Tekst został opublikowany w maju 2020 roku. To jeden z najchętniej przez Was czytanych w minionym roku artykułów Weekendu
Twoja książka kończy się w momencie, w którym opuszczasz społeczność chasydów w Nowym Jorku i zaczynasz życie jako gojka w tym samym mieście. W tej chwili rozmawiasz ze mną ze swojego mieszkania w Berlinie.
Tak, mieszkam tu już ponad pięć lat. W Nowym Jorku nie czułam się dobrze i musiałam stamtąd wyjechać.
Dlaczego?
Z dwóch powodów. Po pierwsze, po odejściu ze społeczności bardzo kiepskim pomysłem jest przebywanie blisko niej. Im ten dystans fizyczny jest mniejszy, tym jej członkowie mają na ciebie większy wpływ. Im jesteś dalej, tym łatwiej rozpocząć nowe życie.
Jakiego rodzaju jest to wpływ?
Zastraszanie, nękanie, próby manipulacji, namawianie do popełnienia samobójstwa, przekonywanie, że nie poradzisz sobie poza społecznością. W skrócie - społeczność inwestuje w to, żebyś poniósł porażkę.
Osoby, które decydują się na odejście, zazwyczaj i tak nie są w najlepszej kondycji psychicznej - czują się samotne, zagubione. Trafiły do świata, którego zasad nie znają, muszą na nowo zbudować swoją tożsamość, często poradzić sobie z traumą, której doświadczyły w dzieciństwie. Wśród chasydów nie ma wolności, panuje ostry rygor, ale masz poczucie bezpieczeństwa. I jednocześnie nie posiadasz narzędzi do radzenia sobie na własną rękę.
Dlaczego coraz więcej osób decyduje się odejść?
Dziś, dzięki rozwojowi technologicznemu, dostęp do zewnętrznego świata jest o wiele łatwiejszy - prawie każdy ma smartfona. Inna sprawa, że media coraz bardziej interesują się tym, jak wygląda codzienność chasydów, a oni zaczęli się jeszcze bardziej radykalizować, czyniąc życie w społeczności jeszcze bardziej nieznośnym. Dla wielu to dodatkowa motywacja do ucieczki.
Kiedyś, gdy odeszła jedna osoba, po prostu się o niej zapominało. W tej chwili ucieczek jest mnóstwo, chasydzi zaczęli tracić kontrolę nad swoimi ludźmi. Stąd też zastraszanie i manipulacje. To nowa strategia chasydów. Zrobią więc wszystko, żeby udowodnić, że życie poza społecznością nie może się udać. Ich celem nie jest nakłonienie tych, co odeszli, do powrotu. Chodzi o to, żeby członkowie społeczności nie zobaczyli, że funkcjonowanie poza nią jest możliwe.
Wspomniałaś, że powody, dla których opuściłaś Nowy Jork, były dwa. Pierwszy to odcięcie się od społeczności chasydów. A drugi?
Nowy Jork to brutalne miasto. Jest tu bardzo drogo, jeśli nie masz pieniędzy i nie odniosłeś sukcesu, to nic nie znaczysz, nikt nie chce mieć z tobą zbyt wiele wspólnego. Ludzie mają tu bardzo materialistyczne podejście do życia. Gdy pochodzisz ze świata, w którym ważne są wartości duchowe, funkcjonowanie w rzeczywistości, w której króluje kapitalizm i hedonizm, jest bardzo trudne. Nie utożsamiam się z wieloma problemami zachodniego świata, nie rozumiem kapitalizmu, nie akceptuję obsesji na punkcie bycia idealnym, coraz bardziej atrakcyjnym, bogatszym, zdrowszym, piękniejszym.
Gdy zdałam sobie sprawę, że nie stworzę w Nowym Jorku domu dla siebie i syna, postanowiłam go poszukać. Wybrałam się w podróż po Stanach Zjednoczonych. Byłam niemalże wszędzie, w końcu zamieszkałam na wsi, w środku niczego - uznałam, że skoro nie mam swojego miejsca, równie dobrze mogę żyć na pustkowiu.
Jak trafiłaś do Berlina?
