Ukraina
Przejście graniczne w Medyce (fot. Kamil Misiek)
Przejście graniczne w Medyce (fot. Kamil Misiek)

Na przejściu w bieszczadzkim Krościenku – jak na każdym innym na granicy z Ukrainą – nie obowiązują już zasady ruchu drogowego. Ludzie parkują gdzie popadnie. Marcin zatrzymał się na poboczu, w sznurze aut wzdłuż jezdni. Odbiera torby od kobiet z dziećmi, taszczy je do samochodu.

Przyjechałem z kolegą Ukraińcem, pomagam przewieźć jego rodzinę. Pracujemy razem – mówi.

Marianna, którą odbiera Marcin, trzyma się nieźle. Przyjechała razem z dziećmi z obwodu lwowskiego, do Polski miała więc blisko. Ale nawet tam jest "dużo straszno", słychać wojskowe samoloty. Marianna zamieszka z mężem, na razie więc są spokojni o przyszłość. Chciałaby dostać zdjęcia od nas na Instagrama, ale jej mąż puka się w głowę: jaki Instagram teraz! 

Marianna przyjechała razem z dziećmi z obwodu lwowskiego (fot. Kamil Misiek)

Marcin upycha torby, sadza dzieci z tyłu i drapie się po głowie. – Mamy siedem osób do mojego auta. Może jakoś policja oko przymknie...

Nie przywoźcie już ubrań!

Emilia i Robert nie mieli żadnego planu. Wstali rano, wyładowali busa jedzeniem i powerbankami, bo słyszeli, że tego ludzie potrzebują najbardziej. – Mamy sześć miejsc w aucie, zawieziemy, gdziekolwiek potrzeba. Ale na razie nie ma kogo wozić.

Osoby, na które nikt nie czeka, i te, które nie chcą wsiadać do prywatnych aut, kierowane są do busa Ochotniczej Straży Pożarnej. – Osiem busów jeździ w tę i z powrotem. Wozimy ich do punktów recepcyjnych – wyjaśnia Dominik Pasierbowicz z OSP.

Osoby, na które nikt nie czeka, i te, które nie chcą wsiadać do prywatnych aut, kierowane są do busa Ochotniczej Straży Pożarnej (fot. Kamil Misiek)

Jeden z punktów recepcyjnych to ten w Łodynie, gdzie byliśmy kilka dni temu. Po naszej wizycie burmistrz Ustrzyk Dolnych Bartosz Romowicz, który nadzoruje punkt, dzwonił do mnie z prośbą: – Przekaże pan ludziom, żeby pomagali z głową! Przyjeżdżają potężne ilości ciuchów, które nie są w tym momencie potrzebne, bo uchodźcy mają dwie siatki i dzieci pod ręką, oni nie mają jak tych ciuchów zabrać. Prosimy o koce i śpiwory. Ubrania tylko nam zapychają magazyn. Druga rzecz – nie jedźcie w ciemno. Wiem, że ludzie mają wielkie serca, ale my te magazyny mamy otwarte w określonych godzinach. Też musimy się przespać. Jak ktoś chce przyjechać, niech najpierw odezwie się do nas, ustali godzinę. Najlepiej patrzeć na moje social media, tam piszę, czego potrzeba.

Podobne apele słychać z innych przejść granicznych w całej Polsce. Koce i śpiwory przydadzą się wszędzie w każdej ilości, bo zmarznięte kobiety i dzieci w pieszych kolejkach stoją po kilkanaście godzin. Za to ubrań jest, zdaje się, nadmiar.

Dwie narracje

Ciekawie rozjeżdżają się oficjalny przekaz rządowy z przygraniczną praktyką.

Rzecznik wojewody podkarpackiej Michał Mielniczuk informuje mnie, że punkty recepcyjne przygotowywane były od tygodni przy współpracy gminy. Od burmistrza Ustrzyk Dolnych zaś usłyszałem, że przygotowania ruszyły w niedzielę poprzedzającą rosyjską inwazję na Ukrainę.

Zdaniem rzecznika wojewody posiłki dla uchodźców zapewnia województwo. Na miejscu widziałem, że posiłki przywozi lokalna restauracja, bo dogadał się z nią samorząd.

Według rzecznika wojewody dla obcokrajowców organizowane są busy i autobusy – rozwożą ich w głąb kraju, do miast, do których chcą się dostać. W punkcie recepcyjnym w Łodynie usłyszałem, że takich transportów nie ma – być może w innych działają. O tego typu transporcie nie słyszałem też na żadnym przejściu, na którym byłem, czyli w Medyce, Budomierzu i Hrebennem.

Rzecznik wojewody informuje również, że w całym kraju organizowane są miejsca stałego pobytu dla uchodźców – mieszkania i kwatery, w których będą mogli spędzić więcej niż dwa dni. Faktycznie, samorządowcy szukają takich miejsc, ale znowu – na zasadzie pospolitego ruszenia. Przedsiębiorcy zgłaszają się do samorządowców, że mają lokale, oddają całe hotele, kwatery pracownicze, mieszkańcy proponują własne domy i mieszkania, samorządowcy na cito tworzą listy wolnych adresów. Wiem, że moja rodzinna Łódź też w biegu weryfikuje zgłoszenia od ludzi i tworzy bazę miejsc noclegowych. Choć od miesięcy wiedzieliśmy, że inwazja jest możliwa, dlaczego dopiero teraz, w trakcie wojny, ta baza powstaje?

Pomoc medyczna to kolejny punkt na mojej liście: teoretycznie zapewnia ją wojewoda, w praktyce w punkcie w Łodynie realizują ją wolontariusze PCK skrzyknięci przez samorząd.

A teraz burmistrz Ustrzyk Dolnych szuka producenta hal magazynowych, żeby naprędce postawił mu halę na produkty zwożone przez mieszkańców. Prośbę od burmistrza przekazuję dalej, a jednocześnie zachodzę w głowę, dlaczego takie hale jeszcze nie stoją przy każdym z punktów recepcyjnych? Jak to możliwe, że burmistrz sam, między innymi przez social media, szuka konstruktorów hal?

To się po prostu dzieje

Medyka, czyli największe lądowe przejście graniczne, zmienia się z dnia na dzień. Przykład? Punkt z ubraniami, którego jeszcze wczoraj nie było. "Punkt" to może za duże słowo – stosy ubrań, wokół których biegają dziewczyny i dopytują Ukrainki przychodzące właśnie z granicy: – Czego pani potrzeba? Rękawiczek? Kurtki może? – To Kasia, 25-latka z Tychów.

Punkt ubrań w Medyce (fot. Kamil Misiek) , Wolontariusze próbują zapanować nad stosami rzeczy (fot. Kamil Misiek) , Sporo ubrań trafia do uchodźców (fot. Kamil Misiek)

Kasia rano wsiadła w samochód i przyjechała do Medyki. Na co dzień pomaga zwierzętom w fundacji, do rozdzielania ubrań ruszyła, bo akurat do tego ludzi brakowało.

– A skąd te ubrania? – dopytujemy.

– Mieszkańcy przynieśli.

– A ktoś to organizuje? Czyj to był pomysł? – pytam, bo jeszcze nie rozumiem, jak tu wszystko działa.

Kasia mnie wyprowadza z błędu:

– Nikt tego nie nadzoruje. To się po prostu dzieje. Ktoś musiał rozdzielać ubrania, no to rozdzielam.

Wszystko na przejściu w Medyce "jakoś się dzieje". Właśnie podjechał bus firmy cateringowej Wiking, wolontariusze odbierają torby, podają uchodźcom albo mężczyznom, którzy wracają do Ukrainy, na front. – Zanieście to kobietom i dzieciom, które idą w drugą stronę! – mówią wolontariusze.

Bus firmy cateringowej Wiking (fot. Kamil Misiek)

Pchają sklepowe wózki znalezione nie wiadomo gdzie wypełnione po brzegi tymi torbami z jedzeniem, śpiworami i kocami. Na przejściu odbierają je od nich strażnicy graniczni i pchają dalej, na ukraińską stronę, w kolejkę zziębniętych kobiet i dzieci.

Wózki wypełnione jedzeniem, śpiworami, kocami (fot. Kamil Misiek) , Wolontariusze pchają je do granicy i przekazują dalej (fot. Kamil Misiek)

Zaraz przy granicy Orange rozstawił swój namiot, rozdaje Ukraińcom karty SIM za darmo, wystarczy się zarejestrować. Ktoś proponuje pracę, ktoś podwózkę, ktoś inny mieszkanie. Wszystko dzieje się samo, siłą żywiołu, bez nadzoru państwa, choć nie można powiedzieć, że struktury państwowe nie działają. Strażacy zapraszają ludzi do autobusów, zawożą ich do punktów recepcyjnych, gdzie udzielana im jest pomoc.

Namiot Orange (fot. Kamil Misiek)

Naszym podstawowym celem jest przewiezienie ludzi właśnie tam, na tym skupia się nasza operacja. Oczywiście wiemy o oddolnych inicjatywach, ale my ich nie nadzorujemy. One nas cieszą, nie chcemy gasić w ludziach entuzjazmu, ale naszym celem jest pomoc w punktach recepcyjnych – wyjaśnia rzecznik wojewody Michał Mielniczuk.

Najbardziej pechowa turystka

Przejście w Budomierzu wydaje się najbardziej uporządkowane. Namioty rozstawione w równych rządkach, wolontariusze PCK rozdają napoje i jedzenie. Duży namiot służy do ogrzania się, jest i pomoc medyczna – wszystko odbywa się jakby spokojniej niż w Medyce.

Budomierz nie jest aż tak popularny. Uchodźców jest tu mniej, ale historie słyszę równie tragiczne. I pokazujące absurdalność wojny.

Oto Irina z Estonii, najbardziej chyba pechowa turystka na świecie.

Leciałam do Katmandu. W Kijowie zatrzymałam się na jeden dzień, mam tam przyjaciół. Znajomi odradzali mi wyjazd, ale myślałam: bez przesady, nic się nie stanie, przecież to tylko jeden dzień.

To właśnie był dzień, w którym wybuchła wojna.

Irina z Estonii (fot. Kamil Misiek)

Irina musiała zostać w podkijowskiej wsi.

– Stopniowo sobie uświadamiałam, że to jest okropne, to jest na poważnie, że to się szybko nie skończy. Po paru dniach stwierdziłam: czas uciekać.

Wydzwania do przerażonych znajomych w stolicy Ukrainy. – Faceci poszli walczyć, dziewczyny zostały albo dla nich, albo z rodzicami. Zeszli do tuneli. Są bardzo zestresowani.

Irina samochodem przedostała się do Lwowa z poznanymi chwilę wcześniej ludźmi. Przejście przez granicę zajęło jej 12 godzin. Na szczęście do Polski wyjechał po nią mąż.

– Wciąż jakby nie dochodzi do mnie, że to się dzieje. Przerażające.

Kto tu dowodzi? O, ta maturzystka

Na ogromnym przejściu w Hrebennem pozorny chaos. Ktoś gotuje i roznosi zupy oraz kanapki, ktoś krzyczy: "Na Szczecin! Kto na Szczecin chce jechać?". Autobusy z granicy zatrzymują się zaraz za przejściem, część osób wysiada, część jedzie dalej, do punktu recepcyjnego. Policjanci otwierają drzwi policyjnej suki, wpuszczają kobiety i dzieci, żeby się ogrzały.

Z busa na granicy wysiadają Siergiej i Maria. Dziewczyna z pobliskiego zajazdu podbiega z drewnianymi zydlami, by para 80-latków mogła usiąść przed dalszą podróżą. Właśnie uciekli z Winnicy. Wiedzą, że już nigdy jej nie zobaczą. Polecą do swoich dzieci w Stanach. Na wojnie został ich wnuk, zaciągnął się do armii.

Siergiej i Maria (fot. Kamil Misiek) , Właśnie uciekli z Winnicy (fot. Kamil Misiek)

Dziesiątki kierowców, którzy przyjechali z całej Polski, oferują transport. Daria i Łukasz spod Warszawy na kartonie namazali po ukraińsku słowa, że jadą na Warszawę, mają też nocleg.

Nie znamy języka, to było Google translatorem tłumaczone – opowiada Daria.

Łukasz ma firmę budowlaną. – Pracują u mnie Ukraińcy, wiele razy byłem w Ukrainie. Chcemy pomóc, jak możemy. Najbardziej dziwię się, że niektórzy pobierają od Ukraińców pieniądze za przejazd – zwraca uwagę.

Tych słów nigdzie nie udaje nam się potwierdzić.

Daria i Łukasz spod Warszawy (fot. Kamil Misiek)

Policjanci próbują ogarnąć sytuację. – Wie pan, tu się wszystko na żywioł dzieje, nie ma nikogo z zarządzania kryzysowego. A pan też chce kogoś zabrać? To tu, do tej dziewczyny, ona koordynuje. –  Mundurowy pokazuje na blondynkę w radiowozie.

Koordynatorką okazuje się 19-letnia maturzystka z Białegostoku, która ledwie dzień wcześniej przyjechała na miejsce. – Parę godzin przespaliśmy się w aucie i od rana działamy. Ale ja żadną szefową tu nie jestem, po prostu robię listę kierowców, gdzie kto jedzie, i dopasowuję ich do potrzebujących. Przepraszam, nie mogę już gadać – wybiega z radiowozu. – A pani gdzie chciała jechać? Świebodzin? Nie. Świdnica? A tu ktoś jest, kto jedzie na Dolny Śląsk, pan chyba?

Wszystko to jest bardzo wzruszające, ale też trochę ryzykowne, bo te kobiety z dziećmi wsiadają do samochodów z kompletnie obcymi ludźmi. Znów zadaję sobie pytanie, dlaczego nie można było podstawić autobusów, które zawiozą uchodźców do najpopularniejszych miejsc docelowych, jak Warszawa czy Wrocław?

Rzeczniczka wojewody lubelskiego Agnieszka Strzępka zapewnia, że taki darmowy transport czeka na ukraińskie rodziny, ale dopiero w punkcie recepcyjnym. Tam też uchodźcy dostaną informację o miejscach stałego pobytu, które organizowane są przez wojewodów w całej Polsce. – Niektórzy nie chcą się rejestrować. Nikogo przecież siłą nie zawieziemy, to tylko oferta pomocy – wyjaśnia rzeczniczka.

Nie ma "ale"

Wyjeżdżając z Hrebennego, zgłaszamy policjantom, że możemy zabrać pięć osób do Warszawy.

– A tych możecie wziąć? – Policjant pokazuje na trzęsącą się z zimna piątkę czarnoskórych młodych osób. – Ludzie jakoś nie chcą ich podwozić, wie pan, jak jest... Już kilka osób pytaliśmy.

Hrebenne (fot. Kamil Misiek)

Jedną z tej piątki jest Lucie, studentka medycyny z Kamerunu. Przez pięć lat studiowała w Charkowie. Tam poznała swojego męża Ukraińca, który właśnie bije się z armią Putina. Lucie opowiada o długiej podróży pociągiem. – Było ciężko, ludzie na dworcu pchali się do wagonów, każdy chciał odjechać – z biletem czy bez.

Mówi też o problemach, jakie miała z przekroczeniem granicy z Ukrainą. – Kordon żołnierzy nie chciał nas przepuścić. Trzymali nasz autobus przez trzy godziny. Nie wiem, o co chodziło.

Jej opowieść pokrywa się z tym, o czym donoszą media – studenci z Afryki mają problemy z opuszczeniem granicy po ukraińskiej stronie.

– Ale w Polsce wszyscy są dla nas bardzo mili – dodaje Lucie.

W naszej – w tej części wspólnej – historii pojawia się nowy problem: jak podjechać po studentów na przejście?

– Pan tu wjedzie samochodem, a tym policjantom przy drodze pan powie, że ja wpuściłem – instruuje mnie mundurowy.

Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Podchodzimy do patrolu drogówki, który pilnuje ruchu i nie wpuszcza samochodów pod samą granicę.

– Panowie, my weźmiemy uchodźców. Wasz kolega nam pozwolił wjechać.

– Jaki kolega?

– No, nie wiemy jaki. Pan z napisem "policja" na mundurze, nie przedstawił się.

– To nie jest nasz kolega. My jesteśmy z różnych jednostek. I mamy zadanie, żeby nikogo nie przepuszczać.

– No ale...

– No nie ma "ale". Nikt nie wjeżdża.

Dzwonimy do "koordynatorki", że mamy problemy, policjant spod granicy przychodzi do policjanta z drogówki, coś ustalają, w końcu nas przepuszczają. Po drodze mijamy kolejnych policjantów z drogówki, najwyraźniej z jeszcze innej jednostki.

– A panowie czemu tu jadą?

– No bo migrantów wieziemy...

– A kto was wpuścił?

– No, policja...

– Jaka policja? Niech pan stąd odjeżdża!

Zobacz wideo Dramatyczna relacja mieszkanki Charkowa. "Całe siedem dni byliśmy w piwnicy" [Gazeta.pl na granicy]


***
Opisywany w tekście brak koordynacji jest być może oczywisty w obliczu wojny, a pokazywanie go wygląda na czepialstwo. Z drugiej strony mieliśmy długie tygodnie, żeby przygotować się na tę sytuację, a scenariusze działań powinny od dawna czekać w szufladach wojewodów. Przed państwem polskim znacznie większe problemy logistyczne, których nie rozwiąże już pospolite społeczne ruszenie. Do naszego kraju mogą trafić miliony ludzi uciekających przed wojną.

***

Pokoje dla studentów z Kamerunu znaleźliśmy w ciągu godziny.

Bartosz Józefiak. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z "Dużym Formatem" "Gazety Wyborczej", "Tygodnikiem Powszechnym", portalem Weekend.gazeta.pl, OKO.Press, "Superwizjerem" TVN. Autor (z Wojciechem Góreckim) książki "Łódź. Miasto po przejściach". Autor (z Agnieszką Bombą i Piotrem Stefańskim) audioserialu reporterskiego "Wietnamski dług". Mieszka w Łodzi.

Kamil Misiek. Fotoreportażem zajmuje się zawodowo od 12 lat. Robił zdjęcia dla "Nowego Życia Pabianic", "Mojego Miasta Pabianice", Agencji PressFocus. Jego fotografie publikowały "Duży Format" "Gazety Wyborczej", portal Gazeta.pl, "Fakt" i "Super Express". Współtworzy na YouTube kanał "Aspekty", który w 2018 r. otrzymał nagrodę specjalną Grand Video Awards. Specjalizuje się w tematach pokazujących społeczne problemy Polski mniejszych miast. Jego zdjęcia można oglądać na Instagramie.