Społeczeństwo
Zabójstwo w lesie, zdjęcie ilustracyjne (Fot. Fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta)
Zabójstwo w lesie, zdjęcie ilustracyjne (Fot. Fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta)

Pojechałam dwa dni przed Wigilią. Wiedziałam, że nie będę miała drugiej szansy, wywiad trzeba było jeszcze spisać i dokonać dodatkowych ustaleń. Zimno. Wiało. Ogrzewanie w matizie to słaby punkt, jeden z wielu. Liczyłam wtedy, że niedługo awansuję i kupię lepszy samochód. Nieco później kupiłam drugiego matiza, używanego, ale z mniejszym przebiegiem.*

Szesnasta z minutami. Ciemno. Lekko prószył śnieg. W przydomowych ogródkach świerki przyozdobione lampkami choinkowymi nachalnie przypominały, że święta tuż, tuż. Gdzieniegdzie z dachów zwisały tandetne dekoracje, wielkie czerwone mikołaje. W oknach świeciły się lampki, na drodze widać było ludzi zmierzających do kościoła. Od sąsiadów dowiedziałam się, że domownicy wracają przed siedemnastą, czyli niedługo. Żadna z napotkanych tamtego dnia osób nie była zbyt rozmowna. Postrzegali mnie zapewne jako bezdusznego urzędnika, który "łazi ludziom po domach tuż przed świętami". Cóż, nie tłumaczyłam, że ktoś tę robotę musi odwalić, żeby ludziom żyło się lepiej. Po co?

Wywiad z tzw. dwieście czternastki, w postępowaniu przygotowawczym. Dotyczył możliwości popełnienia czynu z artykułu 157 Kodeksu karnego, a dokładniej formułowania gróźb karalnych pod adresem sąsiada, ale tego dowiedziałam się w trakcie wywiadu, bo w zleceniu wywiadu miałam tylko goły artykuł z Kodeksu karnego. Dom stał na uboczu i wyglądał nawet ładnie. Widać było, że choć jest dość stary, to ktoś o niego dba. Ogrodzenie wymienione, dach także, ściany ocieplone, choć jeszcze niepomalowane, w ogrodzie przysypane śniegiem młode tuje. Brak psa, dla mnie dobrze. Światła pogaszone, to już gorzej.

Siedziałam w swoim samochodzie, wyłączonym, bo szkoda paliwa. Szyby i okulary parowały, a nos robił się coraz bardziej czerwony. Ze złości, że zamiast choinkę ubierać, jestem w czarnej dupie. Na głębokiej wsi, bez wywiadu, z czekającą mnie jeszcze robotą. Jak gość nie przyjedzie, będę tu jutro z rana warowała, postanowiłam. Chciałam już zostawić w skrzynce na listy prośbę o kontakt, ale nie znalazłam skrzynki. Dlatego czekałam.

Wtedy nie miałam do dyspozycji telefonu służbowego, więc nie mogłam nawet zadzwonić do mężczyzny i powiedzieć mu, że na niego czekam. Zresztą nie miałam też jego numeru telefonu, ponieważ wraz ze zleceniem wywiadu środowiskowego go nie dawano, a w internecie i tak bym nie znalazła jakichkolwiek informacji, bo w takich miejscach raczej nie było zasięgu. Nie pozostawało nic oprócz czekania.

Cicha noc, święta noc…

Po zmroku pod dom podjechał wielki bus dostawczy. Od sąsiadów zdążyłam się jedynie dowiedzieć, że pan jest zawodowym kierowcą, zaopatruje kilkanaście sklepów w województwie. "Uczestnik postępowania", bo takiego określenia używa się w odniesieniu do osób z dwieście czternastki, zaparkował obok mnie i zaprosił do środka. Zaproponował kawę lub herbatę. W takich wypadkach zawsze odmawiam. Reprezentuję urząd, muszę być profesjonalnie bezstronna i obiektywna, nie mogę się raczyć u podopiecznych napojami jak ich znajoma. A jeśli ktoś nalega, tłumaczę spokojnie, że nie mogę skorzystać z propozycji. Na wsiach próbowano mnie już zresztą częstować nie tylko napojami, lecz także jabłkami z sadu, jajami prosto od kury czy orzechami. Na szczęście pan, choć był miły i gościnny, niczego takiego mi nie zaoferował.

Zaproponował kawę lub herbatę. W takich wypadkach zawsze odmawiam. Reprezentuję urząd, muszę być profesjonalnie bezstronna i obiektywna (fot. Kamil Gozdan / Agencja Wyborcza.pl)

Nie było miejsca dla Ciebie…

Siedliśmy w kuchni, z widokiem na schodki do piwnicy. Wnętrze było czyste, a ściany lśniąco białe. Ich widok utwierdził mnie w przekonaniu, że domownicy starym zwyczajem bielą pomieszczenia przed świętami. Ludzie na wsiach czują czasem potrzebę odświeżania domostw przed ważnymi dniami, choćby przed pierwszą komunią dziecka czy nawet Wigilią. W wypadku moich podopiecznych trochę mnie to zawsze dziwiło, bo miałam poczucie, że lepiej by było, gdyby najpierw zajęli się sobą. Cóż, niektórzy proces odnowy zaczynają od domu.

Wyjęłam notes i poprosiłam o podstawowe informacje. Pan podał, że ma żonę i dwóch synów. Opowiadał o szczęśliwym i zgodnym pożyciu. Choć ma już dosyć wyjazdów żony, wypalił nagle. Żadnych kłótni czy awantur – co to, to nie, bo porywczy to on nie jest, zapewniał. No, raz nawrzucał może za bardzo sąsiadowi i od razu kuratora mu przysłali. Zresztą kiedy miałby "łobuzować", jak całymi dniami w zaopatrzeniu robi.

Dodał jeszcze, że próbują z żoną na nowo zbudować życie rodzinne po jej powrocie z Holandii, gdzie przez cztery lata zbierała pieczarki i w ten sposób reperowała rodzinny budżet. Dzięki temu mogli przeprowadzić remonty, dodał.

Dowiedziałam się też, że między synami były dwa lata różnicy. Obaj chodzili do zawodówki w sąsiednim mieście i wracali do domu późnym wieczorem, bo rodziny nie było stać na internat. Dotąd sąd rodzinny nie musiał ingerować w wykonywanie władzy rodzicielskiej przez mojego rozmówcę i jego małżonkę, mieli czystą kartę, nie było nawet wniosku o przeprowadzenie postępowania wyjaśniającego. Wiedziałam też, że pan nie był nigdy karany.

Zapytałam o żonę. Dowiedziałam się, że raczej jej nie zastanę, bo nie ma jej od kilku tygodni. Zniknęła. Pan zapewniał ze łzami w oczach, że zgłosił zaginięcie na policję. Po tym wyznaniu rozpłakał się na dobre, że tu święta, miały być pierwsze wspólne od jej powrotu, a ona nieobecna. Pokłócili się, bo tyle jej nie było, a chce rządzić… Synowie pomogą zrobić kolację. Ale jak tu tylko we trójkę zasiąść do stołu, bez jednego członka rodziny? Jak to będzie? A i finansowo ciężko. Wiadomo, dojazdy synów do szkoły, ubrania, przybory szkolne, jakieś wyjście ze znajomymi, kasy ciągle brak. Już zaczęłam się zastanawiać, czy nie mam czegoś w portfelu, ale zaraz się zmitygowałam.

Przekazywanie pieniędzy podczas zbierania wywiadu byłoby oznaką kompletnego braku profesjonalizmu! Napicie się herbaty to przy tym drobiazg.

Zobacz wideo Kara bezwzględnego dożywocia jest jak kara śmierci. "Populizm penalny"

Oj maluśki, maluśki…

Siedziałam więc z panem w kuchni i po kilkunastu minutach ogromnie mu współczułam, że choć zaradny i gołębiego serca, to opuszczony, że ciężko do wieczora pracuje – jakbym ja nie pracowała – że uszka będzie pewnie lepił samotnie i próbował stworzyć świąteczną atmosferę bez ukochanej żony. Czekałam też na obiecane pojawienie się synów, którzy z pewnością wnieśliby coś do wywiadu, ale nie przyszli. Spędziłam w tej kuchni kilkadziesiąt minut. W kurtce, bo było strasznie zimno. Na szczęście pan nie zszedł do piwnicy, żeby napalić…

Kiedy już się wygadał, wzięłam od niego na wszelki wypadek numer telefonu, jakbym musiała się z nim skontaktować, żeby uzupełnić wywiad, a potem pożegnałam się i wyszłam. Odpaliłam matiza (za pierwszym razem! – zrobił mi prezent świąteczny chyba), zgarnęłam śnieg z szyb i ruszyłam do domu przy akompaniamencie niezawodnej Mariah Carey. Chcąc przywołać myśli o nadchodzącym pięknym świątecznym czasie, nuciłam Last Christmas. Na trasie nie miałam stacji, w której mogłabym się rozgrzać herbatą, więc nos odtajał mi dopiero w połowie drogi.

Następnego dnia skrupulatnie spisałam wywiad, uzupełniłam o dodatkowe źródła i wysłałam, szczęśliwa, że wyrobiłam się w terminie. Zamknęłam sprawę w myślach i statystykach. Wiedziałam już, że zanim zapadnie i uprawomocni się wyrok, minie kilka miesięcy (chyba że pojawi się apelacja). Potem być może sprawa wróci do mnie w postępowaniu wykonawczym.

W lesie leży…

Przyszła wiosna, a wraz z nią roztopy. Dłuższe dni, zieleń budziła się do życia, ptaszki jakby żwawiej dawały o sobie znać trelami, wzrosły zapał i chęci do pracy. Właśnie jednego z tych wiosennych dni do mojego pokoiku zajrzała koleżanka z zespołu z parującą yerba mate (piła od niedawna, żeby się wyciszyć) i lokalną gazetką (jej ulubioną lekturą). Z artykułów w takiej prasie zazwyczaj dowiadywałyśmy się o nowej dróżce na wsi, bohaterskim czynie straży pożarnej ("ściągnęli w ciągu dwóch godzin kota z drzewa") czy o niesamowitej akcji policji ("ścigali pijanego kolarza"). Jednym słowem nic ciekawego, przynajmniej dla mnie.

Policja przeczesuje teren, zdjęcie ilustracyjne (Fot. Marcin Wojciechowski / Agencja Wyborcza.pl)

Tym razem było inaczej. Dziennikarz donosił, że w lesie znaleziono rozczłonkowane zwłoki, prawdopodobnie należące do kobiety. Starszy pan poszedł zbierać gałązki do wazonu – dobrze, że sam, a nie z wnukiem na spacer! – i sięgając po jedną, niemal przybił piątkę z ręką wystającą spod ściółki. Tu następował opis z uwzględnieniem makabrycznych szczegółów. Postępujący rozkład fragmentów ciała miał sugerować, że denatka leżała już długo…

Nagle przyszło mi do głowy, że być może znaleziono ciało zaginionej z mojego przedświątecznego wywiadu, ale zaraz popukałam się w czoło. To niemożliwe, przecież chłopaki z komendy mający pod opieką tę okolicę słyszeli o takich zbrodniach tylko na szkoleniach w Mielnie. Teren był wyjątkowo spokojny. News żył jednak swoim życiem, a newsem żyła okolica. Co dzień pojawiały się nowe fakty. Spekulowano, że zwłoki mogą pochodzić z innego województwa, po czym dzień później dementowano doniesienia. To znowu pojawiała się informacja o śmierci samobójczej, która jednak zastępowana była wiadomością, że dokonano zbrodni.

Wizja lokalna przeprowadzona przez wojewódzką rozwiała wszelkie wątpliwości. Ostatecznie okazało się, że morderstwa dokonał mąż. Ten mąż. W domu, a dokładniej w piwnicy, do której schodziło się po schodkach prowadzących z kuchni.

*Publikujemy fragment książki Hanny Flary "Kuratorka sądowa. Patologia, przemoc i dramaty w polskich domach", która ukazała się 5 czerwca 2024 roku nakładem Wydawnictwa Feeria.