Mam taką prywatną listę polskich realizacji architektonicznych, które dowodzą, że przestaliśmy być już biednym krajem na dorobku i stać nas na wywalanie forsy w błoto. Ot tak, bo kto bogatemu zabroni. Są na tej liście rzecz jasna wybudowane na Euro stadiony, także w miastach, w których mecze Euro się nie odbywały. Są też aquaparki i termy (niekiedy bez dostępu do wód termalnych).
Pełno na niej też inwestycji pojedynczych i w swojej bezcelowości całkowicie osobnych. Wśród nich wymienić trzeba choćby opisywaną na łamach tego cyklu okrągłą kładkę dla pieszych w Rzeszowie , dziesięciokilometrową ścieżkę rowerową odgrodzoną od pustego pola ciągiem barierek (pod Wrocławiem) czy zadaszenie na dworcu kolejowym w Kutnie, które nie pełni funkcji zadaszenia, bo nie chroni przed deszczem, za to efektownie wygląda.
Ta ostatnia realizacja prowadzi nas zresztą do inwestora, który na tej liście od lat z determinacją wyrąbuje sobie pozycję lidera. Tym inwestorem są polskie koleje. Celowo używam takiego kwantyfikatora, żeby podkreślić, że chodzi tu o wszystkie podmioty, które dawno, dawno temu zaczęły pączkować z Wielkiej Matki, jaką były PKP, i pączkują do dziś. Uważam bowiem, że ich cudowne rozmnożenie było zabiegiem celowym, mającym uniemożliwić pasażerom kierowanie swojego gniewu za bylejakość usług w konkretne miejsca. Odpowiedzialność rozmywa się tu w gąszczu spółek.
Na liście tej znajdzie swoje miejsce także najnowsza warszawska inwestycja kolejarzy - antresola w hali głównej Dworca Centralnego. Sam dworzec projektowało z mozołem przez prawie trzydzieści lat dwóch architektów gigantów polskiej architektury kolejowej. Byli to: Piotr Szymaniak i Arseniusz Romanowicz. Tylko ten drugi dożył realizacji obiektu. Z rosnącym przygnębieniem przyglądał się jego degradacji, która gwałtownie przyspieszyła w latach dziewięćdziesiątych. Zmarł w 2008 roku, nie doczekawszy modernizacji dworca, którą przeprowadzono przy okazji wspomnianych już piłkarskich mistrzostw Europy.
Modernizacja była pod wieloma względami bardziej niż poprawna. Dworzec umyto, odmalowano. To, co z niego odpadało, usunięto albo zastąpiono tym samym, tyle że nowym. Stojące za tą przemianą Towarzystwo Projektowe wyszło bowiem z założenia, że Dworzec Centralny jest na tyle klasową architekturą, że wystarczy przywrócić mu szyk i znowu będzie zachwycał. Tak też się stało. Pracowałem w tamtym czasie nad książką "Źle urodzone" poświęconą zabytkom powojennego modernizmu w Polsce. Co jakiś czas chodziłem na Centralny i pytałem przypadkowych ludzi, co sądzą o tej architekturze. Przed remontem niemal wszyscy mówili mi, że trzeba to "peerelowskie pudło" wyburzyć, bo to jeden wielki wstyd. Gdy dworzec odmalowano, a z jego podziemi usunięto śmierdzące bary, takie odpowiedzi były już rzadkością. A przecież architektura obiektu właściwie się nie zmieniła. Odświeżono ją jedynie, w kilku miejscach uwspółcześniono.
Przy okazji tamtego remontu wybuchła jednak mała aferka o nieudolne graffiti, które pojawiło się na murze peronu 4. Jeden z architektów Towarzystwa Projektowego, Grzegorz Niwiński, mówił mi wtedy, że dokładnie rozumie, dlaczego kolejarze zdecydowali się na malunek.
- To wynika z lęku przed pustą ścianą - mówił. - To dla nich marnowanie przestrzeni. Jak jest kawałek wolnej przestrzeni, to trzeba tam coś ustawić, albo chociaż namalować, żeby nie wyglądało to na niezagospodarowane.
Ta odpowiedź doskonale opisuje losy hali głównej Dworca Centralnego w ostatnich latach. Przy okazji tamtego remontu pojawiło się w nim kilka geometrycznych kiosków przypominających nieco kostki lodu. To była największa ingerencja architektoniczna w oryginalną strukturę obiektu w związku z ówczesną modernizacją. W kostkach lodu miały działać punkty usługowe, ale działały tak sobie. Pomysł okazał się chybiony. Kolejarze, którzy dysponują jak wiadomo nadmiarem gotówki (w końcu polska kolej przynosi krociowe dochody), postanowili więc halę dworca znów przebudować. I tak pojawiła się antresola.
Trzeba sobie to na wstępie powiedzieć jasno - ta inwestycja ma w sobie pierwiastek szaleństwa, które onieśmiela, a niektórym może się nawet podobać. Antresola spełnia bowiem podstawowe kryteria populistycznie rozumianej "dobrej architektury" - jest czysta, nowa i się świeci. Oto bowiem w sterylnej, geometrycznej i pełnej oddechu hali zdecydowano się umieścić obłą, białą strukturę, która na poziomie pierwszego piętra rozlewa się pomiędzy ścianami.
Jej najsilniejszymi akcentami są wysokie, wrzecionowate latarnie, które zalewają przestrzeń hali przyjemnym, miękkim światłem. No jest po prostu "łał". Antresola wygląda też - to ważne - na drogą. Być może do jej budowy powołano nawet spółkę PKP Antresole. Z takim wyzwaniem istniejąca już kolejarska hydra mogła sobie przecież nie poradzić. Kto wie?
Definicji architektury jest podobno na świecie tyle, ilu jest architektów. Mniej więcej wszyscy oni zgadzają się jednak co do tego, że ich podstawowym zadaniem jest odpowiadać na przestrzenne potrzeby człowieka. Patrząc na antresolę, nie sposób się więc nie zastanawiać, na jakie przestrzenne potrzeby ten obiekt odpowiada. Podpowiedzią mogą być trzy punkty gastronomiczne zlokalizowane u nasady nóg, na których ta konstrukcja się wspiera.
Wyglądają rzeczywiście zachęcająco i estetycznie. Mają standard lotniskowy, można sobie tam kulturalnie wypić kawę lub organiczny soczek w oczekiwaniu na swój pociąg. Czy jednak aby zorganizować trzy kawiarenki na parterze trzeba budować piętro?
A co znajduje się na górze? (prowadzą tam ruchome schody - sprawne! - co nie na wszystkich peronach dworca się zdarza). Otóż tam znajduje się kilka metalowych ławeczek robiących za poczekalnię (która już na dworcu była) oraz wyświetlacze z rozkładem jazdy.
Ewidentną zaletą tej przestrzeni są też ogólnodostępne, elektryczne gniazdka zlokalizowane u nasady pylonów tych spektakularnych latarni. Ludzie sobie tam siedzą, ładują komórki, fajnie jest. Znów jednak wraca to uporczywe pytanie - czy aby ustawić kilka metalowych ławek i zamontować kilka gniazdek trzeba budować całą antresolę?
To pytanie nabiera dodatkowego znaczenia, jeśli weźmiemy też pod uwagę wartość samego dworca. Być może w jakimś innym, bardziej pospolitym obiekcie taka struktura byłaby uzasadniona (przy założeniu oczywiście, że kolejarze mają już tyle forsy, że nie wiedzą, co z nią robić i się w niej z nudów tarzają). Tutaj jednak chodzi o Dworzec Centralny, obiekt wyjątkowy, unikatowy i przemyślany w każdym calu. Forma architektoniczna antresoli w niczym zaś nie nawiązuje do oryginalnej architektury dworca. To obce ciało, które brutalnie zakłóca odbiór dzieła Szymaniaka i Romanowicza.
Nie tylko na poziomie estetycznym. Hala główna dworca, olbrzymia, rozległa i imponująca, miała stanowić kontrast dla ciasnych podziemnych korytarzy rozprowadzających podróżnych z peronów. Tutaj miał się zaczynać wielki świat - stolica. Taki był komunikat architektów. Nie na darmo forma tej części dworca miała przywodzić na myśl przeskalowaną wiatę przystankową. Wraz z wybudowaniem antresoli to wrażenie zostało zniesione. Teraz, wyjeżdżając z ciasnych podziemi dworca, trafiamy do zagraconej hali, która trochę ma przypominać Dubaj, trochę Las Vegas, ale i tak wszyscy wiedzą, że to po prostu Warszawa - miasto, w którym ciągle się coś symuluje. Obiekt oryginalny zamieniono w imitację czegoś, co jest chwilowo modne. Bo w ponadczasowość formy architektonicznej antresoli głęboko wątpię.
Najbardziej jednak boli tutaj marnotrawstwo pieniędzy. Całkiem niedawno "Gazeta Wyborcza" donosiła , że w kilku polskich miastach wyremontowane kilka lat temu dworce kolejowe są już zamykane, bo kolej nie ma pieniędzy ani na ich utrzymanie, ani na etaty dla obsługi. Obok odnowionych, albo nowych, obiektów ustawia się więc biletomaty i zapomina o sprawie. Tak stało się na przykład w Brzesku. - Stary dworzec był może brzydki, ale przynajmniej były kasy - mówił dziennikarzom "Gazety Wyborczej" rozżalony mieszkaniec tego miasta i trudno się z nim nie zgodzić.
Warszawska antresola to drogi fajerwerk, który niczego nie rozwiązuje, niszczy cenny obiekt. I jest jeszcze jednym dowodem, że polscy kolejarze, nawet gdy mają pieniądze, to i tak nie wiedzą, na co je sensownie wydawać. Więc wydają na cokolwiek.
Filip Springer . Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne), " 13 Pięter " (Czarne) i " Księgi zachwytów " (Agora SA). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.