W 2013 roku, żeby lepiej poznać historię mojej babci, pojechałam do Europy. Lot powrotny do Stanów był przez Berlin, więc postanowiłam spędzić tam kilka dni i zwiedzić miasto. Chodziłam do muzeów, poznawałam historię Holokaustu. Było to bardzo depresyjne przeżycie. Wtedy nie polubiłam Berlina. Ale rok później trafiłam tam ponownie, w celach służbowych. Poznałam miasto z zupełnie innej strony, takie, jakie jest dziś, a nie, jakie było w przeszłości. Spotkałam ludzi, którzy również przed czymś uciekali, między innymi członków mojej społeczności. Oni swój dom znaleźli w Berlinie. Pomyślałam wtedy, że Berlin jest miastem dla ludzi, którzy są znikąd. Dwa miesiące później się tam przeprowadziłam. To była mądra decyzja. W tej chwili mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa.
W przeciwieństwie do wielu matek, które opuszczają społeczność, wywalczyłaś również prawo do opieki nad swoim synem.
Nie znam ani jednej kobiety, której by się to udało. Wiele rezygnuje z ucieczki właśnie ze względu na dzieci. W moim przypadku było odwrotnie - motywacją do odejścia był właśnie mój syn, zrobiłabym wszystko, żeby mógł wychowywać się w świecie, w którym może sam o sobie stanowić. Ja w tym wszystkim byłam najmniej ważna.
Miałam wszystko dobrze zaplanowane. Nie odeszłam nagle, przygotowywałam się do tego przez trzy lata. Byłam bardzo świadoma problemów, jakie mnie czekają po opuszczeniu społeczności. Wiedziałam, że muszę zdobyć wykształcenie, więc po urodzeniu syna poszłam na studia, później znalazłam pracę, którą uwielbiałam. Następnym krokiem było zbudowanie sieci znajomych poza społecznością chasydów. Gdy odeszłam, byłam już ze swoim mężem w separacji. Sprawa rozwodowa trwała trzy lata.
Jak to zrobiłaś, że zatrzymałaś syna? Podobno chasydzi inwestują w najlepszych prawników. Kobiet opuszczających społeczność na nich nie stać.
Poprosiłam o poradę prawnika, który w latach 80. prowadził wiele takich spraw. Powiedział mi, że chasydzi boją się najbardziej rozgłosu, tego, że zwrócą na siebie uwagę opinii publicznej. Więc jedynym sposobem na zniechęcenie ich było nagłośnienie tego, jak wygląda życie w społeczności oraz utrzymanie uwagi publicznej przez odpowiednio długi czas. Dlatego napisałam książkę. Gdy członkowie społeczności zagrozili, że mimo to zabiorą mi syna, ostrzegłam ich, że opowiem swoją historię w telewizji o zasięgu ogólnokrajowym. Odpuścili.
Gdy sięgnęłam po książkę, byłam przekonana, że twoja historia to jedna z wielu z happy endem.
Wręcz przeciwnie. Ludziom się wydaje, że jestem żywym dowodem na to, że można opuścić społeczność i realizować się poza nią, żyć szczęśliwie. Prawda jest taka, że jestem wyjątkiem od reguły.
Gdy odeszłam, miałam bardzo niskie oczekiwania, w przeciwieństwie do wielu chasydów, którzy myślą, że jak odejdą, to od razu poczują się lepiej. Nie liczyłam na to, że kiedykolwiek będę szczęśliwa, wręcz przeciwnie, byłam przekonana, że nigdy się tak nie stanie. Ważne było tylko to, żeby mój syn był szczęśliwy. Szczęście, które mnie spotkało, było zaskoczeniem.
Poznałaś inne kobiety, które zdecydowały się opuścić społeczność?
Niestety, wiele z nich już nie żyje. Nie wytrzymały psychicznie i popełniły samobójstwa. Ale jedną z takich kobiet jest moja mama, która po odejściu ze społeczności związała się z inną kobietą, również byłą chasydką. Tak jak ja żyje i pracuje w Berlinie. Wydaje mi się, że jest szczęśliwa.
Utrzymujecie kontakt?
Tak, ale nie jesteśmy blisko. Nie doświadczyłam tego, co Esty z serialu "Unorthodox", która mogła rozmawiać ze swoją matką o przeszłości. Moja mama ma traumę po tym, co przeżyła wśród chasydów, a ja tylko ją w niej uruchamiam. Żeby poradzić sobie z przeszłością, musiała ją wymazać z pamięci.
Społecznością, do której należałaś, rządzą rygorystyczne zasady. Co było dla ciebie najtrudniejsze do zaakceptowania?
