Kiedy mieszkałem 20 lat temu w Krakowie, w okresie letnim jeździliśmy z przyjaciółmi do pobliskiego Kryspinowa na plażę nudystów. Było tam wspaniale: fajna atmosfera, uśmiechnięci ludzie, bezpiecznie.
Sama bym się w tamten czas chętnie przeniosła. To samo mówią mi też pierwsi czytelnicy książki. Rzeczywiście kiedy ludzie ściągają ubrania, od razu stają się milsi. To jest chyba trochę jak ze zrzuceniem zbroi, gdy czujemy, że jest już bezpiecznie. Zdjęcie ubrania niejako uwalnia nas ze społecznych konwenansów i co za tym idzie – wyzwala przyjemne, wspólnotowe zachowania. Szczególnie jest to ciekawe w kontekście polskim, gdzie naturyzm nadal jest dużą transgresją, a ciałopozytywność jest, delikatnie mówiąc, umiarkowana.
Czytając twoją książkę, miałem poczucie, że początkowo z naturyzmem w Polsce było fajnie, a potem coraz gorzej. Prawda to?
To właśnie ta fajność przyciągała do naturyzmu coraz więcej ludzi, również w Polsce lat 70. XX wieku, ale takie linearne odczytanie, o którym mówisz, od dobrych czasów do upadku, dotyczy bardziej zorganizowanego ruchu naturystycznego, który rzeczywiście miał swoje ciemne strony. Jest i druga opowieść, którą widać wyraźnie w przeprowadzonych na potrzeby książki wywiadach. To opowieść o ciągle istniejącej wspólnotowości. Sam mówiłeś, że czuć ją było, kiedy bywałeś na plaży w Kryspinowie. Myślę, że ona nadal trwa, ale w bardziej prywatnych, kameralnych grupach, które dzisiaj tworzą nieraz osoby już starsze, a więc z ciałami spoza pożądanego przez kulturę kanonu. Błędy i wypaczenia zorganizowanego naturyzmu nie wpłynęły więc na samą ideę, na zupełnie współczesną przyjemność takiego spędzania czasu.
Współczesny zorganizowany naturyzm mierzy się z nowymi problemami. Jednym z nich jest wszechobecność aparatów fotograficznych, które mamy w telefonach. Ludzie się obawiają, że zostaną sfotografowani i ich nagie ciała powędrują od razu do sieci.
Dzisiaj jest chyba generalnie większa świadomość zagrożeń związanych z publiczną nagością, której nie było pół wieku temu. W ogóle żyjemy w czasach ciągłych zagrożeń: oszustw internetowych, deepfake’ów, sztucznej inteligencji. Wszystko to sprawia, że mamy coraz mniejsze zaufanie do innych, a ono jest warunkiem funkcjonowania plaży naturystycznej. W związku z tym wszystkim naturyzm zorganizowany znów przeżywa kryzys. Za to chyba nadal nieźle się ma naturyzm, który funkcjonował w Polsce jeszcze w międzywojniu, kiedy to nagi wypoczynek był zarezerwowany dla grona przyjaciół. Ludzie więc się nadal w naturze rozbierają, ale raczej ze znajomymi, gdzieś nad rzeką czy na ustronnym kawałku plaży.
Nagie plażowanie nazywa się nudyzmem lub naturyzmem. Jaka jest różnica?
Nudyzm jest po prostu wypoczynkiem bez ubrania, a naturyzm to coś więcej. Tak przynajmniej tłumaczyli w latach 80. aktywiści. To jest właśnie ta wspólnota, o której rozmawiamy, która ma cele liczniejsze niż sam relaks. Dla naturystów ważne jest tworzenie między sobą więzi społecznych, dbanie o środowisko naturalne czy edukacja seksualna. Naturyzm jest więc nudyzmem z ideologiczną nadbudową, przez co stał się w socjalizmie, w NRD czy Polsce Ludowej, bardzo ciekawym zjawiskiem.
Czerpiąc, jak rozumiem, ze zdobyczy zachodniej rewolucji seksualnej?
Oczywiście, to jest system naczyń połączonych, choć trzeba pamiętać, że nie było tak we wszystkich krajach socjalistycznych. U nas naturyzm rozkwitł w dekadzie gierkowskiej, kiedy nastąpiła liberalizacja wielu sfer życia. Otwarto się na wiele zdobyczy rewolucji seksualnej, również tej rodzimej. To czas, kiedy w Polsce publicznie zabierają głos seksuolodzy, wychodzi "Sztuka kochania" Michaliny Wisłockiej, w szkole pojawia się przedmiot przysposobienie do życia w rodzinie socjalistycznej. To również moment, kiedy dochodzi u nas do przedefiniowania roli seksu i ciała, do przedefiniowania całej – że posłużę się zwrotem tamtego czasu – kultury seksualnej. Uważano, że tak jak człowiek kulturalny powinien umieć się zachować w towarzystwie, tak powinien również mieć wiedzę o ciele, o antykoncepcji i potrafić sprawić przyjemność żonie czy mężowi, bo pamiętajmy, że wszystko to było wciąż bardzo heteronormatywne.
I chyba dość elitarne. Prasa donosiła, jak to demokratycznie na plaży naturystów opalają się wszyscy, "od chłopa do profesora", tymczasem naturyzm był zdominowany przez wykształconych ludzi z dużych miast i głównie mężczyzn.
Niedawno na jednym ze spotkań autorskich podeszła do mnie pani, która powiedziała, że na plażę naturystyczną przyciągnęło ją to, że "ludzie zachowywali się tam z klasą", że było to – w domyśle – miejsce elitarne, a "potem plaże się spauperyzowały". To "potem" to lata 80., kiedy naturyzm staje się w Polsce bardzo popularny, więc na nagich plażach nie bywa już tylko wielkomiejska inteligencja. Świat naturystów nie jest więc wolny od podziałów klasowych.
Nie tylko klasowych.
To prawda, jednym z najważniejszych był podział płciowy. W zorganizowanym naturyzmie PRL-u dominują liczbowo mężczyźni. Dominują też w narracji medialnej (wypowiadają się mężczyźni, choć pokazuje się głównie kobiety) oraz w organizowaniu rozmaitych wydarzeń, w tym wyborów Miss Natura, które były bez wątpienia męskim spojrzeniem. Na tych wyborach mamy grupę mężczyzn, często ubranych, oceniającą kobiety, zawsze nagie.
To jest ten moment, w którym podczas lektury książki zaczyna się robić krindżowo, choć z rozmów z kobietami to niekoniecznie wynika. Co począć z tym paradoksem?
Trzeba go zostawić, trzeba z nim żyć, bo pamięć ludzka jest często paradoksalna. Ludzie nieraz z wydarzeń traumatycznych zapamiętują dobre rzeczy. Mamy więc w przypadku naturyzmu wiele dobrych wspomnień i nostalgię, a z drugiej krytyczne spojrzenie na szereg związanych z naturyzmem zjawisk, które były właściwe swoim czasom. Naturyzm jest produktem epoki, w której seksizm, mizoginia, uprzedmiotowienie kobiecego ciała, ale też otwarta homofobia były codziennością. Przy czym warto od razu dodać, że i wtedy były w ruchu naturystycznym osoby i grupy, które głośno się sprzeciwiały wyborom Miss Natura. Do przeciwników należeli na przykład wrocławscy aktywiści, nazywani w jednym z opracowań z epoki "ascetami z gołymi tyłkami".
Oni się dystansują z bardzo ciekawego w kontekście naturyzmu powodu – oceny ciała, co przecież zakładają wybory Miss Natura. Tymczasem fundamentem naturyzmu jest nieocenianie ciała, bo wszyscy na plaży mają czuć się dobrze.
Rzeczywiście naturyści w rozmowach zawsze podkreślają, że na plaże przyciągało ich to, że nie jest ważne, jak się wygląda, każdy jest zaproszony. Wybory Miss Natura stały w sprzeczności z tym założeniem. Potem jeszcze ewoluowały w bardziej kontrowersyjne formy, kiedy zaczęto je organizować poza plażami, podczas imprez w restauracjach. To wiązało się ze zwrotem medialnym początku lat 80. i osobą Sylwestra Marczaka, lidera zorganizowanego naturyzmu, który miał wielki zmysł marketingowy. Marczak wchodził w rozmaite relacje z dziennikarzami, handlując naturyzmem w zamian za, powiedzmy, ekscytujące doniesienie medialne ilustrowane zdjęciami nagich, atrakcyjnych, młodych kobiet, w czym przodował przez lata tygodnik "Veto". Był to też sposób na obchodzenie cenzury. Gdyby cenzor myślał, że to jest miękka pornografia, można mu od razu odpowiedzieć, że to nie żadna pornografia, tylko propagowanie socjalistycznego modelu rodziny i wypoczynku.
Relacja naturyzmu z władzą była skomplikowana, bo z jednej strony mamy ten socjalistyczny model rodziny, a z drugiej władze długo odmawiają rejestracji organizacji naturystycznych.
Moim zdaniem wiąże się to z rosnącą rolą Kościoła katolickiego, będącego w latach 80. siłą, z którą słabnąca władza musiała się liczyć. Widać to dobrze w korespondencji dotyczącej rejestracji Towarzystwa Naturystycznego w Gdańsku. Władze wojewódzkie ślą tę korespondencję do Warszawy z informacją, że kuria biskupia jest krytyczna wobec naturyzmu. Władza w tym czasie oczywiście represjonuje Kościół, ale są też obszary, zwykle mniej ważne, jak naturyzm, w których odpuszcza. Nie chce iść w tej sprawie na zwarcie z Kościołem, który ustami prymasa Józefa Glempa ubolewa w jednej z homilii w 1985 roku, że kiedy media oddają coraz więcej miejsca naturyzmowi, sekowane są w nich treści katolickie.
Skoro już jesteśmy w 1985 roku, nie możemy się nie zatrzymać przy największym przeboju tego roku – piosence "Chałupy welcome to" Zbigniewa Wodeckiego, która opowiada przecież o konflikcie z naturystami przepędzanymi przez mieszkańców Chałup.
Dlatego tytuł rozdziału poświęconego tym wydarzeniom w książce brzmi "Chałupy (un)welcome to". Historia związana z Chałupami i tym przebojem to jeden wielki chichot historii, bo rzeczywiście mieszkańcy Chałup, zdenerwowani na naturystów, domagali się u władz ich usunięcia, a przez przebój Wodeckiego "Chałupy…" stały się już chyba na zawsze w polskiej kulturze synonimem nagiego wypoczynku. Mieszkańcy wygrali więc bitwę, bo na kilka lat udało im się pozbyć naturystów, ale wojnę przegrali z kretesem.
Bunt mieszkańców przedstawiano w mediach jako atak ciemnogrodu na nowoczesność, tymczasem nie do końca tak było.
To jest w PRL-owskich dyskusjach o seksualności powtarzający się trop. Mamy modernizację, której agentami mogą być naturyści, i mamy przeciwną nowoczesności ciemnotę. O tym jest zresztą cała piosenka Wodeckiego, w której ciemnogrodem są właśnie "tekstylni", którzy chcą "sadzić kaktusy". Prawda wyglądała jednak trochę inaczej, bo mieszkańcy Chałup mieli dość naturystów z innych powodów. Po pierwsze, denerwowało ich, że ludzie nago zaczynają wychodzić z plaży i wędrować im po wsi, a po drugie, być może ważniejsze, że wykupują wszystko w okolicy. Pamiętajmy, że lata 80. to w Polsce czas wielkiego niedoboru wszystkiego, a Chałupy nie były wtedy wielką miejscowością turystyczną, tylko małą wioską, do której prowadzi jedna droga. Był to więc przede wszystkim konflikt o zasoby, dlatego przedstawianie mieszkańców Chałup wyłącznie jako "ciemniaków" wydaje mi się niesprawiedliwe.
A jeśli chodzi o paradowanie nago po wsi, znów mamy tu ciekawy genderowy wątek.
Sprzeciw wobec nagich mężczyzn był znacznie większy niż wobec nagich kobiet. Oczywiście tylko młodych i ładnych, bo to one zasługują na to, żeby być oglądane. To jest ta wąska przestrzeń, w której publiczna nagość – widziana męskim, heteroseksualnym okiem – jest ewentualnie akceptowalna społecznie. Dzisiaj jest zresztą podobnie.
Zorganizowany naturyzm w Polsce to także otwarta homofobia, również medialna.
Nie jest przypadkiem, że akurat w 1985 roku medialna narracja homofobiczna na temat naturyzmu tak narasta, bo właśnie wtedy zaczyna się wymierzona w homoseksualnych mężczyzn milicyjna operacja "Hiacynt". Jest to odpowiedź na zwiększoną widzialność osób niehetero w sferze publicznej. Im bardziej w późnym PRL-u osoby homoseksualne chcą zabierać głos i walczyć o swoje prawa, tym większa jest potrzeba homofobicznej reakcji. Dokładnie tak samo było na naturystycznych plażach. Dopóki geje byli gdzieś na uboczu, w krzakach, można było na nich przymknąć oko, ale kiedy zaczęli być widoczni, trzeba się natychmiast od nich odciąć.
Nowa Polska po 1989 roku to z jednej strony gwałtowny rozwój i dostęp pornografii, a z drugiej przejęcie władzy przez Kościół katolicki, który zaczyna dyktować prawodawstwo. Naturyzm wzięty z dwóch stron nie miał szans?
Nie miał, ale też nie ma co odmawiać sprawczości samemu zorganizowanemu ruchowi naturystycznemu, który już od jakiegoś czasu piłował gałąź, na której siedział. Mówię tu o zatarciu pod koniec lat 80. granicy między naturyzmem a erotyczną rozrywką. Dlatego kiedy wraz z kapitalizmem pojawia się pornografia, dni magazynów naturystycznych są policzone. Formuła naturystycznego aktywizmu nie bardzo się też odnalazła w indywidualizmie neoliberalnego kapitalizmu, kiedy nagle wszyscy byli zajęci sami sobą nie mieli już czasu na przychodzenie na plażę i na pielęgnowanie wspólnotowości. Można więc powiedzieć, że zmiany społeczno-polityczno-ekonomiczne odciskają swoje piętno na naturyzmie, któremu trudno było wynaleźć się na nowo w nowych czasach.
A ty uprawiasz naturyzm?
Czasem, bo nie bardzo lubię się opalać. Wolę pływać. Powiedzmy więc, że jestem półtekstylna.
Anna Dobrowolska. Doktorka historii, absolwentka Uniwersytetu Oksfordzkiego i Kolegium MISH Uniwersytetu Warszawskiego. Pracuje na Wydziale Socjologii UW. Stypendia postdoktorskie realizowała we Florencji, w Genewie i Poczdamie. Laureatka Diamentowego Grantu Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego na badania nad przemianami obyczajowości w PRL-u i stypendium START Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Członkini redakcji "Magazynu Kontakt". Autorka książki "Zawodowe dziewczyny. Prostytucja i praca seksualna w PRL".
Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym, krytykiem, publicystą, redaktorem naczelnym poznańskiego magazynu kulturalnego "Dynks" (dynks.poznan.pl). Od lat pisze do "Wysokich Obcasów" i weekendowego magazynu Gazeta.pl.

