Rozmowa
Józef Rumowski w swojej pracowni (fot. arch. prywatne)
Józef Rumowski w swojej pracowni (fot. arch. prywatne)

Kiedy pan coś uszył po raz pierwszy?

Podczas okupacji, jesienią 1944 roku. Rodzice pojechali na targ, a mi wpadła w ręce bluzka babci. Maszyna stała w pokoju, a ta bluzka, granatowa w białe grochy, mocno już spłowiała. "Babciu, ja ci ją przeszyję na drugą stronę" - zaproponowałem, a babcia się zgodziła.

Właściwie to nie wiem, skąd wiedziałem, jak szyć. Odprułem jeden rękaw, przeszyłem na drugą stronę, potem drugi. I powstała nowa bluzka.

Czy dobrze mi się wydaje, że zawód na całe życie wybrał panu przypadek?

Rodzice chcieli, żebym był stolarzem. Gdy zobaczyli, że mam dryg do szycia i zdolności manualne, to postanowili, że zostanę krawcem. W czasie wojny mawiano, że trzeba zdobyć konkretny zawód. Bo jak się dostaniesz do niewoli, to sobie poradzisz.

Zacząłem się przyuczać u krawca w Siedlcach, ale kiedyś, gdy wracałem wieczorem do domu, na dworcu kolejowym Niemcy zrobili łapankę. Udało mi się uciec, ale ojciec już mnie do Siedlec więcej nie puścił. Uczyłem się więc u warszawskiego krawca w Sarnakach. Na początku 1947 roku przyjechałem na stałe do Warszawy. 

Faktycznie, w tym, że zostałem krawcem, był jakiś przypadek. Moim niespełnionym marzeniem była dyrygentura. Ale najmniejszy palec u lewej ręki mam krzywy, co przekreśliło starania o ten zawód. Jednak przez lata amatorsko grałem na skrzypcach na wiejskich zabawach i weselach. 

Józef Rumowski został krawcem trochę przez przypadek (fot. arch. prywatne)

Za to w krawiectwie został pan mistrzem.

Po wojnie pracowałem u jednego z warszawskich krawców na ulicy Chmielnej. Najpierw jako podręczny, który wykonuje najprostsze czynności, potem czeladnik. W 1953 roku zdałem egzamin na mistrza krawiectwa. 

Z pracą nie było problemu. Zatrudniłem się w spółdzielni Wspólna praca, naprzeciwko Komitetu Centralnego przy Nowym Świecie w Warszawie. Szyliśmy tam m.in. partyjnym dygnitarzom modne wówczas pelisy na skórze z barana. Podobno jedną nosiła też żona Edwarda Gierka. 

W ogóle zmiany na najwyższych szczeblach władzy zawsze wpływały na zachowania ludzi. 

Co ma pan na myśli?

Każda kolejna odwilż powodowała u ludzi odprężenie. Od razu ruszali robić coś na własną rękę. Ja też tak zrobiłem i udało mi się otworzyć własną pracownię przy ulicy Wolskiej 53. A gdy budynek został przeznaczony do rozbiórki, w 1969 roku przeniosłem się na Działdowską 3, gdzie szyję do dziś. W zeszłym roku minęło 50 lat. 

Wciąż nie przeszedł pan na emeryturę.

Jakoś nie potrafię. Od czasu operacji biodra poruszam się z chodzikiem. Ale i to nie mogła być wymówka. Szedłem na przystanek tramwajowy, wsiadałem w niskopodłogowy tramwaj i jechałem do pracowni. Jak brałem taksówkę, to wydawałem 40 złotych dziennie, więc praktycznie dokładałem do tego interesu, bo bywały takie dni, że nic nie zarobiłem, a zatrudniam Małgosię, krawcową, która uczyła się u mnie zawodu i zdała egzamin mistrzowski. 

Dziś Józef Rumowski robi głównie przeróbki (fot. arch. prywatne)

Czy ludzie coś jeszcze dzisiaj sobie szyją?

Najpopularniejsze są przeróbki. Chudziutcy a wysocy przynoszą do zwężenia marynarki czy spodnie, a osoby przy kości, takie, że czasem miarki krawieckiej brakuje, chcą, żeby ubranie poszerzyć. Ostatnio takich przeróbek jest całkiem sporo.

Przychodzą i tacy, którzy chcą, żeby im zacerować zniszczone, przetarte w kroku dżinsy, i bogaci, którzy kupili drogi garnitur, ale nie leży on idealnie. Czasem na dwa dni przed weselem z prośbą, żeby marynarkę kupioną przez Internet poprawić. Jak dopasuję klapy i wytaliuję, to zupełnie inny garnitur jest, klapy nie odstają. Zawsze staram się zrobić usługę jak najlepiej. 

Ma pan takich klientów, którzy przychodzą od lat?

Paru takich jest. Zdarza się, że babcia wysyła do mnie z czymś do przeróbki wnuczka, bo sama od lat poprawia u mnie swoje rzeczy. Kiedyś pod zakładem zatrzymało się dwoje ludzi. Patrzą, zaglądają do środka, więc do nich pomachałem. Okazało się, że 30 lat temu szyłem temu panu garnitur do ślubu. Do dziś zresztą mieszkają w pobliżu. 

Sukienek ślubnych nie szyję, ale jak potrzeba, to przerobię.

Kiedyś pewnie miał pan tabuny klientów.

Czasy się zmieniły. Dawniej przed komuniami przychodziły do mnie całe rodziny. Dziecku szyto garniturek, chrzestny zamawiał podobny, a jego żona czy chrzestna garsonkę. 

Latem panie szyły dużo sukienek i spódnic. Przyjeżdżali też klienci z zagranicy. Płacili za uszycie garnituru po 40-50 dolarów. Każdy krawiec się cieszył. Też miałem takich klientów, głównie dyplomatów. Potrafiłem też uszyć mundur wojskowy, frak, pelisę, płaszcz. Nawet sutanny księżom szyłem. 

Ale to już przeszłość. Kiedy weszliśmy do Unii i otworzyliśmy się na świat, to ludzie zachłysnęli się rzeczami z Zachodu. Przestali szyć. Teraz przynoszą rzeczy ze sklepów z tanią odzieżą. Kupią za parę złotych, potem zapłacą 20-30 za usługę u mnie i mają dobry ciuch. 

Józef Rumowski z żoną Teresą. Od ponad 60 lat są razem (fot. arch. prywatne)

W tamtych czasach szył pan nocami?

Nocami to niektórzy szyli w domach. Ja nie. Ale jak szedłem do pracowni wcześnie rano, to po całym dniu pracy wracałem do domu tramwajem po 22.00. Pracy zawsze było za dużo. 

A czy stali klienci się panu zwierzali?

Nigdy o nic nie pytałem. Nie lubiłem. Ale zaraz po wojnie ludzie chętnie mi się zwierzali, opowiadali swoje życie. W ogóle byli bardziej otwarci. Pamiętam, jak się skrzykiwaliśmy w obronie kościoła na placu Trzech Krzyży. Władza chciała go zburzyć, więc wierni się przebierali i każdy chodził na trzy msze jednej niedzieli. Kościół uratowaliśmy.

Zobacz wideo Pani Lucyna ma 79 lat i właśnie założyła lodziarnię. 'To nie kapuśniak w lecie, żebyście się tak dziwili'

Widziałam, że u pana w zakładzie leży jeszcze książka skarg i zażaleń.

Bo ja, proszę pani, należę do Cechu Krawców. Dlatego książkę musiałem mieć, choć i tak jak klient miał jakieś zastrzeżenia co do usługi, to zwykle do cechu szedł. Na mnie tylko jedna skarga tam trafiła. Pani, która uszyła sobie u mnie trzy płaszcze, stwierdziła, że jest niezadowolona. Potem się okazało, że chce, żebym jej zwrócił pieniądze, bo zabrakło jej na wkład mieszkaniowy do spółdzielni.

W zeszycie, który wisi w pracowni, jest pusto. Ludzie teraz nic nie wpisują. 

Może nie mają powodów. W końcu ma pan już poważny staż.

Nigdy nie myślałem, że dożyję takiego wieku! Moja mama zmarła jeszcze podczas wojny, w wieku 42 lat. Jej mama miała tyle samo lat, gdy odeszła. Dziadek zachorował na tyfus i też zmarł. 

Z kolei dziadek ze strony ojca zmarł, jak mój tata miał 16 lat. Dlatego jak dożyłem 45 lat, wykupiłem sobie ubezpieczenie do 60 lat. Proponowano mi polisę do 65. roku życia, ale odmówiłem, bo byłem pewien, że już mnie na tym świecie nie będzie.

Ostatnio miałem operację kręgosłupa i miesiąc później biodra, a po nich parę miesięcy rehabilitacji. Powiedziałem wtedy: "Panie Boże, mogę żyć i ze sto lat, ale daj mi siłę do pracy. Żebym mógł być pożyteczny dla ludzi".

Józef Rumowski przed swoją pracownią (fot. arch. prywatne)

A zdradzi mi pan sekret swojej długowieczności?

Diety nie trzymam, papierosów nie palę. Unikam surowego mięsa, nigdy zresztą nie lubiłem tatara. Nie unikam za to alkoholu, na rodzinnym spotkaniu parę kieliszeczków wypiję. 

Najbardziej lubię własne nalewki. Z pigwy albo z orzecha włoskiego. Jak mnie tylko coś zakłuje, wypijam kieliszeczek i po kilkunastu minutach ból znika bez śladu. Może z wyjątkiem bólu głowy, bo na ten akurat nalewka nie pomaga.

Wie pani, jak byłem w szpitalu, to miałem różne historie z brzuchem. Żona przywiozła mi orzechówkę, łyknąłem ze dwie łyżki stołowe i jak ręką odjął. Pani też orzechówkę polecam.

Zapamiętam. Panie Józefie, czy jest pan szczęśliwym człowiekiem?

Zależy, wie pani, co kto przez szczęście rozumie. Ale mogę powiedzieć, że raczej tak. Jakoś się trzymam, rodzina też zdrowa. Wnuczki i prawnuczki są bardzo udane. Niedługo przyjdzie na świat mój kolejny prawnuczek. Szkoda tylko, że nikt nie przejął po mnie zawodu.

Józef Rumowski. Rocznik 1927. Mistrz krawiectwa. Prowadzi zakład krawiecki na warszawskiej Woli.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.