Rzadko zdarza nam się świadomie zjeść coś z plastiku, ale wiemy, że on jest wszędzie - mówi Stanisław Łubieński

Rzadko zdarza nam się świadomie zjeść coś z plastiku, ale wiemy, że on jest wszędzie - mówi Stanisław Łubieński (fot: Shutterstock.com)

wywiad Gazeta.pl

Wszystko zaczęło się od plastikowej kulki, którą znalazł w rybie. "Ten temat mnie wybrał"

- Na pewnym etapie byłem tak przejęty tym, o czym piszę, że zacząłem prowadzić dochodzenia, kto źle segreguje śmieci. Zimą denerwowałem się, gdy ktoś stał z włączonym silnikiem samochodu, żeby się ogrzać, latem, gdy włączał silnik, bo chciał się ochłodzić - opowiada Stanisław Łubieński, autor "Książki o śmieciach".

W ciągu ostatniego roku, dwóch ekologia stała się jednym z głównych tematów podejmowanych w mediach, również w Polsce. Co chwilę pojawiają się publikacje na temat marnowania żywności, życia, w myśl idei zero waste, ograniczania zużycia plastiku.

Ludzie budzą się powoli z tego snu, w którym kupowanie nowych rzeczy ma wpływ tylko na grubość ich portfela. Powoli dociera do nas, że produkujemy całe tony śmieci, które nie znikają w sposób magiczny, bez śladu. Mimo że widok śmieci, zwłaszcza w naturze, zawsze mnie raził, to bardzo długo nie zastanawiałem się, co się z moimi śmieciami dzieje po tym, jak je wyrzucę. O ile w wielu kwestiach jestem bardziej dociekliwy, tak w przypadku śmieci wygodniej było mi w temat nie wnikać. Mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że jest ktoś, kto się tymi śmieciami zajmuje i robi to w sposób odpowiedzialny.

Aż do momentu, gdy omal nie połknął pan plastikowej kulki, która "zawieruszyła" się w rybie.

Tak, wszystkich nas może to spotkać, bo morza i oceany są bardzo zanieczyszczone - wiemy, że pływają po nich całe wyspy śmieci. Wyspy oczywiście umowne, bo nie sposób na nich stanąć. To raczej kłębowiska śmieci. 

Śmieci, które wyrzucamy, jak bumerang wracają do nas. To, że znikają nam sprzed oczu, nie znaczy, że przestają istnieć. Jeśli na przykład trafią do spalarni śmieci, to wylecą kominem w postaci zanieczyszczeń, które my potem będziemy wdychać albo które przedostaną się do wody czy gleby.

Śmieci nie znają granic. Każde morze czy ocean ma własną nazwę i sztucznie wytyczone granice, co nie znaczy, że są osobnymi zbiornikami. Nikogo nie powinno dziwić, że coś wyrzucone do oceanu u wybrzeży Brazylii ląduje na kole podbiegunowym w Rosji. To tak jak z tymi żółtymi kąpielowymi kaczuszkami, które w 1992 roku wypadły z kontenerowca i zaginęły gdzieś na środku Pacyfiku. Udało się prześledzić ich drogę, w ciągu 21 lat opłynęły niemalże cały świat - kilka sztuk znaleziono w Japonii, na Alasce, na Hawajach, w arktycznym lodzie, gdzie kaczki utknęły na kilka lat. A potem pojawiły się w północnej Europie.

Dziś jedzenie nie tylko opakowane jest w plastik, ale plastik może znajdować się również w jedzeniu / Fot. Shutterstock
Dziś jedzenie nie tylko opakowane jest w plastik, ale plastik może znajdować się również w jedzeniu / Fot. Shutterstock

A wracając do ryby...

Jadłem ją w restauracji na wyspie Lipari na Morzu Śródziemnym, zachwycony tym, jak jest tam cudownie i bajkowo. I nagle moje zęby odbiły się od dziwnego, okrągłego przedmiotu. Słabo mi się zrobiło. Już wcześniej myślałem o tym, żeby napisać książkę o śmieciach, ale w tamtym momencie zdałem sobie sprawę, że już nie mam wyjścia. Poczułem, że ten temat sam mnie wybrał - z 20 osób, z którymi wtedy siedziałem przy stole, tylko mi się to przytrafiło.

Co zrobił pan z tą kulką?

Zabrałem ją ze sobą, żeby ją zbadać. Pomogła mi w tym dr Agnieszka Dąbrowska, która zajmuje się plastikiem w środowisku morskim. Oglądaliśmy kulkę m.in. w urządzeniu, które nazywa się spektrofotometr, żeby dowiedzieć się, z czego się składa. Szybko wyszło na jaw, że nie jest to wcale takie proste - tworzywo było zniszczone, zanieczyszczone. Podczas takich analiz często okazuje się, że nie wiadomo z czym właściwie mamy do czynienia. A jak nie wiadomo, czym coś jest, to nie można tego przetworzyć.

Dryfujący plastik jest też trujący - pływając po oceanie, wchodzi w interakcje z groźnymi dla organizmów żywych związkami chemicznymi, tzw. POPsami (z ang. Persistence Organic Pollutans) - te mikrozanieczyszczenia osadzają się na powierzchni plastiku.

Jakie są to związki chemiczne?

Chociażby substancje wykorzystywane do chłodzenia i izolowania układów elektrycznych. Do plastikowych śmieci ciągną też pestycydy. Ptaki, zjadając plastik, napełniają nim żołądek. Mają przez to fałszywe uczucie sytości i w rezultacie umierają z głodu. O ile wcześniej nie zatrują się zanieczyszczeniami.

I taki zanieczyszczony plastik mógł się znaleźć również w pana organizmie.

Rzadko zdarza nam się świadomie zjeść coś z plastiku, ale wiemy, że on jest wszędzie. W naszych odchodach, w wodach podziemnych i w najbardziej izolowanych miejscach planety. Niektóre substancje wykorzystywane w produkcji tworzyw sztucznych stanowią zagrożenie dla naszego zdrowia. 

Teflon / Fot. Shutterstock
Teflon / Fot. Shutterstock

Na przykład do produkcji teflonu wykorzystywany jest kwas perfluorooktanowy, który jest silnie toksyczną substancją, może wywołać nowotwory czy choroby tarczycy. W firmie DuPont, jednym z największych koncernów chemicznych na świecie, który jest twórcą teflonu, nazywano go pieszczotliwie "szczyną diabła". Sam teflon nas nie zatruje, ale co się dzieje z kwasem? Przez lata amerykańskie zakłady DuPont beztrosko wylewały substancję do cieków wodnych przy swoich fabrykach, mimo że było wiadomo, że wywołuje ona między innymi wady płodu u zwierząt. Kolejne badania, których wyniki ukrywane były nawet przed pracownikami, mówiły o tym, że substancja podobnie działa na ludzi. To się działo przez kilkadziesiąt lat. Dopiero niedawno, wyłącznie dzięki determinacji prawnika Roberta Billota, który wytrwale drążył skałę, udało się zmusić firmę, by zaczęła wypłacać gigantyczne odszkodowania.

Nie jest to wyłącznie problem amerykański. Niedawno badano niemieckie dzieci i okazało się, że przeszło 20 procent ma przekroczone normy kwasu perfluorooktanowego.

W dzisiejszych czasach otaczamy się przede wszystkim przedmiotami zrobionymi z tworzyw sztucznych.

I niektóre z nich są nam potrzebne. Nie każdy "plastik" - jak określam umownie wszystkie tworzywa sztuczne, czyli między innymi polietylen z reklamówki czy żywicę epoksydową wykorzystywaną w budownictwie lub filtr z papierosa - nas zabija, nie musimy się go panicznie bać. A hasło "stop plastikowi" jest utopijne, bo tworzywa sztuczne już nie znikną z naszego otoczenia.

Tworzywa oddają nam wiele przysług. Trudno sobie wyobrazić, żeby samochody były robione z drewna. Auto wyprodukowane z tworzywa sztucznego jest bezpieczniejsze i lżejsze, co z kolei powoduje, że mniej zanieczyszcza środowisko. Pytanie jednak, czy robienie wszystkiego z plastiku ma sens, na przykład niemal każdego opakowania czy reklamówki, z której będziemy korzystać przez 10 minut, a następnie ją wyrzucimy.

Albo wciśniemy do jakiejś szuflady.

A do niej po kilku dniach dołożymy następną, po tygodniu następną...

Problem jest też taki, że opakowania są niepotrzebnie produkowane z kilku materiałów, co często utrudnia albo uniemożliwia recykling. Na przykład z tworzywa sztucznego i papieru, jak w przypadku nowych opakowań na mąkę czy makaron. Tych materiałów praktycznie nie da się rozdzielić, jest to wciąż nieopłacalne. Bywa też, że ten papier i plastik trzeba dodatkowo ze sobą połączyć klejem, który obniża jakość materiału, który mógłby zostać odzyskany. Mnie osobiście nie podnieca podglądanie makaronu czy mąki przez plastikowe okienko.

W sortowni, którą odwiedził pan na potrzeby pisania książki, zaskakująco dużo materiałów ze śmieci zmieszanych udaje się odzyskać.

Ale nie wszędzie tak jest.

Co konkretnie dzieje się z pana śmieciami po tym, jak wylądują w altanie, nie udało się już panu dowiedzieć, bo firma sortująca pana zbyła.

Można się tylko domyślać dlaczego. Dowiedziałem się za to, co dzieje się ze śmieciami mojego taty. Było dla mnie uderzające, jak niektóre opakowania komplikują cały proces sortowania, przydałyby się regulacje prawne, które nakazywałyby produkcję, na ile to możliwe, opakowań z jednego materiału. Dopóki takie przepisy nie powstaną, to nam pozostaje decydować, jakie opakowanie kupujemy - z okienkiem czy bez.

I to my decydujemy, czy wyrzucimy je potem do odpowiedniego kubła na śmieci. Pytanie, czy nasz sąsiad zrobi to samo.

Wystarczy zajrzeć do śmietnika, żeby to sprawdzić. Ja to robię regularnie. I przekładam źle posegregowane śmieci z jednego kontenera do drugiego. Zdarza mi się też zostawić liścik z jakimś zgryźliwym komentarzem.

Fot. Stanisław Łubieński, Książka o śmieciach
/ materiały promocyjne wydawnictwa

W mojej altanie też ktoś zostawia takie liściki.

Na pewnym etapie byłem tak przejęty tym, o czym piszę, że zacząłem prowadzić dochodzenia, kto źle segreguje śmieci. Zimą denerwowałem się, gdy ktoś stał z włączonym silnikiem samochodu, żeby się ogrzać, latem, gdy włączał silnik, bo chciał się ochłodzić. Myślałem, czy nie zacząć ludziom zwracać uwagę, że to, co robią, jest głupie, ale pewnie prędzej dostałbym w mordę, niż kogokolwiek czegoś nauczył. Nie mam takiego tupetu, żeby wszystkich pouczać. Ale uważam, że powinniśmy brać odpowiedzialność za własne śmieci.

To wystarczy, żeby "uratować planetę"?

Z pewnością to nie wystarczy, bo trzeba na przykład odejść od węgla, zrezygnować z gonitwy za wiecznym wzrostem, a do tego potrzeba mądrych i odważnych decyzji politycznych. Ale jeżeli każdy będzie trochę ograniczał konsumowanie, a więc i produkowanie odpadów, rzadziej podróżował, a przy okazji będzie pieczołowicie segregował swoje śmieci, to naprawdę już będzie nieźle. Sortowanie jest ważne, im lepiej posortujemy w domu, tym więcej śmieci zyska szansę na nowe życie.

Choć, jak pan pisze, z tym recyklingiem też bywa różnie.

A nawet bardzo słabo. Powodów jest wiele. Jest mały popyt na plastik z recyklingu, przy obecnych cenach ropy nowy plastik jest bardzo tani. Poza tym odpowiedzialność producentów tworzyw jest za niska. Jest ogromna przepaść między tym, ile polscy producenci dokładają do systemu zbiórki tego, co wytworzą, a ile na przykład producenci czescy. O ile w Czechach dopłata przy wytworzeniu tony tworzyw sztucznych w sierpniu 2019 roku wyniosła 206 euro, w Polsce było to zaledwie 0,6 euro.

Co może sprawić, że zbiórka śmieci będzie bardziej efektywna?

Eksperci mówią, że przydałby się nam system kaucyjny. Jeśli ludzie zobaczyliby, że opakowania mają jakąś wartość, że mogą odzyskać część pieniędzy za swoje śmieci, choćby nawet jakieś grosze, to mieliby większą motywację, żeby odpowiednio je segregować. Bo przecież opakowania mają wartość.

Kolejna kwestia dotyczy tzw. kłopotliwych śmieci.

To znaczy?

To śmieci, które wędrują z krajów, gdzie są jakieś regulacje, do krajów, gdzie tych regulacji nie ma, albo nikt ich specjalnie nie przestrzega, tylko przyjmuje forsę. W konsekwencji państwa, które już nie radzą sobie z własnymi śmieciami, przyjmują śmieci od innych. Należy do nich między innymi Polska. Regularnie płoną u nas magazyny i składowiska z odpadami. Na szczęście powoli coś się zmienia. Pojawiają się nowe mechanizmy kontroli, w tym roku ruszyła Baza Danych Odpadowych - wygodne, ogólnodostępne narzędzie, które ma odnotowywać każdy ruch odpadów.

Nie znaleziono jednak jeszcze rozwiązania, które sprawiłoby, żeby wszystkie śmieci były odpowiednio przetwarzane, tym bardziej że istnieje cała masa opakowań, które się do przetworzenia nie nadają. Można odnieść wrażenie, że firmy prześcigają się w tworzeniu coraz to dziwniejszych i bardziej wyróżniających się pudełek czy pojemników, żeby przyciągnąć uwagę potencjalnych klientów. Kultura wciąż podsuwa nam najgorsze wzorce. Niestety, coś się w naszych umysłach dzieje takiego, że otwieranie fikuśnego pudełka z nową rzeczą, a potem chwalenie się tym na Instagramie budzi w nas ogromną ekscytację.

Wyobrażam sobie, że mogłabym dostać setki serduszek na Instagramie za zdjęcie starej pralki, którą zdecydowałam się naprawić, a nie wyrzucić na śmietnik i kupić nową. Dopiero kiedy przeczytałam pana książkę, to uświadomiłam sobie, że weszłam w tryb wymiany starych rzeczy na nowe bezrefleksyjnie. Po co naprawiać, skoro za nową rzecz zapłacę niewiele więcej? Albo: gdzie ja to naprawię? Tylko stracę czas. 

Ja miałem podobnie. Gdy tylko kończyła mi się umowa w mojej sieci komórkowej, od razu brałem nowy telefon "za złotówkę". Nie obchodziło mnie, co się z tym starym telefonem stanie albo z czym wiąże się jego produkcja - jak wpływa na środowisko, że wydobycie surowców potrzebnych do jego wyprodukowania jest okupione niewolniczą pracą.

Fot. Stanisław Łubieński, Książka o śmieciach
/ materiały promocyjne wydawnictwa

Z drugiej strony jest tak, jak pani mówi: zniknęły tzw. złote rączki, trudno jest znaleźć dobrego fachowca, który przywróci życie naszym starym sprzętom. Wprowadziłem się do mieszkania, gdzie znajdowała się zmywarka, z którą coś ewidentnie było nie tak. Już zacząłem pisać tę książkę, więc nie uległem powszechnemu zwyczajowi kupowania nowych rzeczy i postanowiłem ją naprawić. Przyszedł jeden fachowiec, spojrzał na zmywarkę, podrapał się po głowie i sobie poszedł. Przyszedł drugi. Powiedział, że trzeba wymienić jakąś część, która kosztuje tyle co jedna czwarta nowej zmywarki. Zapłaciłem, trochę z ciekawości, co z tej naprawy wyjdzie. To było dwa lata temu i zmywarka do tej pory działa bez szwanku.

