SMS: Świat skończył się dzisiaj
Karolina (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)
Karolina (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)

Co się nie wydarzyło

Wiesz, to jest ciekawe. U nas nie ma takich rzeczy, które przez wojnę w Ukrainie się nie wydarzyły. Wręcz przeciwnie. Choć już od trzech lat mieszkamy w nowym domu, nie zdążyliśmy do tej pory w nim wykończyć sypialni i naszej łazienki. A dzięki temu, że przyjęliśmy ukraińskich gości, postanowiliśmy w końcu się za nie wziąć. To był taki trigger dla nas, żeby nie odwlekać, żeby nie przekładać na później, bo później ma dziś inny wymiar. Może nie być tego później.

Więcej wiadomości i historii naszych bohaterów na stronie projektu: SMS: Świat skończył się dzisiaj >>>

24 lutego

Dla mnie początek wojny był wtedy, kiedy przeczytałam zdanie: "Zaczęło się". Jestem na takiej grupie na WhatsAppie: alumni Leadership Academy of Poland, która jest dla mnie absolutnym źródłem wiarygodnej informacji. I to tam znajoma Natalia chyba o 5 rano napisała: zaczęło się. Przeczytałam te słowa pewnie o 5.30. I to był dla mnie ten moment. Wcześniej, jak prawie wszyscy, żyłam w takim przekonaniu, że to jednak się nie zacznie, że tego nie będzie, że to niemożliwe.

Pamiętam bardzo dużo własnych uczuć z tego dnia. Czułam, że wszystko jest nagle bez sensu. Że bez sensu są moje studia podyplomowe z kreowania wizerunku, że są śmieszne. Matko Boska, wybuchła wojna, co ja mam robić z kreowaniem wizerunku w życiu publicznym, w biznesie?

Pamiętam, że rozmawiałam z moją koleżanką. I ona mówi: "Karola, zamówiłam dla siebie i dla ciebie sweterki u Jemioła". I co? Będziemy w tych sweterkach na wojnie chodzić? Tak sobie myślałam. Wszystko stało się absurdalne. Zastanawiałam się, co ja, jako Karolina, mogę, jakie mam umiejętności i zdolności. Jestem z NGO-sów, pracuję w korporacji, ale na wojnie to wszystko przestaje mieć znaczenie. Pomyślałam też o moim mężu, który jest lekarzem, że jego zawód w każdych warunkach jest przydatny.

Wieczorem było kolejne podbicie tematu. Olek, nasz najstarszy, 19-latek, zapytał, czy jego dziewczyna  może spać dziś u nas. Bo oni bardzo się przejmują tym wybuchem wojny, że dla nich jest to coś tak niepojętego i tak strasznego, i tak przerażającego, że chcieliby ten czas spędzić razem, bo po prostu się boją. Bardzo mnie to poruszyło.

A potem była myśl, żeby kogoś do nas do domu przyjąć. Kiedy pojawił się temat uchodźców, że uciekają i będą potrzebowali schronienia w Polsce, pomyślałam, że mamy taki duży dom. Przecież możemy wszędzie porozkładać materace i dać im schronienie, choć na chwilę. Mój mąż, który jest bardzo dobrym człowiekiem, oczywiście powiedział, że tak, robimy to.

Wiadomości KarolinyWiadomości Karoliny fot. Karol Grygoruk / RATS Agency

Przeszłość

My w domu często rozmawiamy o pomocy. Ja już od 20 lat prowadzę Fundację Mam Marzenie i pomaganie to nie jest temat, który pojawił się u nas dopiero teraz. Fundacja działa, żeby spełniać marzenia chorych dzieci i żeby dać im siłę do "walki o zdrowie". Ja bardzo nie lubię tego stwierdzenia "walczyć o zdrowie", bo jak można stawiać takiego małego chłopca czy małą dziewczynkę w pozycji walki z czymkolwiek?

No ale spełniamy te marzenia też po to, żeby dać dzieciom nadzieję. Te mniejsze marzenia, bo największym jest oczywiście to o byciu zdrowym. Ale mniejsze też są ważne, dają dzieciom potwierdzenie, że marzenia mogą się spełnić. Przychodzimy w tym najtrudniejszym okresie choroby, kiedy wszystko jest szare, ponure i bolesne, i wprowadzamy kolor i nadzieję do ich życia – to naprawdę daje dzieciakom dużą siłę.

Temat pomocy był więc w naszym domu zawsze wszechobecny, jednak uchodźców zaprosiliśmy do siebie po raz pierwszy. Dom mamy duży, ale też dużą rodzinę: jest 19-letni Olek, w zasadzie już dorosły, 14-letnia Jagna, 8-letnia Helka, 5-letni Gucio, 11-miesięczna Stefka, no i my dwoje.

O wojnie zaczęliśmy rozmawiać szybko, wszyscy staraliśmy się zaopiekować tym przerażeniem, które nas dopadło. Powiedzieliśmy dzieciom, że będziemy mieli gości z Ukrainy, że będą z nami mieszkać, nie wiadomo jak długo. Olek stwierdził, że ma do nas dużo szacunku za tę decyzję. Że to jest dla niego najbardziej namacalny dowód tego pomagania, o którym w domu się dużo rozmawia.

Mnie się wydawało, że władze miasta będą temat ogarniały najlepiej. Więc napisałam na maila Urzędu Miasta Poznania, że jeśli jest taka potrzeba, to my chętnie kogoś przyjmiemy. Do tej pory nikt nie odpisał. Zwróciłam się więc do grupy samopomocowej Poznań Pomaga Ukrainie na Facebooku. Wieczorem napisałam, że możemy przyjąć cztery osoby, i już o 5.30 rano był telefon, że jest taka rodzina i czy mogę przyjechać, bo oni są i czekają. Więc zabrałam moją małą Stefkę w samochód i pojechałam do siedziby Fundacji Warto Razem, bo one z dworca zostały przekierowane do tej organizacji.

Nie wiedziałam, po kogo jadę. Dopiero na miejscu okazało się, że jest mama, babcia i dwójka małych dzieci.

Teraz

Dzień zaczyna się tak, że wstajemy około godziny 6 i jest szykowanie dzieci. Ubieranie i robienie kanapek do szkoły, nalewanie mleka do miski, wsypywanie płatków na śniadanie.

Wstaję ja i mój mąż, potem wstaje Gucio, który ma 5 lat i chodzi do przedszkola. Wstaje Helka, która ma 8 lat, chodzi do pierwszej klasy. Wstaje Jagna, która ma 14 lat i chodzi do siódmej klasy. No i wstaje 11-miesięczna Stefka, razem z nami wszystkimi, i towarzyszy tej porannej krzątaninie.

Jest też 19-letni Olek, który już teraz niby nie musi wstawać, bo zdał maturę i ma te najdłuższe wakacje w życiu, ale wstaje i chodzi do wakacyjnej pracy.

Od czterech miesięcy wstaje też z nami nasza ukraińska rodzinka. Jest z nami Masza i Wika – mama i córka. Masza ma 30 lat, Wika jest po pięćdziesiątce. I są z nami dzieci Maszy, czyli Lonia, który ma ponad roczek, i Grisza, który ma 3 latka. Chłopaki chodzą do żłobka, a Masza i Wika do pracy w naszej okolicy.

11 osób krzątających się. Powiem ci, że czasem jak wszyscy oddychają tym samym powietrzem w kuchni, to zaczyna nam go brakować. Na szczęście kuchnię mamy dużą. W ogóle dom mamy duży. I skoro jest duży, to możemy go przecież zapełnić ludźmi.

O wojnie zaczęliśmy rozmawiać szybko, wszyscy staraliśmy się zaopiekować tym przerażeniem, które nas dopadłoO wojnie zaczęliśmy rozmawiać szybko, wszyscy staraliśmy się zaopiekować tym przerażeniem, które nas dopadło fot. Karol Grygoruk / RATS Agency

Z powrotem zjeżdżamy się około godziny 17. Ja – odbierając dzieci ze szkoły, przedszkola i zajęć dodatkowych. I nie przyjeżdżam do pustego domu. Masza i Wika już tu są. To taki moment, kiedy oni są już po obiedzie, krzątają się, chłopcy biegają po ogrodzie. Wszyscy uczestniczą w naszym codziennym życiu, mają też prawa i obowiązki domowników. Każdy pierze, każdy prasuje, wkłada rzeczy do pralki czy suszarki i je potem wyjmuje.

Popołudniami są też te codzienne interakcje naszych dzieci z Lonią i Griszą. Są zabawy, kłótnie, plątanina emocji. Widać różne style wychowania. Ja z moim mężem mamy dość luźne podejście: nasze dzieci mogą biegać na bosaka po ogrodzie, w skarpetkach w zimie, dla nas to jest OK, mamy duże do nich zaufanie, że jeśli jest im zimno, to przyjdą i założą skarpetki czy buty. A Masza jest dużo bardziej, powiedziałabym, zestresowana. Nie chcę oceniać tego stresu, bo może być przecież też wynikiem tego, że uciekła ze swojego domu przed wojną, ale jak Grisza biegnie za Guciem na taras z gołymi stopami, to nieważne, że jest 27 stopni: on musi założyć buty. Masza ma swoje zasady i ustrukturalizowany plan dnia: o 20.00 zabiera dzieci do pokoju i to ich czas, żeby pójść spać. Czy chcą, czy nie, czy są zmęczone, czy nie.

Dzieci czasem oglądają razem bajki: raz po polsku, raz po ukraińsku i to im nie robi różnicy. Siadają i oglądają "Psi Patrol", czyli sabaczki. A Lonia ze Stefką są w podobnym wieku i sobie wyciągają smoczki nawzajem, więc mają taką kooperację na swoim poziomie.

Czasem jemy z dziewczynami wspólne posiłki, Wika mnie uczy robienia na drutach, czasem pijemy kawę razem, rozmawiamy, opowiadamy. Ja nie znam ukraińskiego, one nie znają polskiego, ale mówimy do siebie, jakoś się rozumiejąc. Takie mam uczucie: że się naprawdę rozumiemy.

Oczywiście kiedy potrzeba jakiejś bardzo konkretnej komunikacji, to mamy translator w telefonie. Ale wiesz, czasem jest zabawnie. Pamiętam taką naszą jedną rozmowę, kiedy translator przetłumaczył żłobek jako wychodek. Pytałam dziewczyny: czy chcecie zostawić dzieci w wychodku? Czasem trzeba trochę podrążyć, o co komu chodzi, żeby się w tym nie pogubić. Ale mam wrażenie, że wiemy, że każda strona ma dobre intencje i nawet jak jest coś niejasne, odbierane jest w taką dobrą stronę.

Powiedziałam naszym gościom, że ten dom jest do ich dyspozycji, że owszem, nazywamy ich gośćmi, ale to nie jest tak, że będę się jakoś wyjątkowo nimi zajmować. Tak postępuję z każdym naszym gościem: pierwszą kawę robię ja, ale potem już każdy robi sobie sam. Niech czuje się u nas jak w domu. Jeśli dziewczyny potrzebują sobie coś ugotować, to gotują, jeśli potrzebują ręczniki z szafy, to je biorą, jeśli chcą wziąć prysznic, to go biorą.

To było chyba drugiego dnia. Chciałam jechać do pracy, mąż już w pracy był, dzieci w przedszkolu i szkole. Mówię im: tutaj macie klucze, wszystko jest do waszej dyspozycji. Były bardzo zdziwione, bardzo, naszym poziomem zaufania.

My obydwoje mamy zaufanie do ludzi, po prostu. Jestem czasami przez swoich znajomych nazywana naiwną. Ale ja ufam z założenia każdemu człowiekowi. Każdy człowiek jest godzien tego, żeby obdarzyć go zaufaniem.

Jestem czasami przez swoich znajomych nazywana naiwną. Ale ja ufam z założenia każdemu człowiekowiJestem czasami przez swoich znajomych nazywana naiwną. Ale ja ufam z założenia każdemu człowiekowi fot. Karol Grygoruk / RATS Agency

Nam było trudno zapytać je o to, więc tylko sobie wyobrażam, jak bardzo trudno musiało im być. Zresztą widziałam to po Maszy. Obie płakałyśmy przy tej rozmowie.

One są ze wschodu, z Dniepru, teraz jest u nich absolutnie najgorszy moment od rozpoczęcia wojny. Ta wojna trwa i się przesuwa, zmienia położenie. I teraz jest najbliżej ich terenów.

Ich mężowie, którzy tam zostali, poprosili je, żeby z nami porozmawiały. Bo one teraz na pewno nie mogą wracać. A oni obydwaj walczą. Jeden był kierowcą, no i został kierowcą wojskowym, wozi sprzęt w transportach. A drugi był informatykiem i jest wsparciem wojska terytorialnego.

One mają takie podejście, że jak tylko ktoś im powie, że już można wracać, jest bezpiecznie, natychmiast się pakują i wracają. Nie chcą tutaj zostać. Dlatego my też nie podejmujemy żadnych kroków, żeby je tutaj w Polsce usamodzielnić. Nie planują swojej przyszłości z Polską.

Rozmowy o wojnie? Między sobą rozmawiają i często przychodzą do nas z takimi informacjami, że tutaj były bomby, tu są bomby, tu ktoś od nich został ranny. Ale nie jest też tak, że zalewają siebie i nas smutkiem wojennym. Absolutnie.

W tym momencie po prostu są. Masza i Wika stały się częścią naszej rodziny, są z nami i będą pewnie tak długo, jak będą musiały.

Jak zdecydowaliśmy się na przyjęcie tej rodziny, rozmawiałam z moją koleżanką. Mówię: "Wiesz, przyjęliśmy rodzinę uchodźców, zupełnie obcych nam ludzi, do nas do domu". A ona mówi: "Też się zastanawialiśmy, ale nas ciągle w domu nie ma, więc stwierdziliśmy, że nie możemy nikogo przyjąć, bo nie moglibyśmy się nimi opiekować". A ja na to: "Nas też ciągle w domu nie ma i właśnie stwierdziłam, że skoro nas nie ma, to szkoda, żeby ten nasz dom stał pusty. Niech służy komuś, kto tego potrzebuje".

Uświadomiło mi to dwa różne podejścia. Nie oceniam tego drugiego, po prostu u mojej koleżanki było więcej potrzeby bycia gospodarzem: muszę być w domu, żeby ugotować, ugościć. A my mieliśmy takie podejście, że nasz dom stanie się domem dla kogoś i ten ktoś będzie w tym domu tak jak my – jego mieszkańcem.

Nasz dom zwykle między 8 a 18 stał pusty. Niech on nie będzie pusty.

Przyszłość

Rozmawiam z ludźmi na różne tematy, o uchodźcach też. I mam taką refleksję, że w życiu spotykamy masę doradców czy mądrali życiowych. Pamiętam taką jedną rozmowę, ktoś mi mówił: "Jak długo oni u was są? Miesiąc? Aaaa, to teraz pewnie będzie najgorzej, bo minie ten miodowy miesiąc i teraz to się zacznie". Mówiła to osoba, która nie przyjęła nikogo.

Wypowiedzi typu "ja słyszałem, że ci Ukraińcy coś tam, coś tam" pochodzą od ludzi, którzy nie mają doświadczenia w tym temacie. Myślę sobie, że ci, którzy nie są zaangażowani we wsparcie, a nam, pomagającym, gadają takie rzeczy, chyba w ten sposób pucują sobie trochę swoje sumienia.

Pewnie, że pomaganie to nie do końca sielanka, ale na koniec dnia daje poczucie takiego czegoś, że można spojrzeć w lustro i powiedzieć: good job, robię wszystko, co mogę. Pomoc to dla mnie droga po moc. Każdy lubi czuć moc i chcemy, żeby inni też czuli. Więc pomaganie to jest wsparcie w tej drodze do czucia mocy.

A co z fundacją w przyszłości? Chyba będę to robić zawsze. Bo ja jestem społecznikiem i jaram się tym, jak się dzieje dobro i ludzie robią dobro. Na początku był strach w fundacji o nową rzeczywistość, o to, co będzie. Zastanawialiśmy się, czy starczy nam kasy na spełnianie marzeń dzieci, bo tych dzieci będzie na pewno więcej, patrząc na to, ile ich z Ukrainy przybyło do Polski. A my wspieramy dzieci, które leczą się na terenie Polski, niezależnie od narodowości.

Ale pieniędzy starcza dla wszystkich. Nie ma wcale tak dużo zgłoszeń dzieci z Ukrainy. Nie wiem, z czym to jest związane. Być może to dla nich jeszcze nie ten moment, żeby zastanawiać się nad marzeniami.

Jestem też na etapie zakładania swojej Agencji Dobra. Lubię widzieć w ludziach ten moment, kiedy robią coś dobrego. Więc w Agencji Dobra będę zachęcać influencerów, youtuberów i gwiazdy mające swoją widownię do tego, żeby robiły dobro i żeby były zaangażowane w dobre rzeczy: w stowarzyszenia, w fundacje i w edukację. Pomogę im to organizować. Osoba popularna stała się popularna dzięki swojej widowni. Jest więc jej coś winna. I to jest właśnie ta odpowiedzialność społeczna.

A w temacie domowym? Ja sobie wyobrażam, ja sobie wizualizuję ten dzień, kiedy nasi goście pojadą do domu. Ale nie dlatego, że chcę, żeby naszych gości w domu nie było, bo naprawdę nam się z nimi żyje bardzo dobrze. To są dwie wspaniałe kobiety i dwóch wspaniałych małych chłopców. Tylko chciałabym, żeby ta wojna się skończyła, żeby oni mogli wrócić do swoich rodzin. Wizualizuję sobie ten dzień, kiedy pojawi taka informacja. Wtedy, tego 24 lutego, była informacja, że się zaczęło. Tak bardzo czekam na informację, że się skończyło.

I widzę, jak ich pakujemy w nasz samochód i rodzinnie odwozimy do domu, do Ukrainy. Oglądam sobie tę moją wizualizację codziennie i mam marzenie, żeby ten dzień nadszedł. A nasza znajomość z nimi będzie już na zawsze.

Anna Alboth. Dziennikarka i aktywistka. Media officer w Minority Rights Group, prowadzi programy dla europejskich dziennikarzy, a z wyjazdów, które organizowała na granice unijne i do obozów dla uchodźców w Europie i Afryce powstało ponad 600 tekstów i nagrań. Od 20 lat publikuje w polskich mediach, najczęściej na tematy prawoczłowiecze. Współtworzyła organizację European Youth Press, inicjowała kampanie migracyjne: od zbiórek do śpiworów do nominowanego do Pokojowej Nagrody Nobla: Civil March For Aleppo.

Karol Grygoruk. Fotograf dokumentalny. Absolwent Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW oraz doktorant w Instytucie Twórczej Fotografii w Opavie. Wykładowca na Akademii Sztuk Pięknych w Szczecinie. Współtwórca agencji RATS. W projektach dokumentalnych i pracy naukowej, skupia się na tematyce społecznego wykluczenia, fotografii zaangażowanej, etyce oraz wpływie nowych mediów na kulturę wizualną. Mieszka i pracuje między Warszawą i Bliskim Wschodem.

Podziel się z nami swoją historią

Wybuch wojny w Ukrainie diametralnie zmienił otaczającą nas rzeczywistość. Projekt reportersko-fotograficzny "SMS: Świat skończył się dzisiaj" to próba zrozumienia tego, co dzieje się wokół nas. Teksty przygotowała Anna Alboth, zdjęcia - Karol Grygoruk. Podziel się z nami swoją historią. Opowiedz nam, co zmieniło się 24 lutego, jak wojna wpłynęła na Twoje życie. Wyślij formularz zgłoszeniowy do 31 sierpnia 2022 r. Krótko opisz swoje doświadczenia. O tym, kto dołączy do Tarasa, Oleny, Jany, Karoliny i Szymona, poinformujemy mejlowo, najpóźniej do 20 września.

Wyślij formularz