W dzieciństwie najbardziej bolało mnie, że nie mogę po prostu cieszyć się życiem - tak jak inne dzieci uprawiać sportów, jeździć na rowerze, słuchać muzyki, czytać książek, pójść do muzeum, sprawiać sobie przyjemności. W świecie chasydów nie ma rozrywek. Jedyne, co ludziom pozostaje, to plotkowanie. Kultura plotkowania jest tam bardzo rozwinięta, wszyscy gadają o sobie za plecami, donoszą na siebie, obserwują się nawzajem. Moim zdaniem to dlatego, że są znudzeni. Od najmłodszych lat jesteś uczony, że nie możesz nikomu ufać. Świat chasydów opuszczasz właśnie z takim przekonaniem. Lata zajmuje dopuszczenie do świadomości, że nikogo specjalnie nie obchodzi twoje życie prywatne, co robisz, z kim, dlaczego. Że ludzie naprawdę mają ważniejsze rzeczy do roboty niż ocenianie ciebie.
Gdy dorastałam, cały czas byłam karcona, uciszana, nie mogłam zwracać na siebie uwagi. Żyłam w przekonaniu, że gdy będę starsza, a potem - jak wyjdę za mąż - będę miała coraz więcej do powiedzenia, zyskam większą niezależność. Gdy obserwowałam starszych, miałam wrażenie, że stanowią autorytet. Bardzo się jednak pomyliłam - okazało się, że ten autorytet jest pozorny. To społeczność decyduje o tym, czy dać ci władzę, to ona zdecyduje, kiedy ci ją odebrać. Dorosłość w świecie chasydów oznacza jeszcze ciaśniejszą klatkę, jeszcze więcej zakazów i nakazów. Ale trzeba czasu, żeby to zrozumieć, dostrzec.
Czy wśród chasydów wiele osób cierpi na depresję lub inne choroby psychiczne?
Są przypadki chorób psychicznych, jednak społeczność ma tendencje do radzenia sobie z nimi za pomocą psychotropów, nierzadko bardzo silnych i nie zawsze dopasowanych do zaburzenia. Kilka lat temu głośny był przypadek dziewczyny ze społeczności chasydów w Izraelu. Zadawała dużo pytań, buntowała się, kwestionowała wiarę. Faszerowano ją silnymi lekami psychotropowymi, żeby odwieść ją od opuszczenia społeczności. W wieku 22 lat popełniła samobójstwo . W świecie chasydów nigdy nie wiadomo, czy osoba, która ma problemy psychiczne, rzeczywiście cierpi na poważną chorobę, czy po prostu ma duże wątpliwości w związku z tym, jak wygląda jej życie.
Jako dziecko, a potem nastolatka nie wiedziałaś praktycznie nic o swojej seksualności. Gdy zaczęłaś menstruować, nie miałaś pojęcia, co się dzieje z twoim ciałem. Gdy zapytałaś o to starszą od siebie kobietę, usłyszałaś tylko, że w trakcie krwawienia jesteś nieczysta i masz nosić podpaski. Piszesz, że w wieku 17 lat, gdy już wiedziałaś, za kogo wyjdziesz za mąż, odkryłaś, że masz pochwę.
Kobieta w społeczności chasydów sprowadzana jest do roli matki - ma rodzić jak najwięcej dzieci, żeby odbudować naród żydowski. Jednocześnie reprodukcja dozwolona jest wyłącznie w ramach małżeństwa. Członkowie społeczności wychodzą z założenia, że jeśli młodzi nie będą nic wiedzieć na temat seksualności człowieka, nie będą nawiązywać relacji seksualnych ze swoimi rówieśnikami. Wiedza przekazywana jest dopiero wtedy, kiedy mogą już z niej korzystać, czyli w momencie zamążpójścia. Niestety, to sprawia, że nie ma płynnego przejścia między byciem dzieckiem i dorosłym. Z dnia na dzień musisz rozpocząć życie seksualne.
Swojego męża poznałaś kilka tygodni przed ślubem. Przed ceremonią odbyliście dwie krótkie rozmowy. W książce napisałaś, że nie byłaś w nim zakochana. Jako mała dziewczynka, a potem nastolatka nie marzyłaś nigdy o miłości?
Nie miałam wyobrażenia na temat tego, czym jest miłość. Nie zostałam wychowana na historiach o Kopciuszku czy Śpiącej Królewnie, którą ratuje książę na białym koniu. Gdy czytałam po kryjomu książki Jane Austen, raczej szukałam w nich analogii do mojego życia - tam również są małżeństwa aranżowane, kobiety także podlegają kontroli. Nie dostrzegałam romantycznego aspektu.
Poza tym, gdy pierwszy raz zobaczyłam mojego męża, pomyślałam, że jest bardzo przystojnym mężczyzną, polubiłam go, w dalszym ciągu uważam, że jest dobrym człowiekiem. Nie zakochaliśmy się w sobie z czasem przede wszystkim dlatego, że nie mogliśmy sobie ufać, że cały czas ktoś się wtrącał do naszego życia.
Czy po latach życia poza społecznością twoje postrzeganie miłości się zmieniło?
Na pewno, choć mam wrażenie, że moje podejście do związków i miłości jest inne niż ludzi wokół mnie. Moim zdaniem wiele osób wychowanych w kulturze zachodniej ma toksyczne podejście do relacji - bardzo przywiązują się do drugiej osoby, bez niej czują się niespełnieni, niepełni. Ja zbyt długo walczyłam o niezależność, żeby ją teraz porzucić, zbyt długo ktoś mówił mi, co mam robić, jak żyć. To ja decyduję o tym, jakie związki chcę budować. Poznaję mnóstwo ciekawych ludzi, z wieloma mam bliskie, głębokie relacje, ale nie dopuszczam do sytuacji, w której mogłabym stracić wolność. Sama sobie wystarczam. Nie marzy mi się tradycyjna rodzina, z mężem, dwójką dzieci i psem. Dlatego tak dobrze czuję się w Berlinie, bo tutaj wiele osób żyje w niekonwencjonalny sposób.
Zakochałaś się po odejściu ze społeczności?
Nie jeden raz! Jak się jest młodym, to się zakochuje wielokrotnie. Fajnie jest być zakochanym. A jednocześnie nie wiem, czym jest cierpienie wywołane zawodem miłosnym. Ani czym jest strach przed odrzuceniem. Nie wchodzę w relacje, w których mogłabym czuć się źle. Mam zbyt wysoką samoocenę. Nie wpadam w pułapki zachodniej kultury, która nakazuje kobietom, jakie mają być, jak się zachowywać, jak wyglądać, żeby zwrócić uwagę mężczyzny, żeby go zdobyć. Wielu mężczyzn się mnie boi, ale to dobrze, bo dzięki temu nie trafiam na dupków, ale na dobrych, pewnych siebie facetów, którzy potrafią sobie ze mną poradzić.
Czy twój syn ma wciąż kontakt z ojcem?
Tak, rozmawiają ze sobą, czasem się spotykają. Jego ojciec opuścił społeczność cztery lata po mnie. W tej chwili ma żonę, dwójkę dzieci.
Myślisz, że twoje odejście mogło wpłynąć na jego decyzję o opuszczeniu społeczności?
Możliwe. Nie rozmawiamy na temat przeszłości. Na sprawę rozwodową przyszedł już bez pejsów, więc czułam, że coś jest na rzeczy. Po mnie odeszło ze społeczności bardzo wiele osób. To było jak efekt kuli śniegowej.
Jest coś, za czym tęsknisz z czasów, kiedy mieszkałaś w chasydzkiej społeczności?
Już nie. Tęskniłam tylko za jedną osobą - moją babcią. Niestety, nie żyje. Gdy zastanawiam się nad tym, dlaczego właśnie mi się udało, nie mogę przestać myśleć o mojej babci i o tym, że przekazała mi pewne umiejętności, które pozwalają człowiekowi przetrwać w trudnych warunkach. Babcia ledwie przeżyła Holokaust. Dla mnie jest osobą, która zmartwychwstała. Jako nastolatka trafiła razem z całą rodziną do obozu koncentracyjnego, gdzie wszystkich jej krewnych zamordowano. Ona wraz z kilkoma innymi młodymi dziewczynami została wysłana do niewolniczej pracy w niemieckiej fabryce produkującej amunicję. Pod koniec wojny była w fatalnym stanie. Gdy do fabryki dotarli pracownicy Czerwonego Krzyża, byli przekonani, że moja babcia nie żyje. Leżała wśród martwych ciał. Dziewczyna, która z nią pracowała, powiedziała, że babcia wciąż oddycha. Tak została uratowana.
Babcia była najważniejszą osobą w moim życiu, nauczyła mnie, jak odbudować się na nowo po przeżytej traumie. Potrafiła dostrzec piękno w małych rzeczach, kochała muzykę, miała najpiękniejszy ogródek w całym Williamsburgu.
"Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów" w dobrej cenie w Publio>>>
W lipcu odbędzie się premiera drugiej książki Deborah Feldman - "Exodus" Wydawnictwa Poradnia K. Autorka relacjonuje w niej swoją dalszą podróż jako samotna matka, niezależna kobieta i religijna banitka.
Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl. Pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała w serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu.