Rozmowa
Anna Przybylska w Międzyzdrojach w 2012 roku (fot. Łukasz Węgrzyn / Agencja Wyborcza.pl)
Anna Przybylska w Międzyzdrojach w 2012 roku (fot. Łukasz Węgrzyn / Agencja Wyborcza.pl)

Do sprzedaży wchodzi właśnie [wywiad powstał we wrześniu 2017 roku - przyp. red.] pierwsza autoryzowana przez rodzinę biografia Anny Przybylskiej. Czy to znaczy, że książka, w której są też pani wspomnienia, została przez najbliższych aktorki ocenzurowana?

- Są w niej tylko prawdziwe historie. Mama Ani je przeczytała i zaakceptowała, niczego nie wyrzucała. Chodziło o to, żeby książka nie powstała wbrew rodzinie. Siostra Ani, Agnieszka, przez lata nie chciała w ogóle podejmować jej tematu. Ale po fakcie okazało się,  że zarówno dla niej, jak i dla mamy rozmowy z autorami książki były formą terapii. Wszyscy, także ja, mieliśmy w pamięci obraz Ani z ostatniego roku jej życia - chorej i cierpiącej. A nie tej pięknej, pełnej energii. Wydawało nam się, że nic nie pamiętamy sprzed jej choroby. Rozmowy do książki były dla nas oczyszczające.

Mama Ani poprosiła jeszcze o wspomnienia jej bliskich przyjaciół i współpracowników Ani. Wszyscy się zgodzili. Nie potrafiły odmówić pani Krystynie takie wybitne postacie jak m.in. Juliusz Machulski, Bogusław Linda, Cezary Pazura, Radosław Piwowarski, Paweł Wawrzecki, Kasia Bujakiewicz czy Andrzej Piaseczny i wielu innych.

14-letnia Ania z mamą na molo w Sopocie (fot. archiwum rodzinne)

Niektóre opowiadane przez nich historie są zabawne, inne wzruszające.

- Powiem pani, że kiedy czytałam tę książkę o Ani jeszcze w wersji elektronicznej, wreszcie zaczęłam płakać. Traktuję to jako zamknięcie pewnego rozdziału. Znałam Anię odkąd skończyła 16 lat, przyjaźniłyśmy się. Nie ma dnia, żebym o niej nie myślała, i pewnie pozostanie tak jeszcze długo.

Wciąż jest w pani jakiś rodzaj żałoby?

- Tak, czuję cały czas w sercu żałobę. Zawsze chodziłyśmy razem na Open'era. Od kiedy Ani nie ma, nie byłam więcej na tym festiwalu. Wyjeżdżam w tym czasie z Trójmiasta. Nie jestem w stanie pójść tam bez niej. Może to głupie symboliczne rzeczy, ale tak czuję. Wie pani, nigdy nie spisałyśmy z Anią żadnej umowy. Owszem, pewne rzeczy sobie ustaliłyśmy, ale przede wszystkim miałyśmy do siebie ogromne zaufanie. 

Czego pani brakuje najbardziej?

- Telefonów do Ani. Jeszcze się łapię na tym, że chcę do niej zadzwonić, żeby się z czegoś zwierzyć tylko jej. Wciąż mam zapisany jej numer telefonu i SMS-y. Dopiero niedawno poczułam się gotowa, żeby te SMS-y przeczytać.

Na czym polegała ta szczególna więź między wami?

- W agencji modelek miałam wiele pięknych dziewczyn, znajomości z niektórymi z nich przetrwały do dziś. Z Anią połączyły mnie wspólne wartości, szacunek dla człowieka, kimkolwiek by był. Obie straciłyśmy młodo swoich ukochanych ojców, obie żyłyśmy w nieformalnych związkach i mamy dzieci, które stawiałyśmy ponad karierę zawodową. Marzeniem Ani było aktorstwo, a nie sława.

Sierpień 1995. Spotkanie po pogrzebie ojca Przybylskiej w domu w Gdyni (fot. archiwum rodzinne)

Z książki wynika, że była też niezłym chuliganem.

- Miała swoje zdanie. Zawsze. Była bardzo charakterna i wiedziała, czego chce. Słuchała rad, ale nie była marionetką.

Z książki "Ania" dowiedziałam się, że gdy jako młoda dziewczyna wychodziła za mąż za Dominika Zygry, jej rodzice byli przeciwni temu związkowi.

- To prawda. Spędzało to sen z powiek jej mamie i mnie, ale się uparła. Dziś z perspektywy czasu widzę, że do czegoś się spieszyła, bardzo wcześnie chciała mieć dzieci. Czasem w żartach mówiła: "ja młodo umrę". Prosiłam wtedy, żeby przestała gadać bzdury. Ale śmiałyśmy się też czasem ze starości, z tego, że będzie do końca życia reklamowała kosmetyki tą swoją dziecięcą twarzą, a ja ją jako umalowaną staruszkę będę wpychać na plan. To nie była osoba, która chciała umrzeć.

Dlaczego więc mówiła, że umrze młodo?

- Nie wiem, nie traktowałam wtedy tego poważnie. Ale może miała jakieś przeczucie? Fotografka Marlena Bielińska, która wypowiada się w książce, wspomina, że Ania miała czasem smutne, zbolałe oczy. Zgadzam się z tym. Była w niej jakaś zaduma. Była też szalenie wrażliwa, nieprzeciętna, a przy tym miała tyle kompleksów.

Jakich?

- Uważała na przykład, że ma za mało umięśnione nogi i za szerokie biodra. Tymczasem wszyscy faceci zawsze zwracali uwagę właśnie na nią. Kiedyś do klubu koszykarskiego, w którym pracowałam, jednocześnie będąc agentką Ani, przyjechali zawodnicy z NBA. Ania wpadła na chwilę do mnie w czapce, nieumalowana. Zamieniłyśmy kilka zdań. Gdy wyszła, zawodnicy zamarli. "Kim ona jest?" - dopytywali. Bo ona magnetyzowała.

Zresztą telefony, z różnymi propozycjami zawodowymi dla Ani, dzwoniły bez przerwy. Nie ukrywam, że przełomem w jej karierze była sesja w "Playboyu".

14-letnia Ania w Jastrzębiej Górze (fot. archiwum rodzinne)

Skoro pani już wywołała ten temat - nie było tak, że Radosław Piwowarski, a potem kolejni reżyserzy dość mocno czerpali z jej fizyczności?

- Rzeczywiście tak było i ona miała tego świadomość. Chciała jednak, by przyszedł moment, kiedy zacznie dostawać też inne role, nie tylko piękności. Niestety, takie propozycje nie zdążyły do niej przyjść. Nawet w ostatnim, zresztą dobrym filmie "Bilet na Księżyc" gra striptizerkę.

Ja minęłam się z Przybylską na premierze filmu "Sęp" w 2013 roku. Była zmęczona, wręcz nieprzyjemna. Dziś myślę, że mogły to być wahania nastroju, które miewają chorzy na raka trzustki.

- Ania miewała gorsze nastroje, ale nie demonizujmy, to nie była depresja. Podczas premiery, o której pani mówi, była potwornie zmęczona. Mimo że długo pozowała z Jarkiem do zdjęć, paparazzi biegli za nimi aż do windy. Byli natarczywi. Nadszedł moment, w którym powiedziała im "stop". Prawdopodobnie była już wtedy chora.

Niektórzy zastanawiali się, czy powinna do końca występować w reklamach.

- Ania była piękna i odniosła sukces. W Polsce takich osób się nie lubi, ale ją ludzie kochali. Widać to było w rankingach sympatii - wszystkie wygrywała. Dlatego dostawała tyle propozycji reklamowych. Bo była prawdziwa, a ludzie wyczuwają fałsz, widzą, że ktoś udaje. Ania nigdy nie traktowała też macierzyństwa jako źródła dochodu. W umowach miała zapisy, że w reklamach nie można wykorzystywać wizerunku jej dzieci. Nie było sytuacji, żeby wzięła je do reklamy.

Krystyna i Bogdan Przybylscy z córkami (Ania z lewej). Gdynia, 1979 (fot. archiwum rodzinne)

Pamiętam sesję w "VIVIE!", do której zabrała dzieci.

- Nie zrobiła tego jednak w celach zarobkowych. Powiem pani, co nią kierowało. Ponieważ w tamtych czasach pojawili się już paparazzi, postanowiła sama pokazać dzieci. Przekaz był taki: "to są moje dzieci, widzicie je i przestańcie za mną chodzić". Dzieci były dla niej całym światem, szybko chciała je mieć. Sama zajmowała się całą logistyką z nimi związaną - chodziła w dresie na zakupy, gotowała. Jarek musiał systematycznie trenować. Gdy zmarła, wszyscy się łapali za głowy, ile robiła rzeczy.

Narzekałyście czasem razem?

- Od tego jest przyjaciółka. Ale Ania nie była typem narzekacza. Była optymistyczna, pełna radości. Choć była też niezwykle wymagająca. I uwielbiała porządek. Do tego stopnia, że bez przerwy czyściła swoją skrzynkę mailową. Po czym dzwoniła do mnie: "Gosia, masz tego maila, bo ja go skasowałam". Zawsze miałam.

Sama sprzątała dom, bo długo nie mogła znaleźć odpowiedniej osoby do pomocy. Dopiero pani Basia sprostała jej wygórowanym oczekiwaniom, ale mimo to nadal biegała po domu z odkurzaczem. Mało tego, kiedy przychodziła do mnie, zaczynała sprzątać w moim mieszkaniu. Kiedy byłam chora, potrafiła przyjechać do mnie z zakupami i powiedzieć: "Coś ci zaraz dobrego ugotuję".

Skąd wzięły się w niej te pedantyczne zapędy?

- Z domu rodzinnego, który był zawsze wymuskany. Jej mama jest pedantką, siostra też. Wydaje mi się też, że w ten sposób mogła odreagowywać stres. Pewnego dnia Ania zaczęła sprzątać nawet w szpitalu, w którym leżała już bardzo słaba. Nagle, przez nikogo nieproszona, ruszyła ze szmatką, by pomóc salowej, a właściwie pokazać pani, jak się powinno sprzątać. Zrobiła to dyskretnie, aby pani salowa nie miała nieprzyjemności - najpierw zamknęła drzwi, a potem przeprowadziła "szkolenie". Opowiedziała mi o tej sytuacji z przejęciem, a ja odpowiedziałam jej: "Ania, uspokój się, to nie jest w tym momencie istotne". Dopiero potem pomyślałam, że chciała w ten sposób odreagować.

Albo sytuacja, gdy robiła zdjęcia jeżdżącym za nią paparazzi, a nawet zgłosiła ich na policję, pamięta pani? Ona była wtedy śmiertelnie chora i nie chciała, żeby ją pokazywano. Pół Polski ją krytykowało za wojnę z paparazzi, a mało kto wiedział, w jak poważnym była stanie. Ja jako osoba odpowiadająca za jej wizerunek powinnam była powiedzieć: "Ania, opanuj się, bo to ci nie służy".

Ale nie powiedziała pani?

- Nie, bo wtedy było to już nieistotne. Uwagi na temat mojego braku profesjonalizmu ignorowałam. Liczyła się ona - moja przyjaciółka, a nie aktorka i gwiazda. Wiedziałam, co jej jest. I wiedziałam, że tak między innymi odreagowuje chorobę. Paradoksalnie po czasie inni też zaczęli w ten sposób walczyć z bezdusznymi paparazzi. Teraz jest to metoda i siła social mediów.

Anna Przybylska w Turcji (fot. archiwum rodzinne)

Jak się pani dowiedziała, że to rak trzustki?

- Od Ani. Miałyśmy razem jechać w lipcu na wakacje do Stanów, długo je planowałyśmy. Ania zapisała się tam razem z Oliwią (córka Anny Przybylskiej i Jarosława Bieniuka - red.) na zajęcia z angielskiego. Co prawda bardzo dobrze mówiła po angielsku, ale chciała się jeszcze podszkolić, mówić perfekcyjnie. Od dłuższego czasu bolał ją brzuch, ale ponieważ regularnie się badała, podejrzewała, że to niestrawność. Gdy wykryto u niej guza, powiedziała mi, że jest niezłośliwy, że podobnego ma ileś procent kobiet w jej wieku.

Wiedziałam, że rak trzustki to wyrok, mimo pomocy najlepszych lekarzy, ale Ania mnie przekonywała, że wytną jej guza i będzie w porządku. Zdecydowała, że pójdzie do szpitala właśnie w czasie, kiedy miałyśmy jechać. "We wrześniu muszę być z powrotem w domu, dzieciom zacznie się szkoła" - powiedziała. Przebukowała swoje bilety do Stanów i powiedziała jeszcze: "Ty jedź, masz zaplanowany urlop. Ja się w tym czasie zoperuję, będziemy w kontakcie. Nikt się nie dowie".

Stało się jednak inaczej.

- Ktoś zawiadomił paparazzi, że Ania jest w szpitalu w Gdańsku, że miała operację. Do mnie z kolei zadzwoniła mama Ani, mówiąc, że jest już po operacji, ale zdaniem lekarzy nie wygląda to dobrze. Miałam świadomość, że moja przyjaciółka jest śmiertelnie chora, a nie potrafiłam z nią o tym rozmawiać. 

Jak to wyglądało, kiedy wróciła pani ze Stanów?

- Ania była po tych wszystkich operacjach... Skrycie liczyłam, że znajdzie się w tych dwóch procentach ludzi, którym udaje się z rakiem trzustki żyć dłużej. Pamiętam, jak wróciła ze Szwajcarii po badaniach PET i powiedziała: "Jestem czysta, nie mam raka". Myślałam naiwnie: "Super, udało się". A potem zaczęła się jej walka o życie. Istny rollercoaster. Rok przepełniony rozpaczą i nadzieją.

Swoją słabość pokazałam Ani dopiero dzień przed jej śmiercią. Mówiłam, że to niesprawiedliwe. Wcześniej, we wrześniu, wzięłam ją na objazd po Gdyni, po naszych ulubionych miejscach. Nie wysiadałyśmy, bo Ania była słabiutka. Wybrałyśmy się też na lody. Nikt nas nie poznał.

To był wasz rodzaj pożegnania?

- Tak. Dzień przed jej śmiercią czułam, że odejdzie. Po wizycie u Ani zadzwoniłam do mojej innej przyjaciółki i zwierzyłam się jej, że to koniec. Bardzo trudne było dla mnie również to, że musiałam być przygotowana na tę sytuację także zawodowo. Nie mogłam się rozkleić, wyłączyć telefonu. Poprosiłam moją przyjaciółkę Izę, żeby pomogła mi napisać informację na stronę internetową Ani, bo ja nie byłam w stanie tego zredagować.

Ania odeszła w niedzielę. Zapowiadałam jej, że tego dnia do niej jeszcze przyjdę. Ale wcześniej postanowiłam zadzwonić do Jarka. Powiedział, że to się stanie dziś. Ania spała, a on to czuł. To były dla mnie trudne godziny. Wiedziałam, że z Anią są najbliżsi: siostra, mama, Jarek. Pewnie nikt z nich nie miałby nic przeciwko, żebym przyjechała, ale uważałam, że nie powinnam. Że to są chwile zarezerwowane tylko dla rodziny.

Po rozmowie z Jarkiem oczywiście się poryczałam, siedziałam w domu jak na szpilkach. Zadzwonili do mnie około 16 i powiedzieli, że Ania nie żyje. Po uzgodnieniu z rodziną około godziny 20 opublikowałam komunikat o śmierci Ani.

Występ Ani w pelerynie zrobionej przez babcię/Ania z siostrą Agnieszką w 1990 roku (fot. archiwum rodzinne)

Była pani tarczą Ani do końca.

- Jeszcze został pogrzeb. Rodzina Ani chciała, by było kameralnie, ale oczywiście się to nie udało, bo przyszły tłumy. Na szczęście w organizacji pomógł nam urząd miasta, i moi współpracownicy, ja z kolei zorganizowałam transport dla bliskich Ani, bo uznałam, że nie mogą w tym momencie siadać za kierownicą.

Może ja dlatego tak długo przeżywałam tę żałobę, bo tak naprawdę nie mogłam spokojnie pożegnać przyjaciółki. Póki żyję, będę na straży wizerunku Ani. Mam świadomość, że może to nie jest dobre, bo tak jak powiedziała Ania, po jej śmierci życie będzie się toczyć dalej. Ale jednocześnie podkreślała: "Gdy zobaczysz, że coś się dzieje nie tak, że mówią o mnie źle albo krzywdzą dzieci, krzycz". Sama, kiedy trzeba było, potrafiła podnieść głos i coś ostro powiedzieć.

I krzyczy pani czasem?

- Jeszcze się nie zdarzyło. Ale bywają sytuacje, które mnie denerwują.

Chciałaby się pani rozprawić z mitami, które narosły wokół Ani?

- Pamiętam, jak na początku jej kariery gruchnęła wieść, że zrobiła sobie operację nosa. Dziennikarze do mnie dzwonili, pytając, czy to prawda. Ania zażartowała, że cieszy się, iż Oliwia urodziła się z takim nosem jak ten jej "zoperowany". Ale nie wszyscy zrozumieli jej odpowiedź.

Zresztą książka "Ania" rozprawia się z mitami. Dlatego między innymi powstała.

Znała pani Anię na wylot. Czy wie pani, jak ona chciałaby być wspominana?

- Chciałabym, żeby w pamięci wszystkich pozostał obraz Ani radosnej, pełnej życia, uśmiechniętej. A nie tej chorej. Choroba Ani trwała rok, a cała jej kariera około 18 lat. Nie sprowadzajmy jej też do roli kury domowej. Ona to lubiła, prowadziła dom jak większość kobiet. Nie mówmy też, że zrezygnowała z kariery dla rodziny. Okroiła ją, dopasowała do rodziny, ale zagrała w 20 filmach. To daje średnio jeden film rocznie, do tego dochodzą seriale. Nie zliczę, ile propozycji odrzuciła.

Owszem, nie zdarzyła jej się rola życia, ale też nigdy nie chałturzyła w centrach handlowych. Czekała na moment, kiedy Jarek zrezygnuje z kariery i będzie się zajmował domem, a ona częściej będzie mogła grać.

Marzyła o Hollywood?

- Kiedyś dowiedziałyśmy się, że ktoś z Hollywood jest nią zainteresowany. To był telefon od jednego z producentów. Wyśmiała to. Musiałaby lecieć do Los Angeles, chodzić na castingi. "Gocha, gdzie ja tam pojadę? Z dwójką dzieci? Do Turcji zaraz lecę (Bieniuk grał tam w klubie piłkarskim - red.), nie mam na to czasu" - odparła. Co nie przeszkadzało jej żartować, że chciałaby zagrać dziewczynę Bonda. 

Ma pani kontakt z rodziną Ani?

- Gdy czuję potrzebę, jadę na grób Ani. Siadam przy nim, wspominam, choć nie jest to miejsce, za którym szczególnie przepadam. Lubię się spotykać z jej mamą i siostrą. Były z Agnieszką bardzo do siebie podobne, obie takie charakterne. Kontakt mam oczywiście z Jarkiem i jego rodzicami. Mama Jarka wspaniale zajmuje się dziećmi. Kiedy są z nią,  wiem, że włos im z głowy nie spadnie.

Synowie Ani są jej klonami. Mają zdolności aktorskie, zwłaszcza Jaś, najmłodszy. Kiedy Ania zmarła, miał trzy latka, więc nie może pamiętać, jak przygotowywała się do ról. A on już potrafi grać, robi miny, odtwarza scenki. Ma w sobie to szelmostwo Ani, to muszą być geny. Oliwia wyrosła na piękną dziewczynę. Ania zawsze powtarzała, że zostanie modelką. Ale musi najpierw skończyć szkołę.

Ania rozpaczała, że osieroci małe dzieci (Anna Przybylska miała troje dzieci: Oliwię, Szymona i Jana - red.). Powtarzałam jej, że dzieciaki są jej kontynuacją i dobrze, że są. Oczywiście to straszne nieszczęście, że nie mają mamy, ale wielką radością jest na nie patrzeć. Cudowne dzieciaki.

Czuje pani czasem jej obecność?

- Ania często mi się śni. Bardzo to lubię. Choć zwykle jest tak, że kiedy przychodzi do mnie we śnie, za dwa dni w mediach pojawia się o niej coś niemiłego czy nieprawdziwego.

Ostatnio na spotkaniu, w którym brała udział również rodzina Ani, omawialiśmy sprawy z nią związane. I nagle w trakcie dyskusji pękł talerz. Nie muszę chyba dodawać, że to, co było poruszane w rozmowie, Ani by się nie spodobało. Dla jej mamy i dla mnie było to jednoznaczne, symboliczne. Ania w kwestii, którą omawialiśmy, na pewno powiedziałaby "nie". Spojrzałyśmy z mamą Ani na siebie i miałyśmy pewność, że tak by właśnie było.

Ania w swoim pokoju, 1993 rok/ okładka książki ''Ania'' (fot. archiwum rodzinne/mat. prasowe)

Książkę Macieja Drzewickiego i Grzegorza Kubickiego "Ania" można kupić w Kulturalnym Sklepie oraz - w formie ebooka - w księgarni Publio.pl

Wywiad opublikowaliśmy po raz pierwszy we wrześniu 2017 roku.

Małgorzata Rudowska . Przyjaciółka i agentka Anny Przybylskiej od 1995 do 2014 roku. Absolwentka Wydziału Zarządzania na Uniwersytecie Gdańskim oraz MBA na Uniwersytecie w Wenecji. Stworzyła i prowadzi jeden z najbardziej znanych zespołów sportowych tancerek - Cheerleaders Gdynia - pierwszą europejską grupę cheerleaders, która wystąpiła na parkietach NBA. Obecnie jest dyrektorem generalnym klubu koszykarskiego Asseco Gdynia. Ma dwóch synów.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, psów, kawy i sportowych samochodów.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Zobacz wideo