Dopóki można coś naprawić, trzeba naprawiać. Na szczęście ma być to coraz łatwiejsze. Jesienią 2019 roku Komisja Europejska ratyfikowała tzw. Prawo do naprawy. Zgodnie z jego zapisami od kwietnia 2021 roku wybrane artykuły gospodarstwa domowego i sprzęty elektroniczne łatwiej będzie zreperować, między innymi dzięki temu, że produkcja części zamiennych ma  być zagwarantowana.

Pańska książka jest raczej pesymistyczna. Ale pisze pan też, że zdarza się, że ktoś ze śmieci robi użytek. I nie jest to człowiek.

W przyrodzie nie ma czegoś takiego jak śmieć. Kiedy umiera drzewo, jego "recyklingiem" od razu zajmuje się cała masa organizmów. Ta martwa tkanka jest podłożem, na którym wyrastają kolejne rośliny, jest pożywieniem dla tysięcy grzybów czy bezkręgowców. Jest niezbędna, by mogło powstać nowe życie. Ale nasze śmieci to nadmiar, często toksyczny, z którym natura ma problem. Choć są organizmy, które ze śmieci korzystają, czasem w zaskakujący sposób.

Na przykład mszaki, które zamieszkują na styropianie.

Ta porowata powierzchnia jest dla nich jak skała czy kamień. Chwytniki mszaków zaczepiają się nawet na pozornie gładkiej strukturze opakowań. Niektóre rośliny rosną na wyrzuconych ubraniach, bo te dobrze trzymają wilgoć.

Ptaki nauczyły się korzystać z plastiku / Fot. Shutterstock
Ptaki nauczyły się korzystać z plastiku / Fot. Shutterstock

Ze śmieci nauczyły się korzystać też ptaki.

Na przykład bociany. Badania wykazały, że im starszy bocian, tym częściej korzystał z ludzkich śmieci, bo nie chciał tracić czasu na szukanie naturalnych materiałów do budowy gniazda. Znajdował sobie sztuczny odpowiednik.

Trochę jak człowiek.

Dokładnie. O ile bociany raz z tych naszych śmieci korzystają, a raz nie, to są ptaki, które robią to praktycznie cały czas.

To znaczy?

Jest taki ptak z rodziny dzierzb, srokosz. Z wyglądu trochę przypomina srokę, ma czarną przepaskę na oczach. W 98 procentach gniazd tych ptaków znaleziono sznurki z tworzyw sztucznych.

Srokosz to ptak niezwykle inteligentny. Gdy trafia na jakiś nowy materiał, kombinuje, jak zrobić z niego użytek. Zamiast szukać pasemek końskiego włosia, nauczył się używać kawałków sznurka od snopowiązałki, który jest materiałem doskonałym, bo niezniszczalnym. Co ciekawe, srokosze wiążą się co roku w nowe pary, wspólnie budują gniazdo, być może więc uczą się od siebie nawzajem wykorzystania polipropylenowych sznurków.

Więc mimo zalewu naszych śmieci "przyroda jakoś sobie z nimi poradzi"?

Przez jakiś czas tak myślałem. Niestety, nawet w przypadku inteligentnych srokoszy sznurek snopowiązałki może okazać się morderczą pułapką - zdarza się, że pisklęta srokosza zawijają się w te sznurki i giną. Z jednej strony fajnie, że miejskie sikory wykorzystują papierosowe niedopałki do budowy gniazd - z badań naukowców wynika, że substancje w filtrach działają jak repelent przeciwko roztoczom. Później jednak ci sami naukowcy ustalili, że kontakt z tymi toksycznymi substancjami, między innymi nikotyną, powoduje u ptaków uszkodzenia DNA i chromosomów. Nasze śmieci to jednak trucizna.

'Książka o śmieciach', autor: Stanisław Łubieński, Wydawnictwo Agora (fot: materiały prasowe)
'Książka o śmieciach', autor: Stanisław Łubieński, Wydawnictwo Agora (fot: materiały prasowe)

"Książkę o śmieciach" Stanisława Łubieńskiego można zamówić w Kulturalnym Sklepie lub jako e-book w Publio.pl.

Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl, była redaktor naczelna serwisu Metrowarszawa.pl. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl, magazynie Vice.com. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku