Ukraina
Władimir Putin w 2019 roku (fot. Shutterstock)
Władimir Putin w 2019 roku (fot. Shutterstock)

Operacja ukraińska rozpoczęła się niemal niepostrzeżenie. Gdy w 2005 roku, tuż po pomarańczowej rewolucji, zbieranina prorosyjskich separatystów ogłosiła powstanie we wschodniej części kraju ruchu politycznego Donieckiej Republiki Ludowej (DRL), nikt nie potraktował ich zbyt poważnie. Liderów ugrupowania postrzegano jako "trzech wariatów", a ich biografie nie przedstawiały się imponująco: jeden z nich, Andriej Purgin, przysadzisty rosyjski nacjonalista z rozczochraną brodą, nim zdecydował się zostać separatystą, parał się 70 różnymi zajęciami, pracując na przykład w cyrku.*

Grupa organizowała cieszące się małym zainteresowaniem wiece, na których wzywała do nadania Donieckowi specjalnego statusu okręgu stowarzyszonego z Rosją. Rozdawano tam też żałosne ulotki potępiające Ukraińców jako faszystów. Z czasem ludzie ci nawiązali luźne związki z nowo powstałymi, sponsorowanymi przez Kreml rosyjskimi ugrupowaniami nacjonalistycznymi; bywali na obozach młodzieżowych, wstępowali do Euroazjatyckiego Związku Młodzieży założonego przez Aleksandra Dugina, z którym współpracował również Małofiejew.

Prozachodni rząd Ukrainy zakazał działalności strukturom DRL, te jednak zeszły do podziemia. "Jeździli do Moskwy i brali udział w programach Rossotrudniczestwa – mówi Konstantin Batożski, doradca jednego z byłych gubernatorów Doniecka i ważnego przemysłowca Sierhija Taruty. – Ale nikt nie brał ich poważnie". Ignorowała ich nawet prokremlowska administracja Wiktora Janukowycza.

Jednakże w pewnym momencie wszystko się zmieniło. W 2012 roku DRL dysponowała już wystarczającą ilością zasobów i mocy, aby otworzyć własną "ambasadę" w centrali Euroazjatyckiego Związku Młodzieży Dugina w Moskwie, gdzie jej przedstawiciele rozdawali paszporty swojego "państwa", którego nikt nie uznawał.

Wtedy to, pewnego dnia – powiada Batożski – gdy Ukraina staczała się w chaos po protestach na Majdanie w styczniu i lutym 2014 roku, w samozwańczej ambasadzie pojawiło się kilku niezidentyfikowanych Rosjan i oświadczyło przywódcom DRL, że muszą się wziąć do roboty, bo stanie za nimi Rosja.

Po fali zabójstw na Majdanie Janukowycz [w latach 2002–2005 oraz 2006–2007 premier Ukrainy, od 2010 do 2014 prezydent Ukrainy - przyp.red.] uciekł z kraju, a polityczne cele ekstremistów stały się rzeczywistością. Na budynki administracji w Doniecku przypuszczono szturm, przez krótki okres powiewała nad nimi rosyjska flaga. Pierwsza próba proklamowania Donieckiej Republiki Ludowej powiodła się wprawdzie tylko na chwilę (po kilku dniach policja usunęła separatystów), jednak ludzie ci znaleźli się w awangardzie czegoś, co Kreml lubił nazywać "rosyjską wiosną", pierwszą realną odpowiedzią tego kraju na prodemokratyczne ruchy na całym świecie. DRL nadal sterowała demonstracjami, których liczebność gwałtownie rosła, z kilkuset osób na początku marca 2014 roku do wielu tysięcy, ponieważ przez granicę dołączali do nich rosyjscy nacjonaliści.

Prorosyjscy aktywiści demonstrujący przy budynku administracji obwodu. Widoczne flagi rosyjskie, DLR-u i obwodu donieckiego, 7 kwietnia 2014 (fot. Andrew Butko / CC BY-SA 3.0)

Władze Ukrainy twierdziły, że część z nich przywożono autobusami w strojach zwykłych turystów, choć znajdowali się wśród nich szmuglujący broń oficerowie wywiadu wojskowego.

