Originals
Max Czornyj z wykształcenia jest adwokatem, a z wyboru pisarzem. (Sławek Kamiński)
Max Czornyj z wykształcenia jest adwokatem, a z wyboru pisarzem. (Sławek Kamiński)

Jak to się stało, że zacząłeś pisać kryminały?

Już jako dziecko pisałem wiersze i opowiadania. Publikowały je "Angorka", kwartalnik literacki "Akcent", a także trafiały na Forum Prozatorskie, gdzie poznałem między innymi Jerzego Reutera, dziennikarza z Tarnowa. Udzielał mi wielu rad, także językowych. Na studiach prawniczych przebranżowiłem się na artykuły naukowe, a po aplikacji postanowiłem, że napiszę coś większego. Właśnie wtedy powstała moja pierwsza powieść "Grzech".

Później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Moje życie czy też – mówiąc precyzyjniej – plany życiowe odwróciły się może nie o 180, ale o 179 stopni.

A fani kryminałów mogą czytać twoje książki.

"Grzech" błyskawicznie pojawił się na liście bestsellerów Empiku. Wkrótce po premierze, w październiku 2017 roku, na Targach Książki w Krakowie czytelnicy stali w kolejce przez kilka godzin, żeby się ze mną spotkać. To było coś niesamowitego. Zetknięcie z odbiorcami pozwoliło mi zdecydować, że powinienem to robić.

Jeśli ktokolwiek przychodzi na moje spotkanie, nigdy nie zbywam go jedynie autografem. Chętnie z czytelnikami rozmawiam, a gdy ktoś chce mi zadać dziesięć pytań, proszę bardzo. Zawsze na każde z nich odpowiem.

Elegancja, bycie dżentelmenem to cechy ważne dla Maxa Czornyja. (Slawek Kaminski)

Zdradzisz, jakie było najdziwniejsze?

Kiedyś spotkałem czytelnika, który zaczął wyliczać swoje zastrzeżenia do fabuły, jak twierdził, jednej z moich książek. Kompletnie nie wiedziałem, o co chodzi. Po kilku minutach okazało się, że ten pan się pomylił. Myślał, że rozmawia z innym autorem.

Skoncentrowałeś się na pisaniu kryminałów zamiast na karierze prawniczej. To dość nieszablonowy wybór.

Toga adwokacka wylądowała na kołku. I to wcale nie dlatego, że w jakiś sposób zużyła się moja pasja zawodowa. Postanowiłem spróbować czegoś innego, w czym widziałem potencjał.

Adwokatem już byłem, a pisarzem jeszcze nie, więc chciałem zagarnąć coś więcej. I po prostu sprawdzić samego siebie.

Powiedz, jak łączysz doświadczenie i wiedzę prawnika z pracą pisarza?

Myślę, że są dwie płaszczyzny nanoszenia doświadczenia prawnika na grunt pisarski. Po pierwsze, pozwala mi ono uniknąć podstawowych błędów w fabułach. Oskarżony jest oskarżonym, podejrzewany podejrzewanym, a nie podejrzanym, i tak dalej. Potrafię też dość wiernie odtworzyć procedury śledcze, oczywiście upraszczając je na potrzeby literackie, tak by były strawne dla czytelnika.

Po drugie, praca prawnika pozwoliła mi nasiąknąć sprawami, o których się mówiło w kancelarii, na sali rozpraw lub na korytarzach sądowych. To stworzyło dodatkowy zbiór wrażeń, które przekuwam na karty książek.

To właśnie z nich czerpiesz inspirację?

Uważam, że wszystko, z czym się zetkniemy, może nas inspirować. Wiesz, że w snach odbija się to, co wcześniej widzieliśmy? Na przykład twarze, które gdzieś nam mignęły. Mózg ludzki nie jest w stanie stworzyć własnej wizji nowej twarzy, on ją dobiera podprogowo. Nawet monstra czy fantazje, które nam się śnią, są zaczerpnięte z tych, z którymi się zetknęliśmy, na przykład z tych opisanych w książce.

A co tobie się śni?

Moje sny to nie jest katharsis, jeśli o to pytasz. Krótko śpię, mało śnię. Zazwyczaj swoich snów nie pamiętam. Jedynie gdy jest pełnia, bywają pokręcone. Potrafię się obudzić w nocy i pomyśleć, że to nawet byłaby niezła fabuła. Ale potem stwierdzam, że czyste szaleństwo mało kogo interesuje.

Może warto sprawdzić?

Lepiej nie. Nie chciałbym, żeby zamknęli mnie za sny. Teraz jest moda na areszty oraz kwarantanny.

Wracając do twoich inspiracji – czy są to konkretni, spotkani przez ciebie ludzie?

Nieświadomie, bo nie chcę, żeby moje książki były kalką rzeczywistości. Żeby jeden bohater odzwierciedlał w pełni cechy osoby, którą znam. Pozwalam im się mieszać.

Czasem, po drugiej czy trzeciej części cyklu kryminałów, łapię się na spostrzeżeniu, że któryś z bohaterów jest zestawieniem cech mojego przyjaciela, znajomego i tamtego nieznajomego.

Zdarzyło się, że ktoś z twoich znajomych powiedział: ten bohater do złudzenia przypomina mnie?

Raczej zdarzyło się, że powiedział: ja w tym bohaterze widzę naszego wspólnego znajomego. Myślę sobie wtedy, że rzeczywiście coś w tym może być. I odkrywam, że chyba jakieś wspólne cechy w nich są. Ale nigdy to nie jest umyślne, nigdy zdeterminowane chęcią chociażby dopieczenia komuś. Nigdy.

Inną kwestią są książki pisane na faktach, w których muszę wzorcowo odtworzyć rzeczywiste postaci.

Emocje, które towarzyszą pisaniu o dewiacjach i zbrodniach nie zajmują głowy Maxa Czornyja po godzinach pracy. (Slawek Kaminski)

No właśnie, w jaki sposób je wybierasz?

Seria na faktach ma dwie linie. Jedną tworzą seryjni mordercy w historii Polski z dodatkiem austriackiego mordercy, drugą – zbrodniarze hitlerowscy. Wybór jest więc ogromny, ale ja zawsze staram się skupić na tym, żeby postać była ciekawa. Sztampowy patologiczny morderca, który gwałci i zabija, a tych jest najwięcej, to dla mnie za mało.

Zazwyczaj wnikam w dokumenty, staram się dotrzeć na przykład do nagrań wideo z wizji lokalnych. I wtedy decyduję, czy to postać dla mnie.

Bywało tak, że o kimś zaczynałem pisać, ale po kilku stronach rezygnowałem. Nie byłem w stanie odtworzyć rzekomej motywacji albo sposobu myślenia mordercy. I zostawiałem go. Moi bohaterowie muszą być tak mięsiści, tak złożeni, abym ja nie musiał niczego dodawać od siebie.

Czasem, jak w przypadku kata z Płaszowa czy bestii z Buchenwaldu, czyli bohaterów serii na faktach, niektóre wydarzenia całkiem świadomie pomijałem. Książka nie może być wyłącznie katalogiem najgorszych dewiacji. Nawet w najbrutalniejszych zabójcach zawsze tkwią jakieś emocje.

Zbrodnia sama w sobie ma wymiar rytualny. Czy ty, tworząc i opowiadając historie zbrodni, również wypracowałeś swoje rytuały?

Czyżbyś przyrównywała działalność morderczą do pisarskiej?

W ogóle nie.

Bo tak to zabrzmiało. Jest coś w rodzaju pisarskiego modus operandi. Każdy sprawca zostawia swoje cechy na miejscu zbrodni. Autor podobnie. Poza tym ja jestem człowiekiem rytuałów. Wstaję o tej samej porze, co do minuty trzymam się harmonogramu dnia, a oprócz tego jestem pasjonatem zegarów – w niemal każdym pomieszczeniu domu mam co najmniej jeden. Wybijają mi kwadranse, półgodziny i godziny, więc trzymam dyscyplinę, nawet powiedziałbym, że wojskowy ordnung.

Gdybym podlegał profilowaniu, to zapewne psycholog dostrzegłby u mnie tę cechę osobowości. A może nawet lekko psychopatyczny rys, kto wie?

Chcesz powiedzieć, że w twoim domu rodzinnym panowała żelazna dyscyplina?

Raczej kindersztuba. Ale nie znaczy to, że rodzice stali nade mną z batem. Obserwowałem ich zachowanie, ich podejście do życia i nasiąkałem tym. Zawsze byli terminowi i czasowi, przywiązani do porządku, kierowali się żelazną moralnością. Uczyli mnie dobrych manier, kurtuazji wobec kobiet. W moim domu dużo się czytało i obcowało ze sztuką.

Oczywiście zdarzały mi się próby buntu czy odejścia od tego schematu, ale były one krótkie. Szybko uznawałem, że lepiej mi na uporządkowanym gruncie, na którym wyrosłem. Uporządkowanej wolności i odpowiedzialności zarazem.

W tej uporządkowanej przestrzeni pewnie dużo pracujesz?

Kilkanaście godzin dziennie, ale z przerwami. Robię je o konkretnych porach, na kawę, na spacer z psem. Gdy wydaje mi się, że nie wiem, dokąd zmierzam w fabule, na spacerze jestem w stanie poukładać sobie w głowie różne wątki.

To już wiem, dlaczego potrafisz tak szybko konstruować opowieści mrożące krew w żyłach. Masz 32 lata i imponującą liczbę książek na swoim koncie, bo jesteś pracowity i doskonale zorganizowany.

To moja metoda, która pozwala tworzyć relatywnie wiele, a zarazem mam pełną satysfakcję z efektów. Staram się nie pisać pod schemat, tylko tworzyć tak, aby bohaterowie moich książek mnie zaskakiwali. Jeżeli podczas pisania czuję, że scena jest pobudzająca czy nakręcająca, to wiem, że i czytelnik będzie czuł podobnie. Dokładnie w tym samym momencie.

To nie przypadek, że większość rozdziałów kończę zaskakującym zwrotem akcji, bo sam w ten sposób pobudzam swoją ciekawość. Stawiam kropkę i na przykład robię przerwę na kawę. Pijąc ją, zastanawiam się, co będzie dalej. Muszę to wiedzieć. Chcę więc wrócić do pisania.

Sprytnie.

Ernest Hemingway mawiał, że pracę należy kończyć wtedy, kiedy czuje się największą przyjemność i werwę literacką. Aby kolejnego dnia od razu wejść w ten świat, a nie utknąć w momencie, kiedy się zmęczyło fabułą.

Pisanie o zbrodniach wydaje się niezwykle eksploatujące. Jak radzisz sobie z emocjami, które pojawiają się w trakcie pisania?

Nie mam potrzeby radzenia sobie z tymi emocjami, uważam, że muszą mi towarzyszyć. One także mnie budują, dają doświadczenie, pozwalają się uodpornić na kolejne negatywne bodźce. Nie mam więc od czego uciekać. Mam wrażenie, że dzisiejszy świat stworzył pewną "kulturę ucieczki". To błąd.

Bardzo trafny jest jednak cytat z Nietzschego, który napisał, że walcząc z potworami, musisz pamiętać, żeby nie stać się jednym z nich. Coś w tym jest.

Masz w sobie ponadczasową elegancję, kojarzysz mi się ze współczesnym dżentelmenem, co bardzo mi się podoba. Czy tak o sobie myślisz?

Myślę, że to elegancja i kultura minionych czasów. Staram się być dżentelmenem i jest to dla mnie bardzo ważne. Choć dziś, gdy szedłem na nasze spotkanie i chciałem przepuścić w drzwiach jakąś panią, usłyszałem, że sobie tego nie życzy.

Max Czornyj pisze książki o fikcyjnych bohaterach, ale także o prawdziwych zbrodniarzach. (Slawek Kaminski)

Uważam, że człowiek przez całe życie powinien się rozwijać i doskonalić. Nie tylko intelektualnie. Wyznaję grecką dyscyplinę cielesności, dbam również o swoje życie duchowe. Zresztą wszystko to się uzupełnia. W XIX wieku nieodłącznym elementem harmonogramu dnia ówczesnego dżentelmena były ćwiczenia fizyczne. Odbywano też słynne Grand Tour, w ramach którego młodzież podróżowała po Europie, przede wszystkim do Włoch, po to żeby mogła się obyć, coś zobaczyć. I zdobyć rozmaite doświadczenia.

Opublikowałeś kilkadziesiąt artykułów naukowych, między innymi z prawa międzynarodowego publicznego, prawa włoskiego oraz sanmaryńskiego. Praktykowałeś nie tylko w Polsce, ale także właśnie we Włoszech. W jaki sposób poszerzyło to twoje horyzonty?

Chciałem poznać tamtejszy rynek prawniczy. Przez kilka miesięcy pracowałem w kancelarii adwokackiej w Parmie – wybrałem ją ze względu na ogromne wpływy austriackie i austro-węgierskie w tym mieście. W tym kręgu kulturowym czuję się lepiej niż na południu Włoch. Jednak i tak tamtejsza mentalność okazała się dość odległa od tego, czego się spodziewałem. Wszystko odbywa się swoim trybem, kompletnie niezwiązanym z żadnym zegarkiem. To nie dla mnie.

Kto narzeka na chaos biurokratyczny i mnogość przepisów w Polsce, powinien pojechać do Włoch. Sądy pokoju, które mają być też wprowadzone u nas, wyglądają tak, że do gabineciku cztery metry na cztery ustawia się długa kolejka. Gdy drzwi się otwierają, wszyscy wbiegają do środka. Sędzia rozpatruje sprawę tej osoby, która rzuci mu akta na biurko jako pierwsza.

Absurd?

Raczej koloryt lokalny. Ale dla takich doświadczeń warto podróżować. Gdybym nie poznał tego osobiście, zapewne zawsze bym żałował zmarnowanej szansy zasmakowania praktykowania w Italii. Lepiej żałować czynów niż zaniechań...

Widzę w tobie ciągłą chęć poszukiwań i rozwoju. Jak dajesz jej upust?

Rodzice zabierali mnie w podróże po świecie, w tym właśnie do wspomnianych Włoch i Austrii. Pokazywali mi piękno architektury i sztuki, już jako malca prowadzali po muzeach, a to ukształtowało mnie estetycznie i uwrażliwiło. Niedawno na zamku lubelskim oglądałem wystawę klejnotów Wawelu. Większość zwiedzających przez nią przebiegła, a ja przez pięć minut stałem przed proporcem husarskim, kontemplując fakt, że mierzy on aż siedem metrów! Wyobrażałem go sobie w najróżniejszych sceneriach, w tym w tej, do której prawdopodobnie służył, funeralnej.

Dzisiejsze szybkie podróżowanie i fotografowanie wszystkiego, co znajdzie się w zasięgu wzroku, wcale nas nie tworzy. Powstają jedynie zdjęcia w telefonie oraz zapchana karta pamięci. W podziemiach katedry neapolitańskiej widziałem grupę turystów, która szła zapatrzona w ekrany telefonów. Bez przerwy sprawdzali, czy mają dobre ujęcia. Nawet się nie zatrzymali w skarbcu, żeby pokontemplować architekturę bądź usiąść w ławach, w których siedzieli papieże! Oni po prostu niczym roboty pomaszerowali dalej. Było to dla mnie zatrważające.

Opowiem ci coś. Na Ischii jest zamek aragoński, a w nim pomieszczenie sióstr zakonnych, w którym pozostały stele przypominające kamienne sedesy. Sadowiono na nich zmarłe mniszki i czekano, aż zwłoki zapadną się do środka. Wyobraź sobie, że żyjące zakonnice miały zajmować się ciałami zmarłych przez całe miesiące. Tkwiłem tam i wyobrażałem sobie, jak to pomieszczenie jest nasiąknięte dawnymi duszami. Czymś, czego oko aparatu nigdy nie uchwyci.

Wykorzystałeś później to wyobrażenie pisarsko?

To jeden z bodźców, który wciąż we mnie jest. Może kiedyś go właściwie przetrawię.

Dlaczego zdecydowałeś się na współpracę z Jaguarem?

To marka, która tak jak ja jest osadzona w tradycji. Wywodzi się z niej i respektując ją, kieruje się ku współczesnemu odbiorcy. Ma istotną historię, stoją za nią ponadczasowe, kultowe samochody. Jaguar przekonuje mnie także pod względem estetyki. Obserwując rozwój tej marki, dostrzegłem nieprzerwaną tożsamość – te auta są wysmakowane, robione z materiałów najwyższej jakości.

A z czym kojarzy ci się marka Jaguar?

Poza tradycją i estetyką? Pewnie cię zaskoczę, bo z dzieciństwem. Modelami Jaguara bawiłem się jako dziecko. Pamiętam, jak cieszyłem się, że mogę otworzyć drzwiczki lub pokręcić kierownicą. To były małe dzieła sztuki, a ja lubię przedmioty z duszą. Chciałbym, żeby moje dzieci mogły się kiedyś bawić tymi modelami.

W pracy Czornyj kieruje się żelazną dyscypliną - ma także swoje rytuały pomagające pisać książki. (Slawek Kaminski)

Całe twoje życie, począwszy od przełamywania barier na ścieżce zawodowej, po miłość do dobrych serów, win i antyków doskonale koresponduje z marką Jaguar – celebrującą to, co niestandardowe, a jednocześnie wyrafinowaną. Widzisz więcej podobieństw?

W książkach można spersonifikować wszystko. Gdybym zatem miał spersonifikować Jaguara, to przyrównałbym poszczególne modele tej marki do dostojnego brytyjskiego dżentelmena bądź do eleganckiej angielskiej lady, ale osadzonych we współczesnym anturażu. To pozwala na dodatkowe smakowanie samochodu, który jest zarazem czymś więcej niż tylko przedmiotem. Tak je postrzegam.

Z Jaguarem łączy mnie umiłowanie estetyki i jednoczesne baczne obserwowanie trendów. Współczesnych oraz przyszłych. Ta marka wyprzedza konkurencję, a i ja ją bacznie obserwuję na rynku pisarskim. Muszę wymyślać coś, czego jeszcze nikt nie stworzył.

Wreszcie bardzo zależy mi na tym, aby moje książki, choć czasem makabryczne, zawsze miały walor sztuki. Żeby czytelnik mógł obcować z gładkim stylem i płynną mową, które zostaną z nim na dłużej.

Powiedz, proszę, na koniec, czy jak znudzi cię pisanie, wrócisz do adwokatury?

Nie wykluczam, choć na razie nie czuję ani krzty nudy. Mam taką satysfakcję z pisania, że skupiam się na nim w pełni. Zawód adwokata jest wolny, ale zawód pisarza wszechwolny. A ja jestem oświeconym libertynem.