Originals
Vito Bambino to ceniony muzyk i wokalista kursujący między Polską a NIemcami. (Sławomir Kamiński)
Vito Bambino to ceniony muzyk i wokalista kursujący między Polską a NIemcami. (Sławomir Kamiński)

Urodziłeś się w Polsce, a wychowałeś w Niemczech…

Opuściłem Katowice, jak miałem dwa latka, w 1990 roku. Ale potem dwa–trzy razy w roku wracaliśmy na Śląsk lub do Wielkopolski, do dziadków i ciotek. Zawsze mówiłem wtedy rodzicom, że czuję to powietrze i że się cieszę. A oni na to, że może powietrze nie jest takie całkiem fajne, ale dobrze, że doceniam, że przyjechałem do Polski.

Świetnie mówisz po polsku.

Największa w tym zasługa moich rodziców. Rozmawiali ze mną wyłącznie po polsku. Chodziłem do niemieckiej szkoły, a po lekcjach szedłem na zajęcia z polskiego. Czasem mi się nie chciało, ale dzisiaj bardzo to doceniam, bo dzięki znajomości polskiego dostałem się z siostrą na warsztaty teatralne w Warszawie. Poznałem tam ludzi, z którymi robię teraz muzę i teledyski. Ale przyznam ci, że pewniej się czuję w niemieckim.

Miałeś i masz styczność z różnymi kulturami. Jak dziś na to patrzysz?

Jako dziecko nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dopiero gdy dorosłem, zauważyłem, że nie czuję strachu przed innością. Podróżując, spotykam ludzi z różnych kultur czy religii i okazuje się, że zawsze coś o nich wiem.

Jestem otwarty na różnorodność. Mamy ze znajomymi taką zabawę, podczas której każdy może sobie wybrać supermoc. Ale z jakimś kruczkiem, na przykład potrafisz latać, ale tylko 70 km/h, żeby nie było zbyt kolorowo. Ja zawsze mówię, że chciałbym mieć supermoc władania każdym językiem i dialektem świata. Siadałbym wtedy przy stole z ludźmi z różnych krajów, którzy się nie rozumieją, i mówiłbym: pozwólcie, że ja wam wszystko przetłumaczę i dojdziemy do sedna.

Znam polski, niemiecki, angielski i trochę francuski. Moja żona jest Sycylijką, więc łapię też sporo włoskiego. Mam także wielu greckich przyjaciół i jak jestem w Grecji, to dużo rozumiem.

Co ci to daje?

Poczucie, że mam dwa domy – polski i niemiecki – daje mi spokój. Na początku ubolewasz, że nigdzie nie jesteś u siebie, ale potem sobie myślisz, czy to nie oznacza, że wszędzie jesteś u siebie?

Urodziłem się w Polsce, jestem Polakiem i patriotą. Jednak większą część życia spędziłem w Niemczech, więc troszeczkę czuję się też Niemcem. A jeszcze przez pół roku pracowałem w Irlandii – układałem butelki w sklepie. Chciałem zarobić na powrót do Polski, ale przepuściłem te pieniądze podczas jednego urlopu z przyjacielem Grekiem.

'Dobrze jest rozstawić się szeroko i się rozwijać. Ja też nie chcę się nudzić, pisząc codziennie szesnastki rapy' (Sławek Kaminski)

Powiem tak: jestem człowiekiem, który w różnych krajach uczył się różnych rzeczy. Swoją drogą, Grecy wnieśli sporo w moje życie.

Dlaczego?

W naszym gronie byli najbardziej uśmiechnięci ze wszystkich. Niezależnie od sytuacji finansowej, żeby tylko rodzina była zdrowa. To są priorytety, które od nich przejąłem. Zdałem sobie sprawę, że pieniądze są ulotne. To rodzina powinna cię trzymać przy ziemi. No i że pewne sprawy mogą poczekać dzień czy dwa, nic się nie stanie.

A później jestem w Grecji, Polsce czy we Włoszech i trochę brakuje mi tego niemieckiego porządku. Zresztą ja sam, jak robię jakiś projekt, też muszę mieć wszystko odpowiednio poukładane. Akurat tę część mojej niemieckiej natury bardzo sobie cenię. Od Greków przejąłem optymizm, a z Polaka jest we mnie najwięcej melancholii i nieugiętości.

Jak to u artysty.

Gdy jestem w Niemczech, tworzę po niemiecku, śnię też. W Stanach miałem sny po angielsku, a Polsce myślę po polsku, piszę też. Pamiętam, jak na planie filmu „Sarajewo" w Austrii ktoś, kto nie wiedział, że jestem Polakiem, zapytał: „Słowianin? Wy macie takie głębokie oczy, studnia w nich jest".

Fakt, że mam dwie bazy, daje mi większą łatwość w podejmowaniu decyzji artystycznych. Robię polski rap, ale z Niemiec. Gdyby mi się coś nie udało, to po prostu nie przyjadę i już. Dzięki temu mogę więcej zaryzykować w swoich tekstach.

Zatem jesteś odważniejszy?

Nie mnie to oceniać, ale… często słyszałem, że jestem wrażliwy, czy wręcz nadwrażliwy, do czego mężczyźnie nie do końca wypada się przyznać. A ja myślę tak: dobrze, ja to powiem w moim kawałku i co mi kto zrobi? Z kolei z moim aktorstwem w Niemczech jest tak, że nawet jakbym zagrał kiepską rolę, to moja rodzina w Polsce tego nie zobaczy. Mam w sobie wolność.

Wielu aktorów traktuje swój zawód niczym religię. Tę część nie do końca rozumiem. Wydaje mi się, że często wynika to z braku innych źródeł szczęścia. Ale raz na ruski rok, kiedy ta dedykacja i oddanie się swojemu fachowi w pełni prowadzi kolegów i koleżanki w rejony metafizyczne i niewytłumaczalne, to wtedy im tego szczerze zazdroszczę i podziwiam. Jednak się opłacało.

A ja? Ja poza aktorstwem i muzyką chyba najzwyczajniej nie umiem nic innego. To mi sprawia radość i płaci rachunki, ale to nic w porównaniu z dwuletnim synem, który kiedy nagle zacznę śpiewać głośno Queen „Maaaaaamaaaaaaaa", kończy moją frazę wokalizą „uu uu uuuuu"!

Jest w tobie ciągła chęć artystycznych poszukiwań?

Na pewno nie znoszę się powtarzać. Jak tylko łapię się na tym, że napisałem pusty numer, bo są takie, to robię ostrą selekcję. Staram się robić jak najwięcej samemu. Piszę tekst, nagrywam, opracowuję koncepcję okładki, a potem jeszcze kręcę z przyjaciółmi teledysk. I to jest super, bo mam pełną kontrolę nad  efektem.

Nie lubię napompowanych, sztucznych rzeczy. Chciałbym, żeby moja muzyka była jak najbliżej zwykłego mnie, który na przykład się spóźnia.

Daj spokój, czekałam tylko parę minut…

A mówiąc poważnie – finalnie, jak coś nie wyjdzie, możesz mieć pretensje sam do siebie, tylko i wyłącznie, i takie właśnie mam. A tak życiowo to nie lubię u siebie, jak czasem coś palnę i nieumyślnie sprawię komuś przykrość czy ból. Jeśli tylko jest okazja, to dzwonię i przepraszam. Na planie staram się być miły dla wszystkich i czasem zasoby pozytywnej energii mi się kończą.

Wracam do domu i jestem mniej cierpliwy. I myślę: no jak to, wystrzelałem się z uśmiechów w pracy, a dla żony już zabrakło? Pracuję nad tym i uczę się tego, gdyż to wszystko jest dla mnie nowe. Jestem też wrażliwy na to, gdy ktoś w moim towarzystwie jest niemiły dla innej osoby. Czasem może nawet nadwrażliwy. Głowię się nad jakąś sytuacją, a żona mówi: „Wiesz, że jesteś jedyną osobą, która to rozkminia? Wszyscy już dawno zapomnieli".

Wydaje mi się, że potrafię wyczuwać emocje. Gdy na próbie widzę, że któryś z muzyków jest w kiepskiej formie, odpuszczam. Nie ma co cisnąć. I wracamy do tematu na następnej próbie.

Wracając do ciebie – grasz w serialach, filmach i w teatrze, piszesz rap i piosenki popowe, śpiewasz. Masz potrzebę wychodzenia z różnych szufladek, w których usiłowano cię zamykać?

Inaczej. Muzę robię w Polsce i całkiem spoko mi się udaje. Potem jadę do Niemiec i gram. Nie wychylam się, bo co będę mówił: słuchajcie, bo wy nie wiecie, ale tam w Polsce mnie znają. Automatycznie wraca mi pokora, jestem jednym z aktorów na planie. Dużo mi to daje i nie mam kiedy być zaszufladkowanym, bo w muzyce też nie trzymam się sztywno jednego gatunku. Kiedyś robiłem stricte hip-hop, potem zacząłem śpiewać, a teraz uwielbiam pojawić się w jakimś popowym numerze, chociażby z Sanah. A potem zrobię tak brudny numer, że każde radio powie: odpuśćmy to.

Mocno walczę więc, by nie dać się zaszufladkować. Zwłaszcza gdy czuję, że chcą to robić ludzie, którzy nie za bardzo mogą mnie znać z poprzednich rzeczy.

'Muzę robię w Polsce i całkiem spoko mi się udaje. Potem jadę do Niemiec i gram. Nie wychylam się, bo co będę mówił: słuchajcie, bo wy nie wiecie, ale tam w Polsce mnie znają'. (Slawek Kaminski / Slawek Kaminski)

Czujesz, że jesteś artystą uniwersalnym?

Dobrze jest rozstawić się szeroko i się rozwijać. Ja też nie chcę się nudzić, pisząc codziennie szesnastki rapowe. Chcę nowego – na przykład jeszcze nie tańczyłem na kręcącej się płycie winylowej. Albo gram w filmie kostiumowym, patrzę na siebie w peruce i myślę: super, kiedy ja bym tak łaził? Po planie pytają mnie: słuchaj, co robisz po tych zdjęciach, bo chcemy ci zmienić włosy. Mówię: a zmieniajcie. Lubię wziąć sobie fryzurę w spadku po roli. Kiedyś grałem mnicha i zostały mi włosy podgolone dookoła. Wyglądało to dziwnie, ale kiedy się ubrałem w miejskim stylu, byłem jedyną osobą, która ma taką fryzurę. Lubię takie detale i tworzenie nowych kontekstów.

Jak to się stało, że nagle stałeś się popularny zarówno za granicą, jak i w Polsce?

Nie mam pojęcia!!! Próbowałem być popularny jeszcze jako dzieciak. Jak miałem 22 lata, to mi przeszło. Wiesz, robiłem wtedy muzę z takim celem, żeby zostać gwiazdą, ale mi nie wychodziło, więc odpuściłem. Później doszedłem do wniosku, że muza po prostu musi być dobra. I zacząłem się skupiać na zawartości moich tekstów. Jako eksraper nagle zacząłem mówić, że coś mnie boli, że jestem czuły. Siedziałem sam w pokoju i zastanawiałem się, czy ktoś to widzi. Przecież to tajemnica, nie można być takim wrażliwym.

Jak robiliśmy Bitaminowe rzeczy, po cichutku pokazałem chłopakom z tercetu moje teksty i poszedłem sobie gdzieś, bo przecież wstyd, co powiedzą. Wracam, a oni mówią: nie, no, słuchaj, to coś nowego. I raz po raz zacząłem widzieć, że jest superpole do eksploracji. A ja się jeszcze nie odważyłem pójść w tę swoją emocjonalną stronę.

W stronę szczerości?

Właśnie. Zauważyłem, jakie to jest czyszczące. Często ma też fizyczny wpływ na życie innych ludzi. A ja mam terapię. Jak mnie coś boli, to powiem to tekstem i okazuje się, że pół świata również się z tym zmaga. Więc i mi jest łatwiej, że wszyscy jesteśmy w tym samym sosie. Serwuję coś osobistego, coś z serca, a jakby mnie ktoś zaatakował, zawsze mogę powiedzieć: słuchajcie, to jest Vito Bambino, fikcyjna postać, a nie Mateusz Dopieralski. Mam za czym się schować, tak podświadomie.

Powiedz, co serwujesz z serca?

Nagrałem numer o złych rzeczach, których w sobie nie lubię. Bardzo samokrytyczny. Był też kawałek, w którym wspominam o moim przyjacielu. Mówię: pokażę ci numer, który nagrałem pół roku temu. Ja już tak o tobie i tej sytuacji nie myślę, ale musisz to usłyszeć, bo inaczej nigdy nie dojdzie do konfrontacji i możliwego oczyszczenia sytuacji.

Na zawsze zostanie to niewypowiedziane, a zatem nieusłyszane. Puściłem, jego zabolało, mnie zabolało i dawno jest to już za nami. W końcu nie czułem już potrzeby pakowania tego utworu na album, bo wystarczyło mi, że podzieliłem się tym z przyjacielem. Choć myślę, że wielu znalazłoby w tym tekście analogie do siebie.

Dobrym motorem napędowym do pisania było też dla mnie złamane serce. Często mierzyłem się z dawnymi związkami w moich albumach, bo są one bardzo autobiograficzne. Nie boję się już wspomnieć w swoich tekstach na przykład o tym, że mój tata pije, bo wiem, że inni też mogą mieć w rodzinie podobny kłopot z alkoholem.

Co na to twoi bliscy?

Z mamą miałem taki moment, że jedziemy furą i słucham miksów na nowy album, żeby sprawdzić poziomy i takie tam techniczne pierdoły. A mama nie znała jeszcze zawartości albumu. Nagle patrzę, a ona zapłakana i mówi: „To są nasze rzeczy, jak to?". Mówię: „Ale to też MOJE emocje, MÓJ ból. Jeśli to jedno zdanie usunę, ten numer będzie pusty. Straci wagę". A później po koncercie ludzie do mnie podchodzą i mówią: to jedno zdanie otworzyło mi perspektywę. Albo: skłoniło mnie, by iść na terapię. Czy cokolwiek innego wniosło do ich życia. Skłoniło do zrobienia kroku.

Właśnie chciałam spytać o reakcje fanów.

Z reguły są pozytywne, choć zdarzają się ludzie, którzy nie wyczuwają granicy. Moje albumy są osobiste, jestem otwarty i wpuszczam innych do mojego świata. Ale to nie oznacza, że jesteśmy sobie równi informacyjnie, bo ja o ich życiu nic nie wiem. Ten grunt nie jest fair.

Są też ludzie, którzy po koncercie przez godzinę stoją w kolejce po podpis i gdy podchodzą, widzą, jaki jestem zmęczony. „Ja tylko szybkie zdjęcie, nic już nawet nie podpisuj" – mówią. Wtedy mam ochotę napisać dla nich całą książkę. Bo jestem wdzięczny za empatię.

A czym różni się Vito Bambino od projektu Bitamina?

Jeszcze większą swobodą w operowaniu prawdą i szczerością. Czasem w Bitaminie pojawiają się słowa po angielsku czy po śląsku, na przykład „dziołcha" czy „ciulik", ale staram się omijać te zapożyczone słowa z innych języków.

Vito Bambino z kolei sygnuję tylko sobą, więc mieszam, co chcę z czym chcę.

Co poza szczerością i odwagą jest dla ciebie najważniejsze w twojej twórczości?

Nieskrępowana wolność oraz innowacyjność. Lubię, jak ktoś powie: kurczę, czegoś takiego jeszcze nie słyszałem. Może mu się nie podobać, ale ja to zrobiłem. Lubię robić numery wielojęzyczne.

Wiesz, mam w plecaku trochę inne doświadczenia, pochodzę z innego kraju, ale marzenia mam takie same jak wszyscy. Prawie wszyscy…

Przekraczasz granice – dosłownie i w przenośni. W życiu codziennym i muzyce. Co w tym jest dla ciebie najtrudniejsze?

Najtrudniejsze jest dla mnie odnalezienie się w świecie reklam i dużych nowych projektów. Chociażby w Męskim Graniu, które okazało się superzabawą. Na początku miałem obawy, jak to jest pisać swobodnie i z wolnością artystyczną numer, który de facto jest dla klienta. Zastanawiałem się, czy on nie powinien być na przykład grzeczniejszy. Albo czy może lepiej nie śpiewać tekstu o wódce, grając dla marki piwa.

'Lubię wziąć sobie fryzurę w spadku po roli. Kiedyś grałem mnicha i zostały mi włosy podgolone dookoła'. (Sławek Kaminski)

W takim momencie mówię sobie: jednak znowu są granice, a przecież dopiero co je wszystkie rozmazałem, żeby ich nie mieć. Ale potem okazuje się, że w większości projektów jednak mogę być sobą. Wszystko to są nowe sytuacje, z którymi muszę się zmierzyć.

Z czym jeszcze?

Na przykład wchodzę do sklepu, wybieram ciuchy i słyszę: proszę! Mówię: jak to? Zarobiłem pierwszy raz w życiu i wy ode mnie nie chcecie pieniędzy za te swetry? Dla mnie, dzieciaka z bloku, jest to absurdalne i trudne.

Albo idę w Warszawie do frytkowni, do której chodzę od lat. Zawsze normalnie płaciłem i nagle słyszę: „Vito Bambino, masz te frytki za darmo". To jest miłe i super, ale dziwne. Myślę sobie: jak to? Nie mogłeś mi dać tych frytek za darmo dwa lata temu, kiedy naprawdę nie miałem hajsu? Teraz przyłożę kartę, jakoś przeżyję. Co dokładnie się zmieniło?

Przyznam ci się, że czasem, jak miałem jakieś wątpliwości, to radziłem się Dawida Podsiadły. Śmieszne, bo on wiekowo jest młodszy ode mnie o pięć lat, ale w branży starszy o co najmniej tyle samo. „Morgooon, zawsze pytaj, jak czegoś nie wiesz" – mówi. W ogóle super jest, jak spotykam w branży ludzi o podobnej wrażliwości lub podobnym podejściu do życia.

'Potrafię wyczuwać emocje. Gdy na próbie widzę, że któryś z muzyków jest w kiepskiej formie, odpuszczam. Mówię, że nie ma co cisnąć'. (Sławek Kaminski)

Dlaczego zdecydowałeś się na współpracę z Jaguarem?

Bo pozwolili mi działać na moich zasadach. To jest organiczne. Poza tym czuję analogie między mną a tą marką. Robię muzykę trochę inaczej niż reszta, a Jaguarów jest też na ulicach mniej niż tych najbardziej sprzedawanych samochodów. I za każdym razem sobie myślę: aha, czy można być indywidualistą i jednocześnie podobać się dużej grupie ludzi? Całe życie jestem w podróży, między granicami.

Czasem auto było moim jedynym pokojem. Jak byłem na studiach, to regularnie w nim spałem! Dlatego się ucieszyłem, że odezwał się do mnie akurat Jaguar, który chciał ze mną wyruszyć w tę podróż, także artystyczną. Takie rzeczy są miłe.

Prawo jazdy mam od 15 lat, jestem bezwypadkowy, jeżdżę spokojnie. Ale jak mam auto, które potrafi przycisnąć, a ja mam akurat taką potrzebę, Jaguar jest do tego świetnym narzędziem. Ma moc, która wbija w fotel.

Wczoraj na przykład kręciliśmy klip do Vito Bambino na wsi. Widziałaś, jaka była pogoda? Bez tego Jaguara z napędem na cztery bylibyśmy zakopani w błocie. Przeszedł przez nie jak przez masło. Nasz operator skomentował moje zdumienie słowami: „No tak, a co ty myślałeś? Żeby ta fura się zakopała, to chyba musiałbyś jeździć… po wodzie".

To zabrzmi banalnie, ale nigdy nie miałem auta, które miałoby tyle opcji precyzyjnego ustawienia siedzenia pod plecy kierowcy, a ja spędzam w aucie dużo czasu. Dobrze, żeby ten czas był jak najbardziej zadedykowany mi. W dodatku Jaguar jest intuicyjny w obsłudze, a ja to bardzo lubię.

Co symbolizuje dla ciebie marka Jaguar?

Tak jak ja łączy ambicje artystyczne i jednocześnie stąpanie po ziemi. Dobrze jest, myśląc szeroko, odważnie i nieustraszenie, mieć partnera, który fizycznie to umożliwia. I to na różnych płaszczyznach. Zarówno komfortu, jak i sportowej, dynamicznej potrzeby przejechania przez wspomniane błoto podczas chaotycznego dnia zdjęciowego w plenerze.

To samochód dla indywidualistów. Symbolizuje angielską elegancję, odwagę,  przekraczanie granic i niezapomniany design. My, jak się z żoną elegancko ubierzemy na wyjście w miasto, oczywiście każde zachowując swoją nutkę indywidualności, to żartujemy: "Mhmm… ale jesteś Londyn".

Jaguar tak jak ja lubi wyróżniać się z tłumu, ale nie w sposób przaśny, tylko wyrafinowany. Jest ponadczasowy, stylowy.

Wiem, że niebawem pojawi się twój wspólny nieszablonowy projekt z Jaguarem. Zdradź, proszę, na koniec coś więcej.

Razem z Jaguarem robię numer, który świat może podglądać. Jest o tym, że dla wielu jestem produktem popowym, a nie wiedzą, że dla siebie samego jestem mało mainstreamowy. Jaguar nie chce ingerować w moją pracę, ale chce mnie przy niej podglądać. Chce pokazać drogę artysty, któremu ufa za sterem, nawet jeśli ten nie zawszę wybierze najbardziej oczywistą drogę do celu.

A ja lubię patrzeć do przodu z uśmiechem i myślą „It’s gonna be u bumpy ride".