Rozmowa

Lubisz latać samolotami?

- Uwielbiam! Ale nie mogłabym być stewardesą. Kiedy słyszę rozmaite życzenia pasażerów, to wydaje mi się, że zamiast uśmiechać się, pewnie przewracałabym oczami sto razy w ciągu minuty.

W samolocie wymyśliłaś tę książkę* ?

- Nie, jak najbardziej na lądzie. Chciałam napisać tekst o pierwszej polskiej stewardesie. Sądziłam, że nie będzie to trudne. Że archiwum LOT-u naprowadzi mnie na podstawowe informacje, a potem już tylko pójdę ich tropem. Tymczasem okazało się, że nie ma o niej żadnych informacji. Pomyślałam więc, że skoro nie o pierwszej, to w ogóle o kobietach, które tworzyły po wojnie ten zawód. I znowu nic. Przejrzałam zbiory biblioteczne - mnóstwo wspomnień pilotów, nawigatorów, nawet mechaników pokładowych, a o stewardesach tyle, co na okładkach "Skrzydlatej Polski" - dowiedziałam się, że były ładne. Ten brak informacji wydał mi się szalenie intrygujący. Uznałam, że musi się za tym kryć coś bardzo ciekawego. Wreszcie, jakoś po roku, trafiłam do sali historycznej LOT-u

"Jest smutniejsze niż najsmutniejsze muzeum, jakie można sobie wyobrazić" - piszesz o niej.

- Tak, to miejsce, o którym prawie nikt nie wiedział. Kiedy zaprowadził mnie tam cztery lata temu jeden z pracowników LOT-u, nie było już kustosza i założyciela tego, nazwijmy to szumnie, muzeum. Zwolniony z pracy, zabrał ze sobą klucze do wszystkich gablot. Przez szybki obejrzałam więc stare bilety lotnicze, ulotki reklamowe, plakaty, plan przedwojennego lotniska na Polu Mokotowskim Tam trafiłam wreszcie na ślad pierwszej stewardesy. Zachowała się jej legitymacja służbowa ze zdjęciem. Zdążyłam zresztą niemal w ostatniej chwili, bo w 2015 roku eksponaty pochowano do kartonów, a salę zlikwidowano.

Rok 1969 (fot. archiwum prywatne Małgorzaty Nowotnik)

Kim była pierwsza stewardesa?

- Nazywała się Zofia Glińska, pracowała w LOT jeszcze przed wojną. Rozliczała bilety, koszty paliwa i eksploatacji samolotów. Okupację spędziła w Warszawie. Walczyła w Powstaniu. Dowodziła dwoma oddziałami sanitariuszek, które wcześniej szkoliła we własnym mieszkaniu. Tam też odbierała od nich przysięgi. A więc była odważna, dobrze zorganizowana.

Po powstaniu znalazła się w Krakowie. Podjęła tam pracę w banku emisyjnym. W lecie 1945 roku z Krakowa przez Warszawę wracała do rodzinnego Płocka. A skoro była w stolicy, poszła zobaczyć, czy stoi stary budynek LOT-u przy Nowogrodzkiej 49, gdzie dziś mieści się Teatr Muzyczny "Roma". Okazało się, że tam już było kilka osób, które zamierzały odbudowywać przedsiębiorstwo. Ktoś zdjął jej z ramion plecak i powiedział: - Zostajesz z nami, będziesz działać . I została.

Czyli jednak udało ci się poznać jej życiorys.

- Po czterech latach! Miałam już właściwie gotową książkę i pogodziłam się z tym, że o Zofii Glińskiej będzie w niej tyle, ile zdołałam dowiedzieć się od kustosza muzeum, czyli drobiazgi: że istniała, że nawet po odejściu z firmy zawsze mówiła o niej dobrze i nikomu nie pozwalała jej krytykować, że w mieszkaniu miała dużo lotniczych pamiątek.

Robiłam, co mogłam, żeby ją odnaleźć. Rozwieszałam ogłoszenia w okolicy, w której mieszkała, licząc, że jeśli nie zgłosi się ona, to chociaż sąsiadki. Dzwoniłam do administracji osiedla. Pytałam wszystkich, którzy mogli coś wiedzieć. Nie przyniosło to żadnych rezultatów. Aż wreszcie, przed ostatnim Bożym Narodzeniem, ktoś dał mi kontakt do jej przyjaciółki, Wandy Trycner, 90-letniej dzisiaj pani. Otworzyła przede mną pokaźne archiwum: zdjęcia, odręcznie pisany życiorys, wreszcie - mnóstwo opowieści. Znały się z Zofią od siedemdziesięciu lat, razem były w Powstaniu.

Otwarcie lotniska Gdańsk-Rębiechowo, rok 1974. Uczestnicy uroczystości w mundurach PLL LOT. W tle orkiestra (fot. nac.gov.pl)

Jakie były początki zawodu stewardesy w Polsce?

- Początki sięgają 1939 roku. Wtedy zaczęto szkolić mechaników samolotowych do obsługi pasażerów. Proces przerwała jednak wojna, potem strukturę budowano od nowa. Zofia Glińska latała jako pierwsza, w rejsach rządowych, i na podstawie swoich doświadczeń stworzyła standardy dla zawodu. Stewardesy musiały więc mieć przynajmniej średnie wykształcenie, znać co najmniej dwa języki obce, mieć odpowiednią aparycję, czyli być ładne i szczupłe. Wyszkoliła sześć kobiet z trzystu, które się zgłosiły, i od tej szóstki wszystko się zaczęło. Początkowo zresztą nie tylko opiekowały się pasażerami, ale też np. załatwiały paliwo lotnicze, odpowiadały za wyważenie samolotu, czyli równomierne rozmieszczenie ładunków, woziły telegramy do Czerwonego Krzyża - pomagały odnajdywać się rodzinom. Zofia Glińska przestała latać w 1947 roku.

Polityka?

- Być może. To było po sfałszowanych wyborach, po których kurs polityczny bardzo się zaostrzył. Nie znalazłam żadnych dokumentów potwierdzających moje przypuszczenia, ale nie sądzę, że był to zbieg okoliczności, że właśnie wtedy władza przestała wydawać jej paszport. Nie należała do PPR, miała AK-owską przeszłość. Przeszła wówczas do działu reklamy i wkrótce zakończyła pracę w firmie.

Rok 1975 (fot. archiwum prywatne Małgorzaty Nowotnik)

W PRL wszystko było choć trochę polityczne. Praca stewardes też?

- Można było latać i nie należeć do partii, ale jeśli chciało się awansować, piąć na kierownicze stanowiska, trzeba było się zapisać. Prześwietlano historię rodzin stewardes. Były oczywiście obserwowane przez SB. W IPN zachowały się dokumenty z tych obserwacji. Notowano opinie o kandydatkach przyjętych na kurs dla chcących pracować w tym zawodzie. Poza tym, że jest tam coś o najbliższych każdej z nich, są też uwagi w rodzaju: dziewczyna bez wyrazu, raczej brzydka, nie robi żadnego wrażenia ; kulturalna, starannie wychowana, trochę za dużo wykarmiona; ukończyła Studium Stenografii i Języków Obcych, marne uzębienie.

Jest też w tych dokumentach ślad "afery" dotyczącej dwóch par rajstop i 20 dolarów. Funkcjonariusze SB chcieli wykorzystać fakt tego drobnego handlu do nawiązania współpracy z jedną ze stewardes. Tu trzeba przypomnieć, czego w PRL wszyscy im zazdrościli: miały dostęp do dolarów.

- Miały, to prawda. Jedna ze stewardes latających do Nowego Jorku już w latach 70. opowiadała mi, jak wyobrażała sobie, co zrobi z zaoszczędzonymi dolarami. Tymczasem na miejscu, już w Stanach, usłyszała od doświadczonych koleżanek: - Teraz pokażemy ci, co robi się z tymi pieniędzmi . Mieszkały w kilka w mieszkaniu LOT-u, składały się na posiłki, a resztę wydawały u handlarzy: dżinsów, lakierów do paznokci, tiulu Można było bez cła przewieźć dwie belki tiulu i one z tego skrzętnie korzystały. W Warszawie sprzedawały materiał na pniu. Przy Hali Mirowskiej był sklep z zagranicznymi towarami, którego obsługa znała na pamięć rozkład lotów i mówiła klientom: - Dziś nie ma pasty do zębów, ale za kilka dni przylatuje Nowy Jork, więc będzie .

Po lewej stewardesy w letnich mundurach, lot do Egiptu, rok 1974 (fot. archiwum prywatne Małgorzaty Nowotnik). Po prawej Okęcie w roku 1955 (fot. nac.gov.pl)

Opisujesz zdziwienie projektantki Grażyny Hase, która dostała zamówienie na mundury dla stewardes i okazało się, że torby muszą być duże.

- Tak, bo musiały zmieścić się w nich rozmaite rzeczy. Na przykład buty. W Egipcie w latach 60. można było niedrogo kupić kolorowe obuwie. W Polsce, jeśli buty były, to czarne albo brązowe. Dziewczyny kupowały więc te kolorowe i pakowały do służbowych toreb. Mieściło się dziewięć. Sztuka polegała na tym, żeby ta, która wiezie cztery i pół pary, nie dała się złapać celnikom. Jej koleżanka, mająca ten brakujący but, mogła być spokojna. Bo ocleniu podlegała cała para. Jeśli celnik znalazł jeden but, można go było przekonać, że to taki kaprys. Kiedy już operacja przebiegła pomyślnie, szły do zaprzyjaźnionych komisów, gdzie klienci w minutę kupowali buty po tysiąc złotych za parę. Były może droższe i niekoniecznie lepsze od krajowych, ale kolorowe!

Stewardesy przywoziły z zagranicy rajstopy, podpaski, cytrusy. W latach 70., lecąc do Egiptu, wiozły ze sobą worek jabłek. Na granicy tłumaczyły, że to konieczne, bo są akurat na jabłkowej diecie i muszą je jeść przez cały tydzień. Na miejscu sprzedawały i kupowały pomarańcze i banany.

A z Grecji przywoziło się metaksę (fot. archiwum rodziny Grudowskich)

Duże wrażenie zrobiła na mnie scena, w której matka porzuciła wózek z dzieckiem, by przebiec na drugą stronę ulicy, gdzie stała stewardesa z torebką bananów.

- Tak. Ona wracała z jakiegoś lotu, wysiadła z samochodu i szła do domu z tymi bananami w przezroczystej torbie. Miała płaszcz, nie było widać munduru. Ta kobieta, która przybiegła z drugiej strony ulicy, chciała koniecznie wiedzieć, skąd te banany. Nie wierzyła, że są z jakiegoś innego źródła niż sklep. Sądziła, że tamta wysłała do sklepu swoich znajomych i dlatego nie chce jej podać adresu. Stewardesa w końcu podarowała kobiecie jednego banana. Do dzisiaj pamięta, że tamta patrzyła na nią jak na wariatkę: nie dość, że zdobyła, to rozdaje.

Nie powiedziała jej, skąd je ma, bo się wstydziła. Dlaczego?

- Bo ludzie postrzegali stewardesy jako lepsze. Jeździły za granicę i miały dolary. I rzeczywiście, było im nieco lepiej niż przeciętnie ludziom w PRL. Zdarzało się, że któraś kupiła samochód po roku pracy. Ale na przykład niełatwo było im założyć rodzinę. Bywało, że rodzina przyszłego męża prychała, że ot, modeleczka, która uśmiecha się na pokładzie i w ogóle nie wiadomo, co się na tych lotach dzieje. W dodatku taka żona, która ciągle lata, nie będzie się przecież opiekować domem.

Co działo się "na lotach"?

- Przede wszystkim było ich bardzo dużo, a stewardes mało. Początkowo sześć, na początku lat 60. - dwadzieścia, w połowie lat 70. więcej, bo LOT kupił nowe samoloty i zaczęły się rejsy za ocean. Wstawały o czwartej rano, taksówką na lotnisko, nawet kilka lotów dziennie, powrót o północy. W domu mama prasowała bluzkę i nazajutrz tak samo. Pracowały sześć dni w tygodniu, w miesiącu miały jedną wolną niedzielę. Jeśli nie miały zaplanowanego lotu, musiały przyjść na dyżur - w pełnej gotowości, ubrane, umalowane itd. Bo mogło się zdarzyć, że któraś dziewczyna nie przyjdzie na lot i wtedy leciała dyżurna.

Pożegnanie papieża Jana Pawła II na lotnisku Balice kończące I pielgrzymkę do Polski. Personel pokładowy przy wejściu do samolotu Tu-134A w barwach Polskich Linii Lotniczych LOT, którym papież wrócił do Rzymu. Czerwiec 1979 roku (fot. nac.gov.pl)

Na pokładzie - szykowanie posiłków. Dość długo podawano je na porcelanowych talerzach, z metalowymi sztućcami. Trzeba było roznieść to wszystko, choć ciężkie, i jeszcze pilnować, by pasażerowie nie pokradli sztućców. Pasażerów w ogóle trzeba było pilnować. Bo przecież podawano alkohol. Po alkoholu rozluźniali się. Jednej pani na przykład tak rozluźniły się mięśnie, że zakrztusiła się sztuczną szczęką. Stewardesy musiały ją ratować. Do Montevideo latali rybacy dalekomorscy. Wsiadali do samolotu, zdejmowali buty i już robiło się nieprzyjemnie. Przez cały rejs palili. Kiedy po pół roku wracali, zdarzało się, że kapitan zalecał, by nie podawać alkoholu, bo nie wiadomo, co zrobią po nim faceci, którzy przez tyle miesięcy nie widzieli kobiety. Do Chicago rodziny wysyłały babcie, które chciały natychmiast wysiadać, bo w zagrodzie czeka krowa i czas ją już przepalikować. Tego rodzaju anegdot wysłuchałam od stewardes dziesiątki.

A w zamian tyle tylko, że mogły uszczknąć kawioru?

- Z tym kawiorem to zabawne. Podawano go zawsze na lotach z Moskwy i na trasach do Nowego Jorku. Tylko na początku wszystkim, potem już jedynie w pierwszej klasie. Pasażerowie nie wiedzieli, co to jest i ogólnie nie doceniali. Stewardesy więc z każdej porcji zbierały odrobinkę i uzyskiwały w ten sposób pięć kubeczków na swoje kanapki.

W latach 80. zdarzyły się w LOT dwie katastrofy Iłów 62 wracających z Nowego Jorku. W 1980 r. na Okęciu rozbił się "Mikołaj Kopernik", siedem lat później w lesie Kabackim "Tadeusz Kościuszko". Rozmawiałaś o tym ze stewardesami?

- Pytałam je o wszystko, z tym było najtrudniej. W tych wypadkach zginęły ich koleżanki, to ciągle jest rodzaj traumy. Wciąż jest w nich żal, że po katastrofie próbowano przerzucić winę na pilotów. Ale to się nie udało. Oficjalna wersja na pewno potwierdziła, że zawinił samolot.

Niektóre opowiadają, że tymi Iłami latało się tak, jakby jechać samochodem po wybojach. Do Nowego Jorku dolatywali często na tzw. "dyskotece", czyli na mrugających lampkach paliwa. Teoretycznie zbiorniki były wystarczające na taką trasę, ale jeśli wiatr wiał od dzioba, paliwa starczało na styk i w Nowym Jorku piloci musieli prosić o priorytet do lądowania, żeby uniknąć kolejki nad lotniskiem. Co ciekawe, każda ze stewardes, która mi o tym opowiadała, mówiła w taki sposób, jakby tylko ona o tym wiedziała. Najwyraźniej nie rozmawiały na ten temat nawet między sobą. Po katastrofach zresztą było sporo rezygnacji z pracy.

A ucieczek?

- Ucieczki zdarzały się przez cały czas. Nazywano to zejściem z pokładu . Załoga dolatywała za granicę w pełnym składzie i ktoś zostawał na miejscu. LOT bronił się przed tym przepisami w rodzaju tego, że w załodze nie mogą lecieć członkowie jednej rodziny. A sporo było małżeństw stewardes z pilotami. Jeśli któreś z nich zostałoby za granicą, było jasne, że druga osoba już nie dostanie paszportu.

Samolot Polskich Linii Lotniczych LOT Il-62 "Mikołaj Kopernik" na Okęciu, koniec lat 70. Samolot ten rozbił się przy podchodzeniu do lądowania na Okęciu 14.03.1980. W katastrofie zginęła Anna Jantar (fot. Archiwum Szczecińskich / East News)

Znamienne wydaje mi się, że - opisujesz to w książce - miałaś tak duże problemy ze znalezieniem bohaterek. Zamierzałaś rozmawiać o czasach sprzed prawie 30 lat, a one nie chciały opowiadać. Dlaczego?

- Pierwsze telefony, już nie pamiętam ile, kończyły się niepowodzeniem. Panie odmawiały rozmów, tłumacząc, że nie mają nic do powiedzenia, że to nie było ciekawe. Obawiały się, że chcę napisać tabloidową książkę, ktoś związany ze środowiskiem już taką wydał. Wreszcie przez znajomą trafiłam do stewardesy, która od 30 lat mieszka w Kanadzie. Czas i odległość pozwoliły jej złapać dystans, dzięki czemu mogłyśmy porozmawiać. Ona dała mi następny kontakt i potem już poszło - panie przekazywały mnie sobie.

Ciekawe, że one, choć już dawno nie pracują, nadal mają w sobie coś w rodzaju dyscypliny. Nie częstują herbatą, a serwują. Zawsze na tacach, w filiżankach. Jeśli już decydowały się na spotkanie, starannie się przygotowywały - odnajdywały zdjęcia, przypominały sobie anegdoty. Jeśli czegoś nie pamiętały, potem ustalały i dzwoniły, że było tak i tak. A z czego wynika ta ich nieufność? Myślę, że to naprawdę zamknięte środowisko, wszystkie się znają. Przy czym pracowały pod swego rodzaju presją. Wtedy miały tajemnice i chyba wciąż czują, że powinny ich dochować.

W PRL zawód stewardesy obrósł mitami. Twoja książka wiele z tych mitów obala. To trochę tak, jakby zajrzeć na zaplecze restauracji i zobaczyć, że nikt nie myje rąk. Czy z wiedzą, którą zdobyłaś, nadal dobrze ci się lata?

- Tak. Jednak mam poczucie, że opisałam świat, który przeminął.

Teraz uważniej przyglądam się stewardesom. Już nie biorę ich uśmiechów do siebie. Wiem, że to tylko taka rola. No i podpatrzyłam, co dzieje się z ich twarzami, gdy przechodzą na przykład do kuchni. Mina zmienia się w sekundę, całe napięcie uchodzi. * Książka Anny Sulińskiej "Wniebowzięte. O stewardesach w PRL" ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Czarne.

Można ją kupić w Publio.pl>>>

Anna Sulińska i jej książka (fot. materiały prasowe)

Anna Sulińska. Ur. 1983 r. Absolwentka socjologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Publikowała w "Wysokich Obcasach" i "Dużym Formacie". Od poniedziałku do piątku bada rynek i konsumentów, pisze w każdej wolnej chwili.

Aleksandra Boćkowska. Dziennikarka, redaktorka. Przez wiele lat sekretarz redakcji w "Elle" i "Viva! Moda", współpracuje m.in z Weekend.gazeta.pl i Magazynem Świątecznym Gazety Wyborczej. Autorka książki "To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL" (wyd. Czarne), pracuje nad książką o luksusie w PRL.