Społeczeństwo
Palenie 'z trzeciej ręki' największy wpływ ma właśnie na dzieci (Fot. Roman Jocher / Agencja Wyborcza.pl)
Palenie 'z trzeciej ręki' największy wpływ ma właśnie na dzieci (Fot. Roman Jocher / Agencja Wyborcza.pl)

Papierosek, kawka, czekoladka, ciasteczko. Nie bez powodu zdrabniam. Przynajmniej bez jednej z tych rzeczy wielu z nas nie wyobraża sobie zacząć dnia. Coś słodkiego z kawą i praca od razu idzie lepiej. Czy te przyjemne nawyki można porównać do brania narkotyków?

Papierosek, kawka, trawka, piwko, wódeczka – lubimy oswajać pewne rzeczy poprzez zdrabnianie, zdejmując z nich męczący balast niepokoju, że to mogłoby nam zrobić krzywdę. Jeśli coś nazwiemy jak małe dziecko, to wydaje nam się, że jest drobnostką, przyjemnostką, relaksikiem. Człowiek ma pierwotną potrzebę poszukiwania stanów komfortu. To redukuje stres, który powoduje zmiana. A zmiana pojawia się wtedy, kiedy zaczyna się pojawiać dyskomfort. On nas motywuje, szukamy sytuacji komfortowych, kiedy będziemy odczuwać przyjemność, relaks, zaspokojenie, nasycenie. Poszukiwanie źródeł przyjemności to bardzo podstawowe dążenie człowieka. Czy więc te substancje można porównywać do narkotyków? Z pełną odpowiedzialnością mówię – tak.

Istnieje coś takiego jak "miękkie uzależnienia"?

Nie. Kiedyś był taki pomysł, żeby tworzyć dychotomiczny podział na świat, w którym są miękkie i twarde narkotyki, niekoniecznie miękkie i twarde uzależnienia. Dzisiaj używanie słowa "miękkie" w tym kontekście to po raz kolejny poszukiwanie sposobu na zmniejszenie wartości, ważności, niepokoju związanego z tym, że robi się coś szkodliwego. W popularnym języku używamy stwierdzenia, że wszystko jest dla ludzi. Pewnie jest w tym dużo prawdy. Problem polega na tym, że to człowiek jest słabym ogniwem w kontekście tych wszystkich rzeczy, które mogłyby być dla ludzi. W ostatnich dekadach właściwie straciliśmy zdolność do samokontroli, samoograniczania, rezygnowania.

W ostatnich dekadach? Dlaczego?

Bo teraz wszystko jest po prostu na wyciągnięcie ręki. W latach 80. dostęp do środowisk osób używających różnych substancji psychoaktywnych był w pewnym stopniu ograniczony – odbywało się to w konkretnych miejscach, wokół konkretnych dilerów, konkretnie niejakościowych środków. Dzisiaj w warunkach życia średnio- lub wielkomiejskiego właściwie w każdej knajpie można spotkać kogoś, kto wcale nie jest dilerem, tylko posiada przy sobie jakąś postać substancji psychoaktywnej, która jest narkotykiem.

Papierosy są dostępne w każdym sklepie spożywczym w Polsce. Czy to może się kiedykolwiek zmienić?

Powiedziałbym, że to będzie trudne, biorąc pod uwagę liczby. Business Insider podaje, że rynek tytoniowy jest w Polsce wart kilkadziesiąt miliardów złotych. Zastanówmy się, ile wart jest budżet Polski [w 2024 roku dochody w budżecie Polski wyniosą 626 mld zł, wydatki – ponad 844 mld – przyp. red.] i jaki fragment z niego przekładany jest na ochronę zdrowia. To jest coś absurdalnego. Jest raport Andrzeja Domańskiego, który podaje, że w ciągu dziesięciu lat do budżetu państwa spłynie 970 mln zł z samego tytułu akcyzy na saszetki, woreczki z solą nikotynową, które pojawiły się na rynku jakiś czas temu, po 150 zł na kilogram w przyszłym roku, 250 w kolejnym i 300 od 2027 roku. To jest olbrzymi koszt.

