Ukraina
Manifestacja pod ambasadą Rosji (Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.pl)
Manifestacja pod ambasadą Rosji (Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.pl)

W Polsce mieszka obecnie ponad 1,3 mln Ukraińców  - wynika z danych zebranych przez zespół analityków firmy Picodi na podstawie statystyk Urzędu do spraw Cudzoziemców oraz rejestru PESEL. Założyli rodziny, pracują i mówią, że dobrze im się tu żyje. Spotykamy ich w restauracjach, taksówkach, sklepach czy szkołach. Z wieloma się zaprzyjaźniliśmy. Jak możemy pomóc im, ich rodzinom i znajomym, których w czwartek rano zastała na Ukrainie nowa, koszmarna rzeczywistość? Zapytaliśmy o to troje z nich.

Ivan Huz, od trzech lat prowadzi w Gdyni restaurację Kulinarna Ukraina:

- Mieszkam w Polsce od ponad pięciu lat. Swoje miejsce odnalazłem w Gdyni. Czuję się tu dobrze, mam wspaniałych przyjaciół.

Ivan Huz (arch. prywatne)

Pochodzę z małego miasteczka w obwodzie lwowskim. Wielu moich kolegów z tamtych stron jest już na froncie, od dwóch dni nie mam z nimi żadnego kontaktu. W mojej rodzinnej miejscowości znajduje się duży poligon i z tego, co wiem od znajomych, zbombardowano tam już składy z bronią. W nocy w te rejony wjechały też czołgi od strony Białorusi.

Nie spałem całą noc. Nie mogłem. Od rana odbieram telefony od bliskich i przyjaciół z Ukrainy. Siostra powiedziała mi, że nasi rodzice, którzy są emerytami, nie chcą oglądać telewizji. Niestety, nie odbierają też telefonu i jeszcze z nimi nie rozmawiałem, więc siostra zamierza do nich pojechać.

Moi znajomi stoją w kolejkach do bankomatów, pod stacjami benzynowymi ustawiają się sznury aut. Wielu Ukraińców chciałoby wyjechać z kraju, podobno jest tłok na granicy z Polską. Bardzo jest mi źle, że jestem daleko od mojej ojczyzny, ale z drugiej strony, realnie oceniam, że więcej mogę zrobić dla rodziny, pracując w Polsce. Cały dzisiejszy obrót z mojej restauracji przeznaczę na pomoc dla ukraińskiej armii, której jestem wdzięczny za to, że broni moich bliskich, że broni naszego kraju. Oferuję też pomoc Ukraińcom, którzy mieszkają w Trójmieście – mogę doradzić, jak załatwić formalności związane z legalnym pobytem w Polsce czy jak znaleźć pracę.

Sytuacja w Ukrainie jest ciężka nie od dziś. Już sześć lat temu na froncie zginął chłopak z mojej klasy. Jednak to, co się dzieje teraz, to wyjątkowo okrutne ataki na miasta, na ludzi. Przed chwilą znajomy, który mieszka pod Kijowem, wysłał mi filmik, na którym widać, jak podczas bombardowania ginie rowerzysta. 

Spodziewam się, że wielu Ukraińców będzie teraz chciało przyjechać do Polski. Jesteśmy pracowitym, uczciwym narodem. Dobrze byłoby, gdyby urzędy miejskie organizowały dla nich kursy polskiego. W gdyńskim urzędzie działa już biuro informacji dla Ukraińców, co jest pomocne i wygodne.

Przydałoby się także uproszczenie procedur, dzięki którym Ukraińcy mogliby szybciej otrzymywać karty pobytu i pozwolenie na pracę w Polsce. Zdarzało mi się, że osoba z Ukrainy, którą chciałem zatrudnić, czekała na dopełnienie wszystkich formalności przez osiem miesięcy. Właściciel firmy, z którą współpracuję, powiedział mi niedawno, że nie będzie zatrudniał Ukraińców, bo musiałby jednego pracownika oddelegować do pilnowania związanych z tym dokumentów. Rozumiem, że wszystko musi być legalne, ale dlaczego tak długo trwa?

Rozmawiałem dziś z kolegą z Rosji. "My, zwykli ludzie, nie chcemy wojny" – powiedział. My, Ukraińcy, też wojny nie chcemy. Ale trudno nam też oddawać ziemie, które są nasze. Modlę się za mój kraj.

Rusłana Tovariańska, od prawie 12 lat mieszka w Warszawie:

- Gdyby w Polsce żyło mi się źle, to nie mieszkałabym tutaj tak długo. Jakiś czas temu wzięliśmy z mężem kredyt na mieszkanie, urodził nam się synek. Zanim skupiłam się na opiece nad dzieckiem, zajmowałam się sprzedażą mieszkań. Teraz utrzymuje nas mąż, którego zdołałam przekonać, że do Ukrainy nie mamy po co wracać. Tam od dawna ludziom jest ciężko, a my przyzwyczailiśmy się do wygodnego życia w Polsce. Mamy co jeść, mamy lodówkę i zmywarkę. Podoba nam się polska kultura.

Rusłana Tovariańska (arch. prywatne)

Czwartek to najgorszy dzień w moim życiu. Od rana śledzę na bieżąco w internecie to, co się dzieje w Ukrainie. Mój telefon dzwoni niemal bez przerwy, a gdy nie dzwoni, to ja wydzwaniam do przyjaciół i rodziny. Zostali w niewielkim miasteczku pod Lwowem, w którym i ja mieszkałam, zanim przyjechałam do Polski.

Jestem załamana i przerażona. Momentami wpadam w panikę. Na szczęście mój synek jest w żłobku, więc nie widzi, że jestem w fatalnym stanie psychicznym. Czego się boję? Najbardziej chyba tego, że nagle mój mąż dostanie z Ukrainy wezwanie do obrony ojczyzny i wyjedzie, żeby walczyć. A ja zostanę w Polsce z synkiem. Nie wyobrażam sobie tego. Jak kilka lat temu zaczęła się wojna na Krymie, do rodzinnego domu mojego męża przyszło wezwanie do wojska. Ale on nie wrócił do kraju, bo się bał.

W Ukrainie, poza znajomymi, mieszka duża część mojej rodziny. Został tam też mój brat z żoną, która urodziła dwa dni temu chłopczyka. Nie zamierzają wyjeżdżać, bo mają w Ukrainie dom. Podobnie jak moja ciocia, która mówi, że nie zostawi dorobku całego swojego życia. Boi się, że go splądrują, a ona nie będzie miała gdzie wracać. Poza tym wiele osób nie ma wiz i paszportów, gdzie mieliby wyjechać?

To, co się dzieje, to prawdziwa tragedia. Ludzie ruszyli, żeby wypłacać pieniądze z bankomatów, a potem idą do sklepów po zapasy jedzenia. Ci, którzy mieszkają w miastach, w blokach, mają najgorzej, na wsi chociaż można zjeść własną kurę czy jajka. Wszyscy się bardzo boją, nikt nie wie, co będzie dalej. Co zrobią, jak nie będzie prądu, gazu i internetu? Szkoły i przedszkola są pozamykane, ludzie nie poszli do pracy, gdzieś wybuchają bomby. Najbardziej przerażające jest to, że do ataków dochodzi w całej Ukrainie. Spodziewaliśmy się ataków na wschodzie kraju, ale nie pod Lwowem.

Zobacz wideo Tysiące Gruzinów wyszło na ulicę, protestując przeciwko rosyjskiej inwazji na Ukrainę

Oczywiście wyślę mojej rodzinie przelew, żeby ją wesprzeć. Ale nie wiem za bardzo, co więcej mogłabym dla nich zrobić. Wspieram też finansowo ukraińskie fundacje, które pomagają najbardziej potrzebującym. Wiem, że zbierają one też żywność, ubrania, a nawet krew. Myślę, że przydałaby się im pomoc także z Polski.

Moi znajomi z Ukrainy, którzy mieszkają w Lublinie i Tomaszowie Mazowieckim, dzwonią do mnie i mówią: "Zabierajcie swoich bliskich z Ukrainy". Oczywiście, ja im chętnie pomogę, ale mogłabym przyjąć u mnie w domu najwyżej pięć osób. Co z nimi będzie dalej? To wielka niewiadoma.

Przejście graniczne w Dorohusku (Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)

Nadia Pankovich, ma 26 lat, mieszka w Trójmieście:

- Do Polski przyjechałam osiem lat temu, z Tarnopola. Zaczynałam w kuchni, teraz pracuję w restauracji przy barze. Uczę się też kosmetologii. Wy, Polacy, jesteście bardzo fajni i przyjaźni, dobrze mi się tu mieszka. Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się nauczyć polskiego. Gdy stoję za barem, dużo rozmawiam z Polakami, lubię to.

Dzisiaj czuję się bardzo, naprawdę bardzo źle. Rano miałam lecieć na parę dni do Ukrainy, do rodziny. W nocy dostałam informację, że lot został odwołany, a potem, od czwartej rano zaczęły do mnie spływać wiadomości od bliskich i przyjaciół. Miałam też wiele nieodebranych połączeń. Gdy zaczęłam oddzwaniać, okazało się, że jest bardzo źle. Większość ludzi nie poszła do pracy. Zrobili szybkie zakupy – zaopatrzyli się w jedzenie i leki i teraz siedzą w domach. Boją się. Nie chcą, żeby przejęła ich Rosja. Chcą żyć w wolnej Ukrainie.

Ja oczywiście pracuję, wiem, że dzięki temu mogę pomóc moim bliskim. Przygotowałam już dla nich paczkę z jedzeniem, kosmetykami i ubraniami, ale jeszcze jej nie wysłałam. Nie mam pewności, czy ta paczka do nich dotrze. Czy będą jeździć autobusy i pociągi? Sytuacja jest naprawdę bardzo ciężka.

Czuję ogromny stres, ale cieszę się, że póki co wciąż mam kontakt z rodziną. Z rodzicami i z bratem, który ma dziesięciomiesięczne dziecko. Na razie jeszcze działają im telefony i internet. Ale nie wiem, co zrobię, jeśli przestaną. Powiedziałam im, że jak tylko Polska zacznie wpuszczać uchodźców, to mogą do mnie przyjechać. Mam tutaj mieszkanie, rodzina też się zmieści. Wy też moglibyście przyjmować uchodźców z Ukrainy, jeśli zaczną przyjeżdżać do Polski. Nie wiem jednak, czy będą na to gotowi i czy się odważą.

Pomoc dla Ukrainy

Rosja dokonała inwazji na Ukrainę. Sytuacja jest bardzo trudna do przewidzenia i zmienia się szybko. Jedno jest jasne - mieszkańcy Ukrainy jak nigdy potrzebują pomocy w różnych formach. Dlatego Gazeta.pl wspólnie z Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej pracuje nad zapewnieniem pomocy humanitarnej.

Sprawdź, jak możesz pomóc