W kwietniu demonstracje przerodziły się w prawdziwe powstanie; setki zamaskowanych, uzbrojonych mężczyzn zaatakowały i przejęły budynki rządowe w niektórych rejonach Ukrainy. Początkowo zamieszki poparło zaledwie kilkuset mieszkańców, jednak już w maju, kiedy wojska ukraińskie podjęły próbę odzyskania kontroli nad regionami, protest kilkudziesięciu "szaleńców" – jak ich niegdyś postrzegano – przerodził się nagle w akcję świetnie zorganizowanej i znakomicie uzbrojonej armii prokremlowskich separatystów. O przywódcach ruchu nie zapomniano: Andriej Purgin, który nigdy dotąd nie był w stanie utrzymać żadnej pracy, został pierwszym wicepremierem samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej. Dołączyli doń przybyli z Moskwy komendanci wojskowi, którzy wzięli za cugle nowo powstałe separatystyczne państewko. Rząd rosyjski podkreślał, że wszyscy oni są ochotnikami, ale powiązania niektórych osób z prokremlowskimi oligarchami pozostawały bardzo głębokie i długoletnie.

Wojna na Ukrainie, która pochłonęła ponad 13 tysięcy istnień ludzkich, a dla Zachodu stała się twardym orzechem do zgryzienia, nigdy by nie wybuchła bez rosyjskiej czarnej gotówki. Po części pochodziła ona ze skomplikowanych mechanizmów prania pieniędzy, po części ze zwykłego transferowania środków za granicę. Tak czy owak, stanowiła kluczowy warunek prowadzenia wojny zastępczej, w której wszystko dzieje się nieoficjalnie. Nikt nie przyznawał się do rosyjskich wojskowych dowodzących walkami czy szmuglujących broń. Wszystkiemu można było zaprzeczać, wszystkiego się wypierać. Nic nie dawało się wyśledzić.

Część gotówki przeznaczonej tej wiosny na sfinansowanie powstania prokremlowskich separatystów przybywała przez granicę ukraińsko-rosyjską, ściągana przez samych buntowników. Między oboma krajami od zawsze istniał nasilony nieoficjalny handel, szara strefa obejmowała znaczne obszary przygraniczne tych państw, sama zaś granica była dziurawa jak sito, wskutek czego wszelkie próby namierzenia przepływów pieniędzy musiały spełznąć na niczym. "To wszystko była czarna forsa. Przywożono ją w walizkach – mówił Batożski. – Nie dawaliśmy rady nikogo złapać za rękę". Władze ukraińskie uważały, że pierwsze środki przeznaczone na finansowe wsparcie dla buntowników dostarczały głównie rosyjskie służby specjalne, których agenci pojawili się w tym rejonie zaraz po aneksji Krymu.

(…)

Ukraińcy pierwsi ostrzegali, że odradzająca się Rosja będzie zmierzać do wywoływania na Zachodzie podziałów. "Wszyscy myśleli, że Rosjanie tylko kradną – mówił Konstantin Batożski. – Ale oni pracują nad stworzeniem własnego kręgu skorumpowanych polityków. To trwa już od dłuższego czasu; Rosja chce nadszarpnąć Europę. Podkłada ogromną bombę pod fundamenty Unii Europejskiej. Szuka słabych punktów, by podzielić kontynent. Dziś to gigantyczne ryzyko. Rosyjskie NGO działają bardzo aktywnie, udzielają grantów grupom ultralewicowym i ultraprawicowym".

Plac Czerwony w Moskwie (fot. Shutterstock)

Niektórzy eksperci na Zachodzie zaczęli sobie coraz wyraźniej uświadamiać, że rosyjskie operacje wpływu, finansowane z czarnej gotówki, nie ograniczają się tylko do Ukrainy. "Rosja łoży na Front Narodowy we Francji, na węgierski Jobbik, na Ligę Północną oraz na Ruch Pięciu Gwiazd we Włoszech – powiedział mi we wrześniu 2015 roku Michael Carpenter, ówczesny doradca ds. rosyjskich wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych Joego Bidena. – W Grecji dają pieniądze na Syrizę, a w Niemczech – jak podejrzewamy – na Die Linke. Próbują się chwytać wszystkich ugrupowań antyestablishmentowych z lewa i prawa. Nie mają w tym względzie absolutnie żadnych zahamowań, wykorzystują lewe fundusze. Ich celem jest działanie w poszczególnych krajach europejskich tak, by osłabiać Unię i łamać konsensus w sprawie sankcji. Rzecz wygląda bardzo poważnie. Oni przeznaczają na to dużo czasu i pieniędzy". Obawy te zostały jednak zagłuszone przez inne zagrożenia o charakterze bardziej bezpośrednim i bardziej realnym, zwłaszcza w oczach polityków niezbyt rozumiejących Rosję. "Dziś wmawiają nam, że mamy skrzywione nastawienie, że jesteśmy stronniczy – mówił Carpenter. – Powiadają: »Zajmujecie się Rosją, więc to oczywiste, że Rosja wydaje się wam groźna«".

Na Zachodzie – zmęczonym konfliktem ukraińskim, nasilającymi się walkami na Bliskim Wschodzie oraz coraz większą falą uchodźców – panowała powszechna świadomość, że Rosja penetruje jego instytucje polityczne i gospodarcze. W udanym podziale Ukrainy przez Putina Zachód widział jednak pyrrusowe zwycięstwo: gospodarkę rosyjską od dawna postrzegano jako lichą, a tamtejsze służby wywiadu zagranicznego – po upadku Sowietów – uważano wręcz za wykastrowane. Pieniądze zalewające Zachód traktowano jako wyłącznie kradzione, już nie tak potężne jak lewe fundusze do wykorzystania na cele strategiczne.

Tymczasem w całej Europie odbudowywały się dawne agentury KGB.

(…)

Wspierając zarówno skrajnie prawicowe, jak i skrajnie lewicowe ugrupowania polityczne, Kreml stanął w obliczu rosnącej fali niezadowolenia w Europie Wschodniej, które sam zaczął podsycać.

Kraje dawnego bloku sowieckiego już od blisko dekady należały do Unii Europejskiej, powab Zachodu i liberalizmu wyraźnie zbladł. Pragnienie konsumpcji dóbr po latach niedoborów gospodarki planowej zostało nasycone, nie brakowało lśniących galerii handlowych oraz najnowszych modeli iPhone’ów. Jednakże konsekwencje przyjęcia liberalnego ustroju Unii Europejskiej i towarzyszących mu swobód odczuwano bardzo głęboko, a duchy sowieckiej przeszłości – w postaci agentur, które kiedyś pracowały dla KGB – wciąż nawiedzały społeczeństwo.

Kiedy Rosja, zaraz po doprowadzeniu do podziału Ukrainy, rzuciła się na Bliski Wschód, rozpoczynając w 2015 roku bombardowania w Syrii dla ochrony reżimu długoletniego sojusznika Kremla Baszara al-Asada, problemy Europy stały się jeszcze poważniejsze.

Naloty intensyfikowały już i tak znaczną falę setek tysięcy uchodźców szukających w Europie bezpiecznej przystani – w tymże roku uciekło na kontynent ponad milion Syryjczyków. Dla Putinowskiego Kremla otworzyła się okazja do podsycania niepokojów, nienawiści oraz wrogości wobec obowiązującego porządku liberalnego.

Jego taktyka znalazła szczególnie podatny grunt w Europie Wschodniej, gdzie podział dóbr był skrajnie nierówny, a wezwania rosyjskiej Cerkwi prawosławnej, bardzo konserwatywnej, do zakwestionowania zachodnich swobód cieszyły się znacznym posłuchem.

W Genewie Jean Goutchkov [wnuk białoruskiego arystokraty Aleksandra Guczkowa i dyrektor HSBC w Genewie - przyp. red.], bankier bliski Timczence [przypuszczalnie były agent operacyjny KGB, który awansował w strukturach organizacji handlowych Związku Sowieckiego i stał się współzałożycielem jednej z pierwszych niezależnych firm handlujących wyrobami naftowymi jeszcze przed upadkiem Sowietów. Od początku lat 90. XX wieku blisko współpracował z Putinem, a według niektórych jego znajomych także przez rozpadem Związku Sowieckiego - przyp.red], otwarcie marzył o stworzeniu Europy Słowian, która obejmowałaby Polskę, Czechy, Bułgarię, Rosję, Ukrainę i ciągnęła się ku Węgrom – jak najdalej od zdominowanej przez Francję i Niemcy Unii Europejskiej. W maju 2014 roku, w samym apogeum kryzysu na Ukrainie, Goutchkov obwieścił, że UE jest skazana na zagładę, a przywódcy Francji i RFN chcą stworzyć nową Europę, już bez kłopotliwych członków ze wschodu. Był to dopiero początek procesu, poprzez który putinowcy pragnęli podzielić Unię.

Czerpiąc z taktyki sprawdzonej we wschodniej części kontynentu, Kreml jął zapuszczać macki głębiej na Zachód. I tak na przykład genewscy finansiści od dawna starali się nawiązać silne relacje z francuskimi elitami, szczególnie z arystokracją. Gdy Giennadij Timczenko zbliżył się do największego giganta energetycznego Francji, firmy Total, otworzył tym samym drogę do umocnienia rosyjskich wpływów wśród najwyższych warstw francuskiego społeczeństwa.

Władimir Putin podczas parady wojskowej (fot. Shutterstock)

W 2009 roku Alain Bionda, dobroduszny prawnik z Genewy, który współpracował z Goutchkovem i Timczenką, zaczął jadać kolacje i popijać wino z dwoma dyrektorami Totalu – w tym czasie Timczenko kupował drugiego pod względem wielkości rosyjskiego producenta gazu, spółkę Novatek. Z kolei na początku 2013 roku Goutchkov wziął udział w śniadaniu z prezydentem François Hollande’em podczas jego pierwszej oficjalnej wizyty w Moskwie.

Z pomocą swych genewskich sojuszników Timczenko więzi te jeszcze scementował, sprzedając Totalowi 12% udziałów w Novateku oraz 20% akcji w spółce zajmującej się skraplaniem gazu ziemnego – za cztery miliardy dolarów. Dwa lata później przyznano mu najwyższe francuskie odznaczenie państwowe – Legię Honorową.

Timczenkę wybrano również na prezesa rady gospodarczej przy Francusko-Rosyjskiej Izbie Handlowej, ciele, które szybko zapełniło się najbardziej nobliwymi francuskimi przemysłowcami, a także wiodącymi beneficjentami Putinowskiego, kagiebowskiego kapitalizmu. Byli wśród nich Andriej Akimow, powiązany z KGB szef Gazprombanku, oraz Siergiej Czemiezow, towarzysz Władimira Władimirowicza z okresu służby w Dreźnie, który obecnie stał na czele państwowego monopolu zbrojeniowego. Kiedy Zachód, po zajęciu przez Rosję Krymu, wprowadzał sankcje przeciwko niej, Timczenko i Akimow znaleźli się poza listą Unii Europejskiej mimo zarzutów stawianych przez USA; z kolei Czemiezow utrzymał się jakimś cudem na stanowisku członka zarządu rady gospodarczej, choć i jemu groziły unijne sankcje. Firma Total nieustannie wzywała do ich całkowitego zniesienia.

Działania Rosji nie polegały tylko na wykuwaniu powiązań biznesowych bądź też na próbach podzielenia Zachodu w sprawie sankcji. Za pośrednictwem państwowych agencji w rodzaju Rossotrudniczestwa czy Russkiego Miru budowano sieć think tanków, które zapuszczały coraz głębsze korzenie w Paryżu. W 2008 roku, przy jednej z cichych uliczek w VII Dzielnicy, swoje przedstawicielstwo uruchomił rosyjski Instytut na rzecz Demokracji i Współpracy: miała to być odpowiedź Rosji na amerykański think tank Carnegie Endowment for International Peace. Celem było kontrowanie negatywnych opinii o państwie Putina oraz położenie kresu czemuś, co jeden z jego założycieli nazywał "zachodnim monopolem" na definiowanie praw człowieka i ich przestrzeganie przez Rosję.

W ten sposób rozpoczęła się PR-owska ofensywa: rząd Putina powołał też do życia anglojęzyczną telewizję Russia Today o zasięgu globalnym z zamiarem podważenia hegemonii informacyjnej takich kanałów jak CNN czy BBC. Ale w okazałym, kamiennym budynku, który ów rosyjski instytut miał jakoby zajmować, nic nie wskazywało na jego obecność, a szefowa tej placówki prawie się nie maskowała jako agentka rosyjskiego wywiadu – była to wysokiej rangi postsowiecka dyplomatka Natalia Narocznickaja, która według jednego z byłych oficerów wywiadu rosyjskiego pracowała dla KGB jeszcze w czasach Związku Sowieckiego. W okresie pierestrojki ta dobrze ubrana, przypominająca ptaka brunetka należała do protegowanych arcyszpiega Jewgienija Primakowa w moskiewskim Instytucie Gospodarki Światowej. Jej placówka robiła rzecz jasna swoje, by propagować nowe postrzeganie świata przez kagiebistów Putina, ale jednocześnie miała inne, poboczne zadanie: typowanie i rekrutację przyszłych agentów wpływu. Finanse tej instytucji były tajemnicą – jeden z założycieli miał powiedzieć ambasadorowi Stanów Zjednoczonych w Moskwie tylko tyle, że wspierało ją, między innymi, "dziesięciu biznesmenów".

Zobacz wideo Auto przejechane przez czołg, zniszczenia, rozdawanie broni cywilom - dramatyczne sceny z broniącej się Ukrainy

* Fragmenty książki "Ludzie Putina" Catherine Belton, tłumaczenie: Przemysław Hejmej. Książka ma premierę w Polsce 9 marca 2022

Pomoc dla Ukrainy

Rosja dokonała inwazji na Ukrainę. Sytuacja jest bardzo trudna do przewidzenia i zmienia się szybko. Jedno jest jasne - mieszkańcy Ukrainy jak nigdy potrzebują pomocy w różnych formach. Dlatego Gazeta.pl wspólnie z Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej pracuje nad zapewnieniem pomocy humanitarnej.

Sprawdź, jak możesz pomóc