Poznań. Mężczyzna pali papierosa przed domem mimo mrozu i śniegu (Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Wyborcza.pl)

Ale koszty leczenia skutków nikotynizmu są wielokrotnie wyższe?

Tak. A przecież jeśli państwo w tej skali czerpie zyski z produktów akcyzowych, alkoholu i papierosów, które również nie rekompensują kosztów, jakie generuje chorowanie przez użytkowników alkoholu i papierosów, to z punktu widzenia ekonomiki jest to nieuzasadnione. Jeżeli czerpie korzyść z podatku akcyzowego od substancji, to również powinno wziąć na siebie wszystkie konsekwencje, jakie spadają na użytkowników, którzy w zasadzie płacą ten podatek.

A nie do końca bierze?

Nie bierze, bo pojawiają się konflikty interesów. Najprostszym rozwiązaniem uniemożliwiającym rozprzestrzenianie się nikotynizmu byłoby zdelegalizowanie sprzedaży w konkretnych grupach wiekowych, ewentualnie wyjęcie ze sprzedaży w przestrzeni publicznej pewnych produktów nikotynowych. Tak próbuje się zrobić z alkoholem, ale jak widać, w niezwykle oporny sposób. Koncerny alkoholowe znalazły drogi, żeby móc reklamować się w przestrzeni publicznej lub uczestniczyć w wydarzeniach, np. proponując produkty zero- lub niezwykle niskoprocentowe, ale wcale nie bezalkoholowe.

Czy ograniczenie sprzedaży papierosów się opłaci? Jak jest w innych krajach?

Według informacji podanej na stronie Komisji Europejskiej najostrzejsze prawo obowiązuje w tej chwili w Finlandii, Grecji i Bułgarii. Tam jest całkowity zakaz palenia w przestrzeni publicznej. Przestrzeń publiczna to nie tylko budynki publiczne. Nie pali się tam również na ulicy. To jest jedna z metod – zsilosowanie, czyli umieszczenie nikotynistów w jednej przestrzeni. Już nie chodzi o to, że ktoś sobie pali na świeżym powietrzu i to minimalizuje ryzyko biernego palenia u innych osób. Chodzi o ekspozycję na osobę palącą.

W Nowej Zelandii osoby urodzone po 1 stycznia 2009 roku nie będą mogły kupować papierosów przez całe swoje życie w ramach nowego pakietu antynikotynowego. To jest genialny pomysł – stworzyć linię odcięcia. Założyć: słuchajcie, palicie, może kiedyś zrozumiecie, poszukacie pomocy. Ale zminimalizujemy ryzyko, że kolejne osoby będą na waszym miejscu. Nawet jeśli ostatecznie i tak się z papierosami zetkną – czy to przez swoje środowisko, czy członków rodziny.

Próba takiego zakazu na pewno rozbudziłaby wielkie emocje i falę oburzonych komentarzy. A skoro ludzie i tak zetkną się z papierosami, czy takie rozwiązanie w ogóle ma sens?

Tak samo mówiono o prohibicji w Stanach Zjednoczonych – nie miała sensu. Ale żadne badanie oceniające wpływ prohibicji na zdrowie publiczne tego nie potwierdziło, wręcz przeciwnie – udowadniano, że każde takie działanie zwiększało zdrowie publiczne w populacji objętej prohibicją.

Ktoś powtarza jak mantrę, że to nie działa, bo ludzie korzystają wtedy z alkoholi w lewym obrocie. "Nie róbcie nam prohibicji, bo to niczego nie rozwiąże. Lepiej, żeby ludzie używali czystych, organicznych, zdrowych, naszych produktów". Gdybyśmy się chwilę nad tym zastanowili, to bardzo szybko byśmy dostrzegli, że jedyną stroną, której taka paranaukowa, niby-zracjonalizowana narracja – a tak naprawdę dezinformacja – mogłaby przynieść korzyść, jest producent, który na tym zarabia.

W swoim podcaście mówisz o paleniu z drugiej ręki, czyli biernym paleniu, ale też o paleniu z trzeciej ręki. Co to znaczy?

Dym w pomieszczeniu działa trochę jak zawiesina. Tutaj nie dotyczy to płynów, tylko gazów. Cząsteczki tytoniu nie znikają, bo się rozpuściły, ani nie wietrzeją, dlatego że otworzyliśmy okno. Są cięższe od powietrza, więc opadają. Tworzy się efekt, który większość palących albo wsiadających do starej taksówki czy wchodzących do mieszkania palacza zna doskonale. Dymu nie widać, ale go czuć. W momencie, gdy pojawia się zapach przepalonych ubrań, przepalonych tapicerek, dywanów, jest to już naprawdę bardzo, bardzo wyraźne. Jeśli ktoś zapalił papierosa w pomieszczeniu, w którym nikt nigdy wcześniej nie palił, to te cząsteczki tam pozostają. One osiadają na gładkiej powierzchni biurka, stole, przy którym się później je. Te cząsteczki dostają się później na skórę.

Choć coraz więcej osób jeździ nowoczesnymi samochodami, zwyczaj palenia w aucie wciąż ma się dobrze (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl)

I są szkodliwe.

Oczywiście. Największy wpływ ma to na najmniejsze dzieci, które najdłużej będą funkcjonowały po tej ekspozycji. Badania nad tzw. third hand smokes [palenie z trzeciej ręki – przyp. red.] są fascynujące, bo pokazują, jak bardzo dużą mamy na sobie odpowiedzialność za innych.

W jaki sposób takie przenikanie jest szkodliwe?

Głównie chodzi o naftalen i formaldehyd, czyli substancje, o których wiemy, że są rakotwórcze, a które przedostają się do naszego organizmu nie tylko poprzez drogę wdychania, ale także kontaktową, m.in. ze śluzówką. Głównym obszarem ryzyka objęte są dzieci, które kontaktują się z otoczeniem przez dotyk, a potem np. oblizują palce i biorą przedmioty do buzi. Proszę wyobrazić sobie taką rzecz: czy możliwe jest, że zupełnie nieszkodliwe będzie zapalenie papierosa w miejscu, w którym będzie potem spało małe dziecko i będą jego gryzaki, nawet jeśli tego dziecka aktualnie tam nie ma?

To samo dzieje się przez kontakt skóra–skóra, np. palącego rodzica dotykającego dziecka?

Tak, może tak być.

Wielokrotnie słyszałam o tym, że niektórym ludziom palenie pomaga, np. chorującym na schizofrenię. To prawda?

Mówi się o tym, że u pewnych osób nikotyna może działać pośrednio uspokajająco, ale nie ze względu na działanie samej nikotyny. Chodzi o jego powiązanie z zachowaniem nałogowym, czyli czynnością – podnoszeniem papierosa do ust – która przynosi ulgę. To odpowiedź m.in. na niepokój psychoruchowy, który jest objawem zaburzeń psychicznych, ale też symptomem uzależnienia. Co więcej, palenie "fantastycznie" potrafi zabierać czas. Kiedyś liczyłem, że jeśli ktoś wypala 20 papierosów dziennie i każdego papierosa pali około 5 minut, to mamy do czynienia ze 100 minutami, czyli godziną i 40 minutami spędzonymi na paleniu fajek. Zakładając, że człowiek śpi około 7,5 godziny, to z tych około 16 godzin, które mu zostają, palenie zajmuje mu jedną dziesiątą czasu. Ale osoby, które są bardzo mocno uzależnione od nikotyny, a często tak jest w przypadku osób psychotycznych, częściej poszukują ulgi, więc wypalają dwie–trzy paczki na dobę (są też osoby, które nie są od niczego uzależnione, nie chorują na choroby psychiczne i w ten sposób palą).

A minimalizowanie objawów parkinsona? Prawda czy mit?

Poniekąd prawda, ale jak to się mówi: everything counts for a price [z ang. wszystko ma swoją cenę – przy. red.]. Nawet jeśli nikotyna zmniejsza część objawów parkinsonowskich, np. poprzez zwiększenie ciśnienia w naczyniach kapilarnych, poprawę ukrwienia pewnych struktur mózgowych, to nadal jej wpływ będzie powodował kolejne, inne straty, m.in. mikroudary. Czyli teoretycznie mamy chwilową poprawę, która później może zakończyć się znacznym pogorszeniem.

Czy można rzucić palenie, przechodząc na e-papierosy?

To jest ciekawe. Znowu mam dylemat, na ile to są wiarygodne dane. NHS, czyli "brytyjski NFZ", ogłosił, że rzeczywiście tak jest, że część osób rzuca fajki, przechodząc na e-papierosy z produktów tytoniowych i że lepiej im to wychodzi niż tym, którzy używali np. plastrów. I super. Natomiast w skali makro nie mamy potwierdzenia, czy rzeczywiście można tak rzucać palenie.

Ale moja wątpliwość jest inna. Pytanie, ilu z palaczy przechodzących na e-papierosy zamierza rzeczywiście rzucić palenie, a ilu wybiera po prostu inną drogę dostarczania nikotyny, teoretycznie zdrowszą. To jest jakaś forma adaptacji. To, co budzi we mnie największy niepokój, to rosnący klaster wśród osób, które jako nastolatkowie zaczęły używać produktów elektronicznych – ponad 30 proc. z nich w przyszłości zaczyna palić tytoń. Mamy więc falę w drugą stronę. A to oznacza, że patrząc z szerokiej perspektywy, nie mamy tu korzyści społecznych. Co więcej, nadal nie możemy powiedzieć, czy rzeczywiście mamy do czynienia ze zdrowszą alternatywą papierosów.

E-papierosy nie zostały wystarczająco zbadane?

Są zaledwie 15 lat na rynku – to za krótko, żeby dobrze je przebadać. Wiem, że będą głosy "ja tak rzuciłem". Ludzie mają tendencję do mówienia o swojej perspektywie jak o generalnej zasadzie, ale to żaden dowód.

Cukier. Uzależnia czy nie?

Tak. Nie wywołuje objawów odstawiennych, ale może powodować rozdrażnienie, gorsze funkcjonowanie. I przede wszystkim – oddziałuje na układ nagrody, który jest na cukier szczególnie wrażliwy.

Kawa i coś słodkiego do kawy - wiele osób nie wyobraża sobie poranka bez takiego połączenia (Fot. Pixabay)

Dlaczego?

Ponieważ ewolucyjnie został stworzony po to, żeby nagradzać nas za rzeczy uzasadnione z perspektywy przetrwania gatunku, a w tej sytuacji – jednostki. Jedząc słodkie owoce, dostawaliśmy w małej objętości dużo kalorii, by móc zapolować czy uciec przed zagrożeniem. Tak samo nagradza nas za dobre wyspanie się, najedzenie, wypicie wody, jak jest gorąco. Problem w tym, że ten układ nie ewoluował do stworzonego przez człowieka wykrystalizowanego cukru – ekstraktu z buraków albo trzciny cukrowej.

Jakie to ma konsekwencje?

Nasz mózg na zjedzenie słodyczy reaguje doświadczeniem ekstremalnej przyjemności, a później pożądaniem podobnym jak w uzależnieniu, żeby tę przyjemność powtórzyć. Tak samo jak dopamina, wydzielana pod wpływem substancji dającej nam przyjemność i satysfakcję, sugeruje, że to jest dobry zwyczaj. Tak jak "dobry Polak po jedzeniu myśli tylko o paleniu", w przypadku słodyczy mamy nawyk, wspierany np. przez kelnerów w restauracjach po obiedzie: "Czy jakiś deserek?". Naprawdę trudno sobie odmówić tego tiramisu czy sernika baskijskiego po pysznym posiłku.

Czyli najlepiej w ogóle unikać cukru?

Sztuka zdrowego życia polega na tym, żeby pomimo wielkiej przyjemności potrafić sobie czasami czegoś – w tym przypadku cukru – odmówić, np. kiedy wiemy, że mamy dzień bardziej siedzący niż chodzący. Nadmiar kalorii spowoduje zmagazynowanie energii w tkance tłuszczowej, która później będzie źródłem naszego dyskomfortu, ociężałości i autokrytyki. To doprowadzi do ponownego przygnębienia, a wtedy będziemy szukać kolejnego sposobu na poprawienie sobie nastroju. Najprostszą metodą na to jest zjedzenie czegoś pysznego. Jak dziecko się pyta: "Czy jest coś dobrego do jedzenia?", to nie pyta o gotowaną marchewkę z kurczakiem, tylko o słodycz. I koło się zamyka.

Tak zwane zdrowe słodycze – są lepsze?

Są lepsze niż niezdrowe słodycze. Nauczenie dziecka polubienia suszonego mango jest lepsze. Choć zaraz znajdzie się 50 dietetyków, którzy powiedzą, że to dziadostwo i nie warto.

Jeszcze kawa. Jeśli już wiemy, że nikotyna nie, cukier – lepiej nie, jak żyć bez kawy? To też narkotyk?

Jest w niej kofeina, podobnie jak w herbacie – bo teina to też rodzaj kofeiny – i co ciekawe, w kokainie. Ale nie, kawa nie jest narkotykiem.

Sama kofeina ma to do siebie, że poprzez działanie na układ nagrody wdrukowuje nam pewne zwyczaje, jak lubienie smaku kawy. Rzadko się zdarza, żeby małe dziecko powiedziało, że smakuje mu gorzka czarna kawa. Zaczęliśmy sobie do tej kawy dodawać trochę cukru, trochę mleka, trochę bitej śmietany i nagle się okazało, że to nam smakuje. Ale jeśli ktoś zmusi się do tego, żeby pić gorzką czarną kawę, to za chwilę mózg przerejestruje mu to doświadczenie jako przyjemnościowe. Sama kofeina nie jest substancją, która wywołuje jakąś bardzo mocną zależność, można ją odstawić bez zespołu odstawiennego, nie wywoła dużej drażliwości. Tolerancja na kofeinę, która działa stymulująco i pobudzająco, też ma różne granice. Są osoby, które wypijają pięć–sześć kaw, a są takie, które nie są w stanie wypić nawet jednej, bo czują niepokój. To oznacza, że istnieje bardzo duża indywidualna zmienność w zakresie wrażliwości na kofeinę.

Czyli z tych trzech substancji jest najlepsza?

Pod jednym warunkiem – że będziemy stosować ją z umiarem. Nie chodzi o to, żeby ktoś zaparzył sobie sześciokrotne espresso i potem się dziwił, dlaczego czuje, że za chwileczkę się przewróci, bo ma zaburzenia rytmu serca. A najgorszym połączeniem jest kawa z cukrem, bo to połączenie dwóch stymulantów.

Dr hab. Andrzej Silczuk. Psychiatra specjalizujący się w leczeniu uzależnień, popularyzator wiedzy o zdrowiu publicznym, wykładowca Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i podcaster ("Andrzej Silczuk Podcast", wcześniej – "Niemyte dusze").

Sylwia Gutowska. Dziennikarka i reporterka freelance. Od kilku lat w tematach krążących wokół społeczeństwa i zdrowia psychicznego. Kulturoznawczyni i polonistka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu.