obejrzyj
Wygląd wraków szybko się zmienia. Można wrócić do niego po roku i go nie rozpoznać. (Fot. Shutterstock)
Wygląd wraków szybko się zmienia. Można wrócić do niego po roku i go nie rozpoznać. (Fot. Shutterstock)

Od lat nurkuje pan we wrakach. Dlaczego w ogóle zajął się pan tym sportem?

W Gdyni, w której się urodziłem i mieszkam, nurkowanie jest tak naturalne, jak dla zakopiańczyka jeżdżenie na nartach. Odkąd pamiętam, zawsze chciałem zajrzeć pod wodę i zobaczyć, co tam jest.

Pierwszy kurs skończyłem, mając 16 lat, ale już wcześniej nurkowałem w jeziorze, choć nie miałem jeszcze uprawnień. Momentu, w którym stwierdziłem, że będzie to mój sposób na życie, nie pamiętam, ale przypominam sobie, że za każdym razem pod wodą czułem, i do dzisiaj czuję, ogromną ekscytację.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie i niezawodne przepisy kulinarne - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Naprawdę? Mimo że nurkuje pan od 40 lat?

Niektórzy myślą, że jak zanurkuje się we wraku statku na 40 metrach pod wodą, to zwykłe jezioro, głębokie na trzy metry, staje się nudne. Ja mam to szczęście, że wciąż cieszy mnie każde nurkowanie. Poza tym zawsze dokładnie sprawdzam sprzęt i tak się przygotowuję, jakbym schodził pod wodę pierwszy raz.

Do wody mam wielki respekt i odróżniam go od strachu. Wie pani, nurkowanie można porównać do dwóch rzeczy.

Jakich?

Po pierwsze, do latania. Gdy przejrzystość wody jest dobra, to lecę sobie nad pięknymi roślinami czy wrakami statków. To fascynujące, bo osoby z niedowładem nóg mogą poruszać się w wodzie, wykorzystując tylko ręce. Nieważkość daje im wrażenie pełnej sprawności, czuje się przyjemność z samego nurkowania. Nie trzeba nawet widzieć pięknych jaskiń, ryb czy roślin. 

Nurkując, czuję błogość i lekkość. Zwłaszcza że zwykle mam na sobie sprzęt ważący 60 kg. Gdy wychodzę na powierzchnię, ciężar jest tak duży, że aż trzeszczą mi stawy.

A drugie porównanie to?

Porównanie do wiecznego odkrywania. Nurkowanie daje mi możliwość dotykania unikalnych rzeczy. Kiedy nurkuję na wraku, na którym było zaledwie kilka osób albo nie było nikogo, przeżywam fascynację nie do opisania.

Nurkowie podczas przygotowania do zejścia pod wodę (Fot. Materiały CANAL+) , Podczas nurkowania nie możliwości rozmawiania, ale po wyjściu z wody jest wiele do przekazania (Fot. Materiały CANAL+)

Proszę spróbować.

No dobrze. Proszę sobie wyobrazić, że wchodzi pani do wnętrza, które ktoś zamknął na klucz 100 czy 200 lat temu. Nawet szczotka leżąca na stole robi wtedy niesamowite wrażenie. Takie uczucia towarzyszą mi, gdy wchodzę do wraku i znajduję tam filiżankę albo gaśnicę, której użyto, ratując się przed pożarem. Przenoszę się w czasie.

Poza tym nurkowanie to chyba jedyny sport, w którym 50-latek może być lepszy niż 20-latek. Nurkuje się głową.

To znaczy?

Młody człowiek wytrzyma w wodzie dłużej, bo często jest silniejszy. Ale nie wiadomo, jak zareaguje, gdy w jaskini długiej na dwa kilometry nagle złapie go skurcz. Będzie musiał się stamtąd wydostać i wtedy bardzo ważne jest, by mocno trzymać mózg na wodzy. To szalenie trudne. Psychiczną wytrzymałość buduje się latami.

Ktoś, kto nurkuje od dwóch lat, w przypadku stresującej sytuacji może się zachować irracjonalnie. Nie wytrzyma psychicznie.

Chodzi o to, żeby nie spanikować?

Też.

Nurkowanie to sport, w którym w trudnej sytuacji, na przykład wypadku na stu metrach, niewiele można pomóc. Zwykle w ogóle nie można, bo na udzielenie pomocy są jedynie dwie-trzy minuty. I po wszystkim.

Pan nigdy nie spanikował?

Strach mrożący krew w żyłach poczułem co najmniej parę razy. Co ciekawe, pojawił się on w momentach wcale nie najtrudniejszych. Na przykład w jaskiniach Florydy. Problemem jest spory dystans. Kiedyś nurkowałem w jaskini długiej na 1600 metrów. Byłem bardzo skupiony na tym, żeby dojść do końca, i ten cel osiągnąłem. Gdy z moim partnerem nurkowym zaczęliśmy płynąć z powrotem, poczułem rozprężenie i zacząłem się zastanawiać, a co by było, gdyby... W pięć sekund dopadł mnie paraliżujący strach, nie mogłem go opanować. Instynktownie zacząłem myśleć o czymś innym.

Pomogło. Wziąłem nanometr i zacząłem sprawdzać ilość gazu. Mój mózg się tym zajął i pokonałem strach. Potem wielokrotnie pojawiał się w mojej głowie sygnał, że taki strach nadchodzi. Ale gdy skupiałem się na innych sprawach, znikał. Tak robi nurek z wieloletnim doświadczeniem.

Opowie mi pan o najbardziej niebezpiecznej sytuacji?

Zdarzyła się na Bałtyku, we wraku Frankena. Wszedłem do kuchni, w której prawdopodobnie od zatonięcia statku podczas wojny nikogo nie było. Powinienem mieć poręczówkę, czyli nić Ariadny - szpulkę, którą nurek przywiązuje do poręczy i rozwija ją, wchodząc do środka. Tym razem jej nie zabrałem, bo wydawało mi się, że łatwo trafię do wyjścia.

Wrak statku Reketa u wybrzeży Estonii (Fot. Shutterstock)

W tej kuchni poleciał na mnie z sufitu osad. W ciągu sekundy widoczność spadła do zera. Zacząłem szukać wyjścia i wszedłem w inny korytarz. Zorientowałem się, że zabłądziłem, więc się cofnąłem, ale wciąż nie mogłem znaleźć wyjścia.

To było najtrudniejsze 12 minut w moim życiu. Gazu w butli miałem na mniej więcej 25 minut.

I co pan zrobił?

Zaryzykowałem. Pomyślałem, że może gdzieś z przodu jest otwór, przez który uda mi się wydostać. Popłynąłem w kierunku dziobu, widoczność nieco się poprawiła. Trafiłem na szczelinę, przez którą przecisnąłem się na zewnątrz. Dopiero wtedy dopadła mnie myśl, co ja najlepszego zrobiłem. Wiedziałem jednak, że aby pokonać traumę, muszę do tego wraku wrócić. Zrobiłem to następnego dnia, ale już z poręczówką.

Znów osad spadł mi na głowę i znów straciłem widoczność, ale tym razem byłem już przywiązany linką. Okazało się, że nawet z nią wyjście niełatwo jest znaleźć. Do dziś pamiętam ten strach. Nigdy później nie wszedłem już do wraku bez poręczówki.

Wie pani, co się okazało? Że w tej niebezpiecznej sytuacji zużyłem bardzo mało gazu. Mój organizm podświadomie wszedł w tryb awaryjny i oddychałem bardzo powoli. Zadziałały lata doświadczenia.

Lubi pan Bałtyk?

Nurkowałem w wielu pięknych miejscach, na Florydzie i w Australii, ale jestem fanem naszego morza. Nawet na dużych głębokościach woda jest w nim bardzo przejrzysta. A przede wszystkim to istny wrakowy raj. Niektóre szacunki mówią, że może ich być nawet około 200 tys.

Pod wodą, na głębokości 60-70 metrów, temperatura waha się między czterema a ośmioma stopniami. Po półgodzinnym nurkowaniu przez dwie godziny się wynurzam, poddając się obowiązkowej dekompresji. Latem temperatura osiąga wtedy 12-17 stopni. Zimą spada do jednego stopnia, dlatego od stycznia do marca praktycznie nie nurkuję.

Co można znaleźć na dnie Morza Bałtyckiego?

W jego południowej części, czyli najbliżej nas i Łotwy, spoczywają głównie wraki z II wojny światowej. Podczas operacji Hannibal: ewakuacji ponad 2 mln ludzi, użyczając do tego celu około tysiąca jednostek, 247 z nich zatopili Rosjanie. Po wojnie 100 udało się wydobyć, ale reszta wciąż spoczywa na dnie.

Z kolei północno-środkowa część Bałtyku jest bogata we wraki drewniane żaglowców z XVIII i XIX wieku. Do dziś spoczywa tam na przykład żaglowiec Seahorse, który ma dwa zachowane maszty i bocianie gniazdo. Niesamowite, że wciąż możemy go podziwiać.

Rzeczywiście brzmi to interesująco.

Wiele razy byłem w ekipie, która dostała się do środka wraku jako pierwsza. To, co czuje wtedy nurek, jest nie do opisania. Tak było chociażby, gdy nurkowaliśmy we wraku statku Akademika Karpinskiego. Wyruszył w swój ostatni rejs z Kaliningradu do Amsterdamu 31 sierpnia 1953 roku i zatonął podczas sztormu w wyniku błędów załogi.

Wrak ten odkryliśmy w 2011 roku. Początkowo wydawało nam się, że nikt o nim nic nie wie. Napisaliśmy o swoim odkryciu do konsulatu rosyjskiego, ponieważ mówiono, że statek zaginął bez wieści. Konsulat nam nie odpowiedział, uznaliśmy sprawę za zamkniętą.

Bałtyk jest świetnym miejscem do oglądania wraków, leży tu nawet 200 tysięcy statków (Fot. Shutterstock)

Minęło parę lat i zaczęliśmy o Karpinskym robić odcinek serialu "Łowcy tajemnic Bałtyku"*. Poprosiłem wtedy mojego przyjaciela Michaiła, pół Rosjanina, pół Fina, żeby sprawdził, czy w rosyjskich archiwach nie ma czegoś o Karpinskym. Odkrył obszerną historię statku, łącznie z tym, że paręnaście lat temu do przedsiębiorstwa połowowego w Kaliningradzie przyszła kobieta. Chciała ustalić wysokość renty po 20-letnim synu, który zatonął na Akademiku. Powiedziano jej, że takiego statku nigdy nie było. Ale jakiś młody Rosjanin odgrzebał dla niej jego historię i ustalił, że z katastrofy uratowało się 12 osób.

Akademik Karpinsky był pechowy. W czasach głębokiej komuny musiał wykonywać plan, chociaż ledwie pływał, balansując na krawędzi ryzyka. Aż w końcu utonął.

Czy do innych wraków też wszedł pan z ekipą jako pierwszy?

Chociażby do wraku Seahorse. Spoczywał na 105 metrach głębokości na środkowym Bałtyku przyprószony lekkim mułem. To prawdziwa kapsuła czasu. Zatonął 200 lat temu i pozostał w wodzie nietknięty przez sieci. W środku widzieliśmy ludzkie szkielety i całą masę wyposażenia marynistycznego. Przez zniszczone deski wypatrzyliśmy w środku jakieś skrzynie, ale nie mogliśmy do nich zajrzeć.

Po rodzajach uszkodzenia można ocenić, w jako sposób i jak szybko statek tonął. Obserwując wrak, zwykle potrafię też sobie wyobrazić, jak wyglądały ostatnie chwile pasażerów tonącego statku. Widzę porzucone gaśnice, których używano tuż przed tragedią, osobiste rzeczy pasażerów. Najdłużej się zachowują, bo są najbardziej trwałe, ludzkie kości, buty i skórzane paski od spodni.

Tomasz Stachura nurkuje od 40 lat (Fot. Andrzej Laskowski i Monika Rakowska) , Stachura nie chciałby, żeby jego dzieci i wnuczęta nurkowały. Wie jak niebezpieczne jest to hobby. (Fot. Andrzej Laskowski i Monika Rakowska)

Wraki pod wodą ulegają ciągłej przemianie. Kiedy po roku na któryś z nich wracamy, wygląda już zupełnie inaczej. Coś się zniszczyło, a coś odkryło. My nurkowie pod wodą nie możemy ze sobą rozmawiać. Ale jak już zakończymy nurkowanie i wracamy statkiem do portu, to usta nam się nie zamykają.

Do którego z wraków najbardziej chciałby pan wrócić?

Do Karlsruhe. Co ciekawe, spędziliśmy na nim 10 dni i przeprowadziliśmy naprawdę szczegółowe badania, ale pod warstwą mułu nadal są skrzynie, do których nie mogliśmy zajrzeć. Bardzo nas one frapują. Co też Niemcy zapakowali do nich w 1945 roku?

Nie mam jednak złudzeń, że powrót na ten wrak będzie bardzo trudny, bo koszty takiej akcji są kosmiczne.

W zasadzie chciałbym wrócić do większości wraków, a także poznać nowe, ale obawiam się, że nie starczy mi ludzkiego życia. Rocznie nurkuję na 10-15 nowych jednostkach, co wobec 200 tys. spoczywających w Bałtyku nie brzmi imponująco, prawda?

A syn nie przejął pana pasji? Mógłby nurkować tam, gdzie panu się nie uda.

Obydwaj kochamy wodę, na szczęście on poszedł własną drogą. Jest świetnym windsurferem i kitesurferem. Nie chciałbym, żeby moje dzieci albo wnuczki nurkowały. To jest zajęcie dla szaleńców. Gdyby mój syn wchodził do takich wraków jak ja, nie mógłbym spać spokojnie.

Czy któryś z wraków nie daje panu spać?

Goya. Leży bardzo blisko Władysławowa i wciąż jest nieprzebadana. Co prawda, nurkując na niej, zrobiłem zdjęcia, ale chciałbym jeszcze kiedyś na nią wrócić i dokładnie wszystko obejrzeć. Zwłaszcza że jest w bardzo dobrym stanie.

Według niektórych zatonięcie tego statku to największa katastrofa morska świata, ciemna, nieznana historia. O Titanicu słyszeli wszyscy, bo zginęli na nim znani ludzie, ponad 1200 osób. Na Goi zginęło od 7 do 9 tys. ludzi, ale mówi się o tym niewiele, bo byli to uciekinierzy z Prus Wschodnich i żołnierze Wehrmachtu.

Jak doszło do tej katastrofy?

Goya wypłynął w morze z redy helskiej 16 kwietnia 1945 roku. Cztery godziny później storpedował go sowiecki stawiacz min L-3. Dwie torpedy trafiły w statek i eksplozja przełamała go na pół. Zatonął tak szybko, że nawet nie rozpoczęto akcji ratunkowej.

Łódź ratunkowa z Titanica (Fot. Shutterstock)

Nurkując na Goi, widziałem ślady paniki, w jakiej ludzie próbowali się ratować. To nie był statek pasażerski, ale masowiec, który przystosowano do przewożenia ludzi. W ładowniach ustawiono ławki i drabinki. Widziałem, jak wyposażenie w mesie jest skotłowane, zdemolowane i połamane. Ze wszystkich pasażerów uratowało się 176 osób. Opowiadali później, w jakiej desperacji walczyli o życie. Statek tonął raptem jedynie cztery minuty.

Słuchanie relacji świadków pewnie wyzwala najróżniejsze emocje...

Robiąc serial "Łowcy tajemnic Bałtyku", docieraliśmy z ekipą do rodzin ludzi, którzy zginęli w katastrofach morskich. Mieliśmy na przykład okazję rozmawiać z córką ostatniego kapitana ORP Wicher, panią Krystyną Dewalden. Pamiętała, jak ojciec wypływał w morze i jak raz w życiu się uniósł, a to dlatego, że ominęła go szansa zatopienia niemieckich jednostek. Co ciekawe, nie przeżywał zbytnio tragedii tego okrętu, był daleki od narodowej martyrologii. Unikał wspomnień.

Wicher nosił miano najlepszego okrętu artyleryjskiego we flocie. W krótkim czasie obramował nieprzyjaciela i uszkodził dwa jego okręty, zmuszając go do postawienia zasłony dymnej i odwrotu. Niestety, niedługo potem nastąpił nalot niemieckiego lotnictwa i okręt zatonął.

Czy na jakieś wspomnienie z nurkowania wciąż ma pan ciarki?

Najbardziej przykre było dla mnie wydarzenie z 2019 roku, kiedy to na wraku Gustloffa znalazłem ciało zaginionego nurka Roberta Szlechty. Początkowo myślałem, że to rury, które ułożyły się w kształt człowieka. Dopiero po paru sekundach dotarło do mnie, że to zwłoki.

A historia tej tragedii była taka: w 2012 roku zorganizowano nielegalne nurkowanie na tym statku. Robert utonął, reszta uciekła na wrak Terra, który jest obok. I zgłosili zaginięcie nurka właśnie na tym wraku. Cały świat nurkowy wiedział, jaka była prawda. Akcja ratunkowa kręciła się jednak wokół Terry, zmarnowano mnóstwo pieniędzy i czasu. Nasze odkrycie wykazało, że tamci nurkowie kłamali.

Rodzina Roberta przez siedem lat czekała na ten moment. W końcu, po tak długim czasie, mogli go pochować.

Pana rodzina, mając świadomość, jak trudne jest to hobby, nie martwi się o pana?

Oczywiście, że się martwi i ma świadomość niebezpieczeństwa, jakie stoi za nurkowaniem. Ale muszę przyznać, że od zawsze mnie wspiera. Uważam, że stworzenie szczęśliwej rodziny to moje największe osiągnięcie.

*Serial "Łowcy tajemnic Bałtyku" liczy osiem odcinków. Premierowo są dostępne na CANAL+ PREMIUM w poniedziałki o 21.00, następnego dnia można je już oglądać w serwisie CANAL+ online.

Tomasz Stachura. Inżynier hydrotechniki, właściciel firmy Santi. Ukończył Politechnikę Gdańską. Nurkuje od 40 lat. Ma żonę, dwoje dzieci i dwie wnuczki. Mieszka w Gdyni.

Więcej treści znajdziesz na JA+ rozrywka