moment tak długo, jak się dało. Rodziły dobrze po trzydziestce, co w tamtych czasach było rzadkością. Kontynuowanie kariery po urodzeniu dziecka było trudne z wielu powodów, nie tylko z racji niełatwego powrotu do formy fizycznej, ale też rozłąki z małym dzieckiem, a matka na zgrupowaniu musi się skupić na treningu. Często to było niemożliwe.

Irenie Szewińskiej się udało.

Helena Pilejczyk też wróciła po porodzie, ale to było jednak inne trenowanie. Janusz Szewiński, mąż pani Ireny, opowiadał mi, że ich syn był nieustannie obecny na treningach.

Mistrzyni olimpijska, lekkoatletka Irena Kirszenstein-Szewińska (pośrodku, w płaszczu) rozdaje autografy (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Mistrzyni olimpijska, lekkoatletka Irena Kirszenstein-Szewińska (pośrodku, w płaszczu) rozdaje autografy (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Irena Szewińska to ikona nie tylko polskiego, ale światowego sportu. Niepodobna wymienić wszystkich jej tytułów mistrzowskich, medali, rekordów. W twojej książce zainteresował mnie jednakowoż wątek jej żydowskiego pochodzenia, jakoś, mam wrażenie, w Polsce często pomijany, a niesłusznie, bo miał wpływ na jej decyzje, także te sportowe.

Irena Kirszenstein, bo to jej panieńskie nazwisko, była nawet atakowana antysemicko przez kibiców za to na przykład, że w czasie igrzysk olimpijskich w Meksyku w 1968 roku nie przechwyciła w sztafecie pałeczki. Polki broniły wtedy złotego medalu wywalczonego cztery lata wcześniej w Tokio.

W gorszym roku nie mogła jej nie przechwycić.

Oskarżano ją wtedy, że sabotuje polskie zwycięstwo, że chodzi po stadionach i zbiera pieniądze na wojsko Izraela. Te antysemickie ataki były jednym z powodów, dla których zdecydowała się na dziecko. Ciąża pozwoliła jej się od tego odsunąć, złapać oddech. Kiedy wróciła do sportu, używała już nazwiska Szewińska.

"Prawdziwych" Polaków musi dobijać to, że naszą najwybitniejszą sportowczynią jest polska Żydówka.

W dodatku urodzona w Związku Radzieckim, w Leningradzie. Tak, masz rację, antysemitów musi to dobijać, o ile w ogóle o tym wiedzą. Ale nie chciałabym tej postaci sprowadzić do wątku jej pochodzenia.

Po zakończeniu aktywnej kariery sportowej Irena Kirszenstein-Szewińska została działaczką sportową, jedyną Polką w historii we władzach MKOl. Ale to nie jest droga wielu byłych olimpijek. Dlaczego?       

Irena Szewińska kończyła karierę po 1980 roku, kiedy kobietom już było łatwiej. Gdy Helena Pilejczyk chciała zostać trenerką, usłyszała od kolegi: trenuj te dziewczyny, ale jak któraś będzie dobra, to ja ci ją zabieram. Znów kobieta pełniąca funkcję usługową, podrzędną.

Jeśli spojrzysz na ostatnie igrzyska sportowe w Rio de Janeiro w 2016 roku, zobaczysz, że kobiety stanowią już prawie połowę wszystkich zawodników, ale jedynie około 10 procent kadry trenerskiej. Wiele jest tu jeszcze do zrobienia.

Filmowymi wręcz historiami z twojej książki są te o Stelli Walsh/Stanisławie Walasiewicz i Ewie Kłobukowskiej. Pierwsza zdobyła złoto dla Polski już na olimpiadzie w 1932 roku w biegu na 100 metrów, a po jej tragicznej śmierci sekcja zwłok wykazała, że była osobą interseksualną. Druga, rekordzistka świata i zdobywczyni złota w sztafecie na olimpiadzie w Tokio w 1964 roku, została wykluczona ze sportu, bo uznano, że nie jest wystarczająco kobietą.

Męskości jako takiej w sporcie się właściwie nie definiuje, natomiast kobiecość tak. Badania genetyczne, na podstawie których zakończono brutalnie karierę pani Ewy, współcześnie są zakwestionowane i nie można ich stosować. Dzisiaj kobiecość w sporcie, cokolwiek to znaczy, określa się na podstawie poziomu testosteronu. U kobiet jego poziom nie może być wyższy niż siedem nanomoli na litr. Przekroczenie tego progu dyskwalifikuje kobietę. Ale zapis dotyczy jedynie biegów na 400, 800 i 1500 metrów. Zupełnie przypadkowo na tych dystansach niepokonana była Caster Semenya.

Stanisława Walasiewicz na finiszu biegu na 100 metrów pań wyrównuje rekord świata na tym dystansie (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Stanisława Walasiewicz na finiszu biegu na 100 metrów pań wyrównuje rekord świata na tym dystansie (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Rozumiem, że nie ma żadnych przepisów określających męskość.

Nie, upokarzającym badaniom poddawane są wyłącznie kobiety.

Tak jest od zawsze?

Kiedyś kobieta musiała przed olimpiadą przedstawić zaświadczenie od lekarza, że jest kobietą. Zdarzały się zawody międzynarodowe, na których przedstawiciele organizacji sportowych osobiście sprawdzali płeć zawodniczek.

Kobiety komisyjnie rozbierano i sadzano na fotelach ginekologicznych.

Kiedy po raz pierwszy o tym przeczytałam, nie mogłam w to uwierzyć, ale w końcu udało mi się porozmawiać z panią poddaną takiemu, jak to nazywała, "oglądactwu". Warto dodać, że nagie kobiety były oglądane nie przez lekarzy, ale przez sportowych działaczy, którzy musieli obejrzeć ich zewnętrzne narządy płciowe.

Mężczyźni nie musieli się rozbierać i dawać swoich penisów do komisyjnego oglądu.

"Sąsiedzi chyba nawet nie wiedzą, że jestem olimpijką. No bo po co? [...] Nie chcę, żeby wiedzieli. Nie afiszuję się z tym" - mówi pani Czesława Kościańska. Bardzo to smutne.

Panie chyba boją się tradycyjnej polskiej zazdrości.

Panowie nie mają takich problemów.

Kobieta, która mówi o swoich sukcesach, nie ma u nas łatwo.

To dlaczego o ich sukcesach nie mówią mężczyźni?

Prezes Polskiego Związku Kajakowego nie miał nawet numeru telefonu do pani Danieli Walkowiak-Pileckiej. O siatkarkach na wiele lat zupełnie zapomniano. Uhonorowano je dopiero rok temu, podczas gali 90-lecia Polskiego Związku Piłki Siatkowej, ale nie zaproszono wszystkich na scenę, bo ktoś nie sprawdził dokładnie składów drużyn. Świetna zawodniczka, medalistka olimpijska, zamiast stać w świetle jupiterów z koleżankami, została na sali, pod sceną. Mam mówić dalej?

Anna Sulińska, autorka książki 'Olimpijki' (fot. Kamil Kowalczyk)
Anna Sulińska, autorka książki 'Olimpijki' (fot. Kamil Kowalczyk)

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

Anna Sulińska. Ur. 1983. Badaczka i reporterka, absolwentka socjologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Publikowała w "Wysokich Obcasach" i "Dużym Formacie". Autorka reportaży "Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u" i "Olimpijki" oraz współautorka książki z obszaru HR i zarządzania "Od Lokomotyw do Zagubionych. Jakie mamy typy pracowników i jak z nimi postępować".

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem weekendowego magazynu Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku