Ukraina
'Fakt, że dziś każdy może się starać o pracę i jeśli ma kwalifikacje, zostanie przyjęty, niezależnie, czy jest z Ukrainy, czy nie, to jest tylko pozorna równość' (Fot. Shutterstock.com)
'Fakt, że dziś każdy może się starać o pracę i jeśli ma kwalifikacje, zostanie przyjęty, niezależnie, czy jest z Ukrainy, czy nie, to jest tylko pozorna równość' (Fot. Shutterstock.com)

Nie ma dnia, żeby ktoś nie ogłaszał w portalu społecznościowym, że uchodźczyni poszukuje jakiejkolwiek pracy: upiecze ciasto, ugotuje pierogi, przypilnuje dziecka. 

Osoby, które uciekły przed wojną, to w większości kobiety, w dodatku z małymi dziećmi, często nikogo w naszym kraju nieznające. Z wielu przyczyn mają na rynku pracy mniejsze szanse. Kodeks pracy pozwala na prowadzenie tzw. działań wyrównawczych. Pracodawcy mogą podczas rekrutacji te osoby preferować.  

W jaki sposób? Napisać wprost w ogłoszeniu o pracę, że chcieliby zatrudnić uchodźczynię z Ukrainy?!  

Mogą to zrobić. Tak.  

'Jeśli do ostatniego etapu rekrutacji dotarło pięć osób i znajduje się wśród nich taka, która uciekła przed konfliktem zbrojnym, wówczas możemy preferować zatrudnienie właśnie jej' (Fot. Shutterstock.com)

Więcej informacji z wojny w Ukrainie na stronie głównej Gazeta.pl

Czy to nie byłaby dyskryminacja pozostałych osób?  

To jest nierówne traktowanie, na które prawo pozwala. Przyjęliśmy taką zasadę w Kodeksie pracy, wzorem dyrektyw unijnych, w 2004 roku. Unia Europejska stawia na standardy równościowe, ale powiedzmy sobie szczerze: fakt, że dziś każdy może się starać o pracę i jeśli ma kwalifikacje, zostanie przyjęty, niezależnie, czy jest z Ukrainy, czy nie, to jest tylko pozorna równość. Dobrze wiemy, że w praktyce te osoby mają mniejsze szanse. 

Mnie nie musi pani do tego przekonywać, ale jestem pewna, że pracodawca, który preferowałby właśnie Ukrainki, usłyszałby, że to działanie rodem z PRL. Coś jak punkty za pochodzenie, które obowiązywały przy rekrutacji na uczelnie wyższe.

Nie chodzi o ślepy automatyzm. Z orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej wyraźnie wynika, że nie może być tak, że ktoś zostaje przyjęty do pracy tylko dlatego, że należy do grupy, której szanse na rynku pracy są mniejsze. Możemy chcieć wspierać osoby z Ukrainy, lecz to nie zmienia faktu, że wybieramy spośród najlepszych kandydatów, posiadających najwyższe kwalifikacje. Jeśli do ostatniego etapu rekrutacji dotarło pięć osób i znajduje się wśród nich taka, która uciekła przed konfliktem zbrojnym, wówczas możemy preferować zatrudnienie właśnie jej.  

W Unii Europejskiej tego typu działania są stosowane? 

Jak najbardziej. Czasem są to rozwiązania wprowadzone ustawowo, a kiedy indziej inicjatywę podejmują sami pracodawcy. Najczęściej chodzi o wyrównywanie szans kobiet na rynku pracy. W Niemczech była ciekawa sprawa: w instytucji publicznej odmówiono zatrudnienia mężczyźnie, mimo że miał on wyższe kwalifikacje od kobiety, która została przyjęta do pracy. Europejski Trybunał Sprawiedliwości stwierdził, że to jest niewłaściwe rozumienie działań wyrównawczych. 

To godzi w elementarne poczucie sprawiedliwości. 

Spójrzmy na Norwegię. Tam państwo uznało wspieranie osób z niepełnosprawnościami za tak istotne, że wprowadzono tzw. radical possitive action pozwalający przyjąć do pracy osobę z niepełnosprawnością nawet wówczas, gdy miała nieznacznie niższe kwalifikacje od najlepszego kandydata. W Norwegii obowiązuje również priorytet w zatrudnieniu kandydatów z doświadczeniem migracji spoza Unii Europejskiej. Ale wróćmy do Polski. Przecież w naszym kraju również funkcjonują ustawowe działania wyrównawcze. 

Wspierane w ten sposób są osoby z niepełnosprawnościami.  

W Ustawie o służbie cywilnej jest zapis, który dotyczy pracodawców zatrudniających  mniej niż 6 proc. osób z niepełnosprawnościami. Jeśli taki pracodawca prowadzi rekrutację i w gronie pięciu najlepszych kandydatów znajduje się osoba z niepełnosprawnością, to właśnie ją trzeba przyjąć do pracy. Jeśli pracodawca by tego nie zrobił, to doszłoby do dyskryminacji ze względu na niepełnosprawność zakazanej Kodeksem pracy. Osoba z niepełnosprawnością mogłaby się domagać przed sądem pracy odszkodowania.  

Karolina Kędziora jest prezeską Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego (Fot. Emilia Oksentowicz)

Dziś wielu pracodawców poszukuje pracowników z orzeczeniem o niepełnosprawności, ale powiedzmy sobie szczerze – często to nie są porywy serca, tylko kalkulacja ekonomiczna, ponieważ do pensji takich pracowników dopłaca Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Czy pracodawcy, którzy zdecydują się preferować w zatrudnieniu Ukrainki, mogą liczyć na finansowe zachęty ze strony państwa? 

Na dzisiaj nie ma takich rozwiązań, natomiast faktem jest, że wielu pracodawców myśli o uchodźczyniach jako o potencjalnych pracownicach, które pomogą im generować wyższe zyski.  

Od razu dopowiem, że prawo zakazuje przyjmowania osób z Ukrainy przy jednoczesnym oferowaniu im niższego wynagrodzenia niż Polakom. Stawki za pracę nie mogą być dyktowane dyskryminacją ze względu na narodowość czy płeć.

Teraz mi się zapala czerwona lampka, że rozmawiają dwie ideowe kobiety, a życie życiem i w praktyce będzie różnie.  

To nie jest emanacja moich przekonań, ale twarde zapisy w obowiązującym prawie. Pracodawcy, którzy nie będą ich przestrzegać, narażają się na odpowiedzialność prawną. 

Ale czy naprawdę pani wierzy, że Ukrainki będą się skarżyły na niższe płace? 

Jasne, że nie ma się co spodziewać tego, by kobiety w tak ekstremalnie trudnej sytuacji życiowej miały czas i energię na dochodzenie w sądzie swoich praw...

Właśnie! 

Jestem jednak przekonana, że czasami, by wpłynąć na rzeczywistość, wystarczy jedna sprawa, która stanie się medialna i dowie się o niej cała Polska. PTPA wybiera sprawy ważne społecznie, w których zapewniamy bezpłatne wsparcie prawne. Weźmiemy jeden przypadek, zrobimy postępowanie sądowe i firma będzie miała poważny problem. I to nawet nie finansowy, bo odszkodowania zwykle nie są wysokie, ale wizerunkowy. A środowisko prawnicze bardzo się aktywizuje na rzecz wspierania osób z Ukrainy.

Nie jest tak, że zanim w Ukrainie zaczął się konflikt zbrojny, to w Polsce nie było dyskryminacji Ukraińców. Oczywiście, że była. W 2016 roku Sąd Najwyższy wydał wyrok w sprawie dotyczącej kobiety, która pracowała w Polsce jako nauczycielka języka angielskiego. Pracodawca co roku podpisywał z nią umowę o pracę obowiązującą tylko na rok. I tak przez 12 lat. Inni nauczyciele nie byli tak traktowani. Sąd stwierdził, że doszło do dyskryminacji motywowanej narodowością.  

Dziś faktycznie o takiej sprawie mówiłaby cała Polska, ponieważ empatia i chęć pomocy uchodźczyniom są bardzo duże.  

Ale – wracając do działań wyrównawczych – one nie mogą wynikać z fantazji pracodawcy. Muszą być poparte faktami, badaniami, statystykami, które uzasadniają, że dana grupa faktycznie potrzebuje wsparcia.  

'Jeśli taki pracodawca prowadzi rekrutację i w gronie pięciu najlepszych kandydatów znajduje się osoba z niepełnosprawnością, to właśnie ją trzeba przyjąć do pracy' (Fot. Shutterstock.com)

Bo inaczej czy to nie byłaby woda na młyn rosyjskich trolli? Oni już zalewają internet hasłami "będą nam odbierać pracę". 

Myślę, że takie hasła to nie tylko robota trolli, ale że znajdują się również polscy obywatele, którzy tę retorykę podchwytują. Kolega mi opowiadał, jak w pizzerii usłyszał niby-żarty, że jak jesteś Ukraińcem, w Polsce pewnie dostaniesz nawet pizzę za darmo. I nie było to powiedziane z sympatią, ale z nutą frustracji. Mnie z kolei udało się wesprzeć osobę z Ukrainy i opowiadałam o tym znajomemu – że przy wsparciu przyjaciół udało się dla niej znaleźć pracę. Usłyszałam wtedy pytanie: "Czy była zadowolona z tego, co dostała?". Pojawia się myślenie, że Ukrainki nie mogą wybrzydzać.  

Słowo "roszczeniowość" zaczyna robić niepokojącą karierę.  

I oznacza, że Ukrainki mają brać, co dostają, bez względu na swoje kwalifikacje, wykształcenie i ambicje zawodowe. Nie oszukujmy się: uchodźczynie, które są w kryzysowej sytuacji życiowej, muszą się mierzyć ze stereotypami. Ze szkoleń, które prowadzę od lat, między innymi dla instytucji publicznych czy firm, znam ich całe mnóstwo: że Ukraińcy nienawidzą Polaków, że są banderowcami. A kiedyś usłyszałam od uczestnika warsztatów, że jak jego "dziadkowie chcą sobie dokuczyć, to się wyzywają od Ukraińców". Wciąż trwa społeczne uniesienie, ale wszyscy w związku z wojną zbiedniejemy i wtedy może się rozpocząć proces szukania winnego. Rząd nie powinien na to czekać, tylko wyjść z kagankiem polityki równościowej za pośrednictwem między innymi telewizji publicznej. 

Wróćmy na rynek pracy. Powiedzmy, że jakiś pracodawca chciałby osoby z Ukrainy wesprzeć. Wśród załogi mogą się pojawić głosy: niby dlaczego ktoś ma być faworyzowany w zatrudnieniu tylko dlatego, że jest Ukraińcem? 

Dlatego trzeba to zrobić w mądry i przemyślany sposób. Moja obserwacja jest taka, że w Polsce często się infantylizuje pracowników. Jeśli firma ma deficyty w zatrudnieniu i upatruje swojej szansy w emigrantach, i jednocześnie zależy jej na tym, by się nie uruchomił hejt w stosunku do osób z Ukrainy, to trzeba potraktować poważnie i podmiotowo swoich pracowników. Porozmawiać z nimi. Wytłumaczyć, że wspieramy osoby, które uciekły przed wojną. W firmie trzeba przyjąć stosowny dokument wewnętrzny – uchwałę, zarządzenie, w zależności od tego, jaki to jest podmiot – w którym będzie napisane, że przez określony czas będą prowadzone działania wyrównawcze, na czym będą polegały oraz z czego wynika decyzja o ich prowadzeniu. Moja rada jest taka, by ten dokument wcześniej skonsultować z radą pracowniczą czy związkiem zawodowym. Dzięki temu zminimalizujemy ryzyko niepokojów czy podejrzliwości. Szczególnie jeśli planujemy zatrudnienie dużej grupy obcokrajowców, trzeba przygotować pracowników na to, że nowe osoby być może nie będą mówiły biegle po polsku.

Tu bardzo ważna uwaga dla pracodawców: kryterium języka może być przyjmowane tylko wtedy, kiedy on ma znaczenie dla wykonywanej pracy. Wiele prac, między innymi prace fizyczne, nie wymaga wcale biegłej znajomości języka polskiego. 

Osławione sprzątanie na przykład. 

Są prace, które wymagają zaawansowanej znajomości języka polskiego – i wtedy mówimy o szczególnych wymaganiach zawodowych, czyli o sytuacji, kiedy on będzie miał znaczenie. To się jednak nie może dziać z automatu, że "jak jesteś w Polsce, to masz mówić po polsku, bo inaczej cię nie przyjmiemy do pracy".

Pracodawca, któremu by postawiono zarzut, że nie przyjął kogoś do pracy, zasłaniając się kryterium językowym, musiałby udowodnić przed sądem, że język polski na tak wysokim poziomie, jakiego podczas rekrutacji wymagał, rzeczywiście się wpisuje w charakter pracy na oferowanym stanowisku. I sąd będzie badał, na ile rzeczywiście tak jest.  

Uchodźczynie bardzo potrzebują pomocy w znalezieniu pracy. Ważne, że mogą ją podejmować legalnie, ale najpierw trzeba ją mieć.  

Pomóc mogą między innymi urzędy, które prowadzą bezpłatne szkolenia dotyczące przekwalifikowania zawodowego. Zgodnie z Ustawą o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania w pierwszej kolejności te szkolenia mogą być kierowane do osób, które uciekają przed wojną z Ukrainy, również w ramach wspomnianych działań wyrównawczych. 

'Rząd powinien wyjść z kagankiem polityki równościowej za pośrednictwem między innymi telewizji publicznej' (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

Zapytam o coś z drugiego bieguna. Usłyszałam niedawno, że "jeśliby się tak działo, że nagle w jakiejś firmie mieliby pracować sami Ukraińcy, to tak nie może być, bo prawo tego zabrania".  

Zakładam, że część Ukrainek i Ukraińców będzie chciała interesy, które prowadzili w Ukrainie, prowadzić w Polsce. I wyobrażam sobie, że taki przedsiębiorca może chcieć zatrudniać osoby tylko z Ukrainy. Jednak jeżeliby się zdarzyło, że o to samo stanowisko ubiegałaby się Polka czy Polak, którzy mieliby lepsze kwalifikacje, to musieliby zostać przyjęci do pracy.

Pamiętam sprawę firmy z kapitałem wietnamskim, która na preferencyjnych warunkach – zarówno co do wynagrodzenia, jak i awansów – traktowała osoby przyjeżdżające do pracy właśnie z Wietnamu. Polacy zatrudnieni w tej firmie postawili zarzut dyskryminacji ze względu na narodowość polską i wygrali sprawę. 

Ponieważ była ewidentna? 

Tak. Kłopot jest z głęboko zakorzenionymi stereotypami, czy to na temat grup narodowościowych, czy na przykład kobiet. Ostatnio zgłosiła się do mnie kobieta, która miała obiecany awans. Komunikaty pracodawcy wskazywały na to, że jest najlepszą kandydatką. Wybierała się jednak na dłuższy urlop i dało się wyczuć, że przełożony podejrzewał, że ona chce mieć dziecko. 

Wypytywał w stylu: pani Joanno, a może myślicie z mężem o powrocie już we trójkę z tych wakacji? 

Nie tymi słowami, ale jego komunikaty wskazywały jasno, że jedyna wątpliwość, jaką miał przy tym awansie, to że ona zaraz zajdzie w ciążę.  

Kto dostał awans? 

Jej kolega. A sprawa jest dość trudna właśnie dlatego, że miał porównywalne osiągnięcia i kompetencje plus ten wyraźny atut, że nie zajdzie w ciążę.   

To są właśnie sytuacje, z jakimi muszą się zmagać kobiety w rzeczywistości, w której są "podejrzane", że jako matki małych dzieci będą gorzej pracować. 

A czy do Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego zgłosiła się już jakaś uchodźczyni?  

Nie. Według mnie jesteśmy wciąż w pierwszej fazie radzenia sobie z ekstremalną sytuacją. Na dyskryminację – mówiąc wprost – przyjdzie czas, kiedy polskie społeczeństwo odczuje konsekwencje wojny toczącej się na Wschodzie.  

Zobacz wideo Mieszkanka Kijowa zdradza, dlaczego tak trudno było jej zdecydować się na wyjazd [Gazeta.pl na granicy]

Więcej informacji z wojny w Ukrainie na stronie głównej Gazeta.pl

Karolina Kędziora. Radczyni prawna, prezeska Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego (www.ptpa.org.pl). Certyfikowana trenerka antydyskryminacyjna oraz trenerka programu Human Rights Education for Legal Professionals Rady Europy. Współautorka m.in. książki "Dyskryminacja i mobbing w zatrudnieniu", C.H. Beck 2010, oraz "Komentarza do Ustawy o wdrożeniu niektórych przepisów UE w zakresie równego traktowania", Wolters Kluwer 2016. W latach 2016–2020 członkini Komisji Prawa Człowieka przy Krajowej Radzie Radców Prawnych. Laureatka wielu prestiżowych nagród i wyróżnień.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarka. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN "UWAGA!" materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.